PBF - Płonąca granica
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- Nic godnego uwagi nie zauważyłem. Chyba, że awionetkę, ale lokum z niej kiepskie. Wieża kontroli lotu nada się najbardziej. Tak zaparkujemy auto, żeby przy wejściu zrobić pół barykadę. Nockę na warty i tak trzeba będzie zarwać, nawet jakby na górze były drzwi to i tak sprzętu trzeba pilnować.
Wątek techniczny:
Idę do auta, rozglądając się za psiskiem i bronią Paula. Wyciągam mój stalowy pręt z pokrowca przy motocyklu i rozwalam nim kłódkę przy bramie.
Wątek techniczny:
Idę do auta, rozglądając się za psiskiem i bronią Paula. Wyciągam mój stalowy pręt z pokrowca przy motocyklu i rozwalam nim kłódkę przy bramie.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Lotnisko hrabstwa Mercer, 3 maja 2055
Rozbita ciosem metalowego pręta kłódka spadła z trzaskiem na betonową drogę. Nie czekając ani chwili Ebenezer złapał za skrzydło bramy, pociągnął ją na bok dostatecznie daleko, by pikap zdołał bez trudu dotrzeć pod rysującą się ciemnym kształtem na tle karmazynowego nieba wieżę kontrolną. Salt potruchtał wzdłuż jadącego wolno wozu, omiatając lufą pistoletu pobliskie chaszcze w obawie, że ocalały z rzezi pies nabierze ochoty do ponownego ataku. Radeford pokręcił się jeszcze chwilę przy bramie szukając zaginionej broni Wilsona, nie dostrzegając jej jednak nigdzie szybko zrezygnował z poszukiwań w pojedynkę doganiając biegiem pikapa.
Wciąż jęczący z bólu Paul prowadził jedną ręką, drogą wciąż przyciskał do krwawiącej silnie rany. Canyon dotarł pod wejście na parter wieży, zaparkował pośród zgrzytu startych klocków hamulcowych na wprost progu świecąc do środka włączonym reflektorem. Salt i Radeford prześlizgnęli się wzdłuż ściany budowli, zajrzeli za próg ponad lufami swej broni wstrzymując oddech w oczekiwaniu na złowrogie warczenie lub szarobury kształt skaczący im do gardeł.
Na parterze nic się nie poruszyło, nic nie zawarczało. Wciąż zachowując ostrożność mężczyźni weszli do środka, przepatrując wszystkie kąty. Wnętrze budowli zawalone było mnóstwem zniszczonych mebli, nierozpoznawalnych gratów i szmat oraz cuchnących niemiłosiernie odpadków stanowiących pozostałość po przywlekanej do środka zdobyczy sfory. Salt poczuł dreszcz odrazy, kiedy pod jego butem zachrzęściły stare pożółkłe kości nie mogące być pozostałością po żadnej istocie innej jak człowiek.
- Czysto - rzucił ponad ramieniem Jack, oglądając się w stronę pikapa - Sprawdzimy jeszcze górę.
Ubezpieczany przez kaznodzieję, Salt ruszył wąskimi schodkami na trzecie piętro wieży. I tym razem nie natrafił na żadnego przyczajonego drapieżnika. Promienie zachodzącego słońca wpadały do pomieszczenia kontrolerów lotu, odbijając się na metalowych powierzchniach konsoli roboczych i porozbijanych komputerów.
- To będzie dobre miejsce na odpoczynek - stwierdził Salt wsadzając pistolet do kabury i wyglądając przez jedno z rozbitych okien na zewnątrz - Paul! Zgaś silnik!
Wątek techniczny
Szósty pies gdzieś zniknął i na razie Was nie nęka. Wieża jest pusta, popas na jej szczycie wydaje się najlepszą z możliwych opcji (możecie się tam zamknąć drzwiami i na dodatek zastawić je szafą). Wszystkie okna są wybite, więc nocą może być trochę zimno, ale rozkładając koce między konsoletami kontrolerów zapewnicie sobie względnie przytulne miejsca do spania. Wartownicy powinni być w dobrej sytuacji, bo wyglądając z poszczególnych okien mają podgląd na całą okolicę (z trzeciego piętra sporo widać, nawet w nocy).
Mam kilka pytań. Chcecie rozpalić ze śmieci ognisko, żeby się trochę ogrzać? Bierzecie lekarstwa czy chomikujecie je na czarną godzinę? I najważniejsze - za rogiem nie ma supermarketu, a jeść trzeba. Lepiej nie wybrzydzać, mięso to mięso, a psinina jest równie dobra jak reszta. Z pięciu psów da się wykroić sporo kotletów, jak nie dla siebie, to przynajmniej na sprzedaż w Bluewell, ale nie ma co czekać do rana, lepiej zwierzaki oprawić od razu. Ktoś zainteresowany świeżym mięskiem?
Rozbita ciosem metalowego pręta kłódka spadła z trzaskiem na betonową drogę. Nie czekając ani chwili Ebenezer złapał za skrzydło bramy, pociągnął ją na bok dostatecznie daleko, by pikap zdołał bez trudu dotrzeć pod rysującą się ciemnym kształtem na tle karmazynowego nieba wieżę kontrolną. Salt potruchtał wzdłuż jadącego wolno wozu, omiatając lufą pistoletu pobliskie chaszcze w obawie, że ocalały z rzezi pies nabierze ochoty do ponownego ataku. Radeford pokręcił się jeszcze chwilę przy bramie szukając zaginionej broni Wilsona, nie dostrzegając jej jednak nigdzie szybko zrezygnował z poszukiwań w pojedynkę doganiając biegiem pikapa.
Wciąż jęczący z bólu Paul prowadził jedną ręką, drogą wciąż przyciskał do krwawiącej silnie rany. Canyon dotarł pod wejście na parter wieży, zaparkował pośród zgrzytu startych klocków hamulcowych na wprost progu świecąc do środka włączonym reflektorem. Salt i Radeford prześlizgnęli się wzdłuż ściany budowli, zajrzeli za próg ponad lufami swej broni wstrzymując oddech w oczekiwaniu na złowrogie warczenie lub szarobury kształt skaczący im do gardeł.
Na parterze nic się nie poruszyło, nic nie zawarczało. Wciąż zachowując ostrożność mężczyźni weszli do środka, przepatrując wszystkie kąty. Wnętrze budowli zawalone było mnóstwem zniszczonych mebli, nierozpoznawalnych gratów i szmat oraz cuchnących niemiłosiernie odpadków stanowiących pozostałość po przywlekanej do środka zdobyczy sfory. Salt poczuł dreszcz odrazy, kiedy pod jego butem zachrzęściły stare pożółkłe kości nie mogące być pozostałością po żadnej istocie innej jak człowiek.
- Czysto - rzucił ponad ramieniem Jack, oglądając się w stronę pikapa - Sprawdzimy jeszcze górę.
Ubezpieczany przez kaznodzieję, Salt ruszył wąskimi schodkami na trzecie piętro wieży. I tym razem nie natrafił na żadnego przyczajonego drapieżnika. Promienie zachodzącego słońca wpadały do pomieszczenia kontrolerów lotu, odbijając się na metalowych powierzchniach konsoli roboczych i porozbijanych komputerów.
- To będzie dobre miejsce na odpoczynek - stwierdził Salt wsadzając pistolet do kabury i wyglądając przez jedno z rozbitych okien na zewnątrz - Paul! Zgaś silnik!
Wątek techniczny
Szósty pies gdzieś zniknął i na razie Was nie nęka. Wieża jest pusta, popas na jej szczycie wydaje się najlepszą z możliwych opcji (możecie się tam zamknąć drzwiami i na dodatek zastawić je szafą). Wszystkie okna są wybite, więc nocą może być trochę zimno, ale rozkładając koce między konsoletami kontrolerów zapewnicie sobie względnie przytulne miejsca do spania. Wartownicy powinni być w dobrej sytuacji, bo wyglądając z poszczególnych okien mają podgląd na całą okolicę (z trzeciego piętra sporo widać, nawet w nocy).
Mam kilka pytań. Chcecie rozpalić ze śmieci ognisko, żeby się trochę ogrzać? Bierzecie lekarstwa czy chomikujecie je na czarną godzinę? I najważniejsze - za rogiem nie ma supermarketu, a jeść trzeba. Lepiej nie wybrzydzać, mięso to mięso, a psinina jest równie dobra jak reszta. Z pięciu psów da się wykroić sporo kotletów, jak nie dla siebie, to przynajmniej na sprzedaż w Bluewell, ale nie ma co czekać do rana, lepiej zwierzaki oprawić od razu. Ktoś zainteresowany świeżym mięskiem?
Na ognisko bym się nie pisał, będzie nas widać z daleka a pieski nam chyba już wystarczą...
Co do mnie powstrzymam się przed psininą, diabli wiedzą co mi potem wyrośnie
Zadowolę się serem, mogę się podzielić, zawsze to urozmaicenie posiłku. Nie samym serem człek żyje.
Chętnie zabiorę się do zaciągnięcia jakiegoś psiaki do środka i oprawienia. Nie mam co prawda pomysłu gdzie przechować mięsiwo, a sprzedać można. Wprawę w truciu mam
Za to skóry będą bezpieczne i może też znajda się amatorzy.
Przy okazji rozejrzę się za łuskami.
Oprawiać zacznę jak już zabezpieczymy wyjście, lepiej nie mieć niespodzianek.
Do kolacji witaminy plus piguła na anemię.
Co do mnie powstrzymam się przed psininą, diabli wiedzą co mi potem wyrośnie
Chętnie zabiorę się do zaciągnięcia jakiegoś psiaki do środka i oprawienia. Nie mam co prawda pomysłu gdzie przechować mięsiwo, a sprzedać można. Wprawę w truciu mam
Przy okazji rozejrzę się za łuskami.
Oprawiać zacznę jak już zabezpieczymy wyjście, lepiej nie mieć niespodzianek.
Do kolacji witaminy plus piguła na anemię.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Lotnisko hrabstwa Mercer, 3 maja 2055
Roztrzęsiony Paul nie zdołał umyć się do końca, toteż tu i ówdzie jego skórę wciąż znaczyły plamy zakrzepłej krwi. Pozostałość po odgryzionym uchu wyglądała okropnie, ograniczając się nie niewielkiego strzępka małżowiny ziejącego żywą tkanką. Salt opatrzył ranę najlepiej jak umiał, co nie oznaczało wcale, że dobrze; pozostawało zatem trwać przy nadziei, że w ranę nie wda się żadne zakażenie.
- Jak się zagoi, będziesz rwał laski na opowieść o walce z croatem - powiedział pocieszającym tonem Jack, klepiąc przyjaciela po ramieniu.
- Kłamstwo jest grzechem - wtrącił bez większego przekonania Radeford, siedzący na jednej z wybebeszonych starannie konsolet i czyszczący zapamiętale swojego obrzyna - Nie proś potem Pana o miłosierdzie, jeśli na ciebie ześle stado croatów za karę.
- Kłamstwo nie jest chyba grzechem śmiertelnym? - burknął Salt w odpowiedzi, spozierając na Ebenezera z ukosa - Takie kary powinny być zarezerwowane dla zbrodniarzy najwyższej klasy.
- Niezbadane są wyroki Pańskie, a i szatan nie śpi - wzruszył ramionami kaznodzieja - Jego sługi krążą po tym padole łez i czynią zło w imię upadłego anioła, a croaty najpewniej właśnie do nich należą, pomioty piekielne!
Salt wzdrygnął się na wspomnienie opowieści o pokracznych niewielkich stworkach przypominających dzieci, zamieszkujących podziemia ruin, rury kanalizacyjne i sutenery zniszczonych miast, polujących na nieostrożnych wędrowców w nieokiełznanym głodzie i żądzy krwi. Chociaż kurier nigdy jeszcze żadnego z croatów nie spotkał, czuł lekki dreszcz atawistycznego lęku na sam myśl o tych przebiegłych potworach, zastawiających na ludzi przemyślne pułapki i nie okazujących nigdy nawet cienia litości. Niektórzy twierdzili, że były to zwierzęta poddane ekstremalnie silnej mutacji, inni wskazywali na ich ludzkie pochodzenie, jeszcze inni gotowi byli iść w zakład o wszystko, że croaty zostały stworzone za pomocą maszynerii Molocha. Wszystkie te hipotezy łączył jeden element wspólny: nienawiść i odraza połączone z wstrętem wobec stworów preferujących z ogromnym upodobaniem ludzkie mięso.
Ich wylęgarnią były jakoby rozległe wielopiętrowe podziemia pod Filthydelfią, gdzie zdegenerowani mieszkańcy jakoś nauczyli się w towarzystwie croatów żyć, dokarmiając bestie chorymi lub niedołężnymi ziomkami oraz przejezdnymi nieostrożnymi na tyle, by dać się złapać tym, którzy w zamian za czyjeś życie przedłużali własną egzystencję. Salt poczuł kolejny dreszcz próbując sobie wyobrazić życie w takim mieście, ustawiczne oglądanie się przez ramię w poszukiwaniu niewielkich ciemnych kształtów przyczajonych w mroku, barykadowanie drzwi i okien, wreszcie decydowanie o losie członka rodziny lub sąsiada w obliczu konieczności złożenia croatom nowej ofiary. Były to wyobrażenia wstrętne i brudne, odrażające, balansujące na pograniczu zdrowego rozsądku i szaleństwa, toteż wyciągnięty na swym posłaniu kurier westchnął z ulgą, kiedy Radeford zmienił znienacka temat rozmowy.
- Wstrętne małe kanibale to jedno, ale czasami człowiek sam już nie wie, co więcej szatańskiego zła w sobie kryje, te mutanty czy maszyny Molocha - powiedział Ebenezer kładąc sobie obrzyna w poprzek kolan i wychylając się za parapet wieży. Słońce praktycznie zniknęło już za wzgórzami i porośnięte gęstą roślinnością zabudowania lotniska pogrążyły się w zachłannym mroku nocy - Możecie przyjąć za pewnik, że Apokalipsa wciąż trwa, przepowiedziana przez pierwszych chrześcijan. Szatan nie spocznie, póki nas nie zniszczy, ale Bóg wybawi swoje owieczki, jeśli te pozostaną mu wierne. Jeśli Lucyfer naprawdę zstąpił na ziemię, by zwieńczyć swe plugawe dzieło, musiał przyjąć formę Molocha.
Wątek techniczny
I tak sobie minął wieczór, na męskich pogaduchach (jeśli Wam nie przeszkadzają tego rodzaju wstawki obyczajowe jak powyższa tycząca się croatów czy Molocha, mogę dla podkreślenia klimatu świata NS pisać ich więcej). Uwaga, niespodzianka - noc minęła spokojnie. Wartownicy odsłużyli swoje, zaalarmowało ich jedynie kilkakrotne odległe poszczekiwanie psa (pewnie zbiega z lotniska). Możemy zatem spokojnie przesunąć akcję do chwili, w której ponad wzgórza na wschodzie wychynie jaskrawa tarcza słońca. Jest 4 maja, a przynajmniej tak się Wam wydaje (w każdej osadzie w użytku jest inny kalendarz, tu poniedziałek, tam środa, nie sposób tego żadną metodą zunifikować w świecie, gdzie kontakty między społecznościami są tak ekstremalnie rzadkie).
Czekam na nowe deklaracje.
Roztrzęsiony Paul nie zdołał umyć się do końca, toteż tu i ówdzie jego skórę wciąż znaczyły plamy zakrzepłej krwi. Pozostałość po odgryzionym uchu wyglądała okropnie, ograniczając się nie niewielkiego strzępka małżowiny ziejącego żywą tkanką. Salt opatrzył ranę najlepiej jak umiał, co nie oznaczało wcale, że dobrze; pozostawało zatem trwać przy nadziei, że w ranę nie wda się żadne zakażenie.
- Jak się zagoi, będziesz rwał laski na opowieść o walce z croatem - powiedział pocieszającym tonem Jack, klepiąc przyjaciela po ramieniu.
- Kłamstwo jest grzechem - wtrącił bez większego przekonania Radeford, siedzący na jednej z wybebeszonych starannie konsolet i czyszczący zapamiętale swojego obrzyna - Nie proś potem Pana o miłosierdzie, jeśli na ciebie ześle stado croatów za karę.
- Kłamstwo nie jest chyba grzechem śmiertelnym? - burknął Salt w odpowiedzi, spozierając na Ebenezera z ukosa - Takie kary powinny być zarezerwowane dla zbrodniarzy najwyższej klasy.
- Niezbadane są wyroki Pańskie, a i szatan nie śpi - wzruszył ramionami kaznodzieja - Jego sługi krążą po tym padole łez i czynią zło w imię upadłego anioła, a croaty najpewniej właśnie do nich należą, pomioty piekielne!
Salt wzdrygnął się na wspomnienie opowieści o pokracznych niewielkich stworkach przypominających dzieci, zamieszkujących podziemia ruin, rury kanalizacyjne i sutenery zniszczonych miast, polujących na nieostrożnych wędrowców w nieokiełznanym głodzie i żądzy krwi. Chociaż kurier nigdy jeszcze żadnego z croatów nie spotkał, czuł lekki dreszcz atawistycznego lęku na sam myśl o tych przebiegłych potworach, zastawiających na ludzi przemyślne pułapki i nie okazujących nigdy nawet cienia litości. Niektórzy twierdzili, że były to zwierzęta poddane ekstremalnie silnej mutacji, inni wskazywali na ich ludzkie pochodzenie, jeszcze inni gotowi byli iść w zakład o wszystko, że croaty zostały stworzone za pomocą maszynerii Molocha. Wszystkie te hipotezy łączył jeden element wspólny: nienawiść i odraza połączone z wstrętem wobec stworów preferujących z ogromnym upodobaniem ludzkie mięso.
Ich wylęgarnią były jakoby rozległe wielopiętrowe podziemia pod Filthydelfią, gdzie zdegenerowani mieszkańcy jakoś nauczyli się w towarzystwie croatów żyć, dokarmiając bestie chorymi lub niedołężnymi ziomkami oraz przejezdnymi nieostrożnymi na tyle, by dać się złapać tym, którzy w zamian za czyjeś życie przedłużali własną egzystencję. Salt poczuł kolejny dreszcz próbując sobie wyobrazić życie w takim mieście, ustawiczne oglądanie się przez ramię w poszukiwaniu niewielkich ciemnych kształtów przyczajonych w mroku, barykadowanie drzwi i okien, wreszcie decydowanie o losie członka rodziny lub sąsiada w obliczu konieczności złożenia croatom nowej ofiary. Były to wyobrażenia wstrętne i brudne, odrażające, balansujące na pograniczu zdrowego rozsądku i szaleństwa, toteż wyciągnięty na swym posłaniu kurier westchnął z ulgą, kiedy Radeford zmienił znienacka temat rozmowy.
- Wstrętne małe kanibale to jedno, ale czasami człowiek sam już nie wie, co więcej szatańskiego zła w sobie kryje, te mutanty czy maszyny Molocha - powiedział Ebenezer kładąc sobie obrzyna w poprzek kolan i wychylając się za parapet wieży. Słońce praktycznie zniknęło już za wzgórzami i porośnięte gęstą roślinnością zabudowania lotniska pogrążyły się w zachłannym mroku nocy - Możecie przyjąć za pewnik, że Apokalipsa wciąż trwa, przepowiedziana przez pierwszych chrześcijan. Szatan nie spocznie, póki nas nie zniszczy, ale Bóg wybawi swoje owieczki, jeśli te pozostaną mu wierne. Jeśli Lucyfer naprawdę zstąpił na ziemię, by zwieńczyć swe plugawe dzieło, musiał przyjąć formę Molocha.
Wątek techniczny
I tak sobie minął wieczór, na męskich pogaduchach (jeśli Wam nie przeszkadzają tego rodzaju wstawki obyczajowe jak powyższa tycząca się croatów czy Molocha, mogę dla podkreślenia klimatu świata NS pisać ich więcej). Uwaga, niespodzianka - noc minęła spokojnie. Wartownicy odsłużyli swoje, zaalarmowało ich jedynie kilkakrotne odległe poszczekiwanie psa (pewnie zbiega z lotniska). Możemy zatem spokojnie przesunąć akcję do chwili, w której ponad wzgórza na wschodzie wychynie jaskrawa tarcza słońca. Jest 4 maja, a przynajmniej tak się Wam wydaje (w każdej osadzie w użytku jest inny kalendarz, tu poniedziałek, tam środa, nie sposób tego żadną metodą zunifikować w świecie, gdzie kontakty między społecznościami są tak ekstremalnie rzadkie).
Czekam na nowe deklaracje.
Pierwsze promienie słońca błysnęły na widnokręgu, przez powybijane okna delikatnie napłynęły do wnętrza wieży by ze spokojem rozlać się na twarzach śpiących towarzyszy. Salt przeciągnął się z sennym wyrazem twarzy, ziewnął potężnie i podniósł się podchodząc do okna. Wyjrzał na zewnątrz popatrując dookoła. Utwierdzony w przekonaniu, że wszystko w porządku rozpoczął budzenie towarzyszy.
- Wstawać panowie, dzień nadszedł! - kucnął i wyciągnął z torby kęs sera po czym wepchnął w usta - Kolejny dzień na przepatrywanie terenu!
Popatrzył na wybudzonych z lekkim uśmiechem powoli pakując swoje rzeczy.
- Ktoś ma chęć pozwiedzać okolicę? - zerknął uważnie na Paula - Jak ucho? Chyba trzeba by zmienić opatrunek...
Osobiście chciałbym zwiedzić hangar, awionetkę i kilka wyglądających ciekawie budynków (oczywiście rąbnę wentylator)
Skoro świt to staram się rozejrzeć za łuskami, zapakować skóry i mięsiwo na samochód. Oczywiście, najlepiej z bronią w dłoni, strzeżonego strzegą.
Najpierw pakowanko, opatrzenie Wilsona i w teren. Chyba, że koledzy mają już dość wrażeń i wolą pędzić do miasteczka...
PS. Wstawki jak najbardziej mile widziane, miło sobie poznawać świat w opisie MG
- Wstawać panowie, dzień nadszedł! - kucnął i wyciągnął z torby kęs sera po czym wepchnął w usta - Kolejny dzień na przepatrywanie terenu!
Popatrzył na wybudzonych z lekkim uśmiechem powoli pakując swoje rzeczy.
- Ktoś ma chęć pozwiedzać okolicę? - zerknął uważnie na Paula - Jak ucho? Chyba trzeba by zmienić opatrunek...
Osobiście chciałbym zwiedzić hangar, awionetkę i kilka wyglądających ciekawie budynków (oczywiście rąbnę wentylator)
Najpierw pakowanko, opatrzenie Wilsona i w teren. Chyba, że koledzy mają już dość wrażeń i wolą pędzić do miasteczka...
PS. Wstawki jak najbardziej mile widziane, miło sobie poznawać świat w opisie MG
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Wstaję, przeciągam się. Lustruje widok budzącego się do życia świata, po czym klękam obrócony w stronę słońca i modlę się od czasu do czasu dotykając czołem podłogi.
Piję i jem coś, powolnymi ruchami żuchwy.Zastanawiając się jak spędzić nowy dzień, ku chwale najwyższego.
- Skoro oczyściliśmy tą zatęchłą dziurę z plew szatana, powinniśmy radować się znajdującymi się tu dobrami. Za dobrze wykonaną pracę, nagroda się należy. A jak bóg da dopadniemy plugastwo, które wczoraj nam zwiało. Pakujmy się i do roboty. Zróbmy tak, Wilson będzie podjeżdżał do budynków pikapem, a ja z Saltem będziemy je przetrzepywać i zbierać co cenniejsze rzeczy. Na koniec jakoś się podzielimy.
Wątek techniczny:
Przeszukując w rękach niosę pręt, nie chcę marnować amunicji. Zabieram rzeczy, które przydadzą się na wymianę, a w szczególności rozglądam się za lekami ( apteczki w toaletach, samochodach, samolotach), paliwem (kanistry, cysterny:), baki pojazdów), mapy, a także bronią i amunicją (choćby race sygnalizacyjne), nie pogardzę też żywnością, która może się jeszcze nadawać do zjedzenia (suchary, puszki itp.).Psy dokładnie oglądam, jeżeli nie widzę znamion mutacji, oskóruje, a mięso dzielę na porcje. Postaram się zmontować stojak na którym mogło by schnąć, ew jak mam sól to zasolę. Biorę też dawkę leku.
P.S. Wstawki popieram jak najbardziej. Taki chwile, w miarę spokojne, wykorzystuję do przedstawienia towarzyszom aspektów mojej wiary. Byle powoli i z wyczuciem.
Piję i jem coś, powolnymi ruchami żuchwy.Zastanawiając się jak spędzić nowy dzień, ku chwale najwyższego.
- Skoro oczyściliśmy tą zatęchłą dziurę z plew szatana, powinniśmy radować się znajdującymi się tu dobrami. Za dobrze wykonaną pracę, nagroda się należy. A jak bóg da dopadniemy plugastwo, które wczoraj nam zwiało. Pakujmy się i do roboty. Zróbmy tak, Wilson będzie podjeżdżał do budynków pikapem, a ja z Saltem będziemy je przetrzepywać i zbierać co cenniejsze rzeczy. Na koniec jakoś się podzielimy.
Wątek techniczny:
Przeszukując w rękach niosę pręt, nie chcę marnować amunicji. Zabieram rzeczy, które przydadzą się na wymianę, a w szczególności rozglądam się za lekami ( apteczki w toaletach, samochodach, samolotach), paliwem (kanistry, cysterny:), baki pojazdów), mapy, a także bronią i amunicją (choćby race sygnalizacyjne), nie pogardzę też żywnością, która może się jeszcze nadawać do zjedzenia (suchary, puszki itp.).Psy dokładnie oglądam, jeżeli nie widzę znamion mutacji, oskóruje, a mięso dzielę na porcje. Postaram się zmontować stojak na którym mogło by schnąć, ew jak mam sól to zasolę. Biorę też dawkę leku.
P.S. Wstawki popieram jak najbardziej. Taki chwile, w miarę spokojne, wykorzystuję do przedstawienia towarzyszom aspektów mojej wiary. Byle powoli i z wyczuciem.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Aby zbytecznie nie opóźniać też biegu akcji (w końcu wizyta na lotnisku to poboczny wątek), możemy od razu w trybie technicznym podsumować wyniki tego szabrowania. Czas zmitrężony na przetrząśnięcie okolicy dwie godziny. Rezultaty nie są oszałamiające, ale zawsze to coś! Macie siedem kawałków szyby o przybliżonych rozmiarach metr na pół metra, po przycięciu w sam raz nadających się do wprawienia w ramę okna. Dwa wiadra po smarze silnikowym trzeba najpierw z tego skamieniałego smaru wyczyścić, ale zostały dobrze zakonserwowane, więc da się z nich zrobić użytek. Macie też około dziesięciu metrów drutów różnego rodzaju, naturalnie w otulinach, ale ani centymetra kabla telefonicznego. Dwie klamki do drzwi klasyczne oraz jedna gałka chromowana w doskonałym stanie. Trzy puste kanistry na benzynę (wyglądają na dobre, ale trzeba jeszcze sprawdzić ich szczelność). Cztery nieprzepalone żarówki (i kilkadziesiąt zepsutych). Stary zardzewiały wentylator, który chyba da się zreperować. Osiem nienaruszonych szklanych butelek, ale bez korków. Dwa wieszaki na ubrania. Nożyczki i siedem nie działających długopisów (wkłady wyschły). Stalowa linka holownicza.
Mam nadzieję, że długo nie ochłoniecie z należnego podziwu i zachwytu! Przepraszam, że nie znalazłem nic więcej, ale lotnisko było tak często odwiedzane w minionych latach przez szabrowników, że naprawdę niewiele już tam zostało. O, zapomniałem - z rozbitej awionetki dało się wymontować boczne lusterko zwisające na jednej śrubie z owiewki, w sam raz nada się do zamontowania na karoserii jakiegoś samochodu.
Bierzecie coś z tego?
Psa nigdzie nie widać. Jego martwi towarzysze sprawnie oskórowani, mięso wykrojone i zapakowane na pakę Canyona. Nigdzie nie widać peemki Wilsona - Bóg jeden wie, gdzie ten pies ją wywlókł? Chcecie poświęcić dodatkowy czas na jej szukanie czy machacie na to ręką ku rozpaczy Paula? (taka broń jest w dzisiejszych czasach wiele warta).
Aby zbytecznie nie opóźniać też biegu akcji (w końcu wizyta na lotnisku to poboczny wątek), możemy od razu w trybie technicznym podsumować wyniki tego szabrowania. Czas zmitrężony na przetrząśnięcie okolicy dwie godziny. Rezultaty nie są oszałamiające, ale zawsze to coś! Macie siedem kawałków szyby o przybliżonych rozmiarach metr na pół metra, po przycięciu w sam raz nadających się do wprawienia w ramę okna. Dwa wiadra po smarze silnikowym trzeba najpierw z tego skamieniałego smaru wyczyścić, ale zostały dobrze zakonserwowane, więc da się z nich zrobić użytek. Macie też około dziesięciu metrów drutów różnego rodzaju, naturalnie w otulinach, ale ani centymetra kabla telefonicznego. Dwie klamki do drzwi klasyczne oraz jedna gałka chromowana w doskonałym stanie. Trzy puste kanistry na benzynę (wyglądają na dobre, ale trzeba jeszcze sprawdzić ich szczelność). Cztery nieprzepalone żarówki (i kilkadziesiąt zepsutych). Stary zardzewiały wentylator, który chyba da się zreperować. Osiem nienaruszonych szklanych butelek, ale bez korków. Dwa wieszaki na ubrania. Nożyczki i siedem nie działających długopisów (wkłady wyschły). Stalowa linka holownicza.
Mam nadzieję, że długo nie ochłoniecie z należnego podziwu i zachwytu! Przepraszam, że nie znalazłem nic więcej, ale lotnisko było tak często odwiedzane w minionych latach przez szabrowników, że naprawdę niewiele już tam zostało. O, zapomniałem - z rozbitej awionetki dało się wymontować boczne lusterko zwisające na jednej śrubie z owiewki, w sam raz nada się do zamontowania na karoserii jakiegoś samochodu.
Bierzecie coś z tego?
Psa nigdzie nie widać. Jego martwi towarzysze sprawnie oskórowani, mięso wykrojone i zapakowane na pakę Canyona. Nigdzie nie widać peemki Wilsona - Bóg jeden wie, gdzie ten pies ją wywlókł? Chcecie poświęcić dodatkowy czas na jej szukanie czy machacie na to ręką ku rozpaczy Paula? (taka broń jest w dzisiejszych czasach wiele warta).
Zabrałbym wszystko, nawet jakby się dało oskórować dwa trupki za hangarem i przy bramie, przydadzą się do przełożenia szyb żeby nie popękały w drodze.
Broni Wilsona oczywiście poszukamy, chyba pies nie zabrał ze sobą a dalej jak w promieniu 50 metrów to raczej nie powinna się walać. Musiałby mieć niezły zamach
W mieście postaram się naprawić wentylator i szukamy sklepu żeby wsio opchnąć, szyby i tak nie dotniemy na miejscu, wątpię żeby ktoś miał "diament" a zapewne są w cenie w mieście.
Na koniec warto obejrzeć pick'upa i motocykl czy paskudy czegoś nie popsuły poza siatką na przedniej szybie.
Broni Wilsona oczywiście poszukamy, chyba pies nie zabrał ze sobą a dalej jak w promieniu 50 metrów to raczej nie powinna się walać. Musiałby mieć niezły zamach
W mieście postaram się naprawić wentylator i szukamy sklepu żeby wsio opchnąć, szyby i tak nie dotniemy na miejscu, wątpię żeby ktoś miał "diament" a zapewne są w cenie w mieście.
Na koniec warto obejrzeć pick'upa i motocykl czy paskudy czegoś nie popsuły poza siatką na przedniej szybie.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
W drodze do Bluewell, przedpołudnie 4 maja 2055
Paul Wilson oderwał wzrok od dziurawej nawierzchni szosy, przyśpieszył nieznacznie obserwując jednocześnie z napięciem wędrującą ospale w górę wskazówkę szybkościomierza. Silnik pikapa charczał i rzęził jakby lada chwila miał dokonać swego żywota. Kierowca miał nadzieję, że wysłużony samochód wytrzyma trudy podróży zniszczoną, pełną dziur i kolein drogą, ale co chwila upewniał się dyskretnym spojrzeniem, że jego długi kuchenny nóż tkwi za podstawą fotela i w zasięgu ręki właściciela. Milczał niemal bez przerwy od poprzedniego wieczora, wciąż wściekły na siebie samego za lekkomyślność i gapiostwo, które omal nie kosztowały go życia, a przy okazji pozbawiły kuriera bezcennej broni. Głowa bolała go przy każdym podskoku auta na wybojach, bo rana paliła żywym ogniem, a garść zażytych naprędce przeterminowanych tabletek przeciwbólowych najwyraźniej nie działała.
Salt spojrzał ponad paką pikapa na słoneczną tarczę szacując coś w myślach, potem zaś przyjrzał się szybko swojej pogniecionej mapie.
- Niecałe trzy mile do Brush Fork - oznajmił wsadzając głowę do kabiny przez wybite tylne okienko i podniesionym głosem przekrzykując warkot silnika - W centrum musimy skręcić na północ i za dwie mile z kawałkiem będziemy w Bluewell. Jeśli droga dalej będzie w takim fatalnym stanie, dotrzemy na miejsce za jakieś piętnaście minut.
Wilson kiwnął głową dziękując za informację i skrzywił jednocześnie usta słysząc jęk maltretowanej skrzyni biegów.
- Sprzęgło może paść w każdej chwili - burknął pod nosem - Co ludzie Clarka mówili o Brush Fork?
- Puste ruiny - odpowiedział Radeford przyciągając bliżej siebie strzelbę i upewniając się, że broń jest odbezpieczona.
Dziesięć minut później jadący powoli pikap dotarł na wschodnie peryferia opuszczonego miasteczka, zwalniając jeszcze bardziej ze względu na sterty starych śmieci piętrzące się na poboczach szosy i rozwiewane we wszystkich kierunkach podmuchami wiatru.
- Miejcie otwarte oczy - powiedział Paul wyciągając zza fotela wysłużony kuchenny nóż i kładąc go sobie w poprzek kolan - Diabli wiedzą, co można w takich ruinach spotkać.
Wątek techniczny
Na lotnisku załatwiliście wszystko według planu. Macie na pace fanty, psie skóry i mięso. MP5 nie znaleźliście mimo intensywnych poszukiwań, pewnie pies wywędrował z peemką do sąsiedniego stanu. Wóz znowu w drodze, Paul z Ebenezerem w szoferce, Jack na pace przy tylnym okienku kabiny (chyba, że chcecie ten układ zmienić?). Jakieś specjalne deklaracje przed wjazdem do Brush Fork?
Paul Wilson oderwał wzrok od dziurawej nawierzchni szosy, przyśpieszył nieznacznie obserwując jednocześnie z napięciem wędrującą ospale w górę wskazówkę szybkościomierza. Silnik pikapa charczał i rzęził jakby lada chwila miał dokonać swego żywota. Kierowca miał nadzieję, że wysłużony samochód wytrzyma trudy podróży zniszczoną, pełną dziur i kolein drogą, ale co chwila upewniał się dyskretnym spojrzeniem, że jego długi kuchenny nóż tkwi za podstawą fotela i w zasięgu ręki właściciela. Milczał niemal bez przerwy od poprzedniego wieczora, wciąż wściekły na siebie samego za lekkomyślność i gapiostwo, które omal nie kosztowały go życia, a przy okazji pozbawiły kuriera bezcennej broni. Głowa bolała go przy każdym podskoku auta na wybojach, bo rana paliła żywym ogniem, a garść zażytych naprędce przeterminowanych tabletek przeciwbólowych najwyraźniej nie działała.
Salt spojrzał ponad paką pikapa na słoneczną tarczę szacując coś w myślach, potem zaś przyjrzał się szybko swojej pogniecionej mapie.
- Niecałe trzy mile do Brush Fork - oznajmił wsadzając głowę do kabiny przez wybite tylne okienko i podniesionym głosem przekrzykując warkot silnika - W centrum musimy skręcić na północ i za dwie mile z kawałkiem będziemy w Bluewell. Jeśli droga dalej będzie w takim fatalnym stanie, dotrzemy na miejsce za jakieś piętnaście minut.
Wilson kiwnął głową dziękując za informację i skrzywił jednocześnie usta słysząc jęk maltretowanej skrzyni biegów.
- Sprzęgło może paść w każdej chwili - burknął pod nosem - Co ludzie Clarka mówili o Brush Fork?
- Puste ruiny - odpowiedział Radeford przyciągając bliżej siebie strzelbę i upewniając się, że broń jest odbezpieczona.
Dziesięć minut później jadący powoli pikap dotarł na wschodnie peryferia opuszczonego miasteczka, zwalniając jeszcze bardziej ze względu na sterty starych śmieci piętrzące się na poboczach szosy i rozwiewane we wszystkich kierunkach podmuchami wiatru.
- Miejcie otwarte oczy - powiedział Paul wyciągając zza fotela wysłużony kuchenny nóż i kładąc go sobie w poprzek kolan - Diabli wiedzą, co można w takich ruinach spotkać.
Wątek techniczny
Na lotnisku załatwiliście wszystko według planu. Macie na pace fanty, psie skóry i mięso. MP5 nie znaleźliście mimo intensywnych poszukiwań, pewnie pies wywędrował z peemką do sąsiedniego stanu. Wóz znowu w drodze, Paul z Ebenezerem w szoferce, Jack na pace przy tylnym okienku kabiny (chyba, że chcecie ten układ zmienić?). Jakieś specjalne deklaracje przed wjazdem do Brush Fork?
Na pace nie jest mi źle, niekoniecznie chce mi się siedzieć w środku. Ciepło, słonko, maj... przy tej prędkości nie powinienem marznąć.
Wjeżdżamy do miasteczka, broń nabita i w pogotowiu, diabli wiedzą co tu się czai i będzie chciało ukraść nam skarby.
Skoro dookoła ruiny to chyba nie poszabrujemy...
Wjeżdżamy do miasteczka, broń nabita i w pogotowiu, diabli wiedzą co tu się czai i będzie chciało ukraść nam skarby.
Skoro dookoła ruiny to chyba nie poszabrujemy...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brush Fork, przedpołudnie 4 maja 2055
Brush Fork wywarło na Wilsonie przykre wrażenie. Duże zapewne przed wojną miasteczko leżało teraz w gruzach, rozsypując się w proch i zarastając panoszącymi się wszędzie roślinami. Kurier pikapa przesunął wzrokiem po zawalonych częściowo magazynach mijanych z lewej strony ulicy, oznakowanych całkowicie nieczytelnymi tablicami firm przewozowych, które przestały istnieć ponad trzydzieści lat temu. Toczący się wolno samochód mijał kolejne przecznice i siedzący z boku Ebenezer zaglądał w każdą boczną uliczkę wiodącą w kierunku niegdysiejszych jednorodzinnych domków, praktycznie już nieistniejących.
- W centrum skręć w prawo - polecił Jack wsadzając głowę z powrotem do kabiny pikapa - Od skrzyżowania droga będzie prosta aż po Bluewell.
Pikap przejechał obok wąskiej uliczki biegnącej pomiędzy ruinami supermarketu o zawalonych dwóch ścianach i połowie dachu, a betonowym ogrodzeniem zdewastowanego parkingu dla ciężarówek. Wilson zerknął z przyzwyczajenia w głąb pełnej śmieci uliczki, przejechał jeszcze kilka metrów, a kiedy uświadomił sobie w końcu, co takiego zauważył, mimowolnie nacisnął z całej siły na pedał hamulca. Samochód zatrzymał się gwałtownie, zakołysał na resorach z jękiem maltretowanego metalu.
- Co jest?! - wyrzucił z siebie Radeford ściskając mocniej obrzyna i rozglądając się czujnie po swojej stronie ulicy.
- Co to kurwa było? - wykrztusił z siebie Paul, na ułamek chwili tracąc swe niezwykłe opanowanie i odwracając się w fotelu w tył w nadziei na zajrzenie w głąb uliczki, obok której przed chwilą przejechał - Widzieliście to?
Silnik pikapa stukotał i warczał, ale trójce jadących nim kurierów wydało się nagle, że otacza ich przeraźliwa, dzwoniąca w uszach i wyjątkowo złowieszcza cisza.
Wątek techniczny
Jakieś reakcje? Jakieś bardzo szybkie reakcje?
Brush Fork wywarło na Wilsonie przykre wrażenie. Duże zapewne przed wojną miasteczko leżało teraz w gruzach, rozsypując się w proch i zarastając panoszącymi się wszędzie roślinami. Kurier pikapa przesunął wzrokiem po zawalonych częściowo magazynach mijanych z lewej strony ulicy, oznakowanych całkowicie nieczytelnymi tablicami firm przewozowych, które przestały istnieć ponad trzydzieści lat temu. Toczący się wolno samochód mijał kolejne przecznice i siedzący z boku Ebenezer zaglądał w każdą boczną uliczkę wiodącą w kierunku niegdysiejszych jednorodzinnych domków, praktycznie już nieistniejących.
- W centrum skręć w prawo - polecił Jack wsadzając głowę z powrotem do kabiny pikapa - Od skrzyżowania droga będzie prosta aż po Bluewell.
Pikap przejechał obok wąskiej uliczki biegnącej pomiędzy ruinami supermarketu o zawalonych dwóch ścianach i połowie dachu, a betonowym ogrodzeniem zdewastowanego parkingu dla ciężarówek. Wilson zerknął z przyzwyczajenia w głąb pełnej śmieci uliczki, przejechał jeszcze kilka metrów, a kiedy uświadomił sobie w końcu, co takiego zauważył, mimowolnie nacisnął z całej siły na pedał hamulca. Samochód zatrzymał się gwałtownie, zakołysał na resorach z jękiem maltretowanego metalu.
- Co jest?! - wyrzucił z siebie Radeford ściskając mocniej obrzyna i rozglądając się czujnie po swojej stronie ulicy.
- Co to kurwa było? - wykrztusił z siebie Paul, na ułamek chwili tracąc swe niezwykłe opanowanie i odwracając się w fotelu w tył w nadziei na zajrzenie w głąb uliczki, obok której przed chwilą przejechał - Widzieliście to?
Silnik pikapa stukotał i warczał, ale trójce jadących nim kurierów wydało się nagle, że otacza ich przeraźliwa, dzwoniąca w uszach i wyjątkowo złowieszcza cisza.
Wątek techniczny
Jakieś reakcje? Jakieś bardzo szybkie reakcje?
Jack wyszarpnął szybko broń z kabury odwracając się w przyklęku i wycelował. Adrenalina bluznęła żywym ogniem pobudzając krew do tętniącego galopu, palec zaciskał się na spuście w oczekiwaniu na kolejne wydarzenia. Wpatrując się uważnie w wylot uliczki nie omieszkał zerkać na okoliczne dachy.
- Co jest kurew...?! - słowa wypadły spomiędzy zaciśniętych zębów w kierunku Wilsona. Starał się zignorować ból rozchodzący się niemrawo po stłuczonym ramieniu podczas nagłego hamowania.
- Co jest kurew...?! - słowa wypadły spomiędzy zaciśniętych zębów w kierunku Wilsona. Starał się zignorować ból rozchodzący się niemrawo po stłuczonym ramieniu podczas nagłego hamowania.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brush Fork, przedpołudnie 4 maja 2055
Paul sięgnął lewą ręką za fotel wyciągając zza siedzenia kuchenny nóż, prawej nie zdejmował ani na moment z kierownicy. Silnik pikapa zaczął pracować nieco równomierniej, uspokojony przerzuceniem drążka skrzyni biegów na luz. Przyciśnięty plecami do tylnej ściany szoferki Salt odbezpieczył własną broń, zerkając bacznie w tym samym kierunku, co opuszczający boczną szybę Wilson.
- Co tam było, Paul?! - powtórzył pytanie Ebenezer, w szaleńczym tempie opuszczając własną szybę, a potem zwinnie przekręcając się w miejscu i wychylając z okna z bronią opartą o dach szoferki - Lepiej stąd spływajmy, mówię wam!
Zrujnowana, porośnięta gęstym kożuchem mchu ściana supermarketu zasłaniała kierowcy pole widzenia, ze swego obecnego miejsca dostrzegał jedynie ziejący pustką wylot uliczki.
- Sam nie wiem... - wzruszył w końcu ramionami Wilson - Jakby tam stał jakiś człowiek, w połowie ulicy, całkiem bez ruchu. I jakby się tylko na nas gapił.
- W tej okolicy na pewno roi się od złomiarzy i innych mętów! - warknął zdenerwowany Jack - Dwa tygodnie temu ktoś podobno rąbnął patrol federalnych za Princeton. Goście w Peterstown gadali, że tamci połowę milicjantów załatwili od ręki i pourzynali im łby, a resztę godzinami męczyli. Jak ich potem znalazł inny patrol, mieli kłopoty ze złożeniem do kupy wszystkich kawałków ciał. A krwi wszędzie pełno było jak w rzeźni! Totalnie popierdolone świry!
- Cicho bądź i nie nadużywaj plugawych słów! - syknął kaznodzieja przysuwając się do bocznej klapy paki i nadstawiając bacznie uszu - Nic nie słychać. Pewnie to jakiś bezdomny albo szabrownik. Chyba już uciekł.
Paul nic nie odrzekł, ale za nic nie potrafił przyjąć do wiadomości sugestii drugiego kuriera. Wzrok go nie mylił, byłtego pewien.
Kształt w uliczce mignął mężczyźnie dosłownie na moment, lecz wyrył się czytelnym wspomnieniem w pamięci kierowcy.
Od biedy mógł przypominać człowieka, wyprostowanego i okrytego postrzępionym długim płaszczem, ale szeroko rozstawione barki nadawały mu groteskowego wyglądu a blada, wyraźnie widoczna dłoń, zwieńczona pazurami pogłębiała tylko obawy.
Wątek techniczny
Proszę, powiedzcie, że chcecie wysiąść i poszukać tego ktosia, no proszę...
Paul sięgnął lewą ręką za fotel wyciągając zza siedzenia kuchenny nóż, prawej nie zdejmował ani na moment z kierownicy. Silnik pikapa zaczął pracować nieco równomierniej, uspokojony przerzuceniem drążka skrzyni biegów na luz. Przyciśnięty plecami do tylnej ściany szoferki Salt odbezpieczył własną broń, zerkając bacznie w tym samym kierunku, co opuszczający boczną szybę Wilson.
- Co tam było, Paul?! - powtórzył pytanie Ebenezer, w szaleńczym tempie opuszczając własną szybę, a potem zwinnie przekręcając się w miejscu i wychylając z okna z bronią opartą o dach szoferki - Lepiej stąd spływajmy, mówię wam!
Zrujnowana, porośnięta gęstym kożuchem mchu ściana supermarketu zasłaniała kierowcy pole widzenia, ze swego obecnego miejsca dostrzegał jedynie ziejący pustką wylot uliczki.
- Sam nie wiem... - wzruszył w końcu ramionami Wilson - Jakby tam stał jakiś człowiek, w połowie ulicy, całkiem bez ruchu. I jakby się tylko na nas gapił.
- W tej okolicy na pewno roi się od złomiarzy i innych mętów! - warknął zdenerwowany Jack - Dwa tygodnie temu ktoś podobno rąbnął patrol federalnych za Princeton. Goście w Peterstown gadali, że tamci połowę milicjantów załatwili od ręki i pourzynali im łby, a resztę godzinami męczyli. Jak ich potem znalazł inny patrol, mieli kłopoty ze złożeniem do kupy wszystkich kawałków ciał. A krwi wszędzie pełno było jak w rzeźni! Totalnie popierdolone świry!
- Cicho bądź i nie nadużywaj plugawych słów! - syknął kaznodzieja przysuwając się do bocznej klapy paki i nadstawiając bacznie uszu - Nic nie słychać. Pewnie to jakiś bezdomny albo szabrownik. Chyba już uciekł.
Paul nic nie odrzekł, ale za nic nie potrafił przyjąć do wiadomości sugestii drugiego kuriera. Wzrok go nie mylił, byłtego pewien.
Kształt w uliczce mignął mężczyźnie dosłownie na moment, lecz wyrył się czytelnym wspomnieniem w pamięci kierowcy.
Od biedy mógł przypominać człowieka, wyprostowanego i okrytego postrzępionym długim płaszczem, ale szeroko rozstawione barki nadawały mu groteskowego wyglądu a blada, wyraźnie widoczna dłoń, zwieńczona pazurami pogłębiała tylko obawy.
Wątek techniczny
Proszę, powiedzcie, że chcecie wysiąść i poszukać tego ktosia, no proszę...