PBF - Łuski na oczach

Zygi
Reactions:
Posty: 164
Rejestracja: 31 grudnia 2008, 15:41

Post autor: Zygi » 22 lipca 2011, 21:43

No to spotkanie z Orresem brzmi dość optymistycznie ;)
Po drodze chcę jeszcze choć troche zapachu z siebie 'zmyć'. Do karczmy najlepsza droga to nie linia prosta, a delikatny łuk, ale to zobaczymy, tak by ominąć zgiełk największy.. Akki może spokojnie prowadzić.
Nemo Me Impune Lacessit..

avnar
Reactions:
Posty: 1140
Rejestracja: 29 kwietnia 2009, 20:39
Has thanked: 2 times
Been thanked: 8 times

Post autor: avnar » 22 lipca 2011, 21:55

Ja jestem za. Można działać.

tzeentch
Reactions:
Posty: 466
Rejestracja: 05 czerwca 2009, 12:51

Post autor: tzeentch » 22 lipca 2011, 23:09

Tak to w skrócie wygląda.

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 22 lipca 2011, 23:30

Nie mam w sumie nic więcej do roboty, pomagam Hariquiel'owi jak najszybciej ułożyć podpałkę, jak się wyrobimy zaciągnąć ciała.
I spadamy piorunem, nie ma sensu czekać. Musimy jeszcze odpowiednio przygotować się na "rozmowę" ze zleceniodawcą.
Nie wiem czy nie wiać przez mur na wszelki w ciemne zaułki...

tzeentch
Reactions:
Posty: 466
Rejestracja: 05 czerwca 2009, 12:51

Post autor: tzeentch » 23 lipca 2011, 05:43

- Zdziwiony będę niepomiernie jeśli nasz szanowny chlebodawca zjawi się z umówioną zapłatą... - sapał Moriento przenosząc ostatnie ciało. - Gotowe - skinął na znak, że można podkładać ogień. - W końcu okłamał nas... mam jeno nadzieję, że szuka kozłów ofiarnych i nie doniósł straży, albowiem wtedy mielibyśmy już do cna przesrane... - kontynuował uruchamiając swoje nożne kończyny w szybkiej sekwencji "pięta - palce" :P

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 23 lipca 2011, 20:17

Faktoria Kaleda Raffura, Tahar-gar, Tabadan

Sapiąc cicho z wysiłku Moriento złapał pod pachy ostatniego pachołka, wlokąc go w stronę szeroko otwartych drzwi faktorii. Rozbiegany wzrok Katańczyka wychwycił skuloną tuż przy bramię sylwetkę Aldura, uwolnionego już od pożyczonej czapki i pasa z szablą, kucającego w ciemnościach nocy ze ściskaną w prawicy siekierą. Moriento zmełł w ustach nieme, aczkolwiek bogate w wyraziste słowa przekleństwo, męcząc się samemu z ciężarem martwego ciała.

Mężczyzna nie miał pojęcia, czemu wszyscy pachołkowie, krzepcy mężowie w sile wieku bez wyjątku, wyzionęli tak nieoczekiwanie ducha, wszelako założył w myślach, że wina za ów fakt spoczywała raczej w zdradzieckiej mocy wina niźli skrytych upodobaniach Aldura do duszenia pozostawionych pod jego opieką nieszczęśników. Sama śmierć pięciu ludzi mimo całej swej nieoczekiwanej brutalności nie wywarła na Katańczyku większego wrażenia, przywykł on bowiem od maleńkości do równie dramatycznych scen życia codziennego w Kartarii. Ludzie i nieludzie pospołu mordowali się od niepamiętnych czasów za dnia i w nocy, ostrzem sztyletu, trucizną, pętlą garoty i grotem strzały, dla pieniędzy, zemsty, z miłości i zazdrości, dla władzy i honoru. Moriento bardziej niż powodem tych zgonów martwił się wynikłymi z nich implikacjami, ale nie okazywał swego zatroskania przed resztą towarzyszy.

Zawleczony do środka faktorii strażnik został rzucony bezceremonialnie na drewnianą posadzkę obok ciał swych nieżyjących kompanów, leżących bezwładnie z otwartymi szeroko szklistymi oczami. Katańczyk otarł czoło z potu i natychmiast cofnął się ku drzwiom, bo mrok rozległego pomieszczenia rozświetlił znienacka blask rosnących w oczach płomieni. Goldasth chrząknął z zadowoleniem spozierając na trawione ogniem kupieckie księgi, które właśnie podpalił, poszedł czym prędzej w ślady Katańczyka.

Na drewnianych schodach rozległ się cichy dźwięk kroków zbiegającego co sił w nogach Hariquiela. Z góry, od strony szeroko otwartych drzwi kantorku, bił równie silny, jeśli nie jeszcze mocniejszy blask płomieni i trzask iskier.

- Bierzmy nogi za pas - syknął odziany w jelenie skóry elf wyskakując na zewnątrz budowli, w duszną ciemność nocy - Tylko patrzeć jak kto larum podniesie!


Wątek techniczny

Ulica wciąż cicha i spokojna, szczekanie psa ucichło w międzyczasie. Rozdzielacie się w drodze do tawerny czy zmierzacie tam całą grupą? Tą samą drogą, którą przybyliście czy okrężną?

Zygi
Reactions:
Posty: 164
Rejestracja: 31 grudnia 2008, 15:41

Post autor: Zygi » 23 lipca 2011, 20:30

Myślałem raczej o podróży w grupie, ale jeśli ktoś wyrwie do przodu, to gonić na siłe go nie ma co, po ulicach chciałbym poruszać się szybszym krokiem, ale nie biec.. Po drodze chce zagwizdać na Akkiego, żeby mi towarzyszył, jeśli nie przybiegnie.. będę musiał zawrócić w stronę gdzie się rozstaliśmy.
Jeśli chodzi o drogę, myślałem o lekkim łuku zamiast linii prostej, wyginającym się w stronę morza..
Nemo Me Impune Lacessit..

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 24 lipca 2011, 02:14

Jestem za powrotem grupą. Raz że razem wyszliśmy i powinniśmy wrócić, dwa - w kupie mamy przewagę choć gorzej się ukryć.
Powrót okrężną drogą, przed karczmą warto wyhamować i obadać teren, co też za niespodzianki mógł nam dobroczyńca zleceniodawca wykombinować (o ile tam się pojawi).
Rozejrzeć się też za kusznikiem z obstawy (lub innymi cieniami), jakby co "uśpić", lepiej nie mieć bełtu za plecami. Jeśli będzie "czysto", pogadać trochę ostrzej z "chlebodawcą", niech wyjaśni sprawę "zaskoczonego kupca" i dlaczego ziółka uśpiły na amen parobków.

avnar
Reactions:
Posty: 1140
Rejestracja: 29 kwietnia 2009, 20:39
Has thanked: 2 times
Been thanked: 8 times

Post autor: avnar » 24 lipca 2011, 05:45

No cóż, nie widzę sensu powrotu do karczmy, ale niech będzie. Wydaje mi się że lepszym rozwiązaniem byłoby przeczekać do rana gdzieś indziej, najlepiej w jakiejś tawernie. Po pożaże, rano, na pewno byśmy usłyszeli jakieś plotki. Można byłoby też poobserwować tę naszą knajpę, czy przypadkiem czy przypadkiem nasz chlebodawca tam był, czy nie czekała tam na nas straż, albo czy nie za szybko tam przyszła, zachęcona czyimś meldunkiem.
Zastanawiam się też, czy nie najlepszym rozwiązaniem jest ucieczka statkiem. Jesteśmy w porcie, może jakiś będzie wypływał rano. Albo uciekamy poza mury? Moglibyśmy się dołączyć ponownie do tej karawany po drewno, co szuka obstawy.

Zygi
Reactions:
Posty: 164
Rejestracja: 31 grudnia 2008, 15:41

Post autor: Zygi » 24 lipca 2011, 08:35

Do karczmy musimy wrócić, raz po swoje rzeczy, dwa jeśli obcy płacą za nocleg i nie wracają na noc, a miedzyczasie jest pożar to przynajmniej warto się tym zaintereoswać, jeśli nie odrazu ich obwinić - co innego gdyby to był ktoś miejscowy czy znany.
Poza tym zapalone swiatło przy kupcu sugeruje, że mieliśmy go znaleźć, inaczej moglibyśmy nawet to pomieszczenie pominąć, a na pewno bylibyśmy w magazynie dłużej - w ten sposób też można wybadać nasze reakcje, może ktoś nas cały ten czas obserwował/obseruje..
Nemo Me Impune Lacessit..

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 24 lipca 2011, 21:17

Ulice portowej dzielnicy, Tahar-gar, Tabadan

Pozostawiwszy uchyloną bramę najmici pierzchnęli z faktorii handlarza rybami nie tracąc czasu na oglądanie się za siebie. Przywołany cichym gwizdnięciem Akki dopadł bezszelestnie nóg swego pana, oblizał szorstkim ciepłym językiem wyciągniętą w jego kierunku rękę elfa, zrównał psi bieg z rytmem nóg Hariquiela. Skręciwszy na zbiegu najbliższych ulic w stronę tawerny mężczyźni omiatali wszystkie zaułki i wnęki badawczymi spojrzeniami, nigdzie jednak nie dostrzegali ani strażników miejskich ani tajemniczego kusznika na służbie tana Orresa.

Kilkakrotnie napatoczyli się na nich jacyś wyraźnie podpici przechodnie w marynarskich strojach, w jednym przypadku mający w swych szeregach szukającego wyraźnie okazji do bitki malauka, ale posępne zawzięte miny najmitów oraz błysk ulicznych latarni odbijający się od ich obnażonych w ostrzegawczym geście ostrzy wystarczył, by nawet czteroręki olbrzym uznał, że tej nocy warto poszukać łatwiejszej okazji do pijackich burd.

Pierwszy wrzask podniósł się, kiedy byli dobre trzy ulice od faktorii Khaleda Raffura. Płomienie musiały w międzyczasie wydostać się z wnętrza budowli i objąć w swe władanie dach, ponieważ znienacka ciemne niebo nad miastem od strony wiadomego kwartału zajaśniało od prześwitującej ponad dachami domów łuny pożaru, a ulicami poniosły się odległe, stłumione miejską zabudową nawoływania. Kilka uderzeń serc później nocny spoczynek mieszkańców Tahar-garu przerwał brutalnie ryk rogów świątynnych dobiegający z wieżyc katanickiej hadry i niosący się ponad portowym miastem na podobieństwo godowego zawołania złotego smoka. Jacyś czuwający nocną porą świątynni służbici musieli dostrzec płomienie z wysokości wieżyc i nie czekając ani chwili poczęli dąć w rogi zrywając z posłań wszystkich bez mała z wyjątkiem tych, którzy byli głusi.

Wibrujące od basowego buczenia nocne powietrze jaśniało coraz bardziej. Chwilę później zaczęły grać trąby i bić dzwony w kilku innych miejskich świątyniach, a okiennice mijanych w pośpiechu domów otwierały się jedna za druga ukazując zaspane przestraszone oblicza wyrwanych z łóżek Tabadańczyków. Wciąż jeszcze biesiadujący w licznych tawernach klienci wytaczali się chwiejnie na bruk potrącając się wzajemnie i złorzecząc plugawo, wielu z nich jednak trzeźwiało w lot uświadamiając sobie, co ognista łuna oznaczała.

Pożar w zbudowanym w sporej części z drewna i ciasno zbitym mieście niósł ze sobą przerażające konsekwencje, gdyby ogień rozprzestrzenił się na sąsiednie domostwa. Przyśpieszający kroku najmici uskoczyli w pewnym momencie pod ścianę mijanego warsztatu szewskiego przepuszczając biegnący ze szczękiem metalu oddziałek straży miejskiej, dzierżący w rękach miast szabel i tarcz metalowe haki na długich drzewcach i drewniane wiadra. Wszędzie wokół przybierały na sile zalęknione okrzyki i pierwsze płacze, coraz więcej ludzi i nieludzi pojawiało się na ulicach tłocząc się wzajemnie i powtarzając coraz bardziej niewiarygodne plotki.

Na ulicy przed tawerną będącą miejscem spotkania z tanem Orresem mężczyźni natrafili już na istny tłum, wpatrzony z sięgającym zenitu zdenerwowaniem w rosnącą nad dachami łunę. Tabadańczycy i cudzoziemcy tłoczyli się nie tylko na ulicy, wielu wyzierało przez balustrady na górnym tarasie przybytku, pospołu z dziewkami służebnymi i pachołkami informując co chwila zgromadzonych w dole, że dalej się pali i iście straszniście.


Wątek techniczny

Zanim dotarliście z powrotem do tawerny, na ulicach pojawił się gęsty tłum wyrwanych ze snu lub odciągniętych od zabawy widzów, postawionych na nogi alarmowymi dźwiękami świątynnych trąb, rogów i dzwonów. Hałas wciąż trwa tworząc spektakularne widowisko, łuna nad domami zaś pozwala wierzyć, żeście uczciwie zapracowali na swoje wynagrodzenie.

Deklarowaliście wcześniej, że zamierzacie się rozejrzeć za podejrzanymi osobami, strażnikami miejskich i innymi tego rodzaju niespodziankami, ale w owym opisanym wcześniej tłumie ciężko jest się poruszać, a co dopiero kogoś szukać. Co robicie dalej?

Zygi
Reactions:
Posty: 164
Rejestracja: 31 grudnia 2008, 15:41

Post autor: Zygi » 24 lipca 2011, 21:49

Hariquiel wpatrywał się w łunę, która to straszliwym ogniem była w oczach innych, a on widział artyzm całej sytuacji - nie tylko potęga, jakże wielka zresztą, żywiołu tego docierała do jego źrenic, ale i cały wachlarz barw - od jasnej żółci co to kupcom w tej portowej mieścinie z monetami się kojarzy, poprzez barwę intensywnie pomarańczową, niczym dojrzałe owoce, które wyrwane swej matce spomiędzy liści, gdy ledwie w rosie porannej się kąpać zaczeły, w żarze południa już na targu leżą i pośród towarzystwa im podobnych towarów nowego właściciela szukają, aż do czerwieni tak głębokiej, iż nawet usta barmanki, która jadło tak radośnie Akkiemu podsuwała, blade się teraz zdają.. nawet czerń pojawiająca się miejscami nie wydawała się mu straszna, a tło wspaniałe tworzyła, niczym malunek na granitowej podstawie, "płomienny obraz" i z tego koloru wdzięk czerpał.. Jednak elf nie mówił nic, już od najmłodszych lat wiedział, że widzi więcej niż inni, dlatego nikogo do tego artyzmu przekonywać nie zamierzał, wpatrywał się jeszcze chwilę w niebo, głaszcząc Akkiego i będąc dumny ze "swego dzieła" i mając nadzieje, że inni też je docenią.
Po tej chwile zadumy Hariquiel rozejrzał się próbując towarzyszy zlokalizować a następnie przepchał się do karczmy by po swój ekwipunek pójść, a i z ciekawością spojrzeć, czy zleceniodawca rzeczywiście się pojawił.

Po odebraniu swojego ekwipunku, poczekam aż reszta będzie gotowa i będzie można poszukać Orresa.
Mimo całego tego piękna (lub kiczu dla nie-elfów;p), Hariquiel potworem nie jest i jakoś specjalnie nie zależy mu, żeby czyjeś życie było zagrożone, czy rodzina jakaś miejsce do spania straciła. Jeśli uda się 'skombinować' więcej PMów, i będzie zagrożenie jakiegoś domu mieszkalnego, chętnie spróbuje nad nim deszcz przywołać, co by się pożar nie rozprzestrzeniał (z bólem serca) krzywdząc niewinnych -> ale to tylko tak w razie gdyby można było PM kupić od ręki i gdyby było zagrożenie życia lub przenosiło się do jakiejś ubogiej dzielnicy mieszkalnej.
Nemo Me Impune Lacessit..

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 24 lipca 2011, 21:59

27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan

Kto chciał, ten już dawno wypadł przez drzwi na ulicę, toteż wejście do zadymionego fajczanymi oparami wnętrza tawerny nie przysporzyło najmitom najmniejszego kłopotu. Parteru pilnował jeden wystraszony co niemiara pachołek, pryszczaty wyrostek o krzywo przyciętych włosach spadających mu kędziorami na jedno oko. Chłopak cisnął się do jednego z obciągniętych rybimi pęcherzami okien, na widok gości cofnął się jednak jak oparzony od parapetu i jął się im kłaniać miętoląc jednocześnie rękami swój poplamiony piwem fartuch.

- Poznajesz nas, chłystku? - zapytał dudniącym tonem Goldasth, wypinając dumnie swą baryłkowatą pierś - Nocleg tu mamy opłacony, tośmy wrócili. Nie szukał nas aby ktosik? Taki sprawiający pozory ważnistego ktosika?

- Poczkajcie, możny panie - wyrzucił z siebie pachoł zerkając niepewnie w stronę schodów wiodących na pierwsze piętro - Drapko po właściciela skoczę, na tarasie z inszymi się tłoczy, bo widzicie, stało się coś strasznistego! Pożar się począł, a jara się...

- ...straszniście - dokończył sucho Moriento - Z miasta wracamy, a na mieście i ślepiec by musiał owe zbiegowisko dostrzec. Dawaj tu zatem swego pryncypała, a żwawo, bo pożar pożarem, a nam w gardłach zaschło, ani chybi od tego pożarowego gorąca.

Młodzieniec pomknął w górę schodów niczym młody jeleń, pozostawiając najmitów samych w rozległej sali, do której dobiegały z zewnątrz podniesione głosy gawiedzi na ulicy. Właściciel tawerny pofatygował się na dół z dużo większą godnością, chociaż wyraz głębokiego zatroskania na obliczu zdradził wszystkim, że on też martwił się niepomiernie łuną na nocnym niebie.

- Wiemy, pożar, też widzieliśmy - wypalił z miejsca krasnolud, oszczędzając sobie i towarzyszom kolejnego wywodu. Tabadańczyk westchnął ciężko, ale pojął z miejsca, że jego goście z sobie tylko znanych powodów mają pilniejsze sprawy na głowach, toteż przeszedł czym prędzej na drugą stronę wysokiego kontuaru.

- Elf i krasnolud, a do tego człek z katańskim akcentem - powiedział wystawiając ponad blat głowę - Raczcie wybaczyć, zacni panowie, żem tak bez imion się powiadał, ale mi one jakoś w pamięć nie zapadły. Czcigodny szlachcic, któren z wami jakoby wieczerzał cosik dla was ostawił, poczkajcie chwilkę.

Najmici wymienili ostrożne spojrzenia, sądzili bowiem dotąd, że tan Orres spotka się z nimi osobiście i że będą mieli tym samym sposobność wytargać go porządnie za uszy w kwestii kilku punktów zlecenia nie do końca pokrywających się z opowieścią szlachcica.

- Ostawił tutaj sakieweczki, po jednej dla każdego - mówił dalej zza kontuaru właściciel tawerny, głosem posępnym i przygnębionym. Na dębowym blacie wylądowały z miłym dla uszu metalicznym dźwiękiem cztery niewielkie trzosy, w ślad za nimi pojawił się zaś chlupoczący równie miło antałek.

- Po jednym trzosiku dla każdego, tak powiadał - powtórzył Tabadańczyk przechylając się ponad blatem - Rzekł, że to podle umowy zapłata jakowaś i że na dodatek pragnie wam przekazać ten antałek wybornego wina, byście się nim uraczyli w toaście za jego zdrowie.

Krasnolud już trzymał w rękach pierwszy z mieszków, rozsznurował go niecierpliwie sękatymi palcami wysypując zawartość woreczka na dłoń.

- Dziesięć sztuk złota, patrzajcie - powiedział z zadowoleniem - Jako rzekł, tak zapłacił, obwieś jeden. Jeno czego te monety takie dziwne, przecie to nie dinoniry czy jednak?

- To są osmundzkie olardy, zacny panie - odrzekł z pewnością w głosie właściciel tawerny - Wszelako nie lękaj się o wagę, bo na niej cię ów szlachcic nie ukrzywdził. Monety zza morza tę samą wagę mają, co nasze dinoniry, tedy każden kupiec w tym mieście wymieni je wam po kursie jeden za jednego.

Zygi
Reactions:
Posty: 164
Rejestracja: 31 grudnia 2008, 15:41

Post autor: Zygi » 24 lipca 2011, 22:17

- Toż jak konszachty z diabłem byśmy jakieś czynili, zamiast zapłacić jak obiecał to za uczciwą robotę w parszywej walucie nam płaci - biorąc swój mieszek Hariquiel rzucił w talinoi pozrując olbrzymie oburzenie. - Co do wina, wybaczcie towarzysze, ale już dość mam na dzisiaj, boję się, że mógłbym się po nim słabo poczuć - dokończył a na jego twarzy po raz kolejny pojawił się ten charakterystyczny dla niego, lekko skrzywiony uśmiech. - Czas mi swoje rzeczy wziąć, a i pora już późna, chwilę jeszcze na piętrze spędze, a później pora z hamakiem się bardziej zaprzyjaźnic.. - rzekł i jak powiedział tak zrobił..

Poza wzięciem swoich rzeczy(z szerokim uśmiechem podziękuję za pilnowanie), chcę spędzić chwilę na tarasie i po wpatrywać się w płonącą okolicę, sam taras pewnie gęsto zatłoczony jest, więc wieczorną modlitwę zmówie w miejscu nieco luźniejszym, np. grzejąc się przy kominku. (po cichu, w języku elfów, by nikt nie przeszkadzał). Jeśli niebezpieczeństwo się pojawi, jak wspomniałem wcześniej wypytam karczmarza o możliwośc kupna PM w mieście by pomóc w walce o budynki, choć pewnie inni są do tego lepiej predysponowani..
Poza tym szkoda już sił i trzeba spać się kłaść, by rano pod bramę zdążyć z kolejnym transportem.. warto zmienić powietrze, bo z tego 'związku' z miastem ani ono ani ja nie jesteśmy najwyraźniej zadowoleni ;)
Nemo Me Impune Lacessit..

tzeentch
Reactions:
Posty: 466
Rejestracja: 05 czerwca 2009, 12:51

Post autor: tzeentch » 24 lipca 2011, 23:17

- Pieprzona osmudzka gnida - rzekł Moriento odbierając swój mieszek.


Jak już jesteśmy sami - Towarzysze, pora się pakować i szybko z miasta zawijać. Jeśli nie dziś, to jutro straż nas na spytki weźmie... Obcy, którzy w noc takiego pożaru dostają zapłatę w osmódzkiej walucie za jakąś tajemniczą robotę, wzbudzają podejrzenia... a rozpoznać nas łatwo. Wystarczy, że ktoś z pijaków skojarzy, że w okolicy pożaru bylismy i już jesteśmy w ciemnicy, a motłoch rozpoczyna tu polowanie na Katańczyków, elfy, krasnoludy. Osmudczycy sprytnie pograli... pożar w mieście i za jednym zamachem potencjalnie problemy na skalę międzynarodową.

ODPOWIEDZ