PBF - Grzechy ojców
- Mordil! Żeby ci język od ugryzienia wija opuchł! Nie chciałeś iść do kopalni, to było powiedzieć, że nie masz ochoty się za jakowymiś szczekunami uganiać! Teraz kapitan dał nam do zrozumienia, że najchętniej jutro usłyszałby o trzech znalezionych wędrowcach ze śmiertelnymi ranami od noża... Siedź w tej chacie i nosa z niej nie wystawiaj bez potrzeby! A ty, Skela? Co z ciebie taki milczek? Możeś chory? Albo ci bandyci nożem język odjęli?
Wychodzę z chatki i spróbuję rozpytać mieszkańców o naszego kapłana.
Wychodzę z chatki i spróbuję rozpytać mieszkańców o naszego kapłana.
Mój skromny dorobek jako gracza w PBF: http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=35
- Pohamuj język Trehant bo masz jeden tylko. Ja nie gadam po próżnicy jak goblin to i kłopotów nie przysparzam.
Wychodzę na zewnątrz i doganiam Oktara
- Kapitanie, nie ma co się unosić gniewem. Obaj dobrze wiemy, że goblin niewiele od wejhura mądrzejszy to i głupoty gada. Propozycję rozważym jak kapłan nasz wróći jeśli oferta wciąż aktualna jest. Przecież nikogo innego nie ma i długo nie będzie prócz nas. Zaniechaj gniewu i pochopnych decyzji a wszyscy na tym skorzystamy.
Mam jeszcze pytanie czy druidów to w okolicy nie macie, lub coś wiesz może o nich.
Wychodzę na zewnątrz i doganiam Oktara
- Kapitanie, nie ma co się unosić gniewem. Obaj dobrze wiemy, że goblin niewiele od wejhura mądrzejszy to i głupoty gada. Propozycję rozważym jak kapłan nasz wróći jeśli oferta wciąż aktualna jest. Przecież nikogo innego nie ma i długo nie będzie prócz nas. Zaniechaj gniewu i pochopnych decyzji a wszyscy na tym skorzystamy.
Mam jeszcze pytanie czy druidów to w okolicy nie macie, lub coś wiesz może o nich.
Nie zgadzam si? z Twoimi pogl?dami, ale po kres moich dni b?d? broni? Twego prawa do ich g?oszenia
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Czyli przyjmuję na tę chwilę, że Skela rozmawia teraz z oficerami w połowie drogi do zagrody Esajan (bo tam właśnie żwawym krokiem zmierzali), Trehant pomyka w głąb osady szukając Eitharta, a Mordil przygląda się towarom miejscowych handlarzy. Uhra podtrzymuje rozmowę z Harmunem, a zatem pozostaje mi jedynie 8ART i jego nowa deklaracja.
Tu mała prośba techniczna - jeśli wiecie z wyprzedzeniem, że w jakimś okresie czasu nie będzie Was w sieci (weekendowy wyjazd, inne takie), bardzo proszę o pchnięcie mi odpowiedniej informacji przez PW. Czasami nieświadomy nieobecności gracza mogę napisać fabularkę, gdzie główny ciężar reakcji będzie spoczywał właśnie na tej postaci i tym samym zablokuję na jakiś czas bieg akcji. Wiedząc z wyprzedzeniem o absencji mam szansę przemodelować daną scenkę tak, by nieobecny gracz stał się na kilka dni NPC-em, to zaś pozwala zachować większą płynność gry.
Jak wszystko dobrze pójdzie, nowe updaty już dzisiaj wieczorem.
Czyli przyjmuję na tę chwilę, że Skela rozmawia teraz z oficerami w połowie drogi do zagrody Esajan (bo tam właśnie żwawym krokiem zmierzali), Trehant pomyka w głąb osady szukając Eitharta, a Mordil przygląda się towarom miejscowych handlarzy. Uhra podtrzymuje rozmowę z Harmunem, a zatem pozostaje mi jedynie 8ART i jego nowa deklaracja.
Tu mała prośba techniczna - jeśli wiecie z wyprzedzeniem, że w jakimś okresie czasu nie będzie Was w sieci (weekendowy wyjazd, inne takie), bardzo proszę o pchnięcie mi odpowiedniej informacji przez PW. Czasami nieświadomy nieobecności gracza mogę napisać fabularkę, gdzie główny ciężar reakcji będzie spoczywał właśnie na tej postaci i tym samym zablokuję na jakiś czas bieg akcji. Wiedząc z wyprzedzeniem o absencji mam szansę przemodelować daną scenkę tak, by nieobecny gracz stał się na kilka dni NPC-em, to zaś pozwala zachować większą płynność gry.
Jak wszystko dobrze pójdzie, nowe updaty już dzisiaj wieczorem.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Przepraszam za me slowa Jaredzie. - rzekl pojednawczym tonem gorlamita - Ale przyznac musisz,ze twa smiala teoria ma slabosc o jakiej wspomnialem. skoro do kolacji i tak jeszcze kupa czasu chetnie poznalbym Sanne - kaplanke Asteriusza. Czy wiesz co lub kto przywlekl zaraze do Duviku? Mam dziwne przeczucie ze zaraza i smierc tej pary na pustyni sa jakos polaczone. To nie bylo zwykly napad. Ktos wylal wode z buklakow. Niby nic ale w tych miejscach wciaz unosila sie delikatna aura magiczna - slad po jakims rytuale lub innym uzyciu magii. Tu sie wiele dzieje Jaredzie.
Jestem w drodze do Tureganu aby przygotowac plany pod nowa swiatynie Asteriusza i Gorlama ale niemal juz podjalem decyzje ze zatrzymam sie na troche by pomoc w Duviku. Powiedz jeno jak czesto ruszaja stad karawany, bo po prawdzie limitu czasowego nie mam ale na pol roku tu ostac nie moge, tym bardziej, ze choc biedakiem nie jestem to przy waszych nielichych cenach z glodu i pragnienienia bym szczezl. Nie moge nic za moich towarzyszy rzec, bo wole wolna maja i rozne sprawunki ich w te strony rzucily. Mysle jednak ze za wikt opierunek i jakas nagrode skusza sie takze by pozostac jakis czas w Duviku. Jesli o mnie chodzi ja nagrod ani splendoru nie oczekuje, jeno patrzec nie moge kiedy ludziska niewinne cierpia lub zlo sie dzieje.
Jestem w drodze do Tureganu aby przygotowac plany pod nowa swiatynie Asteriusza i Gorlama ale niemal juz podjalem decyzje ze zatrzymam sie na troche by pomoc w Duviku. Powiedz jeno jak czesto ruszaja stad karawany, bo po prawdzie limitu czasowego nie mam ale na pol roku tu ostac nie moge, tym bardziej, ze choc biedakiem nie jestem to przy waszych nielichych cenach z glodu i pragnienienia bym szczezl. Nie moge nic za moich towarzyszy rzec, bo wole wolna maja i rozne sprawunki ich w te strony rzucily. Mysle jednak ze za wikt opierunek i jakas nagrode skusza sie takze by pozostac jakis czas w Duviku. Jesli o mnie chodzi ja nagrod ani splendoru nie oczekuje, jeno patrzec nie moge kiedy ludziska niewinne cierpia lub zlo sie dzieje.
Ostatnio zmieniony 16 maja 2011, 00:15 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wejście do pieczar, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Jared Brunta machnął ręką w sposób dający do zrozumienia, że nie zamierza rozpamiętywać dłużej wybryku swego rozmówcy, wskazał w zamian kosturem na wiodący w głąb pionowego uskoku otwór wejściowy, wysoki na dwóch mężczyzn i równie szeroki. Z głębi zionącego przyjemnym chłodem przejścia biła poświata rozstawionych co rusz kaganków i dobiegały odległe, stłumione skałami ludzkie głosy.
Sędziwy kapłan uniósł rękę mijając wykutą opodal w skale kapliczkę Graama, oddał swemu bóstwu pełny czci ukłon. Kucający przy misternie rzeźbionym w zboczu ołtarzyku mężczyzna, podeszły już wiekiem i straszący dziko nastroszonymi włosami, przesłonił na widok Brunty oczy dłońmi zerkając na kleryka przez szpary między palcami.
- Nie zwracaj na niego uwagi, przyjacielu - powiedział graamita dostrzegając zaciekawione spojrzenie Eitharta - Przykra to sprawa niewymiernie, wszelako i takie się zdarzają. To Tragar Reges, jeden z moich ziomków i wyborny niegdyś szermierz. Choroba, która go dręczy toczy nie ciało, lecz umysł, przeto mimo wielu lat prób nie udało mi się go uzdrowić. Popadł dawno temu w obłęd, a przez to ucierpiała jego wiara, wiara zaś niezbędna jest, by bóg zechciał go wyleczyć. Plecie od rzeczy, załatwia się gdzie popadnie i rzadko się myje, ale wszak to jeden z nas, tedy go przecie precz nie popędzimy.
- Obłęd zaiste trudny jest w leczeniu - przyznał neutralnie Eithart, swą wiedzę medyczną opierający przede wszystkim na sztuce oczyszczania i zszywania ran, nastawiania złamanych kości, przecinania wrzodów i wyrywania zębów - Żal prawdziwie tego biedaka.
- Za grzechy ojców zapłacą ichne dzieciska! - zawołał przejmującym głosem obłąkaniec, podskakując w miejscu w kuckach i wciąż nie odejmując dłoni od twarzy - Upir z pustyni wszytko zagarnie, krew za krew odbierze!
- Cichaj, Tragarze - powiedział łagodnym, ale stanowczym tonem Jared Brunta - Nie strachaj nam gości, bo nie dostaniesz wieczerzy.
- Coś uczynił inszemu, będzie tobie odpłacone! Kiery grzeszny, bogi mu zapłatę wyznaczą! - kudłaty Duvikanin wycofał się tyłem w kąt ołtarzyka, wcisnął się tam plecami, po czym zaczął rytmicznie uderzać tyłem głowy w chropawą ścianę rozpadliny, przewracając oczami i szczerząc zęby.
- Okropicznie to wygląda, ale mu przejdzie - uspokoił Eitharta graamita - Zawsze przechodzi jak się porządnie łepetyną po czym twardym wytrzaska. Hakanie, pozostańcie z dziewką tutaj, przypilnujcie aż biedakowi przejdzie, potem pójdźcie do domu zgromadzeń, my do was rychło dołączymy.
- Jeśli to w niczym nie przeszkadza, wolałbym zabrać Uhrę ze sobą, świątobliwy - odrzekł Eithart nie zamierzając rezygnować ze swego podejścia do kobiet nawet w tak konserwatywnym miejscu jak Duvik. Brunta obejrzał się na gorlamitę oczami, w których nie dało się nic wyczytać, potem zaś potrząsnął przecząco głową.
- Wierzaj mi, że będzie przeszkadzało, a zrozumiesz to, kiedy zejdziemy do pieczar - odpowiedział po krótkiej chwili milczenia przerywanej jedynie jękami wydawanymi przez uspokajającego się powoli szaleńca.
Wątek techniczny
8ART, Brunta zdecydowanie sobie widać nie życzy, by Uhra zeszła do miejsca odosobnienia, gdzie przebywają chorzy. Czym to jest powodowane, nie wiadomo, widać taka jego wola i pozostaje pytanie, czy zechcesz to uszanować czy też będziesz się o towarzystwo Uhry wykłócał. Jaka jest Twa decyzja?
Jared Brunta machnął ręką w sposób dający do zrozumienia, że nie zamierza rozpamiętywać dłużej wybryku swego rozmówcy, wskazał w zamian kosturem na wiodący w głąb pionowego uskoku otwór wejściowy, wysoki na dwóch mężczyzn i równie szeroki. Z głębi zionącego przyjemnym chłodem przejścia biła poświata rozstawionych co rusz kaganków i dobiegały odległe, stłumione skałami ludzkie głosy.
Sędziwy kapłan uniósł rękę mijając wykutą opodal w skale kapliczkę Graama, oddał swemu bóstwu pełny czci ukłon. Kucający przy misternie rzeźbionym w zboczu ołtarzyku mężczyzna, podeszły już wiekiem i straszący dziko nastroszonymi włosami, przesłonił na widok Brunty oczy dłońmi zerkając na kleryka przez szpary między palcami.
- Nie zwracaj na niego uwagi, przyjacielu - powiedział graamita dostrzegając zaciekawione spojrzenie Eitharta - Przykra to sprawa niewymiernie, wszelako i takie się zdarzają. To Tragar Reges, jeden z moich ziomków i wyborny niegdyś szermierz. Choroba, która go dręczy toczy nie ciało, lecz umysł, przeto mimo wielu lat prób nie udało mi się go uzdrowić. Popadł dawno temu w obłęd, a przez to ucierpiała jego wiara, wiara zaś niezbędna jest, by bóg zechciał go wyleczyć. Plecie od rzeczy, załatwia się gdzie popadnie i rzadko się myje, ale wszak to jeden z nas, tedy go przecie precz nie popędzimy.
- Obłęd zaiste trudny jest w leczeniu - przyznał neutralnie Eithart, swą wiedzę medyczną opierający przede wszystkim na sztuce oczyszczania i zszywania ran, nastawiania złamanych kości, przecinania wrzodów i wyrywania zębów - Żal prawdziwie tego biedaka.
- Za grzechy ojców zapłacą ichne dzieciska! - zawołał przejmującym głosem obłąkaniec, podskakując w miejscu w kuckach i wciąż nie odejmując dłoni od twarzy - Upir z pustyni wszytko zagarnie, krew za krew odbierze!
- Cichaj, Tragarze - powiedział łagodnym, ale stanowczym tonem Jared Brunta - Nie strachaj nam gości, bo nie dostaniesz wieczerzy.
- Coś uczynił inszemu, będzie tobie odpłacone! Kiery grzeszny, bogi mu zapłatę wyznaczą! - kudłaty Duvikanin wycofał się tyłem w kąt ołtarzyka, wcisnął się tam plecami, po czym zaczął rytmicznie uderzać tyłem głowy w chropawą ścianę rozpadliny, przewracając oczami i szczerząc zęby.
- Okropicznie to wygląda, ale mu przejdzie - uspokoił Eitharta graamita - Zawsze przechodzi jak się porządnie łepetyną po czym twardym wytrzaska. Hakanie, pozostańcie z dziewką tutaj, przypilnujcie aż biedakowi przejdzie, potem pójdźcie do domu zgromadzeń, my do was rychło dołączymy.
- Jeśli to w niczym nie przeszkadza, wolałbym zabrać Uhrę ze sobą, świątobliwy - odrzekł Eithart nie zamierzając rezygnować ze swego podejścia do kobiet nawet w tak konserwatywnym miejscu jak Duvik. Brunta obejrzał się na gorlamitę oczami, w których nie dało się nic wyczytać, potem zaś potrząsnął przecząco głową.
- Wierzaj mi, że będzie przeszkadzało, a zrozumiesz to, kiedy zejdziemy do pieczar - odpowiedział po krótkiej chwili milczenia przerywanej jedynie jękami wydawanymi przez uspokajającego się powoli szaleńca.
Wątek techniczny
8ART, Brunta zdecydowanie sobie widać nie życzy, by Uhra zeszła do miejsca odosobnienia, gdzie przebywają chorzy. Czym to jest powodowane, nie wiadomo, widać taka jego wola i pozostaje pytanie, czy zechcesz to uszanować czy też będziesz się o towarzystwo Uhry wykłócał. Jaka jest Twa decyzja?
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Eithartowi przeszło przez myśl, że już wystarczająco nadszarpnął gościnność graamity i walcząc z sobą postanowił jednak ulec żądaniu Brunty. Podszedł do stojącej na zewnątrz Uhry, oparł dłoń na ramieniu półorczycy po czym wyszeptał - Przepraszam Cię Uhro. Jared stanowczo sprzeciwił się Twojemu wejściu do jaskiń i podobno ma ku temu jakiś powód, a nie możemy nadużywać gościnności Duvikan. Obiecuję, że opowiem wszystko by zaspokoić Twą ciekawość kiedy wrócę. Zobaczymy się najpóźniej na wieczerzy.
Wątek techniczny
Wchodzę do pieczar jedynie z Jaredem.
Teraz moją ciekawość zżera, co Ci mieszkańcy (ojcowie) nabroili;)
Wątek techniczny
Wchodzę do pieczar jedynie z Jaredem.
Teraz moją ciekawość zżera, co Ci mieszkańcy (ojcowie) nabroili;)
Ostatnio zmieniony 16 maja 2011, 00:37 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wejście do pieczar, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Hakan Harmun uśmiechnął się lekko słysząc pytanie Uhry, potrząsnął głową.
- Jam jest człek tu rodzony, dziecko - odpowiedział - Moja rodzina z dziada pradziada w Duviku osiadła, alem się za młodych lat zapuszczał tu i ówdzie, włóczył po pograniczu aż po Esai, a i w Remzinie zdarzyło mi się razy kilka bywać. Aleć za człeka światowego mnie brać nie lza, bom najwięcej czasu na tutejszych pustkowiach spędził.
Uhra skwitowała wyjaśnienie myśliwego kiwnięciem głowy, potem wróciła do nurtującego ją widać głęboko tematu arkanów.
- Jakom rzekł, ślady były tak wiatrem zatarte, żem trop po krótkim czasie stracił - odrzekł Harmun unosząc jednocześnie dłonie w znaku kielicha i oddając w ten sposób cześć wykutemu w skalnej ścianie ołtarzykowi Graama, do którego cała czwórka szybko się zbliżała - Ale zaiste tknęło mnie to, coś rzekła o dobytku moich ziomków, że zbrodzienie niczego nie wzięli, a wodę wylali. Mrówkoludy dziwaczne muszą mieć obyczaje, kto tam wie ich rytuały, a ceremonie. Może iście to oni ich zabili, a wiara pogańska ichna im wody przez ludzi tkniętej pić nie pozwala abo co inszego?
- Tedy by może i dobytku zabitych nie pobrali - zastanowiła się na głos Uhra - Zwykły pustynny grasant obdarłby zwłoki do naga, ale taki mrówkolud pewnikiem z odrazy wszystko ostawił. A co to za jeden?
Uwagę dziewczyny zwrócił znienacka jakiś mężczyzna, podeszły już wiekiem i straszący dziko nastroszonymi włosami, kucający przy misternie rzeźbionym w zboczu ołtarzyku. Człowiek ów przesłonił na widok kapłanów oczy palcami i zaczął coś mamrotać.
- To ziomek nasz nieszczęsny, Tragar Reges, oby Graam zechciał go wreszcie od męki uwolnić - odparł Hakan Harmun marszcząc czoło - Obłęd mu rozum odebrał, wiele lat temu, pod Wężową Skałą. Ciebie ani jeszcze na świecie nie było, dziecko, kiedy to się stało, a przecie po dziś dzień żałość serce ściska, bo wielce był obrotny w robieniu mieczem i kawał zucha.
- Za grzechy ojców zapłacą ichne dzieciska! - zawołał przejmującym głosem obłąkaniec, podskakując w miejscu w kuckach i wciąż nie odejmując dłoni od twarzy - Upir z pustyni wszytko zagarnie, krew za krew odbierze!
- Cichaj, Tragarze - powiedział łagodnym, ale stanowczym tonem stojący opodal ramię w ramię z Eithartem Jared Brunta - Nie strachaj nam gości, bo nie dostaniesz wieczerzy.
- Coś uczynił inszemu, będzie tobie odpłacone! Kiery grzeszny, bogi mu zapłatę wyznaczą! - kudłaty Duvikanin wycofał się tyłem w kąt ołtarzyka, wcisnął się tam plecami, po czym zaczął rytmicznie uderzać tyłem głowy w chropawą ścianę rozpadliny, przewracając oczami i szczerząc zęby.
- Przecie jeszcze czaszkę se rozłupie! - wyrzuciła z siebie dziewczyna otwierając usta z wrażenia, nie potrafiąc oderwać od Regesa wzroku.
- Twardą ma jako ta skała, o którą bije - odparł uspokajającym tonem Harmun - Jak go złe myśli nachodzą, to sobie ból zadaje, a wtedy obłęd słabnie, to zawsze pomaga. Nic mu nie będzie.
Rozmawiający z Eithartem Brunta odwrócił się w stronę pozostałej pary spacerowiczów, rzucił w kierunku myśliwego surowe spojrzenie.
- Hakanie, pozostańcie z dziewką tutaj, przypilnujcie aż biedakowi przejdzie, potem pójdźcie do domu zgromadzeń, my do was rychło dołączymy - polecił kapłan. Uhra natychmiast zmarszczyła czoło niechętnie przyjmując do wiadomości autorytarny ton Brunty, Eithart podszedł do niej jednak z miejsca, wyczuwając zalążek irytacji dziewczyny i prosząc ją,by przez wzgląd na miejscowe obyczaje zechciała pozostawić go sam na sam z wyraźnie tego żądającym graamickim kapłanem.
Uhra przygryzła wargi słuchając prośby Eitharta i gapiąc się jednocześnie ponad ramieniem mężczyzny na ziejący ciemnością otwór wejściowy do kompleksu podziemnych pieczar rozciągających w głębi skalnego masywu.
Wątek techniczny
Eithart poprosił, by Uhra jednak pozostała na zewnątrz pieczary, więc teraz pytanie do Uli, czy zechce usłuchać gorlamickiego kleryka czy na przekór wszystkim polezie do podziemi śladem kapłanów ryzykując kolejny incydent dyplomatyczny. W każdym z przypadków poproszę o dodatkową informację na temat zamiarów/tematów do obgadania dla dziewczyny, inaczej przyjmę, że będzie stała w uprzejmym milczeniu przyglądając się wariatowi.
Hakan Harmun uśmiechnął się lekko słysząc pytanie Uhry, potrząsnął głową.
- Jam jest człek tu rodzony, dziecko - odpowiedział - Moja rodzina z dziada pradziada w Duviku osiadła, alem się za młodych lat zapuszczał tu i ówdzie, włóczył po pograniczu aż po Esai, a i w Remzinie zdarzyło mi się razy kilka bywać. Aleć za człeka światowego mnie brać nie lza, bom najwięcej czasu na tutejszych pustkowiach spędził.
Uhra skwitowała wyjaśnienie myśliwego kiwnięciem głowy, potem wróciła do nurtującego ją widać głęboko tematu arkanów.
- Jakom rzekł, ślady były tak wiatrem zatarte, żem trop po krótkim czasie stracił - odrzekł Harmun unosząc jednocześnie dłonie w znaku kielicha i oddając w ten sposób cześć wykutemu w skalnej ścianie ołtarzykowi Graama, do którego cała czwórka szybko się zbliżała - Ale zaiste tknęło mnie to, coś rzekła o dobytku moich ziomków, że zbrodzienie niczego nie wzięli, a wodę wylali. Mrówkoludy dziwaczne muszą mieć obyczaje, kto tam wie ich rytuały, a ceremonie. Może iście to oni ich zabili, a wiara pogańska ichna im wody przez ludzi tkniętej pić nie pozwala abo co inszego?
- Tedy by może i dobytku zabitych nie pobrali - zastanowiła się na głos Uhra - Zwykły pustynny grasant obdarłby zwłoki do naga, ale taki mrówkolud pewnikiem z odrazy wszystko ostawił. A co to za jeden?
Uwagę dziewczyny zwrócił znienacka jakiś mężczyzna, podeszły już wiekiem i straszący dziko nastroszonymi włosami, kucający przy misternie rzeźbionym w zboczu ołtarzyku. Człowiek ów przesłonił na widok kapłanów oczy palcami i zaczął coś mamrotać.
- To ziomek nasz nieszczęsny, Tragar Reges, oby Graam zechciał go wreszcie od męki uwolnić - odparł Hakan Harmun marszcząc czoło - Obłęd mu rozum odebrał, wiele lat temu, pod Wężową Skałą. Ciebie ani jeszcze na świecie nie było, dziecko, kiedy to się stało, a przecie po dziś dzień żałość serce ściska, bo wielce był obrotny w robieniu mieczem i kawał zucha.
- Za grzechy ojców zapłacą ichne dzieciska! - zawołał przejmującym głosem obłąkaniec, podskakując w miejscu w kuckach i wciąż nie odejmując dłoni od twarzy - Upir z pustyni wszytko zagarnie, krew za krew odbierze!
- Cichaj, Tragarze - powiedział łagodnym, ale stanowczym tonem stojący opodal ramię w ramię z Eithartem Jared Brunta - Nie strachaj nam gości, bo nie dostaniesz wieczerzy.
- Coś uczynił inszemu, będzie tobie odpłacone! Kiery grzeszny, bogi mu zapłatę wyznaczą! - kudłaty Duvikanin wycofał się tyłem w kąt ołtarzyka, wcisnął się tam plecami, po czym zaczął rytmicznie uderzać tyłem głowy w chropawą ścianę rozpadliny, przewracając oczami i szczerząc zęby.
- Przecie jeszcze czaszkę se rozłupie! - wyrzuciła z siebie dziewczyna otwierając usta z wrażenia, nie potrafiąc oderwać od Regesa wzroku.
- Twardą ma jako ta skała, o którą bije - odparł uspokajającym tonem Harmun - Jak go złe myśli nachodzą, to sobie ból zadaje, a wtedy obłęd słabnie, to zawsze pomaga. Nic mu nie będzie.
Rozmawiający z Eithartem Brunta odwrócił się w stronę pozostałej pary spacerowiczów, rzucił w kierunku myśliwego surowe spojrzenie.
- Hakanie, pozostańcie z dziewką tutaj, przypilnujcie aż biedakowi przejdzie, potem pójdźcie do domu zgromadzeń, my do was rychło dołączymy - polecił kapłan. Uhra natychmiast zmarszczyła czoło niechętnie przyjmując do wiadomości autorytarny ton Brunty, Eithart podszedł do niej jednak z miejsca, wyczuwając zalążek irytacji dziewczyny i prosząc ją,by przez wzgląd na miejscowe obyczaje zechciała pozostawić go sam na sam z wyraźnie tego żądającym graamickim kapłanem.
Uhra przygryzła wargi słuchając prośby Eitharta i gapiąc się jednocześnie ponad ramieniem mężczyzny na ziejący ciemnością otwór wejściowy do kompleksu podziemnych pieczar rozciągających w głębi skalnego masywu.
Wątek techniczny
Eithart poprosił, by Uhra jednak pozostała na zewnątrz pieczary, więc teraz pytanie do Uli, czy zechce usłuchać gorlamickiego kleryka czy na przekór wszystkim polezie do podziemi śladem kapłanów ryzykując kolejny incydent dyplomatyczny. W każdym z przypadków poproszę o dodatkową informację na temat zamiarów/tematów do obgadania dla dziewczyny, inaczej przyjmę, że będzie stała w uprzejmym milczeniu przyglądając się wariatowi.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Opodal zagrody dla wołów, późne popołudnie
Oktar Detelf pociemniał jeszcze bardziej słysząc pojednawcze słowa Skeli, najwyraźniej nie biorąc ich za dobrą monetę, chociaż na obliczu tropiciela rysowały się szczere intencje.
- Twój to druh, tedy i ty za jego słowa odpowiadasz! - sarknął pierwszy kapitan Duviku opierając się plecami o drewnianą zagrodę, w której leżały w pyle esajańskie woły, ponownie zacisnął dłonie w pięści - Nie będzie żaden przybłęda przemawiał w taki sposób do mnie ani któregoś z moich podkomendnych! Trzymaj go krótko, bo inaczej skończy na stryczku, u nas takowych włóczykijów na gardle się kara jak za bardzo pyszczą! A sam idź się wpierw oporządzisz, bom gotów odgadnąć po odorze, jakiej maści konia dosiadasz, człeku. Gdybym cię wąchać miał, a nie na cię spozierać, z miejsca bym rzeknął, żeś tego goblina ziomek i pobratymiec.
Tym razem pociemniało w oczach Skeli, a krew uderzyła posępnemu tropicielowi do głowy na dźwięk zniewagi, której na co dzień nie puściłby w niepamięć. Gdyby coś takiego rzekł mu ktoś inny, pewnikiem leżałby już w piachu brocząc krwią z rozbitego nosa, ostatkiem sił mężczyzna powstrzymał się jednak przed czynem, który mógł go kosztować życie. Na dzikim pograniczu, w osadzie takiej jak Duvik, podniesienie ręki na dowódcę miejscowego kontyngentu groziło niechybnie śmiercią śmiałka dość zuchwałego, by to uczynić.
Dwaj pilnujący wołów esajańscy poganiacze podnieśli się z derek obserwując zmrużonymi oczami ostrą sprzeczkę, zaczęli poszeptywać między sobą i rzucać kamykami w śpiących w głębi pieczary ziomków. Detelf odwrócił się raptownie w miejscu dając Skeli do zrozumienia, że zakończył z nim rozmowę, przeskoczył przez niskie w tym miejscu ogrodzenie pokrzykując na Esajan w ich ojczystej mowie i domagając się natychmiastowego widzenia ze śpiącym widać jeszcze starszym karawany.
Ilef Sharat nie poszedł od razu w ślad swego dowódcy, odczekał chwilę bijąc się z myślami.
- Nie bierz mu tych słów za złe - powiedział cicho, szybko wyrzucając z siebie słowa i oglądając się nad ramieniem za pierwszym kapitanem - Wszyscyśmy wielce przemęczeni i drażliwi na złe słowo, a ten twój goblini brat we słowach nie przebierał, sam to musisz przyznać! Wracaj do domku, a odczekaj swoje, ja się raz jeszcze z Oktarem rozmówię.
- Jedno jeszcze pytanie mam - powiedział równie szybko Skela, robiąc gest taki jakby chciał złapać kapitana za rękaw, ale się w ostatniej chwili rozmyślił - Słyszeliście o jakowych druidach w okolicy? Znacie może kogo z tej braci samemu?
- Jak daleko pamięcią sięgam, żem tu druida nie uwidział - wzruszył ramionami Sharat - A mieszkam tutaj od dziecięcia.
- Ilef! Ostaw tego człeka i chodź tutaj!
Wątek techniczny
Oktar Detelf wciąż wkurzony, ale jest szansa, że Ilef Sharat jakoś go ułagodzi - jeśli naturalnie ktoś nadal będzie zainteresowany wyświadczeniem miejscowym przysługi. Zresztą myślę, że Eithart dzięki swemu czarowi też będzie mógł tu wiele zdziałać, podobnie jak życzliwy Uhrze Hakan Harmun, więc ciągle jest spora szansa poprawić Wasz wizerunek w oczach najwyższego rangą wojaka w osadzie.
Venar, zamierzasz przesiedzieć w chatce do powrótu reszty kompanów czy masz jakieś inne plany?
Oktar Detelf pociemniał jeszcze bardziej słysząc pojednawcze słowa Skeli, najwyraźniej nie biorąc ich za dobrą monetę, chociaż na obliczu tropiciela rysowały się szczere intencje.
- Twój to druh, tedy i ty za jego słowa odpowiadasz! - sarknął pierwszy kapitan Duviku opierając się plecami o drewnianą zagrodę, w której leżały w pyle esajańskie woły, ponownie zacisnął dłonie w pięści - Nie będzie żaden przybłęda przemawiał w taki sposób do mnie ani któregoś z moich podkomendnych! Trzymaj go krótko, bo inaczej skończy na stryczku, u nas takowych włóczykijów na gardle się kara jak za bardzo pyszczą! A sam idź się wpierw oporządzisz, bom gotów odgadnąć po odorze, jakiej maści konia dosiadasz, człeku. Gdybym cię wąchać miał, a nie na cię spozierać, z miejsca bym rzeknął, żeś tego goblina ziomek i pobratymiec.
Tym razem pociemniało w oczach Skeli, a krew uderzyła posępnemu tropicielowi do głowy na dźwięk zniewagi, której na co dzień nie puściłby w niepamięć. Gdyby coś takiego rzekł mu ktoś inny, pewnikiem leżałby już w piachu brocząc krwią z rozbitego nosa, ostatkiem sił mężczyzna powstrzymał się jednak przed czynem, który mógł go kosztować życie. Na dzikim pograniczu, w osadzie takiej jak Duvik, podniesienie ręki na dowódcę miejscowego kontyngentu groziło niechybnie śmiercią śmiałka dość zuchwałego, by to uczynić.
Dwaj pilnujący wołów esajańscy poganiacze podnieśli się z derek obserwując zmrużonymi oczami ostrą sprzeczkę, zaczęli poszeptywać między sobą i rzucać kamykami w śpiących w głębi pieczary ziomków. Detelf odwrócił się raptownie w miejscu dając Skeli do zrozumienia, że zakończył z nim rozmowę, przeskoczył przez niskie w tym miejscu ogrodzenie pokrzykując na Esajan w ich ojczystej mowie i domagając się natychmiastowego widzenia ze śpiącym widać jeszcze starszym karawany.
Ilef Sharat nie poszedł od razu w ślad swego dowódcy, odczekał chwilę bijąc się z myślami.
- Nie bierz mu tych słów za złe - powiedział cicho, szybko wyrzucając z siebie słowa i oglądając się nad ramieniem za pierwszym kapitanem - Wszyscyśmy wielce przemęczeni i drażliwi na złe słowo, a ten twój goblini brat we słowach nie przebierał, sam to musisz przyznać! Wracaj do domku, a odczekaj swoje, ja się raz jeszcze z Oktarem rozmówię.
- Jedno jeszcze pytanie mam - powiedział równie szybko Skela, robiąc gest taki jakby chciał złapać kapitana za rękaw, ale się w ostatniej chwili rozmyślił - Słyszeliście o jakowych druidach w okolicy? Znacie może kogo z tej braci samemu?
- Jak daleko pamięcią sięgam, żem tu druida nie uwidział - wzruszył ramionami Sharat - A mieszkam tutaj od dziecięcia.
- Ilef! Ostaw tego człeka i chodź tutaj!
Wątek techniczny
Oktar Detelf wciąż wkurzony, ale jest szansa, że Ilef Sharat jakoś go ułagodzi - jeśli naturalnie ktoś nadal będzie zainteresowany wyświadczeniem miejscowym przysługi. Zresztą myślę, że Eithart dzięki swemu czarowi też będzie mógł tu wiele zdziałać, podobnie jak życzliwy Uhrze Hakan Harmun, więc ciągle jest spora szansa poprawić Wasz wizerunek w oczach najwyższego rangą wojaka w osadzie.
Venar, zamierzasz przesiedzieć w chatce do powrótu reszty kompanów czy masz jakieś inne plany?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Chatka dla gości, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Trehant wyłamał sobie z trzaskiem palce dłoni, stojąc w progu chatki dla przyjezdnych i skacząc spojrzeniem pomiędzy plecami oddalającego się w głąb osady Mordila oraz stojącego z duvikańskimi oficerami Skeli. Posępny tropiciel musiał w ewidetny sposób skupić na sobie złość pierwszego kapitana, bo Oktar Detelf podniósł na niego głos tak wysoko, że półork słyszał każde wyrzucone przez wojaka słowa, zwłaszcza zaś komentarz tyczący się higieny rozmówcy. Myśliwy uśmiechnął się kącikami ust na dźwięk tej obraźliwej uwagi, nie potrafiąc nie przyznać Detelfowi racji Skela wykazał wcześniej podziwu godną troskę o swego konia, pojąc go, czesząc i sprawdzając uważnie kopyta, sam jednak zaniedbał zupełnie pobieżne nawet mycie kładąc się na posłanie ze ciałem pokrytym warstewką zaschłego potu i roztaczając wokół siebie charakterystyczny odór człowieka, który spędził kilkanaście ostatnich godzin na grzbiecie konia.
Mordil maszerował równym krokiem przed siebie, z zadartym w górę nosem, zagłębiając się pomiędzy obudowane domkami ściany rozpadliny. Ponieważ goblin wciąż obwieszony był orężem, a przy tym ostentacyjnie unikał spoglądania w stronę Detelfa i Sharata, Trehant nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jego krewki temperament mógł lada chwila doprowadzić do kolejnego zatargu z miejscowymi, zauważalnie nerwowymi i drażliwymi na padające pod ich adresem słowa.
Pozostawiony przy chatce gulmak wydał z siebie zdławione miauknięcie, przewrócił się na grzbiet prostując wszystkie cztery łapy i zapadł ponownie w drzemkę, płosząc tym nagłym ruchem pozostałe konie, zwłaszcza zaś podejrzliwego w stosunku do gada ogiera Eitharta.
Półork westchnął cicho, po czym wyślizgnął się za próg chatki. Upewniwszy się, że obaj kapitanowie pogrążeni są rozmową z Esajanami, a Skela stoi przy drewnianej zagrodzie dla wołów, łowca makunów ruszył szybkim krokiem w ślad za Mordilem, zdecydowany odszukać jak najszybciej Eitharta i uprzedzić go o zamieszaniu spowodowanym zatargiem miejscowych z goblinem.
Po kilkudziesięciu krokach szczerzący gniewnie kiełki barbarzyńca wdał się w rozmowę z jakimś Duvikaninem, na przemian machając rękami i klepiąc się po brzuchu. Trehant ominął go szerokim łukiem zagłębiając się pomiędzy pnące się wysoko w górę kamienne domki i lustrując jebacznym wzrokiem. Docierający na dno rozpadliny popołudniowy skwar zapędził większość miejscowych doich domostw, toteż maszerujący środkiem kamiennej ulicy półork napotkał jedynie kilku obserwujących go nieufnie z płaskich dachów lub zza progów Duvikan, unikających kontaktu wzrokowego i nie reagujących na wyrażane ruchami ręki pozdrowienia. Poranne powitanie zgotowane wędrowcom przez miejscowych handlarzy zdało się znienacka jeszcze bardziej sztuczne, podszyte fałszywymi uśmiechami chcących coś sprzedać ludzi, którzy próbowali tego bez serca, myślami pozostając zupełnie gdzieś indziej.
Z niektórych domostw dobiegały stłumione lamenty, z innych dźwięki żarliwych modlitw wypowiadanych przepełnionymi rozpaczą głosami. Półork pokręcił głową uświadamiając sobie jak mało dostrzegał wokół siebie śladów dziecięcej obecności: po prawdzie widział tu i ówdzie jedynie wywieszone na sznurkach uprane dziecięce stroje, samych jednak malców nigdzie ani nie widział ani nie słyszał, co samo w sobie budziło w łowcy makunów niepokojące wrażenie.
Krótkie syknięcie było tak ciche, że w pierwszej chwili Trehant po prostu je zignorował, kiedy się jednak ponowiło, odwrócił głowę w stronę ciasnej mrocznej przestrzeni między dwoma domkami. W głębokim cieniu stała jakaś skulona kobieta opatulona mimo gorąca podróżnym płaszczem z kapturem. Półork przystanął w miejscu dostrzegając słane mu ukradkowe znaki.
- Gadasz remzińską mową? - syknęła kobieta, kiedy Trehant postąpił ostrożnie w jej kierunku.
- Zależy, z kim - odpowiedział wymijająco, nie mając pojęcia czego ta kobieta odniego chciała i czemu ustawicznie strzelała na wszystkie strony błyszczącymi pod kapturem oczami.
Wątek techniczny
Treant, co prawda nie wiesz jeszcze, gdzie jest teraz Eithart, a panująca w Duviku atmosfera zaczyna budzić u Ciebie zimne ciarki, ale ktoś najwyraźniej chce Cię zwabić w ustronne miejsce, by nawiązać bliższą znajomość. Ja tam gotów jestem pójść w zakład, że to jakaś spragniona chłopa białogłowa, która dzięki Twoim charakterystycznym kłom rozpoznała w Trehancie potomka słynących z jurności i zamiłowania do łożnicy orków, więc może skorzystać z okazji?
Trehant wyłamał sobie z trzaskiem palce dłoni, stojąc w progu chatki dla przyjezdnych i skacząc spojrzeniem pomiędzy plecami oddalającego się w głąb osady Mordila oraz stojącego z duvikańskimi oficerami Skeli. Posępny tropiciel musiał w ewidetny sposób skupić na sobie złość pierwszego kapitana, bo Oktar Detelf podniósł na niego głos tak wysoko, że półork słyszał każde wyrzucone przez wojaka słowa, zwłaszcza zaś komentarz tyczący się higieny rozmówcy. Myśliwy uśmiechnął się kącikami ust na dźwięk tej obraźliwej uwagi, nie potrafiąc nie przyznać Detelfowi racji Skela wykazał wcześniej podziwu godną troskę o swego konia, pojąc go, czesząc i sprawdzając uważnie kopyta, sam jednak zaniedbał zupełnie pobieżne nawet mycie kładąc się na posłanie ze ciałem pokrytym warstewką zaschłego potu i roztaczając wokół siebie charakterystyczny odór człowieka, który spędził kilkanaście ostatnich godzin na grzbiecie konia.
Mordil maszerował równym krokiem przed siebie, z zadartym w górę nosem, zagłębiając się pomiędzy obudowane domkami ściany rozpadliny. Ponieważ goblin wciąż obwieszony był orężem, a przy tym ostentacyjnie unikał spoglądania w stronę Detelfa i Sharata, Trehant nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jego krewki temperament mógł lada chwila doprowadzić do kolejnego zatargu z miejscowymi, zauważalnie nerwowymi i drażliwymi na padające pod ich adresem słowa.
Pozostawiony przy chatce gulmak wydał z siebie zdławione miauknięcie, przewrócił się na grzbiet prostując wszystkie cztery łapy i zapadł ponownie w drzemkę, płosząc tym nagłym ruchem pozostałe konie, zwłaszcza zaś podejrzliwego w stosunku do gada ogiera Eitharta.
Półork westchnął cicho, po czym wyślizgnął się za próg chatki. Upewniwszy się, że obaj kapitanowie pogrążeni są rozmową z Esajanami, a Skela stoi przy drewnianej zagrodzie dla wołów, łowca makunów ruszył szybkim krokiem w ślad za Mordilem, zdecydowany odszukać jak najszybciej Eitharta i uprzedzić go o zamieszaniu spowodowanym zatargiem miejscowych z goblinem.
Po kilkudziesięciu krokach szczerzący gniewnie kiełki barbarzyńca wdał się w rozmowę z jakimś Duvikaninem, na przemian machając rękami i klepiąc się po brzuchu. Trehant ominął go szerokim łukiem zagłębiając się pomiędzy pnące się wysoko w górę kamienne domki i lustrując jebacznym wzrokiem. Docierający na dno rozpadliny popołudniowy skwar zapędził większość miejscowych doich domostw, toteż maszerujący środkiem kamiennej ulicy półork napotkał jedynie kilku obserwujących go nieufnie z płaskich dachów lub zza progów Duvikan, unikających kontaktu wzrokowego i nie reagujących na wyrażane ruchami ręki pozdrowienia. Poranne powitanie zgotowane wędrowcom przez miejscowych handlarzy zdało się znienacka jeszcze bardziej sztuczne, podszyte fałszywymi uśmiechami chcących coś sprzedać ludzi, którzy próbowali tego bez serca, myślami pozostając zupełnie gdzieś indziej.
Z niektórych domostw dobiegały stłumione lamenty, z innych dźwięki żarliwych modlitw wypowiadanych przepełnionymi rozpaczą głosami. Półork pokręcił głową uświadamiając sobie jak mało dostrzegał wokół siebie śladów dziecięcej obecności: po prawdzie widział tu i ówdzie jedynie wywieszone na sznurkach uprane dziecięce stroje, samych jednak malców nigdzie ani nie widział ani nie słyszał, co samo w sobie budziło w łowcy makunów niepokojące wrażenie.
Krótkie syknięcie było tak ciche, że w pierwszej chwili Trehant po prostu je zignorował, kiedy się jednak ponowiło, odwrócił głowę w stronę ciasnej mrocznej przestrzeni między dwoma domkami. W głębokim cieniu stała jakaś skulona kobieta opatulona mimo gorąca podróżnym płaszczem z kapturem. Półork przystanął w miejscu dostrzegając słane mu ukradkowe znaki.
- Gadasz remzińską mową? - syknęła kobieta, kiedy Trehant postąpił ostrożnie w jej kierunku.
- Zależy, z kim - odpowiedział wymijająco, nie mając pojęcia czego ta kobieta odniego chciała i czemu ustawicznie strzelała na wszystkie strony błyszczącymi pod kapturem oczami.
Wątek techniczny
Treant, co prawda nie wiesz jeszcze, gdzie jest teraz Eithart, a panująca w Duviku atmosfera zaczyna budzić u Ciebie zimne ciarki, ale ktoś najwyraźniej chce Cię zwabić w ustronne miejsce, by nawiązać bliższą znajomość. Ja tam gotów jestem pójść w zakład, że to jakaś spragniona chłopa białogłowa, która dzięki Twoim charakterystycznym kłom rozpoznała w Trehancie potomka słynących z jurności i zamiłowania do łożnicy orków, więc może skorzystać z okazji?
Wzruszyłam ramionami, trudno niech ich wola bidzie.
Nie planuje na siłę włazić gdzie mór panuje, jeszcze by i mnie ucapiła palpitacja macicy i co ja by bidna zrobić miała?
Zamiast tego polazłam do świątynki, do obłąkanego
"O jakich wy grzechach ojców gadacie? co za upiór pustyni miałby się tu pojawić i czyją krew spijać?" spytałam zaprawdę zainteresowana czy obłąkaniec jak kapłan uzna kobitę za niegodnego partnera do rozmowy, czy też podzieli się jaką ciekawostką.
"I jak takiego upira ubić by można było ? " odezwało się we mnie zainteresowanie zawodowe, ciekawa rzecz jak pustynne upiry sie ubija i czy ubic się da?
Nie planuje na siłę włazić gdzie mór panuje, jeszcze by i mnie ucapiła palpitacja macicy i co ja by bidna zrobić miała?
Zamiast tego polazłam do świątynki, do obłąkanego
"O jakich wy grzechach ojców gadacie? co za upiór pustyni miałby się tu pojawić i czyją krew spijać?" spytałam zaprawdę zainteresowana czy obłąkaniec jak kapłan uzna kobitę za niegodnego partnera do rozmowy, czy też podzieli się jaką ciekawostką.
"I jak takiego upira ubić by można było ? " odezwało się we mnie zainteresowanie zawodowe, ciekawa rzecz jak pustynne upiry sie ubija i czy ubic się da?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Główna ulica Duviku, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Mordil gryzł ze złości grube wargi, machając w rytm kroku zaciśniętymi w pięści rękami. Stylisko przytroczonego do pasa goblina topora obijało mu się boleśnie o udo pogłębiając tym bodźcem frustrację barbarzyńcy. Dwaj pyszałkowaci oficerowie stali przy zagrodzie dla wołów rozmawiając ze Skelą, Mordil zignorował ich jednak obracając się w drugą stronę i maszerując w głąb osady w poszukiwaniu kogoś, kto zechciałby mu sprzedać coś do jedzenia. W sakwie u drugiego boku goblina wciąż znajdował się całkiem spory zapas zdechłych wijów, Mordil poczuł jednak nagły przypływ apetytu na bardziej krwisty posiłek. Kusiło go przez chwilę, by spróbować porwać cichaczem jedne z wejhurzych piskląt kręcących się przy stadku dorosłych ptaków przywiązanych do palików u wylotu wąwozu, ale groźba pierwszego kapitana Duviku na temat karania kradzieży zdała się na tyle poważna, bo po krótkiej chwili namysłu barbarzyńca puścił pomysł porwania ptaka w niepamięć.
Handlarze, którzy napastowali karawanę ledwie kilka godzin wcześniej teraz gdzieś znikęli i Mordil nie potrafił pogodzić się z myślą, że przepędził ich jedynie uciążliwy nawet na dnie zacienionej rozpadliny słoneczny skwar. Coś złego działo się w Duviku, Mordilowi podpowiadał to wyostrzony latami podróży instynkt. Goblin wyczuwał na sobie słane zza ciemnych progów i okien domów spojrzenia, mało widział jednak ruchu pośród tych kamiennych ścian i stromych skalnych zboczy. Kilku naprawiających zepsute szprychy w dwukołówce otroków wycofało się za gliniany murek najbliższego domostwa, kiedy tylko goblin zwrócił kroki w ich stronę, najwyraźniej spłoszonych dzikim wyglądem koczownika.
Mordil zmełł w ustach wyjątkowo sprośne przekleństwo, drapiąc się jednocześnie po nosie i udając, że wcale nie zwraca uwagi na coraz silniejsze skurcze żołądka.
- Szuka kogo? - odezwał się opalony na ciemny brąz mężczyzna w średnim wieku, który wyszedł znienacka ze swego domku, odprowadzany słanym zza glinianego parapetu wzrokiem jakiejś skrytej w cieniu kobiety - Chce czego?
Mordil zastrzygł z zadowoleniem uszami i wyszczerzył swe kiełki w powitalnym uśmiechu, który wywarł na miejscowym człeku zgoła opaczne wrażenie, bo widząc odsłonięte w drapieżnym uśmiechu zęby goblina mężczyzna pobladł nieco i cofnął się o krok.
- Poczeka, nie dyga - Mordil uniósł szybko puste ręce obwieszczając wszem i wobec, że wcale nie ma złych zamiarów - Szukamta czego do papu.
- Chcesz jeść? - upewnił się ciemnoskóry mężczyzna - Kupić co do jedzenia?
- Tak, kupić, kupić, towara za towara dawaćta - pokiwał głową goblin, klepiąc się z ożywieniem po mieszku pełnym zdechłych wijów. Mężczyzna odzyskał na dźwięk tych słów nieco rezonu, chociaż prawicę wciąż trzymał blisko rękojeści noszonego u boku krótkiego miecza.
Wątek techniczny
Rozmawiający z Mordilem człowiek to Barbur Durmak, miejscowy kupiec i człek mimo swej podejrzliwości dość skory do robienia interesów. Poniżej przedstawiam jego ofertę wraz z cennikiem, jeśli goblina coś zainteresuje, zapraszam do kupczenia. Zapłata niekoniecznie w gotówce, Durmak akceptuje też handel wymienny, a Mordil taszczy ze sobą sporo ekwipunku i broni, więc może dla odciążenia bagażu zechce coś spieniężyć?
- jednodniowa paczka żywnościowa (suszone mięso wasihana, chlebki do pieczenia na kamieniach, cebula i kilka marchwi) - 2,5 złt;
- pięciometrowa gruba lina - 2 złt,
- kindżał z rowkowanym ostrzem - 10 złt;
- koc wełniany - 1 złt;
- upieczone pisklę wejhura - 3 złt;
- jaja wejhura - ,25 złt za sztukę;
- pięć litrów czystej wody (w cenie bukłak) - 2 złt;
- pęk 10 strzał - 1 złt.
Mordil gryzł ze złości grube wargi, machając w rytm kroku zaciśniętymi w pięści rękami. Stylisko przytroczonego do pasa goblina topora obijało mu się boleśnie o udo pogłębiając tym bodźcem frustrację barbarzyńcy. Dwaj pyszałkowaci oficerowie stali przy zagrodzie dla wołów rozmawiając ze Skelą, Mordil zignorował ich jednak obracając się w drugą stronę i maszerując w głąb osady w poszukiwaniu kogoś, kto zechciałby mu sprzedać coś do jedzenia. W sakwie u drugiego boku goblina wciąż znajdował się całkiem spory zapas zdechłych wijów, Mordil poczuł jednak nagły przypływ apetytu na bardziej krwisty posiłek. Kusiło go przez chwilę, by spróbować porwać cichaczem jedne z wejhurzych piskląt kręcących się przy stadku dorosłych ptaków przywiązanych do palików u wylotu wąwozu, ale groźba pierwszego kapitana Duviku na temat karania kradzieży zdała się na tyle poważna, bo po krótkiej chwili namysłu barbarzyńca puścił pomysł porwania ptaka w niepamięć.
Handlarze, którzy napastowali karawanę ledwie kilka godzin wcześniej teraz gdzieś znikęli i Mordil nie potrafił pogodzić się z myślą, że przepędził ich jedynie uciążliwy nawet na dnie zacienionej rozpadliny słoneczny skwar. Coś złego działo się w Duviku, Mordilowi podpowiadał to wyostrzony latami podróży instynkt. Goblin wyczuwał na sobie słane zza ciemnych progów i okien domów spojrzenia, mało widział jednak ruchu pośród tych kamiennych ścian i stromych skalnych zboczy. Kilku naprawiających zepsute szprychy w dwukołówce otroków wycofało się za gliniany murek najbliższego domostwa, kiedy tylko goblin zwrócił kroki w ich stronę, najwyraźniej spłoszonych dzikim wyglądem koczownika.
Mordil zmełł w ustach wyjątkowo sprośne przekleństwo, drapiąc się jednocześnie po nosie i udając, że wcale nie zwraca uwagi na coraz silniejsze skurcze żołądka.
- Szuka kogo? - odezwał się opalony na ciemny brąz mężczyzna w średnim wieku, który wyszedł znienacka ze swego domku, odprowadzany słanym zza glinianego parapetu wzrokiem jakiejś skrytej w cieniu kobiety - Chce czego?
Mordil zastrzygł z zadowoleniem uszami i wyszczerzył swe kiełki w powitalnym uśmiechu, który wywarł na miejscowym człeku zgoła opaczne wrażenie, bo widząc odsłonięte w drapieżnym uśmiechu zęby goblina mężczyzna pobladł nieco i cofnął się o krok.
- Poczeka, nie dyga - Mordil uniósł szybko puste ręce obwieszczając wszem i wobec, że wcale nie ma złych zamiarów - Szukamta czego do papu.
- Chcesz jeść? - upewnił się ciemnoskóry mężczyzna - Kupić co do jedzenia?
- Tak, kupić, kupić, towara za towara dawaćta - pokiwał głową goblin, klepiąc się z ożywieniem po mieszku pełnym zdechłych wijów. Mężczyzna odzyskał na dźwięk tych słów nieco rezonu, chociaż prawicę wciąż trzymał blisko rękojeści noszonego u boku krótkiego miecza.
Wątek techniczny
Rozmawiający z Mordilem człowiek to Barbur Durmak, miejscowy kupiec i człek mimo swej podejrzliwości dość skory do robienia interesów. Poniżej przedstawiam jego ofertę wraz z cennikiem, jeśli goblina coś zainteresuje, zapraszam do kupczenia. Zapłata niekoniecznie w gotówce, Durmak akceptuje też handel wymienny, a Mordil taszczy ze sobą sporo ekwipunku i broni, więc może dla odciążenia bagażu zechce coś spieniężyć?
- jednodniowa paczka żywnościowa (suszone mięso wasihana, chlebki do pieczenia na kamieniach, cebula i kilka marchwi) - 2,5 złt;
- pięciometrowa gruba lina - 2 złt,
- kindżał z rowkowanym ostrzem - 10 złt;
- koc wełniany - 1 złt;
- upieczone pisklę wejhura - 3 złt;
- jaja wejhura - ,25 złt za sztukę;
- pięć litrów czystej wody (w cenie bukłak) - 2 złt;
- pęk 10 strzał - 1 złt.
Rozglądam się pobieżnie, aby sprawdzić, czy ktoś nie obserwuje mojego spotkania z nieznajomą.
- Prowadź tam, gdzie będziemy mogli spokojnie pomówić, niewiasto - mówię przyciszonym głosem i jeśli da mi znak, bym za nią poszedł, będę też spoglądać, czy na jakimś dachu lub w zaułku nie kręci się ktoś, kto sprawiałby wrażenie chętnego do zrobienia za mnie ofiary przestępstwa.
- Prowadź tam, gdzie będziemy mogli spokojnie pomówić, niewiasto - mówię przyciszonym głosem i jeśli da mi znak, bym za nią poszedł, będę też spoglądać, czy na jakimś dachu lub w zaułku nie kręci się ktoś, kto sprawiałby wrażenie chętnego do zrobienia za mnie ofiary przestępstwa.
Mój skromny dorobek jako gracza w PBF: http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=35
Skorzystam z okazji i teraz się na spokojnie umyję. Nie będę się tez zbytnio oddalał od naszego dobytku, lepiej żeby się nim nikt nie "zaopiekował" a widzę, ze wszyscy się rozeszli. Wyciągnę też karty pergaminu i zapisze na nich najważniejsze informacje o tym miejscu. Czyli nazwę miasta oraz imiona najważniejszych osób tutaj. Jeśli to będzie możliwe spróbuję tez kogoś zaczepić i podpytać o więcej informacji: karczmy, świątynie, lokalnie wyznawane bóstwa itd.
Nie zgadzam si? z Twoimi pogl?dami, ale po kres moich dni b?d? broni? Twego prawa do ich g?oszenia
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Zaułek w głębi osady, późne popołudnie
Łowca makunów obrzucił bacznym spojrzeniem sąsiednie dachy kamiennych domostw, nie był bowiem głupcem i nieraz słyszał opowieści o pogranicznych osadnikach, którzy w dogodnej chwili rabowali nieostrożnych przejezdnych wyrzucając ich odarte do naga trupy na żer pustynnym drapieżnikom. Spodziewał się, że niespokojna kobieta zechce go wciągnąć w śmiertelną pułapkę gdzieś na tyłach któregoś z domków, ale zauważalna nuta rozpaczy w jej głosie zaważyła na decyzji półorka. Wciąż trzymając rękę w pobliżu broni Trehant wślizgnął się pomiędzy wąskie gładkie ściany domostw, zagłębiając się w jeszcze głębszy półmrok u samej podstawy wystrzeliwującej pionowo w górę skalnej ściany. Upewniwszy się, że nikt znikającego w zaułku obcego nie zauważył, kobieta w kapturze przykucnęła dając mężczyźnie do zrozumienia, że winien uczynić to samo.
- Czego chcesz? - powiedział myśliwy upewniając się, że jego wsunięty pod rozchełstaną koszulę amulet dotyka gołego ciała - Po cóż mnie tu zwabiłaś?
- Cichaj, zniż głos, bo nie chcę, coby nas kto tu zoczył - odpowiedziała kobieta zsuwając kaptur z głowy. Mimo głębokiego półmrok obdarzony odziedziczonym po orczym przodku darem widzenia w ciemnościach, Trehant przyjrzał się bez trudu jej pociętej zmarszczkami twarzy, kurzym łapkom w kącikach oczu i zaplecionym w warkoczyki włosom lśniącym grubymi nitkami siwizny.
Trehant poszedł w ślady swej rozmówczyni, kucając tuż przed nią, ale wciąż rozglądając się wokół podejrzliwym wzrokiem. Duvikanka zaczęła szybko szeptać, wyrzucając z siebie słowo po słowie, a słuchający jej półork posępniał coraz bardziej.
Wątek techniczny
Co prawda nie na temat w tym poście, ale teraz mała uwaga dla adeptów magii. W swoich sesjach stosuję nieznacznie zmodyfikowane zasady rzucania czarów. Po pierwsze, czarodziej (kapłan) nie musi trzymać amuletu w dłoni, wystarczy, że amulet dotyka jego nagiej skóry (np. wpuszczony na rzemyku pod koszulę). Po drugie, nie musi głośno skandować formuły, może rzucać zaklęcia również szeptem. To tyle odnośnie kwestii home rules.
Łowca makunów obrzucił bacznym spojrzeniem sąsiednie dachy kamiennych domostw, nie był bowiem głupcem i nieraz słyszał opowieści o pogranicznych osadnikach, którzy w dogodnej chwili rabowali nieostrożnych przejezdnych wyrzucając ich odarte do naga trupy na żer pustynnym drapieżnikom. Spodziewał się, że niespokojna kobieta zechce go wciągnąć w śmiertelną pułapkę gdzieś na tyłach któregoś z domków, ale zauważalna nuta rozpaczy w jej głosie zaważyła na decyzji półorka. Wciąż trzymając rękę w pobliżu broni Trehant wślizgnął się pomiędzy wąskie gładkie ściany domostw, zagłębiając się w jeszcze głębszy półmrok u samej podstawy wystrzeliwującej pionowo w górę skalnej ściany. Upewniwszy się, że nikt znikającego w zaułku obcego nie zauważył, kobieta w kapturze przykucnęła dając mężczyźnie do zrozumienia, że winien uczynić to samo.
- Czego chcesz? - powiedział myśliwy upewniając się, że jego wsunięty pod rozchełstaną koszulę amulet dotyka gołego ciała - Po cóż mnie tu zwabiłaś?
- Cichaj, zniż głos, bo nie chcę, coby nas kto tu zoczył - odpowiedziała kobieta zsuwając kaptur z głowy. Mimo głębokiego półmrok obdarzony odziedziczonym po orczym przodku darem widzenia w ciemnościach, Trehant przyjrzał się bez trudu jej pociętej zmarszczkami twarzy, kurzym łapkom w kącikach oczu i zaplecionym w warkoczyki włosom lśniącym grubymi nitkami siwizny.
Trehant poszedł w ślady swej rozmówczyni, kucając tuż przed nią, ale wciąż rozglądając się wokół podejrzliwym wzrokiem. Duvikanka zaczęła szybko szeptać, wyrzucając z siebie słowo po słowie, a słuchający jej półork posępniał coraz bardziej.
Wątek techniczny
Co prawda nie na temat w tym poście, ale teraz mała uwaga dla adeptów magii. W swoich sesjach stosuję nieznacznie zmodyfikowane zasady rzucania czarów. Po pierwsze, czarodziej (kapłan) nie musi trzymać amuletu w dłoni, wystarczy, że amulet dotyka jego nagiej skóry (np. wpuszczony na rzemyku pod koszulę). Po drugie, nie musi głośno skandować formuły, może rzucać zaklęcia również szeptem. To tyle odnośnie kwestii home rules.