PBF - Błogosławiona Krew

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3694
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Polajkował: 56 times
Polajkowany: 105 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Suriel » 28 maja 2019, 23:56

Dom pielgrzyma, noc 1 lipca 2595
D ziedzic rozisadł się wygodnie na krześle, tyłem od ściany a blisko mebla za który mógł się w razie co schować w poszukiwaniu zasłony przed atakiem. Kotary były zamknięte szczelnie, tak samo zresztą jak i podwoje okien, co powodowało, że gdyby nie kandelabr pomieszczenie utonęło by w mroku. Ale w tym świetle Abdel widział dokładnie skrzynię, oraz wąska strużkę światła z korytarza, wciskającą się do pomieszczenia szczeliną pod drzwiami. Obracając kielich z winem w zgrabnych długich palcach jednej ręki, drugą zaciskał na odbezpieczonym już pistolecie. Siedział i myślał. Czekał, patrząc na drzwi.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12602
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Polajkował: 104 times
Polajkowany: 57 times
Kontakt:

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Keth » 10 czerwca 2019, 15:43

Rezydencja Danescich, noc 1 lipca 2595

Nim Leon Thibaut zdążył przyjrzeć się bliżej krewniakom Szpitalnika, przemierzający niespokojne ulice pochód znalazł się przed rezydencją nieco tylko mniejszą od rodowej siedziby Benesatich. Sanglier wiedział co prawda, że starannie pobielone zewnętrzne ściany, wzmocnione pasami stali i zdobione mosiądzem bramy oraz pomalowane na wesołe jasne barwy okiennice wzbudziłyby w pysznych mieszkańcach Montpellier jedynie śmiech politowania, sam jednak miał w sobie dość skromności, aby przyznać, że siedziba rodu Danescich mogła uchodzić wedle miejscowych standardów za okazałą i zamożną.

Anabaptyści oraz towarzyszący im od pewnego momentu miejscy strażnicy pozostali za bramą domostwa, stanowczo zatrzymani przez kilku młodych wiekiem, ale stanowczych i poważnie wyglądających członków rodu. Frankowie oddali złożonego na noszach Dumasa w ręce służby, podążyli w ślad za tragarzami otoczeni przez przedstawicieli wielopokoleniowej rodziny.

Leon Thibaut wybrał się do rezydencji Danescich w głębokim zamiarze przeszperania zakątków domostwa, teraz jednak szczerze zwątpił w szanse powodzenia takiej misji. Cały dom, okalający zabudowaniami wewnętrzny dziedziniec, rozbrzmiewał głosami członków rodziny oraz służby, wszędzie kręcili się jacyś ludzie o ciemnej karnacji Purgaryjczyków, ubrani zauważalnie lepiej od tłuszczy na ulicach, ale równie głęboko zaniepokojeni nocnymi wydarzeniami.

Wynalazca posłał desperackie spojrzenie Barthezowi, Helweta jednak zbyt był zajęty rozglądaniem się wokół siebie, by dostrzec błagalny wzrok Leona. Nie mając innego wyboru Frank wszedł w ślad za Szpitalnikiem i jego pacjentem do jednego z większych pomieszczeń. Leon uznał naprędce, że musiała to być sala jadalna, być może jedna z kilku w rezydencji, przeznaczona dla biesiadników niższego stanu. To właśnie tam tragarze złożyli na wielkim drewnianym stole pojękującego donośnie Dumasa, podczas gdy inni służbici znosili do pomieszczenia liczne olejne lampy, świeczniki i kaganki. Migotliwe płomienie rozpoczęły w kątach jadalni, w jej narożnikach i u sufitu szaleńcze tańce cienie tworząc widowisko, które w innych okolicznościach najpewniej przykułoby uwagę obdarzonego wrażliwą naturą artysty Franka.

Teraz jednak Leon Thibaut spoglądał z uwagą na rozkładane wzdłuż krawędzi stołu instrumenty Carmino Ferro, połyskujące w blasku świeczników nieskazitelnie czystą nierdzewną stalą.

- Wygląda na to, że pocisk faktycznie przeszedł na wylot. Żadne organy wewnętrzne nie zostały uszkodzone – oznajmił Szpitalnik po wstępnych oględzinach rany – Dziwnie poszarpana tkanka, ale nic, co powinno nas troskać. Wasza miłość zechce wypić ten płyn, zapewni on wytchnienie od bólu. Zdezynfekuję ranę, a następnie ją zszyję i wstrzyknę pacjentowi pewien medykament mający uchronić go przed infekcją.

- Wstrzyknąć? Strzykawką? – chociaż wcześniej Leon pewien był, że Guido bardziej już nie może zblednąć, kolor skóry skarbnika zmienił się jeszcze o parę tonacji – Czy to konieczne?

- Zgnilizna tkanki i krwi oznacza pewną śmierć, wasza miłość – odpowiedział poważnym tonem czerwonokrzyżowiec – Gdyby to była rana ręki albo nogi, mógłbym zaryzykować, kończynę można wszak amputować, jeśli pojawi się zakażenie. To jednak rana tułowia, jeśli tutaj dojdzie do infekcji, nie da się niczego odciąć. Proszę się nie obawiać, w dezynfekcji ran oraz profilaktyce chirurgicznej mam doświadczenie równie wysokie jak w amputacjach wszelkiego rodzaju.

Leon Thibaut poczuł przelotną wesołość domyślając się ukrytego w słowach lekarza sarkazmu, powstrzymał się jednak przed jej okazaniem, do pomieszczenia weszli bowiem starsi wiekiem mężczyźni wsparci na rzeźbionych w drewnie laskach.

- Wasze miłości, oto przywódcy mej rodziny krwi – powiedział Ferro ograniczając się przy tym jedynie do ruchu głową w stronę przybyszów, jego ręce pracowały bowiem cały czas przy boku pacjenta – Okoliczności nie pozwalają na formalną prezentację, ale proszę nie poczytywać sobie tego za nietakt. Nadrobimy towarzystkie zaległości natychmiast po zakończeniu zabiegu.


Jesteście wszyscy w dużym pomieszczeniu wewnątrz rezydencji Danescich, wedle słów Ferro drugiej najważniejszej rodziny w Lucatore. Skarbnik leży na stole poddawany zabiegom lekarza, obserwowany przez całe mrowie ciekawskich oczu. Chwilowo wydaje się, że próba zniknięcia z pokoju w dyskretny sposób, a następnie szperania po kątach jest niewykonalna: Leon musiałby wpierw przepchać się między tłumkiem gapiów, a potem w cudowny sposób zniknąć z oczu im i służbie przemierzającej ustawicznie wszystkie korytarze posiadłości.

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 586
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Polajkował: 93 times
Polajkowany: 69 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Nanatar » 11 czerwca 2019, 22:33

Rezydencja Danescich, noc 1 lipca 2595

W istocie Leon Thibaut spodziewał się zgrzebnej chaty i baby przy krosnach, nie zaś rezydencji, tętniącej życiem wielu pokoleń, Ni jak było czmychnąć w bok, kuzyni, ciotki, berbecie, stryjowie i czcigodni starcy roili się niczym mrówki, z zadowoleniem stwierdził szlachcic, że przynajmniej nie czepiali się rękawów. Utrzymywał minę srogą, uważnie rejestrując każdy szczegół.

Jednak tylko złożono skarbnika na jadalnym stole, a szpitalnik rozłoży swoje czarodziejskie instrumenta, cały świat dla wynalazcy zniknął, on zaś skupił się na misterium uzdrawiania. Nieśmiałym kiwnięciem głowy potwierdził potrzebę podania zastrzyków, jak wiele by oddał Leon by aplikować je osobiście, patrząc na doktorka, był pewny, że by sobie poradził. Musiał się jednak obejść uwagą studenta, obserwującego profesora. Na domiar pojawili się starcy najczcigodniejsi, głowy rodu i jakby niemo ale natarczywie domagali się atencji, podczas gdy obserwujący pracę szpitalnika wynalazca, koniecznie chciał obejrzeć widowisko do końca. Tylko więc kiwną głową i łapiąc nadarzającą się okazję przystąpił do stołu.

- Proszę pozwolić, że pomogę i przytrzymam pacjenta, gdyby nie chcąc się szarpnął. Gotów sam sobie zaszkodzić. - to mówiąc odłożył na pobliskie krzesło własną sakwę.
Leon chętnie, a nawet bardziej asystuje doktorkowi. Ciekawe co on mu tam aplikuje.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6183
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Polajkował: 65 times
Polajkowany: 47 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: 8art » 12 czerwca 2019, 09:51

Rezydencja Danescich, noc 1 lipca 2595

Najemnik spodziewa się, że Ferro, pomimo tego iż pochodzi z jednego z rodów Lucatore, to zatrzyma się na oddzielnej kwaterze. Nie znał do końca zwyczajów zakonników, ale wiedział, że zaczynali nauki jeszcze jako młodzieńcy z mlekiem pod nosem. Wyglądało, że Szpitalnik utrzymał mimo upływu lat wciąż mocne więźi z rodziną. Nie był zbyt zadowolony z faktu, że nie uda mu się rozejrzeć spokojnie po prywatnej kwaterze Ferro, ale jeśli nie miało się tego co się lubiło, to lubiło się to co się miało.

Barthez uśmiechnął się kurtuazyjnie do członków rodziny Szpitalnika, po tym jak Ferro przedstawił ich lakonicznie, a potem zaczął z udawanym zaciekawieniem przyglądać się utensyliom i samemu medykowi. Widział takie operacje dziesiątki, jeśli nie setki razy, przeprowadzane na rannych, więc sama procedura nie była niczym ciekawym. Diabeł jednak mógł tkwić w szczegółach, dlatego Helweta uważnie, acz niepostrzeżenie szukał przesłanek, które mogłby ziidentyfikować Ferro, jako tajemniczego napastnika. Mogły to być ubłocone buty, których nie zdązył zmienić po wyprawie (wszak tajemniczy zielonooki uciekł w pola), odciski gogli na twarzy, czy choćby poszlaki takie jak nadspodziewanie zaawansowane medyczne przyrządy.

Osobiście nie podejrzewał Szpitalnika o podsłuchiwanie członków wyprawy, ale nie mógł wykluczyć takiej opcji. Oznajmił tylko chirurgowi przepraszającym tonem:

- Przepraszamy za najście i żeśmy wyrwali ze snu pana i waszą rodzinę.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12602
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Polajkował: 104 times
Polajkowany: 57 times
Kontakt:

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Keth » 30 czerwca 2019, 19:49

Dom pielgrzyma, późna noc 1 lipca 2595

Abdel Sanguine zdążył się kilkakrotnie zdrzemnąć, nim wysłani do rezydencji Szpitalnika szpiedzy powrócili. W trakcie drzemki tej strzegł go kapitan Perrault, toteż spadkobierca rodziny szybko wyzbył się krótkotrwałego niepokoju i owładnięty autentycznym zmęczeniem jął w pewnym momencie wręcz pochrapywać. Zbudzony przez oficera, ofuknął go w pierwszej chwili, szybko odzyskał jednak trzeźwość umysłu i przywołał na oblicze wyraz surowego zainteresowania, którym następnie obdarzył przyrodnią siostrę, kuzyna oraz helweckiego szefa ochrony.

- Nie widzę na waszych obliczach tryumfalnego uśmiechu, więc chyba nie podołaliście wyzwaniu - oznajmił tonem, w którym dało się wychwycić zamierzenie kąśliwą nutę - Czyżbym się mylił?

- Ci Danesci wydają się mnożyć niczym króliki, domostwo ledwie ich wszystkich potrafi pomieścić - odparł z poczuciem winy Leon Thibaut - Nie dało się nigdzie zajrzeć, bo każdego z nas przez cały czas ktoś pilnował. Nie świadomie czy z wrogością, tylko tak po prostu. Nawet dzieci się pobudziły i wszędzie za nami łaziły.

Dziedzic prychnął z dezaprobata i przeniósł spojrzenie na stojącego z założonymi za plecy rękami Alpejczyka.

- Stosunkowo zamożna rezydencja, oczywiście podle tutejszych plebejskich standardów - zaczął referować ściszonym głosem Barthez - Dużo uzbrojonych strażników, członków rodu albo najemnej służby. Tylko broń biała, nie zauważyłem żadnych kulomiotów. Ich starsi, bliscy krewni Szpitalnika, zachowywali się wobec nas uprzejmie, ale z ogromną rezerwą. Nie chcieli rozmawiać, trzymali wyczuwalny dystans.

- Mogą żywić wobec nas nieprzyjazne intencje? - spytał Abdel.

- Sądzę raczej, że trudno im pogodzić się z tytułem drugiego pod względem ważności rodu w Lucatore - tym razem odezwała się Angeline Lea - Prawdopodobnie rywalizują z domem Benesato o wpływy, a my otrzymaliśmy pierścień namiestnika Benesato. Carmino Ferro nie jest już do końca członkiem ich rodziny, ponieważ przynależność do Szpitala nakłada na niego obowiązek zachowania neutralności w walkach politycznych między tubylcami. Goszczą go pod swoim dachem, ale może nawet na niego patrzą z rezerwą, skoro obnosi się z tytułem przybocznego lekarza Altaira.

- A szacowny doktor jak przyjął do wiadomości wieść o zamachu na moje życie?

- Spotkaliśmy go w drodze przez miasto, w otoczeniu świty - podjął opowieść Nathan - Nawet jeśli to on stał za tym aktem napaści, nie dał po sobie poznać, że coś go łączy z dronem. Nie mamy ku temu żadnych dowodów, przynajmniej w tej chwili. Chciał poznać szczegóły ataku, ale przedstawiłem mu skróconą wersję, o skrytobójcy dostrzeżonym zawczasu przez straże i zmuszonym do ucieczki kulami. O lataczu nie wspomniałem słowem. Nawet jeśli chciał dowiedzieć się czegoś więcej, nie naciskał, ale najpewniej spróbuje pozyskać więcej informacji jutro, po spotkaniu w klasztorze. Jest pewien, że Neva go przyjmie wczesnym porankiem.

W przygodzie zrobił się nam spory lag, ale już wracam do akcji i obiecuję przyśpieszyć tempo wydarzeń. Powyższym wpisem chciałbym zamknąć temat nocnych wydarzeń i przenieść akcję do kolejnego dnia, do spotkania w klasztorze z Żelazną Emisariuszką. Jeśli nie macie nic przeciwko, kładźcie się spać, ale oczywiście możecie jeszcze dopisać coś od siebie, jeśli chcielibyście skomentować dotychczasowy bieg wydarzeń.

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 586
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Polajkował: 93 times
Polajkowany: 69 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Nanatar » 06 lipca 2019, 20:26

Dom pielgrzyma, późna noc 1 lipca 2595

Bardziej niż pobłażliwa dezaprobata kuzyna bolało Leona Thibauta uczucie popełnienia błędu. Naiwnie pobiegł do nory, którą wskazał mu szpitalnik, a przecież jeśli ten miałby związek z technicznym dronem nie trzymałby dowodów na to w rodzinnej rezydencji, narażając nie tylko reputację rodu, ale siebie samego w oczach rodziny. Z pewnością też zachowałby daleko idącą dyskrecję. Raz jeszcze odpalił słaby kaganek, by w jego świetle przyjrzeć się sygnetowi Bensato, nie dając wiary, że jest tylko tandetnym kawałkiem złota.

Abdel mruknął coś przez sen, ten sam sen, który nie chciał przyjść do wynalazcy, wyglądało na to, że dziedzic w zachłanności postanowił spać i śnić za ich obu. Leon zgasił lampkę i nostalgicznie wpatrzył się w gwiaździste niebo, księżyc właśnie wschodził oświetlając trupio zadeptane przez Purgijczyków i pielgrzymów wysokie trawy i pnące się wysoko zboża.

Jedna z gwiazd zdawała się poruszać po nocnym niebie - Z błąkany K ochanek. - mawiała matka, ale on zawsze wiedział, że to coś więcej. Skarby starożytnych na nocnym niebie.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12602
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Polajkował: 104 times
Polajkowany: 57 times
Kontakt:

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Keth » 07 lipca 2019, 19:49

Dom pielgrzyma, poranek 2 lipca 2595

Posłaniec przybył o brzasku. Okazał się nim poorany starymi bitewnymi szramami weteran w czarnym stroju anabaptystów, siedzący dumnie w siodle równie czarnego konia. Nie zniżając się do zsiadania z wierzchowca, wysłannik Nevy wezwał na dziedziniec Bartheza, po czym wręczył mu z wysokości siodła kartkę papieru, na której czyjaś wprawna w sztuce kaligrafii ręka skreśliła kilka zdań składających się na obojętne w swoim wyrazie zaproszenie do stanięcia przed obliczem Żelaznej Emisariuszki.

- Pogoda nie wygląda obiecująco - oznajmił wysłannik klasztoru spoglądając ponad ramieniem na szczyt Borreo, ukryty w tumanach mlecznej mgły - Jeśli twój pan chce stanąć przed czcigodną wdową w suchym odzieniu, winien czym prędzej powstać z łoża.

W głosie anabaptysty dźwięczała nuta zamierzonego sarkazmu, zbyt nikła, by Helweta mógł ją uznać za otwartą prowokację. Jeździec przesunął wzrokiem po strzegących zewnętrznego ogrodzenia kompanach, po szacujących zniszczenia upraw wieśniakach krążących w polu kukurydzy, po trzymających się na zrozumiały dystans od domu pielgrzyma mieszczan, coraz liczniej wychodzących za miejską bramę w nadziei na zdobycie nowych wieści o mrożących krew nocnych wydarzeniach.

Trzymający ostatnią wartę najemnicy Bartheza wciąż tkwili na stanowiskach, ziewając ukradkiem i wypatrując z utęsknieniem wciąż ukrytego za górami słońca.

- Przekażę list czcigodnemu ambasadorowi - odpowiedział neutralnym tonem Nathan - Proszę złożyć podziękowania na ręce czcigodnej wdowy za umożliwienie spotkania w tak szybkim terminie. Jestem pewien, że dziedzic rodu Sanguine nie każe twej pani czekać.

Skinąwszy wysłannikowi klasztoru głową, Barthez odwrócił się na pięcie i wszedł z powrotem do domu pielgrzyma, ściskając przywieziony przez posłańca list w palcach prawej dłoni. Alpejczyk nie spał minionej nocy prawie wcale, przykładając ogromną wagę do zapewnienia bezpieczeństwa trójce szlachetnie urodzonych Franków. Wciąż nie miał pojęcia, kto tak naprawdę stał za nocnym zamachem na życie dziedzica - o ile był to faktycznie zamach, a nie jedynie próba szpiegowania za pomocą wyrafinowanego i rzadko spotykanego sprzętu - i miał nadzieję, że wizyta w klasztorze może rzucić nieco więcej sprawę na tajemnicę zielonookiego intruza.

Poproszę o deklaracje dalszych poczynań. Jak szybko dziedzic zamierza wybrać się do klasztoru (w sensie tego jak długo każe wdowie na siebie czekać)? Kogo ze sobą zabiera?

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3694
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Polajkował: 56 times
Polajkowany: 105 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Suriel » 09 lipca 2019, 08:29

Deklaracja. Dziedzic wstaje niezwłocznie, co mocno burzy mu nastrój już na samym początku dnia. Nie poprawia mu tez humoru siąpiący z nieba deszcz. Zabiera ze sobą siostrę, Leona, szefa ochrony i tylu ludzi ochrony ile trzeba. Nie zapominajmy też że ta liczba będzie pewnie podwojona przez eskortę.
Sorry za lagi ale dorosłe życie mnie ostatnio nie oszczędza, w zeszłym tygodniu poszedłem na rekord przepracowując łącznie z sobotą 82h! :? Ten poniedziałek znowu jazda tym samym tempem.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6183
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Polajkował: 65 times
Polajkowany: 47 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: 8art » 09 lipca 2019, 23:21

Dom pielgrzyma, poranek 2 lipca 2595

Alpejczyk oddał list wybudzonemu ze snu dziedzicowi, kompletnie ignorując fochy zaspanego arystokraty. Abdel przsynajmniej się przespał, czego nie mógł powiedzieć o sobie Barthez. Gdy Frank podjął decyzję o tym, że oczywioście spotkają się z Nevą, pod pretekstem przygotowań wymknął się pokoju Sanguine, kierując się do kuchni na śniadanie i kubek mocnej afrykańskiej kawy. Zasadniczo niewiele miał do zrobienia. Jeszcze nocą ustalił jak ma wyglądać kwestia doboru świty pod kątm bezpieczeństwa. Jemu pozostawało jedynie wypić kawę i zdrzemnąć się kwadrans, nim kofeina rozpłynie się po ciele i ostatecznie rozbudzi Helwetę. Nawet nie zamierzał przebrać się na audiencję. Zważywszy na wydarzenia ostatniej nocy wolał wyglądać jak ktoś przygotowany do jatki, niż człowiek zarabiający na życie mieleniem ozorem.

Położył się na łóżku i odpłynął na kilkanaście minut. Przebudził się zmęczony, ale efekt afrykańskiego napoju robił swoje. Czuł się pobudzony i zmęczenie wcale mu nie przeszkadzało. Wykonał kilka porannych ćwiczeń, ubrał flanelową koszulę, poprawił włosy, sprawdził broń, po czym przypiął ją do pasa. Wychodząc zabrał jeszcze czapke z daszkiem i jasne okulary taktyczne. Pozostawało wydać tylko kilka ostatnich rozkazów i zabrać rodzeństwo na spotkanie z Nevą.
Helweta nie ubiera się odświętnie tylko jak na codzień (nie sądzę, żeby Neva przywiązywała uwagę do dresscode'u) i bierze broń. Kto wie, czy ten zielenooki nie bedzie się czaił gdzieś w mieście. Nie sądzę, żeby chciał zabić, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. W klasztorze i tak pewnie zostaniemy rozbrojeni.

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 586
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Polajkował: 93 times
Polajkowany: 69 times

Re: PBF - Błogosławiona Krew

Post autor: Nanatar » 14 lipca 2019, 16:00

Dom pielgrzyma, poranek 2 lipca 2595

T ak długo jak sen nie mógł przyjść by objąć Leona swym spokojnym tchnieniem, tak szybko odszedł jeszcze przed świtaniem. Mimo to szlachcic czuł się nadzwyczaj rześko, spotkanie z wdową po Altairze wydawało się być jakimś przełomem, milowym kamieniem na drodze do wilgotnej Delty Rohne, lub może wilgotnych ust żony, namiętnych i chętnych. Chęć ta tak się Leonowi udzieliła, że kiedy ubierał koszulę i wiązał troki u spodni walczyć musiał z nabrzmiałym przyrodzeniem, chcącym wyrwać się z więzów ubrania, by dać upust żądzy.

Kiedy przedświt ustąpił brzaskowi, doszły jego uszu głosy z podwórza. Wysłannik Newy przybyły o świcie rozmawiał z Barthezem przestrzegając tego przed deszczem, jakby Frakowie byli z cukru. Sama pora zjawienia się posła wydała się wynalazcy groteskowa, jakoś sztucznie wyliczona, zastanawiał się młody szlachcic czy całe spotkanie w takiej przebiegnie atmosferze pompatycznych przestróg i niedorzeczności. Wzrok jego spoczął z razu na piorunniku, który mógł wreszcie odegrać swą role w szamańskich negocjacjach. Wiedząc jednak, że kuzyn nie zgodzi się na podobną paradę, a kuzynka uzna go za wariata, postanowił zamienić piorunnik na parasol.

W ciepłej kurcie na ciemnej zielono-butelkowej koszuli, opięty w skórzane spodnie i podobne buty, opierając się na parasolu, którego ostre zakończenie żłobiło w ziemi małą dziurkę, spoglądał na skłębione tumany szarych chmur.

ODPOWIEDZ