PBF - Płonąca granica
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Anawalt, 4 maja 2055
Siedzący za kierownicą pikapa Anawaltczyk jechał bardzo ostrożnie, za co Paul był mu skrycie wdzięczny i nie szło tu bynajmniej o wyrozumiałość wobec podniszczonego zawieszenia samochodu. Siedzący na pace kurierzy starali się nie spoglądać wprost w lufy wymierzonej w nich broni, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że wciąż wyczuwalne napięcie strażników, palce trzymane na spustach oraz wyboje na drodze mogły się w razie czyjejś nieostrożności zakończyć tragicznym epilogiem.
Pikap wszedł łagodnie w szeroki zakręt i znalazł się znienacka przed przesłoniętą zboczem wzgórza i drzewami metalową ścianą, zbudowaną z sięgających na trzy metry w górę drewnianych pomostów wzmocnionych płytami stali i aluminium. Asfalt szosy dochodził wprost pod dwuskrzydłową bramę, której strzegły dwie usytuowane po bokach wysokie wieże. Bystry wzrok Wilsona natychmiast wychwycił na każdej z nich obłożone workami z piaskiem stanowiska M60, przy których tkwili wyposażeni w lornetki Anawaltczycy. Tuż przy bramie stał na poboczu samochód, który chwilę wcześniej odjechał spod drogowego posterunku, pracując na jałowych obrotach silnika. Na widok nadjeżdżającego wozu strażnicy na wieżach zlustrowali pikapa przez lornetki, a potem jeden z nich wychylił się ponad poręczą wieży dając znać komuś za bramą, że zbliżają się goście. Nim jeszcze kierowca zwolnił przed bramą, ta rozwarła się na oścież pociągnięta przez kilku mężczyzn i wóz wjechał do osady.
Paul wyprostował się natychmiast, rozglądając się z nieukrywaną ciekawością, przyszło mu bowiem po raz pierwszy natrafić na pograniczne miasteczko tak dobrze urządzone i wyraźnie dostatnio żyjące. Wiele przebudowanych budynku wzmocniono świeżym drewnem, a w większości okien lśniły w promieniach słońca szyby i nawet jeśli niektóre z nich trzymało się całości dzięki taśmie klejącej, widok ów budził stosowne wrażenie. Dym unosił się z kominów domów, nie zaś z palenisk pod odkrytym niebem, charakterystycznych dla bardziej zdziczałych społeczności. Wszędzie wokół spojrzenie Wilsona natrafiało na pracujących ludzi: garbujących zwierzęce skóry, wykuwających jakieś drobne przedmioty w miejscowej kuźni, naprawiających dźwigniętego na podnośniku vana. Nawet kręcące się wszędzie wokół dzieci łączyły zabawę z pracą, znosząc w wyznaczone miejsca chrust na opał lub plewiąc grządki w warzywniakach wkomponowanych w obręb obiegającego osadę wysokiego muru. Na ustawionych w regularnych odstępach wieżach trzymali straż uzbrojeni ludzie, czujnie lustrujący wzrokiem okoliczne wzgórza.
- Mała forteca - mruknął pod nosem Paul, spoglądając znacząco na starszego wiekiem Anawaltczyka, który siedział naprzeciwko niego. Mężczyzna odburknął coś w odpowiedzi, nie zamierzając widać podjąć konwersacji, kurier umilkł zatem rozglądając się bacznie wokół. Ściągający na siebie ciekawskie spojrzenia pikap dojechał szeroką ulicą do dwupiętrowego murowanego budynku o płaskim dachu, zatrzymał się przed wiodącymi na równie rozległy taras schodkami. Zza poręczy tarasu wyjrzało kilku osób, zarówno mężczyzn jak i kobiet, obserwując sprowadzanych z paki pojazdu intruzów. Poprowadzeni pod lufami broni, kurierzy wspięli się na taras dołączając do kilkunastoosobowej grupy Anawaltczyków skupionych wokół ustawionego pośrodku podwyższenia drewnianego stołu. Na blacie poruszały się trącane podmuchami wiatru lokalne mapy, przyciśnięte w miejscu ciężkimi odważnikami i wyjętymi z pistoletów magazynkami.
- Goście? - zapytał jeden z Anawaltczyków, wysoki biały mężczyzna w rozpiętej koszuli odsłaniającej opalony tors, noszący na biodrach pas, przy którym wisiały dwa automatyczne pistolety. Przyglądający mu się w milczeniu Paul musiał przyznać niechętnie, że lekki zarost przydawał rozmówcy męskiego uroku, podobnie jak twarde dumne rysy twarzy i zdecydowany głos, w którym pobrzmiewała nuta władczej pewności siebie - Robili problemy?
- Nie, byli dość grzeczni - odpowiedział Jimmy Cash - Podobno to kurierzy z Peterstown, przywieźli pocztę od konstabla Clarka.
- Nazywam się Paul Wilson, to Jack... - zaczął mówić Paul, jednakże człowiek w rozpiętej koszuli, bez wątpienia naczelnik Wathers we własnej osobie, przerwał mu ruchem ręki spoglądając na otwieraną przez Casha skórzaną aktówkę, wydobytą przez dowódcę blokady z szoferki pikapa. Cash wyciągnął ze środka dwie wielkie koperty z szarego papieru, starannie zaadresowane i opieczętowane. Walthers złamał bez słowa obie pieczęcie, przejrzał zawartość jednej z kopert, potem drugiej, pokiwał do siebie głową z lekkim uśmiechem na twarzy, potem zaś spoważniał oddając pocztę w ręce stojącego obok siebie ciemnowłosego Metysa o pociętej zmarszczkami twarzy i żywych podejrzliwych oczach.
- Spodziewałem się takich właśnie listów, więc poczta jest autentyczna - oświadczył Anawaltczyk przyglądając się uważnie trójce kurierów - Pozostaje pytanie, czy wy jesteście autentyczni... co ci się stało z uchem?
Wątek techniczny
Witajcie w Anawalt, moi mili!
Siedzący za kierownicą pikapa Anawaltczyk jechał bardzo ostrożnie, za co Paul był mu skrycie wdzięczny i nie szło tu bynajmniej o wyrozumiałość wobec podniszczonego zawieszenia samochodu. Siedzący na pace kurierzy starali się nie spoglądać wprost w lufy wymierzonej w nich broni, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że wciąż wyczuwalne napięcie strażników, palce trzymane na spustach oraz wyboje na drodze mogły się w razie czyjejś nieostrożności zakończyć tragicznym epilogiem.
Pikap wszedł łagodnie w szeroki zakręt i znalazł się znienacka przed przesłoniętą zboczem wzgórza i drzewami metalową ścianą, zbudowaną z sięgających na trzy metry w górę drewnianych pomostów wzmocnionych płytami stali i aluminium. Asfalt szosy dochodził wprost pod dwuskrzydłową bramę, której strzegły dwie usytuowane po bokach wysokie wieże. Bystry wzrok Wilsona natychmiast wychwycił na każdej z nich obłożone workami z piaskiem stanowiska M60, przy których tkwili wyposażeni w lornetki Anawaltczycy. Tuż przy bramie stał na poboczu samochód, który chwilę wcześniej odjechał spod drogowego posterunku, pracując na jałowych obrotach silnika. Na widok nadjeżdżającego wozu strażnicy na wieżach zlustrowali pikapa przez lornetki, a potem jeden z nich wychylił się ponad poręczą wieży dając znać komuś za bramą, że zbliżają się goście. Nim jeszcze kierowca zwolnił przed bramą, ta rozwarła się na oścież pociągnięta przez kilku mężczyzn i wóz wjechał do osady.
Paul wyprostował się natychmiast, rozglądając się z nieukrywaną ciekawością, przyszło mu bowiem po raz pierwszy natrafić na pograniczne miasteczko tak dobrze urządzone i wyraźnie dostatnio żyjące. Wiele przebudowanych budynku wzmocniono świeżym drewnem, a w większości okien lśniły w promieniach słońca szyby i nawet jeśli niektóre z nich trzymało się całości dzięki taśmie klejącej, widok ów budził stosowne wrażenie. Dym unosił się z kominów domów, nie zaś z palenisk pod odkrytym niebem, charakterystycznych dla bardziej zdziczałych społeczności. Wszędzie wokół spojrzenie Wilsona natrafiało na pracujących ludzi: garbujących zwierzęce skóry, wykuwających jakieś drobne przedmioty w miejscowej kuźni, naprawiających dźwigniętego na podnośniku vana. Nawet kręcące się wszędzie wokół dzieci łączyły zabawę z pracą, znosząc w wyznaczone miejsca chrust na opał lub plewiąc grządki w warzywniakach wkomponowanych w obręb obiegającego osadę wysokiego muru. Na ustawionych w regularnych odstępach wieżach trzymali straż uzbrojeni ludzie, czujnie lustrujący wzrokiem okoliczne wzgórza.
- Mała forteca - mruknął pod nosem Paul, spoglądając znacząco na starszego wiekiem Anawaltczyka, który siedział naprzeciwko niego. Mężczyzna odburknął coś w odpowiedzi, nie zamierzając widać podjąć konwersacji, kurier umilkł zatem rozglądając się bacznie wokół. Ściągający na siebie ciekawskie spojrzenia pikap dojechał szeroką ulicą do dwupiętrowego murowanego budynku o płaskim dachu, zatrzymał się przed wiodącymi na równie rozległy taras schodkami. Zza poręczy tarasu wyjrzało kilku osób, zarówno mężczyzn jak i kobiet, obserwując sprowadzanych z paki pojazdu intruzów. Poprowadzeni pod lufami broni, kurierzy wspięli się na taras dołączając do kilkunastoosobowej grupy Anawaltczyków skupionych wokół ustawionego pośrodku podwyższenia drewnianego stołu. Na blacie poruszały się trącane podmuchami wiatru lokalne mapy, przyciśnięte w miejscu ciężkimi odważnikami i wyjętymi z pistoletów magazynkami.
- Goście? - zapytał jeden z Anawaltczyków, wysoki biały mężczyzna w rozpiętej koszuli odsłaniającej opalony tors, noszący na biodrach pas, przy którym wisiały dwa automatyczne pistolety. Przyglądający mu się w milczeniu Paul musiał przyznać niechętnie, że lekki zarost przydawał rozmówcy męskiego uroku, podobnie jak twarde dumne rysy twarzy i zdecydowany głos, w którym pobrzmiewała nuta władczej pewności siebie - Robili problemy?
- Nie, byli dość grzeczni - odpowiedział Jimmy Cash - Podobno to kurierzy z Peterstown, przywieźli pocztę od konstabla Clarka.
- Nazywam się Paul Wilson, to Jack... - zaczął mówić Paul, jednakże człowiek w rozpiętej koszuli, bez wątpienia naczelnik Wathers we własnej osobie, przerwał mu ruchem ręki spoglądając na otwieraną przez Casha skórzaną aktówkę, wydobytą przez dowódcę blokady z szoferki pikapa. Cash wyciągnął ze środka dwie wielkie koperty z szarego papieru, starannie zaadresowane i opieczętowane. Walthers złamał bez słowa obie pieczęcie, przejrzał zawartość jednej z kopert, potem drugiej, pokiwał do siebie głową z lekkim uśmiechem na twarzy, potem zaś spoważniał oddając pocztę w ręce stojącego obok siebie ciemnowłosego Metysa o pociętej zmarszczkami twarzy i żywych podejrzliwych oczach.
- Spodziewałem się takich właśnie listów, więc poczta jest autentyczna - oświadczył Anawaltczyk przyglądając się uważnie trójce kurierów - Pozostaje pytanie, czy wy jesteście autentyczni... co ci się stało z uchem?
Wątek techniczny
Witajcie w Anawalt, moi mili!
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Bycie kurierem nie należy do bezpiecznych, ucho straciłem kilka dni temu, zostało odgryzione przez ogromnego psa, nieco mnie zaskoczył, strata ucha to cena za brak czujności. Jestesmy jak najbardziej oryginalni. Mam nadzieję, że pozwolicie nam nieco odpocząć i może zrobić jakieś małe zakupy? I miło by było odzyskać swoją broń... Jak nieco odpoczniemy chcielibyśmy wrócić do konstabla ew. możemy przkazać jakieś wiadomości, chyba, że to nie będzie konieczne?
Ostatnio zmieniony 13 grudnia 2011, 16:15 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Anawalt, 4 maja 2055
- Jestem Damien Wathers - powiedział mężczyzna w rozpiętej koszuli wyciągając do kurierów dłoń - Wybaczcie surowe powitanie, w tych czasach ostrożność zawsze popłaca.
- Paul Wilson, Jack Salt - przedstawił się raz jeszcze Paul odwzajemniając uścisk - A to wielebny Ebenezer Radeford. Ostrożność uzasadniona, więc nie żywimy urazy.
Damien Walthers uśmiechał się przyjaźnie, ale towarzyszący mu Anawaltczycy wciąż wydawali się spięci i gotowi na wszystko, trzymając dłonie oparte o pasy i obserwując niemo rozmowę.
- I jak się miewa konstabl Clark? - zapytał naczelnik osady - Dalej kuleje na prawą nogę? Dalej narzeka na protezę?
Paul potrząsnął w odpowiedzi głową, pojmując nagle sens pytania oraz podejrzliwe wciąż zachowanie towarzyszy Wathersa.
- Cudowne ozdrowienie, iście dotyk palca bożego - odpowiedział kurier z błyskiem przekory w oczach - Skacze bez problemu i na jednej i na drugiej, co więcej, nigdy nie stracił nogi. Nie ma za to lewej ręki, co bardzo mu przeszkadza w dłubaniu w nosie. Zawsze podchodzicie w taki paranoiczny sposób do obcych czy tylko dzisiaj?
- Zawsze - roześmiał się szczerze Walthers - Wybaczcie raz jeszcze. To Rob Witherspoon, a to Jack Smarrow. Tam stoi Phoebe Tomkin, Lee Tong i Sandra Meyers. Jimmy'ego już znacie, a ten gość obok niego to John Kubinsky. To Bill Harper, Donovan O'Hara i Simon Lammers.
Wymieniani kolejno z imienia i nazwiska Anawaltczycy poprzestali na zdawkowych kiwnięciach głów, ale Paul zauważył, że rozluźnili się w końcu uznając tożsamość przybyszów za definitywnie potwierdzoną. Dwie kobiety - niska szczupła Phoebe Tomkin i wyższa od niej Sandra Meyers - z miejsca skupiły swą uwagę na osobie Ebenezera, lustrując misjonarza pełnym uprzedzenia wzrokiem od stóp po głowę.
- Jak minęła podróż? - zapytał Jack Smarrow, podejrzliwy Metys stojący obok Walthersa - Mieliście jakieś kłopoty po drodze?
- Do Bluewell żadnych - wzruszył ramionami Paul, po czym zmitygował się natychmiast przypominając sobie pewien szczegół - Tylko raz po drodze natrafiliśmy na kogoś dziwnego, w ruinach Fork Brush, na południe od osady Lavigne. Podejrzewamy, że był to jakiś włóczęga, ale zachowywał się w niepokojący sposób. Uciekł, zanim zdążyliśmy z nim pogadać.
- Był uzbrojony? - wtrącił Damien Wathers krzyżując ramiona na piersiach - I na pewno sam?
- Widzieliśmy tylko jego - odpowiedział Paul - I żadnych detali. Ale ludzie z Bluewell i Jeremiash Holtz są przekonani, że to mógł być mutant.
- Jeremiash Holtz jest zawsze przekonany o tym, że ma rację - orzekł Walthers wydymając usta w lekko pogardliwym grymasie. Słysząc jego słowa kilku Anawaltczyków roześmiało się cicho, z wyczuwalną ironią - A gdzie on teraz bywa, u Lavigne? Przejął już władzę nad osadą?
Paul wyczuł nie do końca skrywaną niechęć pobrzmiewającą w głosie naczelnika i chociaż nie miał pojęcia, skąd się ona brała, odnotował od razu w pamięci, że Damien Wathers najwyraźniej za Jeremiashem Holtzem nie przepadał.
- Wydaje mi się, że jest grzeczny - bąknął niepewnie, nagle tracąc na moment rezon i nie wiedząc, jaką opinię właściwie wyrazić na temat łowcy mutantów - Gadaliśmy chwilę, pojechał na południe do Bluefield.
- Mniejsza z Holtzem - machnął ręką Walthers - A co między nami i Bluewell? Mieliście jakiś problem?
- Drobiazg - wtrącił Salt - Most we Freeman był zawalony, musieliśmy przeprawiać się przez rzekę.
- Obydwa mosty we Bramwell są przejezdne - powiedział niski Chińczyk w czarnym prostym ubiorze, z wsuniętym w pochwę długim nożem przymocowanym do lewego przedramienia, nazywający się Lee Tong - Nasz patrol sprawdzał je półtora miesiąca temu.
- Dzięki za informację, na pewno skorzystamy w drodze powrotnej - kiwnął głową Paul - Poza przeprawą we Freeman nie mieliśmy żadnych zgrzytów.
- To możecie mówić o sporym szczęściu - spoważniał nagle Damien Walthers - Clark sporo ryzykował wysyłając pocztę w tak niewielkiej eskorcie. W okolicy zrobiło się bardzo niebezpiecznie, aż dziw, że nikt was nie napadł po drodze. To również dlatego tak was sprawdzaliśmy na początku.
- Nas mało kto rusza! - powiedział uprzejmym tonem Radeford gładząc machinalnie palcami lufę rozładowanego obrzyna - Kto z nami zadziera, ten ma spore szanse na spotkanie ze Stwórcą!
- Prawdę gada - odezwał się Jimmy Cash, puszczając w stronę Walthersa oko - Na blokadzie wpadł w dziki szał, prawie dziesięciu naszych pobił, zanim go położyli i to z wielkim trudem. Już myślałem, że strzelać każę, bo by nas tam w pył rozniósł.
Kaznodzieja zmarszczył czoło na dźwięk grupowego chichotu, ale nie dodał nic więcej, uświadamiając sobie widać, że stał się obiektem zbiorowej drwiny.
- Od jakiegoś tygodnia mamy towarzystwo - wrócił do tematu naczelnik, pochylając się nad mapami i przywołując gości do siebie ruchem ręki. Pozostali Anawaltczycy zajęli miejsca wokół stołu kierując spojrzenia z powrotem na swego przywódcę - W okolicy grasuje jakaś banda, na moje oko blisko czterdzieści osób i raczej mało przyjaźnie nastawionych. Obserwowali nas od samego początku, ale nie próbowali nawiązać kontaktu. Potem zniknęło dwóch moich ludzi, cztery dni temu. Poszli na polowanie na wzgórza po zachodniej stronie - Walthers stuknął czubkiem palca w stosowne miejsce na mapie demonstrując je Wilsonowi - Do dzisiaj nie wrócili, a wzmocnione patrole znalazły po nich tylko jeden but, w dodatku zabrudzony krwią. Na zachodnim perymetrze znaleźliśmy też ślady po obozowisku, dużo śladów.
Pochylony nad mapą Wilson poczuł znienacka zimny dreszcz, uświadamiając sobie jak wiele szczęścia miała trójka podróżujących pikapem kurierów nie natrafiwszy po drodze na nikogo przejawiającego złe zamiary.
- Macie obywatelstwo Federacji Appalachów czy tylko dla nich pracujecie? - zapytał znienacka naczelnik, podnosząc wzrok znad mapy i spoglądając uważnie na swych gości.
Wątek techniczny
Dziwne pytanie i nie na temat? Być może, niemniej jednak wypadałoby jakoś na nie odpowiedzieć. Kto pierwszy, ten lepszy, więc pierwsza odpowiedź będzie wiążąca! Możecie powiedzieć prawdę: jesteście bowiem faktycznie najemnikami (nawet urodzony na terenie FA Wilson) pracującymi dorywczo i nie posiadającymi na terytorium Federacji praw obywatelskich (nie, żeby to dawało Wam jakiekolwiek godne uwagi korzyści, ale widocznie dla Walthersa musi to mieć jakieś znaczenie). Z drugiej strony, może on oczekuje, że jesteście pełnoprawnymi przedstawicielami Federacji, żeby coś negocjować? Może małe kłamstewko wcale nie byłoby od rzeczy: zawsze potem można powiedzieć "myśleliśmy, że jako kurierzy jesteśmy przedstawicielami konstabularium, sorki za nieporozumienie". Jakie jest Wasze stanowisko w tej sprawie?
Wszyscy pewnie zdążyliście zauważyć, że Jeremiash Holtz nie cieszy się w Anawalt sympatią. Nie znacie na razie tego powodów (chyba, że zechcecie przy jakiejś okazji wprost zapytać), ale wstępnie można założyć, że pewny siebie i swoich federalnych pełnomocnictw łowca zadarł z Walthersem na tle kompetencji i jurysdykcji - Anawalt leży już poza terytorium FA, a przynajmniej tak twierdzą jego mieszkańcy: poczynający sobie władczo intruz musiał z definicji ściągnąć na siebie niechęć tubylców (nie zapominajcie, że Jeremiash Holtz posiada w FA tytuł szlachecki). Tutaj chciałbym się dowiedzieć jak w ewentualnych rozmowach na temat Holtza zamierzacie się na jego temat wypowiadać: pozytywnie, neutralnie czy negatywnie?
- Jestem Damien Wathers - powiedział mężczyzna w rozpiętej koszuli wyciągając do kurierów dłoń - Wybaczcie surowe powitanie, w tych czasach ostrożność zawsze popłaca.
- Paul Wilson, Jack Salt - przedstawił się raz jeszcze Paul odwzajemniając uścisk - A to wielebny Ebenezer Radeford. Ostrożność uzasadniona, więc nie żywimy urazy.
Damien Walthers uśmiechał się przyjaźnie, ale towarzyszący mu Anawaltczycy wciąż wydawali się spięci i gotowi na wszystko, trzymając dłonie oparte o pasy i obserwując niemo rozmowę.
- I jak się miewa konstabl Clark? - zapytał naczelnik osady - Dalej kuleje na prawą nogę? Dalej narzeka na protezę?
Paul potrząsnął w odpowiedzi głową, pojmując nagle sens pytania oraz podejrzliwe wciąż zachowanie towarzyszy Wathersa.
- Cudowne ozdrowienie, iście dotyk palca bożego - odpowiedział kurier z błyskiem przekory w oczach - Skacze bez problemu i na jednej i na drugiej, co więcej, nigdy nie stracił nogi. Nie ma za to lewej ręki, co bardzo mu przeszkadza w dłubaniu w nosie. Zawsze podchodzicie w taki paranoiczny sposób do obcych czy tylko dzisiaj?
- Zawsze - roześmiał się szczerze Walthers - Wybaczcie raz jeszcze. To Rob Witherspoon, a to Jack Smarrow. Tam stoi Phoebe Tomkin, Lee Tong i Sandra Meyers. Jimmy'ego już znacie, a ten gość obok niego to John Kubinsky. To Bill Harper, Donovan O'Hara i Simon Lammers.
Wymieniani kolejno z imienia i nazwiska Anawaltczycy poprzestali na zdawkowych kiwnięciach głów, ale Paul zauważył, że rozluźnili się w końcu uznając tożsamość przybyszów za definitywnie potwierdzoną. Dwie kobiety - niska szczupła Phoebe Tomkin i wyższa od niej Sandra Meyers - z miejsca skupiły swą uwagę na osobie Ebenezera, lustrując misjonarza pełnym uprzedzenia wzrokiem od stóp po głowę.
- Jak minęła podróż? - zapytał Jack Smarrow, podejrzliwy Metys stojący obok Walthersa - Mieliście jakieś kłopoty po drodze?
- Do Bluewell żadnych - wzruszył ramionami Paul, po czym zmitygował się natychmiast przypominając sobie pewien szczegół - Tylko raz po drodze natrafiliśmy na kogoś dziwnego, w ruinach Fork Brush, na południe od osady Lavigne. Podejrzewamy, że był to jakiś włóczęga, ale zachowywał się w niepokojący sposób. Uciekł, zanim zdążyliśmy z nim pogadać.
- Był uzbrojony? - wtrącił Damien Wathers krzyżując ramiona na piersiach - I na pewno sam?
- Widzieliśmy tylko jego - odpowiedział Paul - I żadnych detali. Ale ludzie z Bluewell i Jeremiash Holtz są przekonani, że to mógł być mutant.
- Jeremiash Holtz jest zawsze przekonany o tym, że ma rację - orzekł Walthers wydymając usta w lekko pogardliwym grymasie. Słysząc jego słowa kilku Anawaltczyków roześmiało się cicho, z wyczuwalną ironią - A gdzie on teraz bywa, u Lavigne? Przejął już władzę nad osadą?
Paul wyczuł nie do końca skrywaną niechęć pobrzmiewającą w głosie naczelnika i chociaż nie miał pojęcia, skąd się ona brała, odnotował od razu w pamięci, że Damien Wathers najwyraźniej za Jeremiashem Holtzem nie przepadał.
- Wydaje mi się, że jest grzeczny - bąknął niepewnie, nagle tracąc na moment rezon i nie wiedząc, jaką opinię właściwie wyrazić na temat łowcy mutantów - Gadaliśmy chwilę, pojechał na południe do Bluefield.
- Mniejsza z Holtzem - machnął ręką Walthers - A co między nami i Bluewell? Mieliście jakiś problem?
- Drobiazg - wtrącił Salt - Most we Freeman był zawalony, musieliśmy przeprawiać się przez rzekę.
- Obydwa mosty we Bramwell są przejezdne - powiedział niski Chińczyk w czarnym prostym ubiorze, z wsuniętym w pochwę długim nożem przymocowanym do lewego przedramienia, nazywający się Lee Tong - Nasz patrol sprawdzał je półtora miesiąca temu.
- Dzięki za informację, na pewno skorzystamy w drodze powrotnej - kiwnął głową Paul - Poza przeprawą we Freeman nie mieliśmy żadnych zgrzytów.
- To możecie mówić o sporym szczęściu - spoważniał nagle Damien Walthers - Clark sporo ryzykował wysyłając pocztę w tak niewielkiej eskorcie. W okolicy zrobiło się bardzo niebezpiecznie, aż dziw, że nikt was nie napadł po drodze. To również dlatego tak was sprawdzaliśmy na początku.
- Nas mało kto rusza! - powiedział uprzejmym tonem Radeford gładząc machinalnie palcami lufę rozładowanego obrzyna - Kto z nami zadziera, ten ma spore szanse na spotkanie ze Stwórcą!
- Prawdę gada - odezwał się Jimmy Cash, puszczając w stronę Walthersa oko - Na blokadzie wpadł w dziki szał, prawie dziesięciu naszych pobił, zanim go położyli i to z wielkim trudem. Już myślałem, że strzelać każę, bo by nas tam w pył rozniósł.
Kaznodzieja zmarszczył czoło na dźwięk grupowego chichotu, ale nie dodał nic więcej, uświadamiając sobie widać, że stał się obiektem zbiorowej drwiny.
- Od jakiegoś tygodnia mamy towarzystwo - wrócił do tematu naczelnik, pochylając się nad mapami i przywołując gości do siebie ruchem ręki. Pozostali Anawaltczycy zajęli miejsca wokół stołu kierując spojrzenia z powrotem na swego przywódcę - W okolicy grasuje jakaś banda, na moje oko blisko czterdzieści osób i raczej mało przyjaźnie nastawionych. Obserwowali nas od samego początku, ale nie próbowali nawiązać kontaktu. Potem zniknęło dwóch moich ludzi, cztery dni temu. Poszli na polowanie na wzgórza po zachodniej stronie - Walthers stuknął czubkiem palca w stosowne miejsce na mapie demonstrując je Wilsonowi - Do dzisiaj nie wrócili, a wzmocnione patrole znalazły po nich tylko jeden but, w dodatku zabrudzony krwią. Na zachodnim perymetrze znaleźliśmy też ślady po obozowisku, dużo śladów.
Pochylony nad mapą Wilson poczuł znienacka zimny dreszcz, uświadamiając sobie jak wiele szczęścia miała trójka podróżujących pikapem kurierów nie natrafiwszy po drodze na nikogo przejawiającego złe zamiary.
- Macie obywatelstwo Federacji Appalachów czy tylko dla nich pracujecie? - zapytał znienacka naczelnik, podnosząc wzrok znad mapy i spoglądając uważnie na swych gości.
Wątek techniczny
Dziwne pytanie i nie na temat? Być może, niemniej jednak wypadałoby jakoś na nie odpowiedzieć. Kto pierwszy, ten lepszy, więc pierwsza odpowiedź będzie wiążąca! Możecie powiedzieć prawdę: jesteście bowiem faktycznie najemnikami (nawet urodzony na terenie FA Wilson) pracującymi dorywczo i nie posiadającymi na terytorium Federacji praw obywatelskich (nie, żeby to dawało Wam jakiekolwiek godne uwagi korzyści, ale widocznie dla Walthersa musi to mieć jakieś znaczenie). Z drugiej strony, może on oczekuje, że jesteście pełnoprawnymi przedstawicielami Federacji, żeby coś negocjować? Może małe kłamstewko wcale nie byłoby od rzeczy: zawsze potem można powiedzieć "myśleliśmy, że jako kurierzy jesteśmy przedstawicielami konstabularium, sorki za nieporozumienie". Jakie jest Wasze stanowisko w tej sprawie?
Wszyscy pewnie zdążyliście zauważyć, że Jeremiash Holtz nie cieszy się w Anawalt sympatią. Nie znacie na razie tego powodów (chyba, że zechcecie przy jakiejś okazji wprost zapytać), ale wstępnie można założyć, że pewny siebie i swoich federalnych pełnomocnictw łowca zadarł z Walthersem na tle kompetencji i jurysdykcji - Anawalt leży już poza terytorium FA, a przynajmniej tak twierdzą jego mieszkańcy: poczynający sobie władczo intruz musiał z definicji ściągnąć na siebie niechęć tubylców (nie zapominajcie, że Jeremiash Holtz posiada w FA tytuł szlachecki). Tutaj chciałbym się dowiedzieć jak w ewentualnych rozmowach na temat Holtza zamierzacie się na jego temat wypowiadać: pozytywnie, neutralnie czy negatywnie?
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Jesteśmy najemnikami urodzonymi na terenie Federacji, ale służymy sami sobie. Podobnie jak Wy na pograniczu niezbyt lubimy biurokratów z federacji, ale też jako wyslannicy konstabla w jakims stopniu jestesmy przedstawicielami tej federacji. W okolicy kręci sie więcej łowców podobnych Holtzowi, byc może poluja na tą bandę o jakiej wspomniałeś. Jestem szczerym i twardym gościem, powiedziałem jak wygląda sprawa z naszym tzw. obywatelstwem.
Ostatnio zmieniony 13 grudnia 2011, 16:17 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Skrzywił się lekko na myśl o wymogach i pretensjach stawianych przez Federację wolnym ludziom. Przetarł czoło spoglądając po mapach.
- Ano... nic dodać, nic ująć - mruknął Salt - Władza władzą ale lepiej jak za koszulę się nie pcha.
Wpatrzył się uważnie w Walthers'a wydymając nieznacznie usta.
- Tym bardziej jak postępują niczym wspomniany Holtz, wyżej dupę noszą niż sr... - urwał zdając sobie sprawę z obecności kobiet - No, w każdym razie... wiecie o co chodzi. Choć wierzę, że znajdzie się kilku normalnych w stadzie baranów. Jak na ten przykład Ericsson, spotkaliśmy po drodze. Wydaje się w porządku. Ponoć przejeżdżał tędy?
- W Kellysville spotkaliśmy trzech wędrowców, wspominali coś o jakiejś bandzie panoszącej się po Bluefield. Może to ci sami? Nie chciałbym zakładać, że to dwie działające wspólnie grupy...
Nie będę ukrywał niechęci wobec Holtza, jak wspomniałem wcześniej, wolał trzymać dystans i jechać dalej niż coś się dowiedzieć to jego problem.
Co do obywatelstwa, też nie mam co ściemniać.
- Ano... nic dodać, nic ująć - mruknął Salt - Władza władzą ale lepiej jak za koszulę się nie pcha.
Wpatrzył się uważnie w Walthers'a wydymając nieznacznie usta.
- Tym bardziej jak postępują niczym wspomniany Holtz, wyżej dupę noszą niż sr... - urwał zdając sobie sprawę z obecności kobiet - No, w każdym razie... wiecie o co chodzi. Choć wierzę, że znajdzie się kilku normalnych w stadzie baranów. Jak na ten przykład Ericsson, spotkaliśmy po drodze. Wydaje się w porządku. Ponoć przejeżdżał tędy?
- W Kellysville spotkaliśmy trzech wędrowców, wspominali coś o jakiejś bandzie panoszącej się po Bluefield. Może to ci sami? Nie chciałbym zakładać, że to dwie działające wspólnie grupy...
Nie będę ukrywał niechęci wobec Holtza, jak wspomniałem wcześniej, wolał trzymać dystans i jechać dalej niż coś się dowiedzieć to jego problem.
Co do obywatelstwa, też nie mam co ściemniać.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- Panie Cash, pewien wielki żyjący przed apokalipsą człowiek powiedział, że na świecie są tylko dwie rzeczy nieskończone: wszechświat i głupota ludzka. Tylko ona i ignorancja wywołują u mnie wściekłość. Mam jednak nadzieję, że ich tutaj nie doświadczę - słowa te zwracam bezpośrednio do Jimmiego.
- Jestem sługom bożym, a władza boska nie ma granic. Można by powiedzieć, że jestem obywatelem świata. To, że dotarliśmy tutaj cali i zdrowi zawdzięczamy bożej opatrzności i mądremu postępowaniu. Przebycie rzeki brodem niechybnie uchroniło nas przed wścibskimi oczami obserwującymi sprawne mosty.
Słowa te kieruję do wszystkich.Jednocześnie próbuję nawiązać kontakt wzrokowy z przyglądającymi mi się kobietami i zmusić je do odwrócenia wzroku. ( taki mały pojedynek na spojrzenia).
- Nasza misja kurierska tu się kończy. Chciałbym nadmienić, że popieramy i wspomagamy projekt utworzenia linii telefonicznej z Anawalt, poszukujemy kabla telefonicznego. Jeżeli możemy pomóc w czymś innym, to jesteśmy otwarci na propozycje.
- Jeremiash Holtz ma szczytne cela i modlę się za ich powodzenie, obawiam się jednak, że grzeszy pychą, która może doprowadzić go do zguby.
- Jestem sługom bożym, a władza boska nie ma granic. Można by powiedzieć, że jestem obywatelem świata. To, że dotarliśmy tutaj cali i zdrowi zawdzięczamy bożej opatrzności i mądremu postępowaniu. Przebycie rzeki brodem niechybnie uchroniło nas przed wścibskimi oczami obserwującymi sprawne mosty.
Słowa te kieruję do wszystkich.Jednocześnie próbuję nawiązać kontakt wzrokowy z przyglądającymi mi się kobietami i zmusić je do odwrócenia wzroku. ( taki mały pojedynek na spojrzenia).
- Nasza misja kurierska tu się kończy. Chciałbym nadmienić, że popieramy i wspomagamy projekt utworzenia linii telefonicznej z Anawalt, poszukujemy kabla telefonicznego. Jeżeli możemy pomóc w czymś innym, to jesteśmy otwarci na propozycje.
- Jeremiash Holtz ma szczytne cela i modlę się za ich powodzenie, obawiam się jednak, że grzeszy pychą, która może doprowadzić go do zguby.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Anawalt, 4 maja 2055
Mike nie zastanawiał się długo, kładąc na szali raczej otwartość i szczerość niż próby podbudowania zaufania ze strony Anawaltczyków poprzez kontrowersyjne półprawdy.
- Jesteśmy najemnikami urodzonymi na terenie Federacji, ale służymy sami sobie - odpowiedział prostując się mimowolnie, wiedział bowiem, że wśród wielu ludzi profesja ta nie kojarzyła się zbyt dobrze - Podobnie jak wy na pograniczu niezbyt lubimy biurokratów z Federacji, ale też jako wysłannicy konstabla w jakimś stopniu jesteśmy przedstawicielami tej Federacji.
- Mnie to nie przeszkadza - kiwnął głową Walthers - Sposób na życie jak każdy inny. Pytałem, bo myślałem, że być może macie kompetencje do prowadzenia rozmów w imieniu konstabla Clarka. Wydaje mi się, że w interesie federalistów byłoby wsparcie granicznych społeczności w walce z tą bandą.
- Trudno mi stwierdzić, czy negocjowanie pomocy wojskowej leży w naszych kompetencjach - wzruszył ramionami Wilson - My jesteśmy raczej od przewożenia poczty, nie powinniśmy niczego w imieniu Peterstown negocjować, jeszcze by nas Clark za to za nogi na maszcie powiesił. Appalachijska arystokracja jest bardzo drażliwa w tych sprawach, sami wiecie.
- Wiemy, wiemy - przyznał Jack Smarrow dociskając metalowym odważnikiem jedną z map - Macie zamiar zatrzymać się u nas na dłużej?
- Na pewno na kilka godzin - odpowiedział ostrożnie Radeford, taksując przenikliwym wzrokiem obie przyglądające mu się kobiety - Chętnie byśmy coś zjedli i wypili, a potem odpoczęli odrobinę, albowiem powiada Pan, że po sześciu dniach ciężkiej pracy należy się sprawiedliwy odpoczynek.
- Daj im parę flaszek za darmo - polecił Damien Walthers spojrzawszy na Phoebe Tonkin - Taki mały prezent ode mnie za dobrze wykonaną robotę! Dostaniecie też coś ciepłego do zjedzenia. Mamy publiczną kuchnię, dyżurni gotują tam codziennie dla tych ludzi, którzy mają akurat służbę wartowniczą, więc na pewno coś się dla was zjedzenia. Nie wyrzucam was też od razu za bramę, czujcie się jak u siebie. Jeśli chcecie zostać dłużej, nie widzę problemu, dogadajcie się z Robem, on tutaj odpowiada za kwaterunek gości. Wyjazd od ręki mógłby być niebezpieczny, ciągle nie wiemy, gdzie ci obcy się kręcą i jakie dokładnie mają zamiary.
Ron Witherspoon, rosły trzydziestopięciolatek o krótko przyciętych włosach i krzywym nosie noszącym ślady kilku złamań, przytaknął naczelnikowi nieznacznym ruchem głowy, otaksował ponownie gości wzrokiem jakby w myślach już dopasowywał ich do wolnych łóżek.
- Mamy zamiar rozpuścić po okolicy większe patrole i czekać na wieści od federalistów, może Lynchburg wyśle tutaj kilku dodatkowych łowców mutantów albo nawet regularną milicję - dodał Walthers - Jak nam szczęście dopisze, może się dranie w międzyczasie wyniosą, chociaż chętnie bym im odpłacił ołowiem za Curtissa i Diega.
- W Kellysville spotkaliśmy trzech wędrowców, wspominali coś o jakiejś bandzie panoszącej się po Bluefield - oznajmił Salt - Może to ci sami? Nie chciałbym zakładać, że to dwie działające wspólnie grupy...
- Bluefield jest dość daleko na południe, ale wszystko możliwe - odparł Walthers spoglądając na swoje mapy - Trzeba będzie poszerzyć perymetr i wzmocnić patrole, dopóki sprawy się nie wyjaśnią.
- Paru łowców mutantów też by się przydało - zauważył niechętnie kaznodzieja przyjmując do wiadomości, że obie kobiety nie mają najmniejszego zamiaru przestać słać mu zaczepnych spojrzeń - Wierzę, że znajdzie się kilku normalnych w stadzie baranów. Jak na ten przykład Ericsson, spotkaliśmy po drodze. Wydaje się w porządku. Ponoć przejeżdżał tędy?
- William Ericsson? - uniósł brwi naczelnik Anawalt - Owszem, był tutaj, długo nie zabawił, poznać nie było za bardzo okazji. Szybko się wyniósł w stronę Bluewell, szukał Holtza.
- A jak sprawa naszej broni i kluczyków do pikapa? - zapytał Jack chrząknąwszy wpierw znacząco i spoglądając z ukosa na Casha - Skoro nasza sprawa się już wyjaśniła...
- Dostaniecie z powrotem, tylko uważajcie, żeby wam coś przypadkiem nie wypaliło - przesądził Damien Walthers - Jestem człowiekiem pełnym ufności, ale nie głupcem. Kluczyki naturalnie też od razu.
Jimmy Cash sięgnął do kieszeni swej kurtki, wyciągnął z niej kluczyki do pikapa, podał je Paulowi do ręki.
- A jak stoicie z paliwem? - zapytał nagle Salt - Macie może coś tanio na odsprzedaż do benzyniaka?
W tej samej chwili w głębi uliczki rozległ się narastający z każdą sekundą warkot motocyklowego silnika, który odbijał się echem od ścian mijanych budynków. Kilku stojących przy krawędzi tarasu Anawaltczyków zerknęło za poręcz, a na ich twarzach pojawił się natychmiast wyraźny wyraz konsternacji. Widząc pytającą minę Walthersa Bill Harper wzruszył ramionami i poprawił przewieszony przez prawe ramię M16.
- Holtz przyjechał - powiedział niskim gardłowym tonem, który dziwnie nie pasował do jego szczupłej opalonej twarzy.
- To się będzie kurwa działo - szepnął Jimmy Cash, dostatecznie cicho, aby nie dosłyszał go Walthers, ale wystarczająco wyraźnie dla kurierów.
Wątek techniczny
Mam nadzieję, że wszyscy doceniają moje wysiłki wkładane w pisanie obszernych fabularnych wstawek i w pełni się delektują tak wielkimi rozmiarowo tekstami, a nie złorzeczą przed klawiaturą "Czemu on nie opisze wizyty w tej wiosze w trybie niebieskim w czterech zdaniach, a potem przeskoczy do jakiejś walki?"
A teraz serio - Wasz status i najbliższa przyszłość w Anawalt chyba dostatecznie się wyklarowała. Możecie tutaj zostać jak długo zechcecie, naczelnik to zresztą sam zasugerował, ale jeśli zechcecie natychmiast wyjechać, nikt Was też nie będzie zatrzymywał. Dzisiaj zostaniecie nakarmieni i napojeni za darmo, jeśli jednak będziecie się chcieli stołować w osadzie w następnych dniach, już sama grzeczność wymagałaby drobnej zapłaty, niekoniecznie w barterze, mogą to być również jakieś lekkie prace fizyczne na rzecz społeczności.
I jeszcze kwestia Waszej reakcji na końcówkę fabularki. Do Anawalt przyjechał Holtz i zaraz wpadnie na taras z zamiarem złożenia wizyty naczelnikowi. Cicha uwaga Casha pozwala sądzić, że będzie wesoło, pytanie zatem, czy chcecie jeszcze na chwilę na tarasie zostać pod byle pretekstem czy też może od razu spadacie do kuchni nie chcąc zostać przypadkiem wmanewrowanymi w jakąś żywiołową awanturę?
Mike nie zastanawiał się długo, kładąc na szali raczej otwartość i szczerość niż próby podbudowania zaufania ze strony Anawaltczyków poprzez kontrowersyjne półprawdy.
- Jesteśmy najemnikami urodzonymi na terenie Federacji, ale służymy sami sobie - odpowiedział prostując się mimowolnie, wiedział bowiem, że wśród wielu ludzi profesja ta nie kojarzyła się zbyt dobrze - Podobnie jak wy na pograniczu niezbyt lubimy biurokratów z Federacji, ale też jako wysłannicy konstabla w jakimś stopniu jesteśmy przedstawicielami tej Federacji.
- Mnie to nie przeszkadza - kiwnął głową Walthers - Sposób na życie jak każdy inny. Pytałem, bo myślałem, że być może macie kompetencje do prowadzenia rozmów w imieniu konstabla Clarka. Wydaje mi się, że w interesie federalistów byłoby wsparcie granicznych społeczności w walce z tą bandą.
- Trudno mi stwierdzić, czy negocjowanie pomocy wojskowej leży w naszych kompetencjach - wzruszył ramionami Wilson - My jesteśmy raczej od przewożenia poczty, nie powinniśmy niczego w imieniu Peterstown negocjować, jeszcze by nas Clark za to za nogi na maszcie powiesił. Appalachijska arystokracja jest bardzo drażliwa w tych sprawach, sami wiecie.
- Wiemy, wiemy - przyznał Jack Smarrow dociskając metalowym odważnikiem jedną z map - Macie zamiar zatrzymać się u nas na dłużej?
- Na pewno na kilka godzin - odpowiedział ostrożnie Radeford, taksując przenikliwym wzrokiem obie przyglądające mu się kobiety - Chętnie byśmy coś zjedli i wypili, a potem odpoczęli odrobinę, albowiem powiada Pan, że po sześciu dniach ciężkiej pracy należy się sprawiedliwy odpoczynek.
- Daj im parę flaszek za darmo - polecił Damien Walthers spojrzawszy na Phoebe Tonkin - Taki mały prezent ode mnie za dobrze wykonaną robotę! Dostaniecie też coś ciepłego do zjedzenia. Mamy publiczną kuchnię, dyżurni gotują tam codziennie dla tych ludzi, którzy mają akurat służbę wartowniczą, więc na pewno coś się dla was zjedzenia. Nie wyrzucam was też od razu za bramę, czujcie się jak u siebie. Jeśli chcecie zostać dłużej, nie widzę problemu, dogadajcie się z Robem, on tutaj odpowiada za kwaterunek gości. Wyjazd od ręki mógłby być niebezpieczny, ciągle nie wiemy, gdzie ci obcy się kręcą i jakie dokładnie mają zamiary.
Ron Witherspoon, rosły trzydziestopięciolatek o krótko przyciętych włosach i krzywym nosie noszącym ślady kilku złamań, przytaknął naczelnikowi nieznacznym ruchem głowy, otaksował ponownie gości wzrokiem jakby w myślach już dopasowywał ich do wolnych łóżek.
- Mamy zamiar rozpuścić po okolicy większe patrole i czekać na wieści od federalistów, może Lynchburg wyśle tutaj kilku dodatkowych łowców mutantów albo nawet regularną milicję - dodał Walthers - Jak nam szczęście dopisze, może się dranie w międzyczasie wyniosą, chociaż chętnie bym im odpłacił ołowiem za Curtissa i Diega.
- W Kellysville spotkaliśmy trzech wędrowców, wspominali coś o jakiejś bandzie panoszącej się po Bluefield - oznajmił Salt - Może to ci sami? Nie chciałbym zakładać, że to dwie działające wspólnie grupy...
- Bluefield jest dość daleko na południe, ale wszystko możliwe - odparł Walthers spoglądając na swoje mapy - Trzeba będzie poszerzyć perymetr i wzmocnić patrole, dopóki sprawy się nie wyjaśnią.
- Paru łowców mutantów też by się przydało - zauważył niechętnie kaznodzieja przyjmując do wiadomości, że obie kobiety nie mają najmniejszego zamiaru przestać słać mu zaczepnych spojrzeń - Wierzę, że znajdzie się kilku normalnych w stadzie baranów. Jak na ten przykład Ericsson, spotkaliśmy po drodze. Wydaje się w porządku. Ponoć przejeżdżał tędy?
- William Ericsson? - uniósł brwi naczelnik Anawalt - Owszem, był tutaj, długo nie zabawił, poznać nie było za bardzo okazji. Szybko się wyniósł w stronę Bluewell, szukał Holtza.
- A jak sprawa naszej broni i kluczyków do pikapa? - zapytał Jack chrząknąwszy wpierw znacząco i spoglądając z ukosa na Casha - Skoro nasza sprawa się już wyjaśniła...
- Dostaniecie z powrotem, tylko uważajcie, żeby wam coś przypadkiem nie wypaliło - przesądził Damien Walthers - Jestem człowiekiem pełnym ufności, ale nie głupcem. Kluczyki naturalnie też od razu.
Jimmy Cash sięgnął do kieszeni swej kurtki, wyciągnął z niej kluczyki do pikapa, podał je Paulowi do ręki.
- A jak stoicie z paliwem? - zapytał nagle Salt - Macie może coś tanio na odsprzedaż do benzyniaka?
W tej samej chwili w głębi uliczki rozległ się narastający z każdą sekundą warkot motocyklowego silnika, który odbijał się echem od ścian mijanych budynków. Kilku stojących przy krawędzi tarasu Anawaltczyków zerknęło za poręcz, a na ich twarzach pojawił się natychmiast wyraźny wyraz konsternacji. Widząc pytającą minę Walthersa Bill Harper wzruszył ramionami i poprawił przewieszony przez prawe ramię M16.
- Holtz przyjechał - powiedział niskim gardłowym tonem, który dziwnie nie pasował do jego szczupłej opalonej twarzy.
- To się będzie kurwa działo - szepnął Jimmy Cash, dostatecznie cicho, aby nie dosłyszał go Walthers, ale wystarczająco wyraźnie dla kurierów.
Wątek techniczny
Mam nadzieję, że wszyscy doceniają moje wysiłki wkładane w pisanie obszernych fabularnych wstawek i w pełni się delektują tak wielkimi rozmiarowo tekstami, a nie złorzeczą przed klawiaturą "Czemu on nie opisze wizyty w tej wiosze w trybie niebieskim w czterech zdaniach, a potem przeskoczy do jakiejś walki?"
A teraz serio - Wasz status i najbliższa przyszłość w Anawalt chyba dostatecznie się wyklarowała. Możecie tutaj zostać jak długo zechcecie, naczelnik to zresztą sam zasugerował, ale jeśli zechcecie natychmiast wyjechać, nikt Was też nie będzie zatrzymywał. Dzisiaj zostaniecie nakarmieni i napojeni za darmo, jeśli jednak będziecie się chcieli stołować w osadzie w następnych dniach, już sama grzeczność wymagałaby drobnej zapłaty, niekoniecznie w barterze, mogą to być również jakieś lekkie prace fizyczne na rzecz społeczności.
I jeszcze kwestia Waszej reakcji na końcówkę fabularki. Do Anawalt przyjechał Holtz i zaraz wpadnie na taras z zamiarem złożenia wizyty naczelnikowi. Cicha uwaga Casha pozwala sądzić, że będzie wesoło, pytanie zatem, czy chcecie jeszcze na chwilę na tarasie zostać pod byle pretekstem czy też może od razu spadacie do kuchni nie chcąc zostać przypadkiem wmanewrowanymi w jakąś żywiołową awanturę?
Ostatnio zmieniony 27 listopada 2011, 14:22 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Ja tam zostaję na tarasie chciałbym uslyszeć rozmowę i zorientować się w naturze ich konfliktu. Jestem też za zostaniem w osadzie kilka dni. Może przyłączymy sie do jakiegoś patrolu Anawaltczyków.
Na razie zostaję na tarasie potem cos zjem i odpocznę. Może jakies zakupy, ponoc tu maja lepsze zapopatrzenie. generalnie proszę ponownie o stan naszych gambli bo nadal go nie mam. Ebenzer mozesz odkupic ode mnie lornetke, ja musze zainwestowac w jakąś spluwe albo lepsza bron białą. Wstawki fabularne super, ja lubie je czytać, dodają klimatu
Na razie zostaję na tarasie potem cos zjem i odpocznę. Może jakies zakupy, ponoc tu maja lepsze zapopatrzenie. generalnie proszę ponownie o stan naszych gambli bo nadal go nie mam. Ebenzer mozesz odkupic ode mnie lornetke, ja musze zainwestowac w jakąś spluwe albo lepsza bron białą. Wstawki fabularne super, ja lubie je czytać, dodają klimatu
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Anawalt, 4 maja 2055
Na tarasie zapadło ciężkie milczenie, na którego tle do uszu kurierów zaczęły dobiegać odgłosy zwyczajnej krzątaniny w obrębie murów osady: ludzkie pokrzykiwania i śmiechy, poszczekiwanie psów, warkot generatora prądowego i stukot uderzających o coś metalicznie młotków. Damien Walthers spoglądał z zaciętą miną na szczyt wiodących z poziomu ulicy schodów, oczekując nadejścia Jeremiasha Holtza. Atmosfera przy stole odpraw momentalnie zgęstniała wieszcząc trudną rozmowę.
Federalny łowca mutantów wkroczył na ostatni stopień ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy, bez cienia swoich zwyczajowych uśmieszków, które czasami mogły się kojarzyć z sympatią, częściej zaś z cierpką ironią. Jedną rękę trzymał na pasku przewieszonego przez ramię Winchestera, drugą na głowni tkwiącej w pochwie u boku kawaleryjskiej szabli.
- Cała śmietanka w jednym miejscu - stwierdził gość wiodąc wzrokiem po twarzach spoglądających na niego ludzi - I znajomi z Bluewell. Lepiej nie mogłem trafić.
- Pewnie, że mogłeś - zaprzeczył twardo Walthers, cedząc słowa przez zęby - Zawsze mogłeś trafić do Peterstown albo Princeton. W przeciwieństwie do Anawalt tam mógłbyś może spotkać przyjaciół.
- Odpuśćmy sobie może te niepotrzebne złośliwości - powiedział równie ostro Holtz - Mutanci są w drodze. Godzinę temu z kawałkiem przeszli przez pięćdziesiątkę dwójkę przed Maybeury, potem skręcili grzbietami wzgórz na południe. Duża grupa, prawie pięćdziesiąt sztuk. Sądzę, że idą na Bluewell, a jeśli się nie mylę, Lavigne nie da rady ich zatrzymać.
Wśród Anawaltczyków rozszedł się szmer podekscytowanych szeptów, ale Damien Walters wciąż tkwił w bezruchu wpatrzony prosto w oko Jeremiasha Holtza.
- Jeśli nie pomożecie, Bluewell padnie - dodał zirytowany milczeniem naczelnika łowca - Lavigne prosi was o pomoc.
- On nas prosi czy ty? - odpowiedział pytaniem Walthers, prostując się wyniośle i krzyżując ramiona na piersiach - Czy też raczej Federacja Appalachów prosi nas o to, żebyśmy bronili jej terytorium?
- Jakie to ma teraz znaczenie?! - wybuchnął Jeremiash robiąc krok w stronę zasłanego mapami stołu - Lavigne na was liczy!
- Wiem, że liczy, ale prawda jest taka, że wolał się cały czas układać z Lynchburgiem, a nie ze mną - odparł Walthers - A pytam, bo muszę wiedzieć, komu ewentualnie wystawić rachunek.
Holtz aż zgrzytnął zębami ze złości, tarmosząc palcami pasek karabinu. Zafascynowany ostrą wymianą zdań Paul pomyślał ponownie jak dalekie od rzeczywistości było jego wyobrażenie legendarnego łowcy mutantów. Mit erodował coraz bardziej zestawiony z rzeczywistością.
- Jeśli zależy wam na zapłacie, Lavigne was prędzej czy później spłaci - powiedział łowca mutantów - A jak pozwolicie mu pójść z dymem, zostaniecie tutaj sami, bez sąsiadów aż pod Princeton. Tego chcecie?
- Chcę bezpieczeństwa dla moich ludzi - oświadczył Damien Walthers - Ale to nie oznacza, że od razu będę wyłaził za mur i ganiał bez składu i ładu po lesie. Jaką masz w ogóle pewność, że się nie pomyliłeś? Z tym poprzednim zwiadem rypnąłeś się na całego, panie wszystkowiedzący! Jakbym nie puścił ludzi na Rock Widow, to bym nawet nie wiedział, że banda tam obozowała! Strasznie byłeś pewien, że poszli wzgórzami w stronę Switchback!
Holtz nie odpowiedział przez chwilę, stojąc z zagryzionymi ustami i pociemniałą od gniewu twarzą, potem nagle westchnął i uniósł pojednawczo dłonie.
- Dobra, rypnąłem się! Wy się nigdy nie mylicie, do kurwy nędzy?! - odpowiedział niższym o kilka tonów głosem, starając się uspokoić nerwy - Ślady nie kłamały, wyciągnąłem tylko zły wniosek. Na sto podjętych moich decyzji zawsze z dziesięć jest błędnych, ale to nie znaczy, że nie możecie mi już ufać! Około pięćdziesięciu mutantów jest po wschodniej stronie pięćdziesiątki dwójki, jakieś dwie mile za drogą. Zostawili za sobą pełno śladów, wygląda na to, że mają spore obciążenie. Walą prosto na osadę Lavigne, a on nie ma dość ludzi, żeby ich zatrzymać.
Jack Smarrow przechylił się w trakcie przemowy Holtza do ucha Walthersa, coś mu szepnął, naczelnik kiwnął w odpowiedzi głową.
- Czego zatem od nas oczekujesz? - powiedział, kiedy łowca mutantów umilkł. Wilson zauważył, że pytanie Walthersa wyraźnie pozostałych Anawaltczyków zelektryzowało.
- Dwudziestu ludzi z bronią długą? - zaproponował Holtz odprężając się nieznacznie - Najlepiej na dwóch samochodach, łatwiej się będzie przemieszczać. Do tego amunicja, przede wszystkim do M60. Lavigne ma jeden cekaem, ale bez pestek, u was widziałem kilka. Do tego jak najwięcej pocisków do M4 i M16, Springfieldów, śrutowych Remingtonów oraz Berett i Uzi. I parę kanistrów paliwa, najlepiej pięć albo sześć.
- Chyba sobie jaja robisz - powiedział Walthers akcentując wyraźnie każde słowo - Czemu nie od razu czterdziestu ludzi i wszystkie sześćdziesiątki z wież strażniczych, co?
Wątek techniczny
Pociągnąłem nieco dalej spotkanie na tarasie, ale rozmowa jest jeszcze daleka od końca. Co do zatargu Walthers-Holtz, rozwój sytuacji pozwala Wam utrwalić przekonanie, że faktycznie idzie tu o konfrontację dwóch silnych osobowości, które nie znoszą konkurencji i które nie dopuszczają do myśli okazania słabości w obecności pomniejszych świadków.
Na tarasie zapadło ciężkie milczenie, na którego tle do uszu kurierów zaczęły dobiegać odgłosy zwyczajnej krzątaniny w obrębie murów osady: ludzkie pokrzykiwania i śmiechy, poszczekiwanie psów, warkot generatora prądowego i stukot uderzających o coś metalicznie młotków. Damien Walthers spoglądał z zaciętą miną na szczyt wiodących z poziomu ulicy schodów, oczekując nadejścia Jeremiasha Holtza. Atmosfera przy stole odpraw momentalnie zgęstniała wieszcząc trudną rozmowę.
Federalny łowca mutantów wkroczył na ostatni stopień ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy, bez cienia swoich zwyczajowych uśmieszków, które czasami mogły się kojarzyć z sympatią, częściej zaś z cierpką ironią. Jedną rękę trzymał na pasku przewieszonego przez ramię Winchestera, drugą na głowni tkwiącej w pochwie u boku kawaleryjskiej szabli.
- Cała śmietanka w jednym miejscu - stwierdził gość wiodąc wzrokiem po twarzach spoglądających na niego ludzi - I znajomi z Bluewell. Lepiej nie mogłem trafić.
- Pewnie, że mogłeś - zaprzeczył twardo Walthers, cedząc słowa przez zęby - Zawsze mogłeś trafić do Peterstown albo Princeton. W przeciwieństwie do Anawalt tam mógłbyś może spotkać przyjaciół.
- Odpuśćmy sobie może te niepotrzebne złośliwości - powiedział równie ostro Holtz - Mutanci są w drodze. Godzinę temu z kawałkiem przeszli przez pięćdziesiątkę dwójkę przed Maybeury, potem skręcili grzbietami wzgórz na południe. Duża grupa, prawie pięćdziesiąt sztuk. Sądzę, że idą na Bluewell, a jeśli się nie mylę, Lavigne nie da rady ich zatrzymać.
Wśród Anawaltczyków rozszedł się szmer podekscytowanych szeptów, ale Damien Walters wciąż tkwił w bezruchu wpatrzony prosto w oko Jeremiasha Holtza.
- Jeśli nie pomożecie, Bluewell padnie - dodał zirytowany milczeniem naczelnika łowca - Lavigne prosi was o pomoc.
- On nas prosi czy ty? - odpowiedział pytaniem Walthers, prostując się wyniośle i krzyżując ramiona na piersiach - Czy też raczej Federacja Appalachów prosi nas o to, żebyśmy bronili jej terytorium?
- Jakie to ma teraz znaczenie?! - wybuchnął Jeremiash robiąc krok w stronę zasłanego mapami stołu - Lavigne na was liczy!
- Wiem, że liczy, ale prawda jest taka, że wolał się cały czas układać z Lynchburgiem, a nie ze mną - odparł Walthers - A pytam, bo muszę wiedzieć, komu ewentualnie wystawić rachunek.
Holtz aż zgrzytnął zębami ze złości, tarmosząc palcami pasek karabinu. Zafascynowany ostrą wymianą zdań Paul pomyślał ponownie jak dalekie od rzeczywistości było jego wyobrażenie legendarnego łowcy mutantów. Mit erodował coraz bardziej zestawiony z rzeczywistością.
- Jeśli zależy wam na zapłacie, Lavigne was prędzej czy później spłaci - powiedział łowca mutantów - A jak pozwolicie mu pójść z dymem, zostaniecie tutaj sami, bez sąsiadów aż pod Princeton. Tego chcecie?
- Chcę bezpieczeństwa dla moich ludzi - oświadczył Damien Walthers - Ale to nie oznacza, że od razu będę wyłaził za mur i ganiał bez składu i ładu po lesie. Jaką masz w ogóle pewność, że się nie pomyliłeś? Z tym poprzednim zwiadem rypnąłeś się na całego, panie wszystkowiedzący! Jakbym nie puścił ludzi na Rock Widow, to bym nawet nie wiedział, że banda tam obozowała! Strasznie byłeś pewien, że poszli wzgórzami w stronę Switchback!
Holtz nie odpowiedział przez chwilę, stojąc z zagryzionymi ustami i pociemniałą od gniewu twarzą, potem nagle westchnął i uniósł pojednawczo dłonie.
- Dobra, rypnąłem się! Wy się nigdy nie mylicie, do kurwy nędzy?! - odpowiedział niższym o kilka tonów głosem, starając się uspokoić nerwy - Ślady nie kłamały, wyciągnąłem tylko zły wniosek. Na sto podjętych moich decyzji zawsze z dziesięć jest błędnych, ale to nie znaczy, że nie możecie mi już ufać! Około pięćdziesięciu mutantów jest po wschodniej stronie pięćdziesiątki dwójki, jakieś dwie mile za drogą. Zostawili za sobą pełno śladów, wygląda na to, że mają spore obciążenie. Walą prosto na osadę Lavigne, a on nie ma dość ludzi, żeby ich zatrzymać.
Jack Smarrow przechylił się w trakcie przemowy Holtza do ucha Walthersa, coś mu szepnął, naczelnik kiwnął w odpowiedzi głową.
- Czego zatem od nas oczekujesz? - powiedział, kiedy łowca mutantów umilkł. Wilson zauważył, że pytanie Walthersa wyraźnie pozostałych Anawaltczyków zelektryzowało.
- Dwudziestu ludzi z bronią długą? - zaproponował Holtz odprężając się nieznacznie - Najlepiej na dwóch samochodach, łatwiej się będzie przemieszczać. Do tego amunicja, przede wszystkim do M60. Lavigne ma jeden cekaem, ale bez pestek, u was widziałem kilka. Do tego jak najwięcej pocisków do M4 i M16, Springfieldów, śrutowych Remingtonów oraz Berett i Uzi. I parę kanistrów paliwa, najlepiej pięć albo sześć.
- Chyba sobie jaja robisz - powiedział Walthers akcentując wyraźnie każde słowo - Czemu nie od razu czterdziestu ludzi i wszystkie sześćdziesiątki z wież strażniczych, co?
Wątek techniczny
Pociągnąłem nieco dalej spotkanie na tarasie, ale rozmowa jest jeszcze daleka od końca. Co do zatargu Walthers-Holtz, rozwój sytuacji pozwala Wam utrwalić przekonanie, że faktycznie idzie tu o konfrontację dwóch silnych osobowości, które nie znoszą konkurencji i które nie dopuszczają do myśli okazania słabości w obecności pomniejszych świadków.
Jack przyglądał się niemo rozmówcom i przetrawiał zasłyszane właśnie nowiny. Mimowolnie sięgnął ku kaburze na wzmiankę o mutantach, jednakże przypomniał sobie że broń nadal spoczywa w kabinie pick'upa i opuścił powoli dłoń z cichym westchnięciem.
Postanowił poczekać na rozwój sytuacji i rozmowy.
Keth, nie zadawaj retorycznych pytań. Masz pisać takie posty w czerni nawet na kilka stron
Przecież to się czyta jednym tchem!
W chwili obecnej poprzestaję na przysłuchiwaniu się konwersacji.
Później coś zjeść, skombinować paliwo na wszelki wypadek i chętnie zamiast flaszki przyjąłbym amunicję do Deseart'a. Chyba, że istniała by możliwość zamiany na inną broń plus pełny magazynek a nawet ze dwa lub więcej.
Ogólnie będę raczej optował za wsparciem Lavigne'a, jeśli w ogóle ktoś weźmie nas pod uwagę
Co do gambli to nie jestem pewien, wydatki ustalaliśmy z Keth'em na GG a reinstalkę zrobiłem i archiwum wykasowało po formacie.
Kojarzę jakieś 15-18 GB ale może MG ma gdzieś zapisane :/
Postanowił poczekać na rozwój sytuacji i rozmowy.
Keth, nie zadawaj retorycznych pytań. Masz pisać takie posty w czerni nawet na kilka stron
W chwili obecnej poprzestaję na przysłuchiwaniu się konwersacji.
Później coś zjeść, skombinować paliwo na wszelki wypadek i chętnie zamiast flaszki przyjąłbym amunicję do Deseart'a. Chyba, że istniała by możliwość zamiany na inną broń plus pełny magazynek a nawet ze dwa lub więcej.
Ogólnie będę raczej optował za wsparciem Lavigne'a, jeśli w ogóle ktoś weźmie nas pod uwagę
Co do gambli to nie jestem pewien, wydatki ustalaliśmy z Keth'em na GG a reinstalkę zrobiłem i archiwum wykasowało po formacie.
Kojarzę jakieś 15-18 GB ale może MG ma gdzieś zapisane :/
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Anawalt, 4 maja 2055
Jeremiash Holtz ponownie stracił cierpliwość, zaciskając dłonie w pięści i mamrocząc coś pod nosem. Bojówkarze Walthersa sprawiali wrażenie podzielonych w opinii na temat żądań gościa, wymieniając między sobą szeptem jakieś uwagi. Metys o nazwisku Smarrow ponownie coś powiedział do ucha naczelnika.
- A skąd w ogóle ta pewność, że to mutanci? - spytał Walthers, przybierając nieco bardziej ugodowy ton - Spodziewałem się, że w ciągu najbliższych paru dni zajrzy do nas zaprzyjaźniona grupa Indian. Wiesz, to jedni z tych zreformowanych tradycjonalistów, czczący duchy przodków i żyjący w zgodzie z naturą. Jeśli zamierza nas odwiedzić cały szczep, mogą mieć i zbliżoną do pięćdziesiątki liczebność i spore obciążenie. W końcu widziałeś tylko ślady, prawda?
- Jestem łowcą mutantów! - odpowiedział Holtz z zawziętą miną - Odróżniam ślady odmieńców od ludzkich, więc nie próbujcie mnie pouczać! Poprosiłem tylko o tyle, ile Lavigne będzie potrzebował do obrony swojej wioski. Czy mam rozumieć, że odmawiasz?
Damien Walthers umilkł na chwilę, spoglądając na Holtza nic nie mówiącym wzrokiem. Paul zerknął porozumiewawczo na Jacka, ten odpowiedział mu ledwie dostrzegalnym skinięciem głowy. Obaj wyczuli, że anawaltcki naczelnik zaczyna ulegać zawziętej presji Jeremiasha.
- Nie mogę puścić żadnego auta - przerwał milczenie Walthers - Nie ze złośliwości. W jednym vanie wał korbowy wyszedł nam z silnika, w drugim szlag trafił serwo układu kierowniczego. Moi mechanicy nie są w stanie tego naprawić, brakuje nam niektórych części i narzędzi. Mam dwa pikapy i przerobiony szkolny autobus, ale one są mi potrzebne na miejscu, nie będę ryzykował ich straty. Mogę ci dać dziesięciu ochotników, ale jeśli nie zgłosi się dziesięciu, nie pójdzie nikt. Każdy z nich będzie dobrze uzbrojony, ale nie pożyczę Lavigne żadnych dodatkowych spluw. Nie zamierzam ryzykować następnej twojej pomyłki, bo jeśli wyprztykam się z ludzi i sprzętu, a ta rzekoma banda zawróci na mnie, będziemy udupieni.
Poprzez obstawę Walthersa przeszedł głośniejszy pomruk, a wodzący wzrokiem po twarzach ludzi Paul dostrzegł w ich oczach nie dość starannie skrywane podniecenie.
- Można by pożyczyć jedno auto - wtrącił Jimmy Cash wskazując ruchem ramienia na przeczuwającego właśnie coś złego Wilsona - Jechałem ich pikapem, paka jest dostatecznie duża, żeby się na niej zmieściło dziesięciu naszych razem z bronią i plecakami.
- A znajdziesz dziesięciu ochotników? - spytał Walthers przenosząc spojrzenie na milczącego jeszcze Paula.
- Jeszcze dziewięciu - uśmiechnął się szeroko Cash, klepiąc dłonią kolbę swego Remingtona.
- Jeszcze ośmiu - dodał Bill Harper występując o krok spomiędzy towarzyszy. Widząc poruszenie wśród bojówkarz Walthers podniósł natychmiast rękę, ucinając w zarodku kolejne zgłoszenia.
- Wszystkich was nie puszczę, koniec dyskusji - powiedział naczelnik - Jimmy, Bill, możecie jechać, jeśli znajdziecie resztę chętnych.
Wątek techniczny
Myślę, że to dobry moment, by zakaszleć w znaczący sposób i przypomnieć, kto jest właścicielem pikapa (ewentualnie)...
Jeremiash Holtz ponownie stracił cierpliwość, zaciskając dłonie w pięści i mamrocząc coś pod nosem. Bojówkarze Walthersa sprawiali wrażenie podzielonych w opinii na temat żądań gościa, wymieniając między sobą szeptem jakieś uwagi. Metys o nazwisku Smarrow ponownie coś powiedział do ucha naczelnika.
- A skąd w ogóle ta pewność, że to mutanci? - spytał Walthers, przybierając nieco bardziej ugodowy ton - Spodziewałem się, że w ciągu najbliższych paru dni zajrzy do nas zaprzyjaźniona grupa Indian. Wiesz, to jedni z tych zreformowanych tradycjonalistów, czczący duchy przodków i żyjący w zgodzie z naturą. Jeśli zamierza nas odwiedzić cały szczep, mogą mieć i zbliżoną do pięćdziesiątki liczebność i spore obciążenie. W końcu widziałeś tylko ślady, prawda?
- Jestem łowcą mutantów! - odpowiedział Holtz z zawziętą miną - Odróżniam ślady odmieńców od ludzkich, więc nie próbujcie mnie pouczać! Poprosiłem tylko o tyle, ile Lavigne będzie potrzebował do obrony swojej wioski. Czy mam rozumieć, że odmawiasz?
Damien Walthers umilkł na chwilę, spoglądając na Holtza nic nie mówiącym wzrokiem. Paul zerknął porozumiewawczo na Jacka, ten odpowiedział mu ledwie dostrzegalnym skinięciem głowy. Obaj wyczuli, że anawaltcki naczelnik zaczyna ulegać zawziętej presji Jeremiasha.
- Nie mogę puścić żadnego auta - przerwał milczenie Walthers - Nie ze złośliwości. W jednym vanie wał korbowy wyszedł nam z silnika, w drugim szlag trafił serwo układu kierowniczego. Moi mechanicy nie są w stanie tego naprawić, brakuje nam niektórych części i narzędzi. Mam dwa pikapy i przerobiony szkolny autobus, ale one są mi potrzebne na miejscu, nie będę ryzykował ich straty. Mogę ci dać dziesięciu ochotników, ale jeśli nie zgłosi się dziesięciu, nie pójdzie nikt. Każdy z nich będzie dobrze uzbrojony, ale nie pożyczę Lavigne żadnych dodatkowych spluw. Nie zamierzam ryzykować następnej twojej pomyłki, bo jeśli wyprztykam się z ludzi i sprzętu, a ta rzekoma banda zawróci na mnie, będziemy udupieni.
Poprzez obstawę Walthersa przeszedł głośniejszy pomruk, a wodzący wzrokiem po twarzach ludzi Paul dostrzegł w ich oczach nie dość starannie skrywane podniecenie.
- Można by pożyczyć jedno auto - wtrącił Jimmy Cash wskazując ruchem ramienia na przeczuwającego właśnie coś złego Wilsona - Jechałem ich pikapem, paka jest dostatecznie duża, żeby się na niej zmieściło dziesięciu naszych razem z bronią i plecakami.
- A znajdziesz dziesięciu ochotników? - spytał Walthers przenosząc spojrzenie na milczącego jeszcze Paula.
- Jeszcze dziewięciu - uśmiechnął się szeroko Cash, klepiąc dłonią kolbę swego Remingtona.
- Jeszcze ośmiu - dodał Bill Harper występując o krok spomiędzy towarzyszy. Widząc poruszenie wśród bojówkarz Walthers podniósł natychmiast rękę, ucinając w zarodku kolejne zgłoszenia.
- Wszystkich was nie puszczę, koniec dyskusji - powiedział naczelnik - Jimmy, Bill, możecie jechać, jeśli znajdziecie resztę chętnych.
Wątek techniczny
Myślę, że to dobry moment, by zakaszleć w znaczący sposób i przypomnieć, kto jest właścicielem pikapa (ewentualnie)...
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- Siedmiu, czas skopać kilka mutanckich tyłków, poza tym potrzebujecie wsparcie duchowego.
W głowie Radeforda zawirowało. Ebenezer całe życie czekał na taką próbę. Bóg postawił przed nim kolejne wyzwanie. Znieść z powierzchni ziemi najgorsze z plugastw. Szatańskie karykatury. Potwory kalające najwspanialsze, stworzone na jego wzór i podobieństwo, dzieło - człowieka.
W głowie Radeforda zawirowało. Ebenezer całe życie czekał na taką próbę. Bóg postawił przed nim kolejne wyzwanie. Znieść z powierzchni ziemi najgorsze z plugastw. Szatańskie karykatury. Potwory kalające najwspanialsze, stworzone na jego wzór i podobieństwo, dzieło - człowieka.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Ja również jadę, ale pikup jest nasz i ja go będe prowadził jasne? Więc potrzebujemy 6 ochotników, 5-ciu bo liczę, że Jack też rusza. Oddajcie nam broń, zbierajcie ochotników i ruszamy. Nie możemy pozwolić by wyrżnęli tą osadę. Świat jest okrutny ale nie będę tu siedział wiedząc, że można zapobiec masakrze. A pomagając tej osadzie, możecie sprawić, że następnym razem zaczną rozmawiać z Anawaltczykami a nie z konstablem. Dość kłótni panowie, mamy bandę mutantów do zatrzymania. Zamiast skakać sobie do oczu może zaczniemy przygotowania?
Co do wstawek fabularnych, to masz talent Keth, czyta sie je jak dobrą powieść, coraz bardziej lubie pbf-y. Generalnie dbam o to by anawaltczycy dali nam paliwa do pikupa na swój koszt. Sprawdzam czy nic nie zwinęli z pikupa i swoją broń białą. Nóż chowam do pochwy. Zabieram obie włocznie. Będę walczył wręcz, chyba, że dostanę jakąś broń palną lub łuk ew. kuszę. Wtedy będę strzelał a potem nastaną czasy włóczni. Winchester by nie zaszkodził, nawet pożyczony, potem oddam. :@
Co do wstawek fabularnych, to masz talent Keth, czyta sie je jak dobrą powieść, coraz bardziej lubie pbf-y. Generalnie dbam o to by anawaltczycy dali nam paliwa do pikupa na swój koszt. Sprawdzam czy nic nie zwinęli z pikupa i swoją broń białą. Nóż chowam do pochwy. Zabieram obie włocznie. Będę walczył wręcz, chyba, że dostanę jakąś broń palną lub łuk ew. kuszę. Wtedy będę strzelał a potem nastaną czasy włóczni. Winchester by nie zaszkodził, nawet pożyczony, potem oddam. :@
Ostatnio zmieniony 27 listopada 2011, 20:51 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Anawalt, 4 maja 2055
Paul odezwał się pierwszy, przejmując błyskawicznie inicjatywę.
- Nie powiem, że nie jesteśmy gotowi pomóc - oznajmił kurier opierając ręce na biodrach - Ale nic na piękne słówka. Co wy właściwie wiecie o tych mutkach? Jeden drugiemu przecież nierówny. Jaką mają przy sobie broń? Ktoś ich w ogóle widział?
Otaczający Walthersa Anawaltczycy wzruszyli ramionami, sam naczelnik pokręcił przecząco głową wskazując podbródkiem na Jeremiasha Holtza. Łowca mutantów oparł się o krawędź stołu, studiując wpierw przez krótką chwilę wzrokiem jedną z map.
- Sądzę, że to ta sama banda, która załatwiła pod Princeton federalny patrol - powiedział w końcu przenosząc spojrzenie na Salta - Wszystko wskazywało na to, że uciekli potem na południowy zachód, w tę stronę. Poza tym nie wierzę, żeby w okolicy kręciły się dwie różne bandy, chyba że po drodze pierwsi wchłonęli jakąś mniejszą, połączyli siły... to by tłumaczyło ich wysoką liczebność. Jeśli się nie mylę i to faktycznie te skurwiele, to mają broń automatyczną i może nawet jakiś granatnik. Z jednego auta milicji nie zostało nic jak w nich rąbnęli z jakiegoś ciężkiego kalibru.
- Nasze warunki są proste - odezwał się Wilson, który w międzyczasie przeanalizował już w myślach zakres swoich żądań - Tankujecie do pełna pikapa i motocykl wielebnego, do tego dziesięć galonów czystej wody albo dwie paczki tabletek odkażających. W zamian za to my dostarczymy waszych ludzi do Bluewell tak szybko jak to tylko będzie możliwe.
- To wszystko? - zapytał Walthers unosząc leciutko brwi.
- Nie - pokręcił głową Paul czując, że ciągle jeszcze może kuć gorące żelazo - To załatwia tylko kwestię transportu. Jeśli chcecie, żebyśmy dołączyli do walki, dojdą jeszcze koszty amunicji, ani mi się widzi zarzynać tamtych nożem. Pociski dla moich kumpli i spluwa dla mnie.
- Pestki do Desert Eagle, dwa magazynki - powiedział szybko kurier, marszcząc czoło w pośpiesznym szacowaniu, na ile mógł Anawaltczyków naciągnąć bez budzenia ich frustracji - I trochę naboi do śrutówki wielebnego.
- Bill, zobacz, co da się zrobić - odparł Damien Walthers kiwając głową w stronę Harpera - Woda i paliwo to nie problem, gorzej może być z amunicją, nie wiem, czy nazbieramy dość do wszystkiego. Holtz, żeby nie było potem jęczenia, Lavigne będzie mi to wszystko winien, zaświadczysz później głową, jasne?
- Jasne - zgodził się bez wahania łowca mutantów, z rosnącym uśmiechem satysfakcji na pokrytej kilkudniowym zarostem twarzy - A co z moją prośbą o zaopatrzenie?
- Dostaniesz, co chcesz, zasady rozliczenia się identyczne jak w ich przypadku - Walthers wskazał palcem na kurierów - Jimmy, poszukaj ludzi do wyjazdu, chcę was widzieć w drodze za pół godziny.
Cash przytaknął z entuzjazmem i natychmiast opuścił taras nie kryjąc pełnego ekscytacji uśmiechu, ku wyraźnej zazdrości tych bojówkarzy, którym Walthers udziału w ekspedycji zabronił.
- Sandra, zaprowadź naszych gości do kuchni, niech coś zjedzą - dodał naczelnik - Jeśli chcecie, możecie się też wykąpać, mamy tutaj balie z wodą, co prawda na świeżym powietrzu, ale za parawanem. Zresztą podjedźcie pod kuchnię pikapem, za pół godziny Cash zrobi tam zbiórkę ochotników. Wszystko jasne? Dobrze, rozejść się. Holtz, ty nie, pozwól ze mną do środka. Jack, chodź z nami.
Taras opustoszał niemal natychmiast. Kiedy Sandra Meyers podeszła do kurierów, naczelnik Walthers znikał już w drzwiach budynku, do którego dobudowano podwyższenie, wchodząc do środka w towarzystwie Jeremiasha Holtza i Jacka Smarrowa.
Wątek techniczny
Istotny staje się teraz czynnik czasu. Skoro banda minęła Switchback i idzie na południe, za niecałą godzinę zacznie się przeprawiać przez rzekę we Freeman (chyba, że skorzystają z mostów w Bramwell, naturalnie). Zegar tyka, a Lavigne w Bluewell pewnie nawet nie wie, co mu grozi. Proponuję naprawdę szybko zjeść coś, odświeżyć się, a potem przygotować do drogi i do bardzo szybkiej jazdy, bo musicie wyprzedzić idących na piechotę mutantów. Szczęście, że banda wlecze się wzgórzami na wschód od pięćdziesiątki dwójki, bo to oznacza, że jadąc szosą możecie dotrzeć do Bluewell przed napastnikami, ale naturalnie zawsze istnieje ryzyko, że tamci nabiorą pewności siebie i zejdą z bezdroży na szosę, żeby przyśpieszyć swój marsz.
Wyniki targowania chyba nie okazały się zbyt kiepskie, co? Dostaniecie paliwo do obu pojazdów, do tego czystą wodę (bardzo ważna sprawa, troszczę się o Waszych BG, więc o to zadbałem). Z arsenałem nieco gorzej, tylko jeden magazynek do DE, trzy naboje do śrutówki oraz rewolwer S&W Model 29 dla Paula (w bębenku cztery naboje .44 Magnum).
Paul odezwał się pierwszy, przejmując błyskawicznie inicjatywę.
- Nie powiem, że nie jesteśmy gotowi pomóc - oznajmił kurier opierając ręce na biodrach - Ale nic na piękne słówka. Co wy właściwie wiecie o tych mutkach? Jeden drugiemu przecież nierówny. Jaką mają przy sobie broń? Ktoś ich w ogóle widział?
Otaczający Walthersa Anawaltczycy wzruszyli ramionami, sam naczelnik pokręcił przecząco głową wskazując podbródkiem na Jeremiasha Holtza. Łowca mutantów oparł się o krawędź stołu, studiując wpierw przez krótką chwilę wzrokiem jedną z map.
- Sądzę, że to ta sama banda, która załatwiła pod Princeton federalny patrol - powiedział w końcu przenosząc spojrzenie na Salta - Wszystko wskazywało na to, że uciekli potem na południowy zachód, w tę stronę. Poza tym nie wierzę, żeby w okolicy kręciły się dwie różne bandy, chyba że po drodze pierwsi wchłonęli jakąś mniejszą, połączyli siły... to by tłumaczyło ich wysoką liczebność. Jeśli się nie mylę i to faktycznie te skurwiele, to mają broń automatyczną i może nawet jakiś granatnik. Z jednego auta milicji nie zostało nic jak w nich rąbnęli z jakiegoś ciężkiego kalibru.
- Nasze warunki są proste - odezwał się Wilson, który w międzyczasie przeanalizował już w myślach zakres swoich żądań - Tankujecie do pełna pikapa i motocykl wielebnego, do tego dziesięć galonów czystej wody albo dwie paczki tabletek odkażających. W zamian za to my dostarczymy waszych ludzi do Bluewell tak szybko jak to tylko będzie możliwe.
- To wszystko? - zapytał Walthers unosząc leciutko brwi.
- Nie - pokręcił głową Paul czując, że ciągle jeszcze może kuć gorące żelazo - To załatwia tylko kwestię transportu. Jeśli chcecie, żebyśmy dołączyli do walki, dojdą jeszcze koszty amunicji, ani mi się widzi zarzynać tamtych nożem. Pociski dla moich kumpli i spluwa dla mnie.
- Pestki do Desert Eagle, dwa magazynki - powiedział szybko kurier, marszcząc czoło w pośpiesznym szacowaniu, na ile mógł Anawaltczyków naciągnąć bez budzenia ich frustracji - I trochę naboi do śrutówki wielebnego.
- Bill, zobacz, co da się zrobić - odparł Damien Walthers kiwając głową w stronę Harpera - Woda i paliwo to nie problem, gorzej może być z amunicją, nie wiem, czy nazbieramy dość do wszystkiego. Holtz, żeby nie było potem jęczenia, Lavigne będzie mi to wszystko winien, zaświadczysz później głową, jasne?
- Jasne - zgodził się bez wahania łowca mutantów, z rosnącym uśmiechem satysfakcji na pokrytej kilkudniowym zarostem twarzy - A co z moją prośbą o zaopatrzenie?
- Dostaniesz, co chcesz, zasady rozliczenia się identyczne jak w ich przypadku - Walthers wskazał palcem na kurierów - Jimmy, poszukaj ludzi do wyjazdu, chcę was widzieć w drodze za pół godziny.
Cash przytaknął z entuzjazmem i natychmiast opuścił taras nie kryjąc pełnego ekscytacji uśmiechu, ku wyraźnej zazdrości tych bojówkarzy, którym Walthers udziału w ekspedycji zabronił.
- Sandra, zaprowadź naszych gości do kuchni, niech coś zjedzą - dodał naczelnik - Jeśli chcecie, możecie się też wykąpać, mamy tutaj balie z wodą, co prawda na świeżym powietrzu, ale za parawanem. Zresztą podjedźcie pod kuchnię pikapem, za pół godziny Cash zrobi tam zbiórkę ochotników. Wszystko jasne? Dobrze, rozejść się. Holtz, ty nie, pozwól ze mną do środka. Jack, chodź z nami.
Taras opustoszał niemal natychmiast. Kiedy Sandra Meyers podeszła do kurierów, naczelnik Walthers znikał już w drzwiach budynku, do którego dobudowano podwyższenie, wchodząc do środka w towarzystwie Jeremiasha Holtza i Jacka Smarrowa.
Wątek techniczny
Istotny staje się teraz czynnik czasu. Skoro banda minęła Switchback i idzie na południe, za niecałą godzinę zacznie się przeprawiać przez rzekę we Freeman (chyba, że skorzystają z mostów w Bramwell, naturalnie). Zegar tyka, a Lavigne w Bluewell pewnie nawet nie wie, co mu grozi. Proponuję naprawdę szybko zjeść coś, odświeżyć się, a potem przygotować do drogi i do bardzo szybkiej jazdy, bo musicie wyprzedzić idących na piechotę mutantów. Szczęście, że banda wlecze się wzgórzami na wschód od pięćdziesiątki dwójki, bo to oznacza, że jadąc szosą możecie dotrzeć do Bluewell przed napastnikami, ale naturalnie zawsze istnieje ryzyko, że tamci nabiorą pewności siebie i zejdą z bezdroży na szosę, żeby przyśpieszyć swój marsz.
Wyniki targowania chyba nie okazały się zbyt kiepskie, co? Dostaniecie paliwo do obu pojazdów, do tego czystą wodę (bardzo ważna sprawa, troszczę się o Waszych BG, więc o to zadbałem). Z arsenałem nieco gorzej, tylko jeden magazynek do DE, trzy naboje do śrutówki oraz rewolwer S&W Model 29 dla Paula (w bębenku cztery naboje .44 Magnum).