PBF - Łuski na oczach
-
avnar
- Reactions:
- Posty: 1140
- Rejestracja: 29 kwietnia 2009, 20:39
- Has thanked: 2 times
- Been thanked: 8 times
Chciałbym przypomnieć że mieliśmy nikogo nie zabijać, a jeśli nie sprawdzimy czy kogoś tam nie ma, to mogą zginąć jakieś osoby i klient uzna że nie wywiązaliśmy się z kontraktu. Ewentualnie te osoby które się tam znajdują, zagaszą pożar. Proponowałbym tam jednak zajrzeć, albo chociaż podsłuchać, co się tam dziej.
- Towarzysze, róbcie jak uważacie. Nie zmuszę was przecie abyście tam nosa nie wtykali... Jeno dajcie mi kuszę naładować.
Jak już pisałem - wisi na pasku pod pachą naciągnięta, ane bez nałożonego bełtu - robię to teraz i ściągam też tarczę z pleców kładę przed sobą w zasięgu ręki.
- Wasze życie, wasz pogrzeb - wchodźcie jeśli taką zachciankę macie.
Jak już pisałem - wisi na pasku pod pachą naciągnięta, ane bez nałożonego bełtu - robię to teraz i ściągam też tarczę z pleców kładę przed sobą w zasięgu ręki.
- Wasze życie, wasz pogrzeb - wchodźcie jeśli taką zachciankę macie.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Faktoria Kaleda Raffura, Tahar-gar, Tabadan
Stawiając ostrożnie obute w miękką zwierzęcą skórę stopy Hariquiel wspiął się na szczyt pogrążonych w mroku schodów, wpijając zmrużone oczy w coraz lepiej dostrzegalną jasną szczelinę wyznaczającą obrys zamkniętych u szczytu stopni drzwi. Elf nadstawiał bacznie uszu, niemniej jednak nie docierał do niego żaden dźwięk prócz okazjonalnego cichutkiego skrzypnięcia drewnianych schodków lub równie ledwie słyszalnego szczęku metalowych elementów zbroi krasnoluda. Brodaty rębajło poruszał się z niespodziewaną zwinnością, wydającą się zupełnie nie pasować do zwykłych przedstawicieli swej rasy, co Hariquiel przyjął z niemym zadowoleniem. Ostatnią potrzebną mu w tej chwili rzeczą był metaliczny trzask tarczy o poręcz schodów lub dźwięk twardej czaszki Goldastha uderzającej w sąsiadującą ze stopniami ścianę.
Docierając do najwyższego schodka elf zastygł ponownie w bezruchu, jeszcze bardziej wytężając uszy, znowu jednak nie usłyszał najmniejszego szmeru. Więcej hałasów dobiegało z dołu, gdzie dzierżący naładowaną kuszę Moriento poruszał się ostrożnie wśród zastawionych zwojami papieru pulpitów pisarskich, niźli z całej górnej części faktorii.
Hariquiel rozmyślał przez chwilę w absolutnym bezruchu, wstrzymując nawet oddech. Zza drzwi nie dobiegał go żaden dźwięk skrobiącego po papierze pióra, żaden szelest przewracanych stronnic rachmistrzowskiej księgi czy pochrapywanie śpiącego mieszkańca. Elf wyciągnął dłoń uchylając bardzo wolno drzwi, gotów w razie potrzeby skoczyć w okamgnieniu w dół, choćby i na głowę Goldastha.
Nie wysadził na niego żaden wrzeszczący coś strażnik, do gardła nie rzucił się obronny pies. Coraz szerzej otwierane drzwi ukazały Hariquielowi zastawione pełnymi ksiąg regałami wnętrze pomieszczenia mogącego uchodzić za gabinet zamożnego kupca, o drewnianej posadzce przykrytej barwnym dywanem i masywnym stołem, za którym tkwiło wysokie rzeźbione krzesło o podłokietnikach w postaci rybich łbów. Przezierająca pod drzwiami poświata biła od kilku rozstawionych na stoliczkach świeczników, chociaż zaciągnięte na okno drapierie sprawiały, że na zewnątrz faktorii nie sposób było dostrzec palącego się na pierwszym piętrze światła.
Hariquiel nie zwrócił jednak uwagi ani na drapierie ani na świeczniki, nie odrywając spojrzenia od siedzącego w rzeźbionym fotelu człowieka, zastygłego nad otwartą szeroko księgą z grymasem skrajnego zaskoczenia na jowialnej pucołowatej twarzy.
Stawiając ostrożnie obute w miękką zwierzęcą skórę stopy Hariquiel wspiął się na szczyt pogrążonych w mroku schodów, wpijając zmrużone oczy w coraz lepiej dostrzegalną jasną szczelinę wyznaczającą obrys zamkniętych u szczytu stopni drzwi. Elf nadstawiał bacznie uszu, niemniej jednak nie docierał do niego żaden dźwięk prócz okazjonalnego cichutkiego skrzypnięcia drewnianych schodków lub równie ledwie słyszalnego szczęku metalowych elementów zbroi krasnoluda. Brodaty rębajło poruszał się z niespodziewaną zwinnością, wydającą się zupełnie nie pasować do zwykłych przedstawicieli swej rasy, co Hariquiel przyjął z niemym zadowoleniem. Ostatnią potrzebną mu w tej chwili rzeczą był metaliczny trzask tarczy o poręcz schodów lub dźwięk twardej czaszki Goldastha uderzającej w sąsiadującą ze stopniami ścianę.
Docierając do najwyższego schodka elf zastygł ponownie w bezruchu, jeszcze bardziej wytężając uszy, znowu jednak nie usłyszał najmniejszego szmeru. Więcej hałasów dobiegało z dołu, gdzie dzierżący naładowaną kuszę Moriento poruszał się ostrożnie wśród zastawionych zwojami papieru pulpitów pisarskich, niźli z całej górnej części faktorii.
Hariquiel rozmyślał przez chwilę w absolutnym bezruchu, wstrzymując nawet oddech. Zza drzwi nie dobiegał go żaden dźwięk skrobiącego po papierze pióra, żaden szelest przewracanych stronnic rachmistrzowskiej księgi czy pochrapywanie śpiącego mieszkańca. Elf wyciągnął dłoń uchylając bardzo wolno drzwi, gotów w razie potrzeby skoczyć w okamgnieniu w dół, choćby i na głowę Goldastha.
Nie wysadził na niego żaden wrzeszczący coś strażnik, do gardła nie rzucił się obronny pies. Coraz szerzej otwierane drzwi ukazały Hariquielowi zastawione pełnymi ksiąg regałami wnętrze pomieszczenia mogącego uchodzić za gabinet zamożnego kupca, o drewnianej posadzce przykrytej barwnym dywanem i masywnym stołem, za którym tkwiło wysokie rzeźbione krzesło o podłokietnikach w postaci rybich łbów. Przezierająca pod drzwiami poświata biła od kilku rozstawionych na stoliczkach świeczników, chociaż zaciągnięte na okno drapierie sprawiały, że na zewnątrz faktorii nie sposób było dostrzec palącego się na pierwszym piętrze światła.
Hariquiel nie zwrócił jednak uwagi ani na drapierie ani na świeczniki, nie odrywając spojrzenia od siedzącego w rzeźbionym fotelu człowieka, zastygłego nad otwartą szeroko księgą z grymasem skrajnego zaskoczenia na jowialnej pucołowatej twarzy.
Hariquiel wszedł do środka pewnym krokiem, stając przed samym biurkiem i wzrokiem nie ukazującym ani zdziwienia, ani niepokoju zaczął
- Khadar Raffur jak mniemam? - zaczął w talinoi, a w tym czasie lewa ręka znów poczęła szukać zawieszonego na szyi bursztynu. - Wielce niefortunne jest to nasze spotkanie, gdyż przynajmniej jednego z nas nie powinno tu być w tym momencie - kontynuował już przechodząc na asseryjską mowę - Nie widzę drugiego krzesła, więc porozmawiajmy na stojąco, ale radze zachować spokój, w końcu kultura powinna obowiązywać zarówno gospodarza, jak i gościa, a póki co chyba właśnie w takich rolach występujemy - powiedział szybko, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech..
Pewnie kcja będzie bardzo drobiona, ale żeby pozwolić ci napisać nieco więcej w jednym poście.
Cele(o ile oczywiście nie ukaże agresywnych zamiarów czy chęci wzbudzania alarmu, jeśli coś takiego zrobi to zacznę inkantacje):
1. Chcę się upewnić czy to wspomniany kupiec
2. 'Poinformować' o tym, że są pewni "przyjaciele innych przyjaciół, którzy są jego wrogami" i wywiązała się pewna niezręczna sytuacja, bo na wyjeździe handlowym miał być
3. Oczekuje wiarygodnych wyjaśnień, n.t. tego czym rzeczywiście się zajmuje, jeśli to nie tylko handel z Osmundem
4. Niestety nie mogę/nie chcę zostawić świadka, więc tu jest kwestia otwarta, albo się dogadamy (co i tak niestety dla niego wiąże się z puszczeniem budynku z dymem, ale ma czas uciec i wziąć coś ze sobą), albo się nie dogadamy i 'trzeba będzie coś z nim zrobić' nie chcąc nikogo zabijać trzeba będzie go zniknąć w inny sposób i jakoś zapewnić sobie jego milczenie.
Jeśli to nie kupiec to pkt. 4 wciąż jest aktualny.
- Khadar Raffur jak mniemam? - zaczął w talinoi, a w tym czasie lewa ręka znów poczęła szukać zawieszonego na szyi bursztynu. - Wielce niefortunne jest to nasze spotkanie, gdyż przynajmniej jednego z nas nie powinno tu być w tym momencie - kontynuował już przechodząc na asseryjską mowę - Nie widzę drugiego krzesła, więc porozmawiajmy na stojąco, ale radze zachować spokój, w końcu kultura powinna obowiązywać zarówno gospodarza, jak i gościa, a póki co chyba właśnie w takich rolach występujemy - powiedział szybko, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech..
Pewnie kcja będzie bardzo drobiona, ale żeby pozwolić ci napisać nieco więcej w jednym poście.
Cele(o ile oczywiście nie ukaże agresywnych zamiarów czy chęci wzbudzania alarmu, jeśli coś takiego zrobi to zacznę inkantacje):
1. Chcę się upewnić czy to wspomniany kupiec
2. 'Poinformować' o tym, że są pewni "przyjaciele innych przyjaciół, którzy są jego wrogami" i wywiązała się pewna niezręczna sytuacja, bo na wyjeździe handlowym miał być
3. Oczekuje wiarygodnych wyjaśnień, n.t. tego czym rzeczywiście się zajmuje, jeśli to nie tylko handel z Osmundem
4. Niestety nie mogę/nie chcę zostawić świadka, więc tu jest kwestia otwarta, albo się dogadamy (co i tak niestety dla niego wiąże się z puszczeniem budynku z dymem, ale ma czas uciec i wziąć coś ze sobą), albo się nie dogadamy i 'trzeba będzie coś z nim zrobić' nie chcąc nikogo zabijać trzeba będzie go zniknąć w inny sposób i jakoś zapewnić sobie jego milczenie.
Jeśli to nie kupiec to pkt. 4 wciąż jest aktualny.
Nemo Me Impune Lacessit..
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dziedziniec faktorii, Tahar-gar, Tabadan
Wylawszy na ubity dziedziniec zawartość beczułki i niedopitych kubków strażników Aldur upewnił się, że doprawione tajemniczym ziołem wino wsiąknęło w grunt, na wszelki wypadek zgarniając czubkami butów ziemię na kupkę, którą rozsypał następnie po wilgotnej od wylanego trunku plamie. Od strony ulicy i wychodzącej na nią bramy nie docierały do niego żadne niepokojące dźwięki, ale wiedziony ostrożnością zerkał co chwila przez grube żelazne pręty, siedząc w wyprostowanej pozie i dokładając starań, by przypadkowy przechodzień widział w nim jedynie czuwającego obok zmożonych snem towarzyszy strażnika.
Pora była nader późna, a nocne niebo mimo parnego ciepła zaciągnięte przesłaniającymi gwiazdy chmurami, toteż Tabadańczyk nie obawiał się w najmniejszym stopniu niezapowiedzianej wizyty jakiegoś miejscowego kontrahenta. W środku nocy w Tahar-garze zwykło się spać lub bawić do upadłego, ale nie ubijać kupieckie interesy.
Pozostali trzej najmici zniknęli chwilę wcześniej za progiem rysującej się czernią na tle nieba faktorii, ale nadstawiający uszu Aldur nie słyszał najmniejszego dobiegającego z jej wnętrza dźwięku, przyjął zatem ze skrywaną ulgą, że na terenie kupieckiej posiadłości nie było więcej strażników czy raczej nie było nikogo, kto trzymałby dodatkową wartę. W rzeczy samej czterech uśpionych zdradliwym winem pachołków zdało się drwalowi znienacka siłą aż nadto wystarczającą do przypilnowania biura handlarza rybami.
Zza wysokiego kamiennego muru dobiegł stłumiony dźwięk psiego szczeknięcia, odległy i stłumiony ciasną przestrzenią miejskich uliczek. Aldur drgnął wyrwany z chwilowego zamyślenia tym nieoczekiwanym hałasem, mniej pasującym do portowej dzielnicy od pijackich wrzasków i sprośnych śpiewów, chociaż wiedział doskonale, że psy od zawsze żyły obok istot człekokształtnych, dzieląc z nimi ze stoickim spokojem dolę i niedolę życia w ciasnocie i brudzie orchiańskich miast.
Walcząc z narastającym zniecierpliwieniem mężczyzna poprawił niedopasowaną, a przez to zjeżdżającą mu co chwila na oczy myckę, jednakże niepokorne nakrycie głowy nie stało się przez to wcale ciaśniejsze. Aldur chrząknął z cichą irytacją, zdjął zbyt obszerną czapkę z głowy i przechylił się na ławie w stronę najbliższego pachołka, chcąc zamienić z nim mycki.
Chociaż w pierwszej chwili jeszcze nie rozumiał, co takiego go tknęło złym, przyprawiającym o ciarki dreszczem, po ledwie jednym uderzeniu serca pojął przyczynę swego zaniepokojenia.
Leżący w tej samej pozycji, w której upadł po wypiciu kilku łyków wina, rosły i zarośnięty niczym leśny zbój pachołek zastygł w zupełnym bezruchu, a jego pierś nie unosiła się już w ledwie wcześniej dostrzegalnym płytkim rytmie zdradzającym pracę płuc.
Wylawszy na ubity dziedziniec zawartość beczułki i niedopitych kubków strażników Aldur upewnił się, że doprawione tajemniczym ziołem wino wsiąknęło w grunt, na wszelki wypadek zgarniając czubkami butów ziemię na kupkę, którą rozsypał następnie po wilgotnej od wylanego trunku plamie. Od strony ulicy i wychodzącej na nią bramy nie docierały do niego żadne niepokojące dźwięki, ale wiedziony ostrożnością zerkał co chwila przez grube żelazne pręty, siedząc w wyprostowanej pozie i dokładając starań, by przypadkowy przechodzień widział w nim jedynie czuwającego obok zmożonych snem towarzyszy strażnika.
Pora była nader późna, a nocne niebo mimo parnego ciepła zaciągnięte przesłaniającymi gwiazdy chmurami, toteż Tabadańczyk nie obawiał się w najmniejszym stopniu niezapowiedzianej wizyty jakiegoś miejscowego kontrahenta. W środku nocy w Tahar-garze zwykło się spać lub bawić do upadłego, ale nie ubijać kupieckie interesy.
Pozostali trzej najmici zniknęli chwilę wcześniej za progiem rysującej się czernią na tle nieba faktorii, ale nadstawiający uszu Aldur nie słyszał najmniejszego dobiegającego z jej wnętrza dźwięku, przyjął zatem ze skrywaną ulgą, że na terenie kupieckiej posiadłości nie było więcej strażników czy raczej nie było nikogo, kto trzymałby dodatkową wartę. W rzeczy samej czterech uśpionych zdradliwym winem pachołków zdało się drwalowi znienacka siłą aż nadto wystarczającą do przypilnowania biura handlarza rybami.
Zza wysokiego kamiennego muru dobiegł stłumiony dźwięk psiego szczeknięcia, odległy i stłumiony ciasną przestrzenią miejskich uliczek. Aldur drgnął wyrwany z chwilowego zamyślenia tym nieoczekiwanym hałasem, mniej pasującym do portowej dzielnicy od pijackich wrzasków i sprośnych śpiewów, chociaż wiedział doskonale, że psy od zawsze żyły obok istot człekokształtnych, dzieląc z nimi ze stoickim spokojem dolę i niedolę życia w ciasnocie i brudzie orchiańskich miast.
Walcząc z narastającym zniecierpliwieniem mężczyzna poprawił niedopasowaną, a przez to zjeżdżającą mu co chwila na oczy myckę, jednakże niepokorne nakrycie głowy nie stało się przez to wcale ciaśniejsze. Aldur chrząknął z cichą irytacją, zdjął zbyt obszerną czapkę z głowy i przechylił się na ławie w stronę najbliższego pachołka, chcąc zamienić z nim mycki.
Chociaż w pierwszej chwili jeszcze nie rozumiał, co takiego go tknęło złym, przyprawiającym o ciarki dreszczem, po ledwie jednym uderzeniu serca pojął przyczynę swego zaniepokojenia.
Leżący w tej samej pozycji, w której upadł po wypiciu kilku łyków wina, rosły i zarośnięty niczym leśny zbój pachołek zastygł w zupełnym bezruchu, a jego pierś nie unosiła się już w ledwie wcześniej dostrzegalnym płytkim rytmie zdradzającym pracę płuc.