PBF - Błogosławiona Krew

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3662
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Polajkował: 48 times
Polajkowany: 78 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Suriel » 28 maja 2019, 23:56

Dom pielgrzyma, noc 1 lipca 2595
D ziedzic rozisadł się wygodnie na krześle, tyłem od ściany a blisko mebla za który mógł się w razie co schować w poszukiwaniu zasłony przed atakiem. Kotary były zamknięte szczelnie, tak samo zresztą jak i podwoje okien, co powodowało, że gdyby nie kandelabr pomieszczenie utonęło by w mroku. Ale w tym świetle Abdel widział dokładnie skrzynię, oraz wąska strużkę światła z korytarza, wciskającą się do pomieszczenia szczeliną pod drzwiami. Obracając kielich z winem w zgrabnych długich palcach jednej ręki, drugą zaciskał na odbezpieczonym już pistolecie. Siedział i myślał. Czekał, patrząc na drzwi.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12592
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Polajkował: 90 times
Polajkowany: 45 times
Kontakt:

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Keth » 10 czerwca 2019, 15:43

Rezydencja Danescich, noc 1 lipca 2595

Nim Leon Thibaut zdążył przyjrzeć się bliżej krewniakom Szpitalnika, przemierzający niespokojne ulice pochód znalazł się przed rezydencją nieco tylko mniejszą od rodowej siedziby Benesatich. Sanglier wiedział co prawda, że starannie pobielone zewnętrzne ściany, wzmocnione pasami stali i zdobione mosiądzem bramy oraz pomalowane na wesołe jasne barwy okiennice wzbudziłyby w pysznych mieszkańcach Montpellier jedynie śmiech politowania, sam jednak miał w sobie dość skromności, aby przyznać, że siedziba rodu Danescich mogła uchodzić wedle miejscowych standardów za okazałą i zamożną.

Anabaptyści oraz towarzyszący im od pewnego momentu miejscy strażnicy pozostali za bramą domostwa, stanowczo zatrzymani przez kilku młodych wiekiem, ale stanowczych i poważnie wyglądających członków rodu. Frankowie oddali złożonego na noszach Dumasa w ręce służby, podążyli w ślad za tragarzami otoczeni przez przedstawicieli wielopokoleniowej rodziny.

Leon Thibaut wybrał się do rezydencji Danescich w głębokim zamiarze przeszperania zakątków domostwa, teraz jednak szczerze zwątpił w szanse powodzenia takiej misji. Cały dom, okalający zabudowaniami wewnętrzny dziedziniec, rozbrzmiewał głosami członków rodziny oraz służby, wszędzie kręcili się jacyś ludzie o ciemnej karnacji Purgaryjczyków, ubrani zauważalnie lepiej od tłuszczy na ulicach, ale równie głęboko zaniepokojeni nocnymi wydarzeniami.

Wynalazca posłał desperackie spojrzenie Barthezowi, Helweta jednak zbyt był zajęty rozglądaniem się wokół siebie, by dostrzec błagalny wzrok Leona. Nie mając innego wyboru Frank wszedł w ślad za Szpitalnikiem i jego pacjentem do jednego z większych pomieszczeń. Leon uznał naprędce, że musiała to być sala jadalna, być może jedna z kilku w rezydencji, przeznaczona dla biesiadników niższego stanu. To właśnie tam tragarze złożyli na wielkim drewnianym stole pojękującego donośnie Dumasa, podczas gdy inni służbici znosili do pomieszczenia liczne olejne lampy, świeczniki i kaganki. Migotliwe płomienie rozpoczęły w kątach jadalni, w jej narożnikach i u sufitu szaleńcze tańce cienie tworząc widowisko, które w innych okolicznościach najpewniej przykułoby uwagę obdarzonego wrażliwą naturą artysty Franka.

Teraz jednak Leon Thibaut spoglądał z uwagą na rozkładane wzdłuż krawędzi stołu instrumenty Carmino Ferro, połyskujące w blasku świeczników nieskazitelnie czystą nierdzewną stalą.

- Wygląda na to, że pocisk faktycznie przeszedł na wylot. Żadne organy wewnętrzne nie zostały uszkodzone – oznajmił Szpitalnik po wstępnych oględzinach rany – Dziwnie poszarpana tkanka, ale nic, co powinno nas troskać. Wasza miłość zechce wypić ten płyn, zapewni on wytchnienie od bólu. Zdezynfekuję ranę, a następnie ją zszyję i wstrzyknę pacjentowi pewien medykament mający uchronić go przed infekcją.

- Wstrzyknąć? Strzykawką? – chociaż wcześniej Leon pewien był, że Guido bardziej już nie może zblednąć, kolor skóry skarbnika zmienił się jeszcze o parę tonacji – Czy to konieczne?

- Zgnilizna tkanki i krwi oznacza pewną śmierć, wasza miłość – odpowiedział poważnym tonem czerwonokrzyżowiec – Gdyby to była rana ręki albo nogi, mógłbym zaryzykować, kończynę można wszak amputować, jeśli pojawi się zakażenie. To jednak rana tułowia, jeśli tutaj dojdzie do infekcji, nie da się niczego odciąć. Proszę się nie obawiać, w dezynfekcji ran oraz profilaktyce chirurgicznej mam doświadczenie równie wysokie jak w amputacjach wszelkiego rodzaju.

Leon Thibaut poczuł przelotną wesołość domyślając się ukrytego w słowach lekarza sarkazmu, powstrzymał się jednak przed jej okazaniem, do pomieszczenia weszli bowiem starsi wiekiem mężczyźni wsparci na rzeźbionych w drewnie laskach.

- Wasze miłości, oto przywódcy mej rodziny krwi – powiedział Ferro ograniczając się przy tym jedynie do ruchu głową w stronę przybyszów, jego ręce pracowały bowiem cały czas przy boku pacjenta – Okoliczności nie pozwalają na formalną prezentację, ale proszę nie poczytywać sobie tego za nietakt. Nadrobimy towarzystkie zaległości natychmiast po zakończeniu zabiegu.


Jesteście wszyscy w dużym pomieszczeniu wewnątrz rezydencji Danescich, wedle słów Ferro drugiej najważniejszej rodziny w Lucatore. Skarbnik leży na stole poddawany zabiegom lekarza, obserwowany przez całe mrowie ciekawskich oczu. Chwilowo wydaje się, że próba zniknięcia z pokoju w dyskretny sposób, a następnie szperania po kątach jest niewykonalna: Leon musiałby wpierw przepchać się między tłumkiem gapiów, a potem w cudowny sposób zniknąć z oczu im i służbie przemierzającej ustawicznie wszystkie korytarze posiadłości.

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 556
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Polajkował: 66 times
Polajkowany: 49 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Nanatar » 11 czerwca 2019, 22:33

Rezydencja Danescich, noc 1 lipca 2595

W istocie Leon Thibaut spodziewał się zgrzebnej chaty i baby przy krosnach, nie zaś rezydencji, tętniącej życiem wielu pokoleń, Ni jak było czmychnąć w bok, kuzyni, ciotki, berbecie, stryjowie i czcigodni starcy roili się niczym mrówki, z zadowoleniem stwierdził szlachcic, że przynajmniej nie czepiali się rękawów. Utrzymywał minę srogą, uważnie rejestrując każdy szczegół.

Jednak tylko złożono skarbnika na jadalnym stole, a szpitalnik rozłoży swoje czarodziejskie instrumenta, cały świat dla wynalazcy zniknął, on zaś skupił się na misterium uzdrawiania. Nieśmiałym kiwnięciem głowy potwierdził potrzebę podania zastrzyków, jak wiele by oddał Leon by aplikować je osobiście, patrząc na doktorka, był pewny, że by sobie poradził. Musiał się jednak obejść uwagą studenta, obserwującego profesora. Na domiar pojawili się starcy najczcigodniejsi, głowy rodu i jakby niemo ale natarczywie domagali się atencji, podczas gdy obserwujący pracę szpitalnika wynalazca, koniecznie chciał obejrzeć widowisko do końca. Tylko więc kiwną głową i łapiąc nadarzającą się okazję przystąpił do stołu.

- Proszę pozwolić, że pomogę i przytrzymam pacjenta, gdyby nie chcąc się szarpnął. Gotów sam sobie zaszkodzić. - to mówiąc odłożył na pobliskie krzesło własną sakwę.
Leon chętnie, a nawet bardziej asystuje doktorkowi. Ciekawe co on mu tam aplikuje.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6178
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Polajkował: 46 times
Polajkowany: 40 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: 8art » 12 czerwca 2019, 09:51

Rezydencja Danescich, noc 1 lipca 2595

Najemnik spodziewa się, że Ferro, pomimo tego iż pochodzi z jednego z rodów Lucatore, to zatrzyma się na oddzielnej kwaterze. Nie znał do końca zwyczajów zakonników, ale wiedział, że zaczynali nauki jeszcze jako młodzieńcy z mlekiem pod nosem. Wyglądało, że Szpitalnik utrzymał mimo upływu lat wciąż mocne więźi z rodziną. Nie był zbyt zadowolony z faktu, że nie uda mu się rozejrzeć spokojnie po prywatnej kwaterze Ferro, ale jeśli nie miało się tego co się lubiło, to lubiło się to co się miało.

Barthez uśmiechnął się kurtuazyjnie do członków rodziny Szpitalnika, po tym jak Ferro przedstawił ich lakonicznie, a potem zaczął z udawanym zaciekawieniem przyglądać się utensyliom i samemu medykowi. Widział takie operacje dziesiątki, jeśli nie setki razy, przeprowadzane na rannych, więc sama procedura nie była niczym ciekawym. Diabeł jednak mógł tkwić w szczegółach, dlatego Helweta uważnie, acz niepostrzeżenie szukał przesłanek, które mogłby ziidentyfikować Ferro, jako tajemniczego napastnika. Mogły to być ubłocone buty, których nie zdązył zmienić po wyprawie (wszak tajemniczy zielonooki uciekł w pola), odciski gogli na twarzy, czy choćby poszlaki takie jak nadspodziewanie zaawansowane medyczne przyrządy.

Osobiście nie podejrzewał Szpitalnika o podsłuchiwanie członków wyprawy, ale nie mógł wykluczyć takiej opcji. Oznajmił tylko chirurgowi przepraszającym tonem:

- Przepraszamy za najście i żeśmy wyrwali ze snu pana i waszą rodzinę.

ODPOWIEDZ