Post
autor: Keth » 20 listopada 2011, 22:13
Maybeury, popołudnie 4 maja 2055
Salt wyciągnął z podanej mu paczki jednego papierosa, ale nie zapalił go, tylko podziękowawszy łowcy ruchem głowy wsadził sobie za ucho. Chociaż motocyklista wydawał się nad wyraz przyjaznym człowiekiem, kurier wciąż pozostawał podejrzliwie usposobiony do swego rozmówcy i nie zamierzał ryzykować palenia czegoś, co pod pozorem niewinnej używki mogło skrywać błyskawicznie działającą truciznę. Chociaż mężczyzna odprężył się nieznacznie, bo Ericsson nie wywarł na nim złego wrażenia, wzrok Jacka krążył dyskretnie po poczerniałych ruinach Maybeury wtłoczonych w wąską kotlinę przeciętą pośrodku podwójnym pasem pięćdziesiątki dwójki.
- Jestem Jack, na usługach Federacji. To Paul i Ebenezer - powiedział odwzajemniając kurtuazję motocyklisty - Świadczymy usługi pocztowe dla konstabla Clarka z Peterstown.
- Opłaca się wam takie jeżdżenie? - uniósł jedną brew motocyklista, wsadzając w usta papieros i sięgając do kieszonki kombinezonu po odrapaną metalową zapalniczkę - To dość niebezpieczna okolica, łatwo wpaść w kłopoty. Zresztą łatwo się też spocić, pewnie z wrażenia.
Ericcson popatrzył znacząco na mokre spodnie obu mężczyzn, uśmiechnął się niejednoznacznie.
- Potrafimy o siebie zadbać - oznajmił z godnością kaznodzieja - Wielu było takich, co z nami zadzierali, a teraz już tylko jeden Pan wie, jak się nazywali.
- Strach się bać - roześmiał się Ericsson - To gdzie jest ten drań Holtz? Dzisiaj się z nim widzieliście?
- Niecałą godzinę temu - skinął głową Salt - Wyjechał z Bluewell, pojechał na południe do Bluefield.
- Wałęsa się po miejscowych osadach zamiast tropić odmieńców? - skrzywił usta w kpiarskim uśmieszku motocyklista - Starzeje się coraz bardziej ten nasz Jeremiash.
- Pewnie szukał znamion u młodych dziewcząt w Bluewell - odparł wyniośle Radeford, przypominając sobie dziwną awersję Holtza wobec swej osoby - Takich głęboko ukrytych, ma się rozumieć.
- Żarty żartami, ale lepiej uważajcie - Ericsson spoważniał nagle, poszedł w ślady Salta przesuwając wzrokiem po okolicznych wzgórzach - Coś niedobrego się dzieje w okolicy i to już od kilku tygodni. Jedziecie faktycznie do Anawalt?
- Do Anawalt - potwierdził Jack - Mamy pocztę dla naczelnika Walthersa.
- Tydzień temu z okładem ktoś napadł na patrol federalistów pod Princeton, to mniej jak dwadzieścia mil stąd - powiedział Ericsson - Baronowie z Lynchburga rozesłali łowców po całej okolicy, bo zabójcy ciągle mogą się tutaj kręcić i to w dużej sile. Tamten patrol liczył piętnastu uzbrojonych milicjantów w trzech samochodach, a nie przeżył nikt. Uważajcie na siebie na drodze.
- Dzięki za ostrzeżenie - kiwnął głową Salt - A ty złapałeś gumę czy ci się paliwo skończyło, że tu siedzisz sam jak palec?
- Nie - zaśmiał się Ericsson - Pić mi się zachciało i benzyny trzeba było dolać do baku, to sobie postój zrobiłem i akurat nadjechaliście w tym czasie.
- I co tam popijasz, wodę? - zaciekawił się Paul spoglądając na manierkę motocyklisty - Jakbyś miał coś mocniejszego, można by oblać nasze spotkanie.
- Stary, to jest naprawdę mocne - wyszczerzył zęby Ericsson klepiąc się jednocześnie po chlupoczącym kusząco pojemniku - Ma lepszego kopa niż bimber Meksów. Nazywam to kranówą podwójnie chlorowaną, ani jednego zarazka w niej nie znajdziesz, za to chlorem śmierdzisz tak bardzo, że wszystkie dzikie zwierzęta spierdzielają zanim się do nich zbliżysz na milę. Wodę brałem ze Beckley, mają tam taką studnię, która jeszcze nie wyschła, chociaż susza idzie.
- Jak woda, to dziękuję - machnął ręką Paul - Ale dymka to bym chętnie pyknął.
Jednouchy kurier poczęstował się papierosem, odpalił go od peta motocyklisty.
- Natrafiliście po drodze na coś dziwnego? - zapytał Ericsson wydmuchując wpierw chmurę tytoniowego dymu - Podejrzanych ludzi, podejrzane ślady? Urwane komuś uszy?
- Pies to był - odburknął Wilson zaciągając się papierosem - Ale liczy się wynik końcowy. On zeżarł mi ucho, a ja zjem jego kumpla.
- Co do dziwnych rzeczy, chyba wczoraj na coś się napatoczyliśmy - wzruszył ramionami Salt - W Brush Fork Paul widział jakiegoś dziwnego gościa, takiego pokracznego typka, który się szybko zmył, zanim zdążyliśmy się lepiej mu przyjrzeć.
- W Brush Fork? - uniósł brwi Ericsson wyciągając jednocześnie z innej kieszonki papierową mapę hrabstwa Mercer - Gdzieś tę nazwę widziałem...
- Na południe od Bluewell - zauważył Wilson, delektując się smakiem papierosa, który pomimo ręcznego wyrobnictwa trzymał równie wysoki poziom, co reszta ekwipunku łowcy mutantów - Przelotowa mieścina między Bluewell i lotniskiem Mercer, pusta zapadła dziura.
- Odzywał się do was ten obcy? - drążył temat Ericsson, chowając mapę z powrotem do kieszeni - Dawał jakieś znaki?
- Tylko się gapił - mruknął z nutą niezdecydowania Paul - Widziałem go z większej odległości, kątem oka, potem zaraz zniknął. Myślisz, że w okolicy kręcą się mutanci?
- Ja pewności nie mam, ale w Anawalt wrze. Wathers i jego ludzie natrafili z rana na jakieś ślady obozowiska w okolicach osady, przez kilka dni ktoś ich też podobno obserwował, chociaż nie udało im się ani nikogo złapać ani nawet dobrze się przyjrzeć. Wszyscy są pod bronią i w paskudnych nastrojach, więc lepiej nikogo tam nie drażnijcie.
- Jedziesz z Anawalt? - zapytał natychmiast Salt - Którędy? I jak wygląda droga?
- Dupiato - parsknął motocyklista wkładając swój trzymany dotąd na udzie karabin z powrotem do futerału przy siodełku - Od Elkhorn w tę stronę jeszcze znośnie, ale od zjazdu na sto sześćdziesiątkę jedynkę do Anawalt co chwila albo nawierzchnia jest całkiem zniszczona albo trzeba uważać na ziemne muldy, bo deszcze wypłukują cały czas grunt ze zboczy wzgórz i wszystko to zjeżdża na szosę. I drzewa zaczynają rosnąć prosto na drodze tam, gdzie zapuszczą korzenie między asfalt. Nie szarżujcie tam za bardzo albo rozpieprzycie w głupi sposób zawieszenie.
- Dzięki za ostrzeżenie - westchnął cicho Jack - I coś w zamian. We Freeman most jest zerwany, nie przejedziesz inaczej jak wpław albo objazdem przez Bramwell. Myśmy się przeprawiali przez rzekę, ale strasznie tam grząsko, mało brakowało, żeby nam wóz utonął.
- A jak w Bramwell? - zapytał Ericsson marszcząc czoło - Tamte mosty są w porządku?
- Pojęcia nie mam - przyznał się Salt - Nawet tam nie skręcaliśmy. Za to w Bluefield trzeba uważać na inne niespodzianki, kręcą się tam gangerzy, a Holtz nie zdążył się o tym dowiedzieć, bo odjechał, zanim mu powiedzieliśmy.
- Dogonię go i ostrzegę. Dam radę z przeprawą. Holtz był przedwczoraj w Anawalt, a teraz jest w Bluewell - wzruszył ramionami łowca mutantów - Skoro się przedostał, ja też dam radę.
Ericsson zaciągnął się raz jeszcze głęboko papierosem dopalając go do końca i gniotąc obcasem buta rzucony pod nogę niedopałek, potem założył na głowę swój kask.
- Czas ucieka, więc wybaczcie, ale ja spadam - powiedział motocyklista - Uważajcie na drodze i do zobaczenia, może niedługo. Na pewno będę się kręcił gdzieś po okolicy.
- Czekaj chwilę - odezwał się szybko Wilson - A nie widziałeś gdzieś w pobliży kabli telefonicznych w dobrym stanie? Najlepiej w nienaruszonej otulinie.
- Też szukacie? - zaśmiał się Ericsson - Ludzie z Anawalt ogołocili z kabli całą okolicę, szukają ich na spółę z New Bremen, Walthers mi o tym wspominał. Chcą nazbierać dosyć, żeby zbudować linię telefoniczną między Bluewell i Anawalt, najlepiej taką podziemną, żeby jej co chwila nikt nie szabrował albo niszczył. Tym bardziej powodzenia życzę, bo ani w tym stanie ani w Wirginii chyba już nawet metra kabla nie znajdziecie, wszystko już tutaj sami z ziemi powyciągali.
Wątek techniczny
Chcecie jeszcze pociągnąć konwersację czy przyjaźnie się rozstaniecie?
Ostatnio zmieniony 21 listopada 2011, 20:52 przez
Keth, łącznie zmieniany 1 raz.