[center]
[/center]Niska wieża strażnicza o czworokątnej podstawie i wystrzeliwującej ponad nią smukłej iglicy wychynęła zza zakrętu rzecznego koryta znienacka, do tej pory skrywana za grzbietami okolicznych wzgórz. Na widok jej bielejących w porannym blasku murów wzdłuż karawany poniosły się radosne pokrzykiwania i gwizdy, bo prastara budowla będąca schedą po Simeończykach strzegła północnego wejścia do Duviku i wieściła bliski już koniec podróży. Bicze strzeliły ponownie, a wyczuwające ekscytację wozaków zwierzęta przyśpieszyły kroku porykując donośnie.
- Nareszcie! - wyrzuciła z siebie Uhra drapiąc się pod pachą - Piasek wszędzie mi powłaził, nawet sobie nie wyobrażacie, gdzie mnie gryzie. Muszę się wykąpać, jak najszybciej.
- Ja się nie lubować kąpciać - rzucił z grzbietu gulmaka goblin - Moj ujc się kąpnął i go zara wejhur podziobał tak straszniście, że ujc kopyta wyciągnął, znaczy się, kąpcianie szkodzi.
- Niczego ci nie nakazuję, łaź brudny, jeno się przy mnie ciągle nie czochraj - odpowiedziała Uhra stając w strzemionami i oglądając się ponad ramieniem za siebie. Ponad krawędzią rzecznego koryta widać już było sporą część pnącej się w niebo słonecznej tarczy i bijący od niej żar wieścił kolejny upiornie gorący dzień.
Jadący w milczeniu od chwili pochówku Skela otarł rękawem podróżnego płaszcza zroszone kroplami potu czoło, czując jak dopięta starannie i przesłonięta wierzchnim odzieniem zbroja zaczyna więzić go w swym wnętrzu na podobieństwo ciasnego kociołka. Pozostali podróżnicy zdążyli już tu i ówdzie poluzować paski swych skórzni, ulegając gęstniejącemu w porannym powietrzu gorącu.
- Przeklęte minotaury - wyrzucił z siebie Trehant - Że też akurat teraz musiało im się zachcieć mintongu. Upiekę się żywcem, zanim dojedziemy do Tureganu.
- Patrzajcie, tutejsza straż! - przerwała drapiącemu się po przepoconej przeszywanicy łowcy Uhra, ponownie stając w strzemionami i pokazując palcem na strażniczą budowlę.
Od strony rosnącej szybko w oczach wieży nadchodzili jacyś ludzie noszący lekkie kolczugi, a zatem należący bez wątpienia do kończącej już służbę nocnej zmiany wartowni. Strażnicy trzymający straż za dnia musieli o tej porze roku nosić lekkie ubrania z przewiewnego materiału i chroniły ich jedynie tarcze, parzące skórę rozgrzanymi metalowymi uchwytami.
Duvikan było czterech, rosłych mężcyzn o kręconych włosach i spalonej słońcem cerze, a chociaż dłonie trzymali z dala od swych mieczy, na twarzach wszystkich można było wyczytać ogromne zatroskanie, którego widok uciszył pokrzykujących dotąd radośnie Esajan. Spoglądający w ich stronę wędrowcy pojęli, iż coś złego musiało się zdarzyć w Duviku, nim jeszcze dowódca straży otworzył usta, aby powitać wędrowców na swych ziemiach.
Wątek techniczny
Już prawie dotarliście na miejsce, czujecie tę ulgę. Od Duviku dzieli Was zaledwie kilkanaście minut drogi, ale Salacha czeka wpierw rozmowa ze strażnikami. Możecie czekać na załatwienie formalności w tyle karawany lub podjechać do przodu, być może nawet włączyć się do rozmowy (starszemu karawany na pewno się to spodoba, hi hi).
Ponieważ tylko Treant zadeklarował przejęcie dobytku pochowanych wędrowców, wzbogaciłsię tym samym o dwa noże, pięć łuczyw, kościany grzebień, fujarkę, trochę jedzenia (ekwiwalent dwóch racji żywnościowych), trzy gliniane miski i dwie lipowe łyżki.
Jakieś uwagi, komentarze, wnioski?
