PBF - Płonąca granica
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Peeled Chestnut Road, 4 maja 2055
Radeford poderwał lufę obrzyna tak raptownie w górę, że owinięty wokół niej różaniec uderzył niewielkim krzyżykiem w metal śrutówki, ale dźwięk ten utonął w huku wystrzału.
Trafiony w pierś białowłosy stwór dostał gęsto upakowanymi śrucinami na wysokości mostka, toteż poleciał do tyłu z rozrzuconymi szeroko rękami, nie wydawszy najmniejszego dźwięku. Wpadł w zarośla w tej samej chwili, w której z przeciwnej strony drogi dobiegł dźwięk wystrzału z Winchestera.
Ebenezer zaczął się obracać w miejscu wyczuwając, że dzieje się coś złego, uświadamiając sobie jakiś ruch za plecami.
Coś uderzyło go w tył głowy z suchym trzaskiem. W głowie mężczyzny rozbłysło na ułamek sekundy oślepiające światło, a potem wszystko zgasło pogrążając Radeforda w bezkresie nieprzeniknionej ciemności.
Wątek techniczny
Rzućmy okiem na sparing Radeforda z kaznodzieją. Na celowanie niestety nie będzie czasu, bo tamten ma w ręce metalowy pręt. Radeford wygrał test Inicjatywy, więc trzeba ratować życie.
W ruch idzie jedna kostka 1k20, potrzebna nie tyle do sprawdzenia, czy wielebny spudłował, co do upewnienia się, że strzelba się nie zatnie. Wyrzuciłem 14, więc Ebenezer trafił, a na dystansie do dwóch metrów śrutówka zadała mutantowi jedną ranę krytyczną i pięć draśnięć. Niezły efekt, a potem niespodzianka.
Radeford poderwał lufę obrzyna tak raptownie w górę, że owinięty wokół niej różaniec uderzył niewielkim krzyżykiem w metal śrutówki, ale dźwięk ten utonął w huku wystrzału.
Trafiony w pierś białowłosy stwór dostał gęsto upakowanymi śrucinami na wysokości mostka, toteż poleciał do tyłu z rozrzuconymi szeroko rękami, nie wydawszy najmniejszego dźwięku. Wpadł w zarośla w tej samej chwili, w której z przeciwnej strony drogi dobiegł dźwięk wystrzału z Winchestera.
Ebenezer zaczął się obracać w miejscu wyczuwając, że dzieje się coś złego, uświadamiając sobie jakiś ruch za plecami.
Coś uderzyło go w tył głowy z suchym trzaskiem. W głowie mężczyzny rozbłysło na ułamek sekundy oślepiające światło, a potem wszystko zgasło pogrążając Radeforda w bezkresie nieprzeniknionej ciemności.
Wątek techniczny
Rzućmy okiem na sparing Radeforda z kaznodzieją. Na celowanie niestety nie będzie czasu, bo tamten ma w ręce metalowy pręt. Radeford wygrał test Inicjatywy, więc trzeba ratować życie.
W ruch idzie jedna kostka 1k20, potrzebna nie tyle do sprawdzenia, czy wielebny spudłował, co do upewnienia się, że strzelba się nie zatnie. Wyrzuciłem 14, więc Ebenezer trafił, a na dystansie do dwóch metrów śrutówka zadała mutantowi jedną ranę krytyczną i pięć draśnięć. Niezły efekt, a potem niespodzianka.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Mila przed Freeman, 4 maja 2055
Zgięty wpół i ściskający kurczowo rewolwer Paul Wilson skradał się od drzewa do drzewa próbując przeniknąć wzrokiem gęste zarośla. Kątem oka śledził robiącego podobne podchody Salta, kucającego co kilka kroków z trzymanym oburącz pistoletem.
Smith&Wesson okazał się bronią o silnym odrzucie, omal nie skręcił kierowcy nadgarstka, kiedy ten pociągnął po raz pierwszy za spust. Znając już moc drzemiącą w starym odrapanym rewolwerze mężczyzna czuł się nieco pewniej, ale i tak wolałby, żeby któryś z ludzi Casha sprawdzał gęstwę zamiast niego samego.
Wysunął do przodu prawą stopę i rozgarnął nią pędy kolczastych krzewów, a potem gwizdnął cicho przez zęby.
W zielono-burej gęstwie leżał groteskowo wykręcony kształt przypominający z grubsza człowieka, o kanciastej czaszce i wielkim garbie na plecach. U nasady nosa martwej istoty widniał osmalony otwór po pocisku .44, wystrzelonym z rewolweru Wilsona.
Wątek techniczny
W chaszczach leżą trzy ciała, jedno poszatkowane śrutem, dwa zabite pojedynczymi kulami dużego kalibru. Wszystkie trupy noszą ślady zaawansowanych mutacji. Prócz nich w okolicznym zagajniku ani widu ani słychu po mutasach.
Zgięty wpół i ściskający kurczowo rewolwer Paul Wilson skradał się od drzewa do drzewa próbując przeniknąć wzrokiem gęste zarośla. Kątem oka śledził robiącego podobne podchody Salta, kucającego co kilka kroków z trzymanym oburącz pistoletem.
Smith&Wesson okazał się bronią o silnym odrzucie, omal nie skręcił kierowcy nadgarstka, kiedy ten pociągnął po raz pierwszy za spust. Znając już moc drzemiącą w starym odrapanym rewolwerze mężczyzna czuł się nieco pewniej, ale i tak wolałby, żeby któryś z ludzi Casha sprawdzał gęstwę zamiast niego samego.
Wysunął do przodu prawą stopę i rozgarnął nią pędy kolczastych krzewów, a potem gwizdnął cicho przez zęby.
W zielono-burej gęstwie leżał groteskowo wykręcony kształt przypominający z grubsza człowieka, o kanciastej czaszce i wielkim garbie na plecach. U nasady nosa martwej istoty widniał osmalony otwór po pocisku .44, wystrzelonym z rewolweru Wilsona.
Wątek techniczny
W chaszczach leżą trzy ciała, jedno poszatkowane śrutem, dwa zabite pojedynczymi kulami dużego kalibru. Wszystkie trupy noszą ślady zaawansowanych mutacji. Prócz nich w okolicznym zagajniku ani widu ani słychu po mutasach.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Gdzieś w dziczy, 4 maja 2055
Ebenezer ocknął się z potwornym bólem głowy. Miał wrażenie jakby w jego czaszkę uderzał kowalski młot, toteż przez chwilę leżał na boku z zamkniętymi oczami modląc się w duchu, aby ból zelżał chociaż troszkę. Przyzwyczaiwszy się w końcu do okropnego pulsowania pod kopułą czaszki oblizał spierzchnięte wargi, od razu rozpoznając na języku miedziany posmak świeżej krwi. Bolało go całe ciało, jakby grad zadanych na oślep ciosów naznaczył go całą mnóstwem siniaków.
Przekręcił się w miejscu wydając z siebie niski pomruk, bo obolałe mięśnie z trudem słuchały słanych przez mózg poleceń. Wykręcone do tyłu ręce opięte były czymś, co wrzynało mu się w ręce, toteż po krótkiej chwili zrezygnował z próby oswobodzenia się. Leżał w bezruchu przez kilka minut, próbując przypomnieć sobie, co właściwie go spotkało. Pamiętał chwilę, w której zastrzelił białowłosego mutanta oraz rozbłysk bólu w głowie, potem już nic.
Otworzył z wahaniem oczy mrugając rozpaczliwie. Ujrzał wnętrze jakiejś drewnianej chaty o połamanej podłodze, przez którą przerastały pędy roślin. Zniszczony dach ział wieloma dziurami, ale mimo tego we wnętrzu chatki panował półmrok, bo słoneczne światło nie potrafiło się przebić przez korony górujących ponad dachem drzew. Wielebny leżał w kącie zagraconego spróchniałymi meblami pomieszczenia, rzucony wprost na podłogę i pozostawiony samemu sobie.
Do jego uszu nie docierał żaden dźwięk prócz poskrzypywania konarów drzew. Poruszył się ponownie, tym razem z większą determinacją próbując oswobodzić swe ręce. Poczuł jak coś ostrego wbija mu się w nadgarstki zadając taki ból, że od razu zrezygnował z kolejnej próby. Przekręcając głowę ku nogom spostrzegł z bezsilną rozpaczą, że są one związane na całej długości łydek drutem kolczastym, wcinającym się w materiał spodni i odsłoniętą poniżej nogawek skórę. Kaznodzieja domyślił się od razu, że jego ręce są skrępowane takim samym drutem i poczuł zimny dreszcz grozy.
Ktokolwiek go pojmał, zadowolił się poturbowaniem nieprzytomnej ofiary, a potem upewnił się, że nie zdoła się ona uwolnić z więzów. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, ale domyślał się, że trafił do szczątków jakiejś przedwojennej myśliwskiej chatki. Myszkując wzrokiem po ciemnym wnętrzu budynku zesztywniał znienacka i poczuła jak żołądek ponownie podchodzi mu do gardła.
Dostrzegł jakiś przedmiot leżący na podłodze w głębi pokoju, w pierwszej chwili znajdujący się poza jego polem widzenia. Zauważył go dopiero, kiedy przechylił się w bok zmieniając pozycję w próżnej nadziei na uwolnienie się z pułapki.
Była to skórzana kurtka Jeremiasha Holtza, pomięta i ciśnięta niedbale na podłogę, ubrudzona w wielu miejscach świeżo zaschniętą krwią. Myśli Ebenezera zaczęły biec wartkim potokiem coraz bardziej przerażających koncepcji. Jeśli jego oprawcy zabili Holtza i ograbili jego zwłoki, dlaczego pozostawili przy życiu wielebnego? Żywa wyobraźnia mężczyzny podsuwała mu koszmarne obrazy.
Wątek techniczny
Wiem, że nie wygląda to ciekawie, ale nadzieja zawsze umiera ostatnia...
Ebenezer ocknął się z potwornym bólem głowy. Miał wrażenie jakby w jego czaszkę uderzał kowalski młot, toteż przez chwilę leżał na boku z zamkniętymi oczami modląc się w duchu, aby ból zelżał chociaż troszkę. Przyzwyczaiwszy się w końcu do okropnego pulsowania pod kopułą czaszki oblizał spierzchnięte wargi, od razu rozpoznając na języku miedziany posmak świeżej krwi. Bolało go całe ciało, jakby grad zadanych na oślep ciosów naznaczył go całą mnóstwem siniaków.
Przekręcił się w miejscu wydając z siebie niski pomruk, bo obolałe mięśnie z trudem słuchały słanych przez mózg poleceń. Wykręcone do tyłu ręce opięte były czymś, co wrzynało mu się w ręce, toteż po krótkiej chwili zrezygnował z próby oswobodzenia się. Leżał w bezruchu przez kilka minut, próbując przypomnieć sobie, co właściwie go spotkało. Pamiętał chwilę, w której zastrzelił białowłosego mutanta oraz rozbłysk bólu w głowie, potem już nic.
Otworzył z wahaniem oczy mrugając rozpaczliwie. Ujrzał wnętrze jakiejś drewnianej chaty o połamanej podłodze, przez którą przerastały pędy roślin. Zniszczony dach ział wieloma dziurami, ale mimo tego we wnętrzu chatki panował półmrok, bo słoneczne światło nie potrafiło się przebić przez korony górujących ponad dachem drzew. Wielebny leżał w kącie zagraconego spróchniałymi meblami pomieszczenia, rzucony wprost na podłogę i pozostawiony samemu sobie.
Do jego uszu nie docierał żaden dźwięk prócz poskrzypywania konarów drzew. Poruszył się ponownie, tym razem z większą determinacją próbując oswobodzić swe ręce. Poczuł jak coś ostrego wbija mu się w nadgarstki zadając taki ból, że od razu zrezygnował z kolejnej próby. Przekręcając głowę ku nogom spostrzegł z bezsilną rozpaczą, że są one związane na całej długości łydek drutem kolczastym, wcinającym się w materiał spodni i odsłoniętą poniżej nogawek skórę. Kaznodzieja domyślił się od razu, że jego ręce są skrępowane takim samym drutem i poczuł zimny dreszcz grozy.
Ktokolwiek go pojmał, zadowolił się poturbowaniem nieprzytomnej ofiary, a potem upewnił się, że nie zdoła się ona uwolnić z więzów. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, ale domyślał się, że trafił do szczątków jakiejś przedwojennej myśliwskiej chatki. Myszkując wzrokiem po ciemnym wnętrzu budynku zesztywniał znienacka i poczuła jak żołądek ponownie podchodzi mu do gardła.
Dostrzegł jakiś przedmiot leżący na podłodze w głębi pokoju, w pierwszej chwili znajdujący się poza jego polem widzenia. Zauważył go dopiero, kiedy przechylił się w bok zmieniając pozycję w próżnej nadziei na uwolnienie się z pułapki.
Była to skórzana kurtka Jeremiasha Holtza, pomięta i ciśnięta niedbale na podłogę, ubrudzona w wielu miejscach świeżo zaschniętą krwią. Myśli Ebenezera zaczęły biec wartkim potokiem coraz bardziej przerażających koncepcji. Jeśli jego oprawcy zabili Holtza i ograbili jego zwłoki, dlaczego pozostawili przy życiu wielebnego? Żywa wyobraźnia mężczyzny podsuwała mu koszmarne obrazy.
Wątek techniczny
Wiem, że nie wygląda to ciekawie, ale nadzieja zawsze umiera ostatnia...
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Kurtka to jeszcze nie trup.... Może wzięli go na męki, albo co innego.
Szepczę słowa psalmu Dawidowego
"Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.....
Wątek Techniczny:
Rozglądam się za jakimś przedmiotem. który mógłby posłużyć do rozwinięcia drut z dłoni. Na początek jednak spróbuję starej sztuczki z przełożeniem rąk pod nogami.
Szepczę słowa psalmu Dawidowego
"Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.....
Wątek Techniczny:
Rozglądam się za jakimś przedmiotem. który mógłby posłużyć do rozwinięcia drut z dłoni. Na początek jednak spróbuję starej sztuczki z przełożeniem rąk pod nogami.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Mila przed Freeman, 4 maja 2055
Jimmy Cash odczekał jeszcze pięć minut, obserwując na przemian okoliczne krzaki i porysowaną tarczę swojego zegarka. Wokół panowała cisza, wśród której słychać było nawet oddechy spiętych do granic możliwości ludzi. Nie dostrzegając nigdzie śladu zagrożenia dowódca ekspedycji klepnął Thorpe i Harpera w ramiona, dając sygnał do podniesienia się z kucek.
- Pierdolę to, co ich wystraszyło - oświadczył Cash upewniając się jednocześnie, że jego Remington jest przeładowany i gotowy do strzału - Nie będziemy tu kwitnąć do usranej śmierci, trzeba się zbierać. Rozproszony szyk, Dennis i Frank na szpicę. Kierujemy się na rzekę.
Anawaltczycy pozbierali się momentalnie z ziemi, dociągając paski swych plecaków i zmieniając układ rąk na broni tak, by móc z niej efektywnie korzystać w trakcie szybkiego ruchu. Dwaj wywołani z imienia mężczyźni, obaj uzbrojeni w M4A1 z celownikami optycznymi, bez chwili namysłu ruszyli do przodu jako szperacze, przemieszczając się pomiędzy drzewami za pomocą krótkich skoków i ubezpieczając się nawzajem.
- Ruszać się, szybko! - polecił Jimmy szturchając bezceremonialnie kierowca. Paul schował czym prędzej S&W do olstra, łapiąc oburącz za paski swojego plecaka i truchtając w ślad za szperaczami.
- Walimy na mostek we Freeman czy na Bramwell? - zapytał Jack zrównując się z Cashem.
- Nie wiem! - wyrzucił z siebie Jimmy przeskakując przez niewielki głaz - Najpierw dostańmy się nad rzekę, potem pomyślimy dalej. Wolę nie planować za bardzo do przodu, pewnie i tak wszystko się lada chwila rypnie.
Już dziesięć minut później okazało się, że słowa Casha były prorocze. Przedzierający się przez gęstwę mężczyźni dyszeli ciężko, a ich spocone twarze nosiły na sobie liczne ślady po uderzeniach gałęzi drzewek, ale tempo marszu nie słabło nawet na chwilę, wymuszane po części starannie ukrywanym strachem, po części zaś krążącą w żyłach adrenaliną. Wilson oszacował w przybliżeniu przebyty dotąd dystans i uznał w myślach, że do rzeki brakowało im zaledwie pół mili. Humor kierowcy poprawił się nieznacznie, chociaż Paul wciąż nie potrafił się pogodzić z utratą swojego samochodu. Pikap był niezbędnym elementem kurierskiego rzemiosła, bez niego dalsza zabawa w przewożenie poczty zdawała się tracić sens.
Paul czuł prócz złości również głębokie rozczarowanie, niczym zdradzony kochanek. Chociaż samochód sprawiał na zewnątrz opłakane wrażenie, mężczyzna dbał o niego jak tylko umiał, korzystając wszędzie z pomocy przygodnych mechaników i inwestując w wymianę zużytych części każdą ilość gambli pozostałą po kupnie wody, jedzenia, paliwa i amunicji. Teraz, rozkraczywszy się pośrodku szosy pośród charkotu zdezelowanego silnika, wóz odwdzięczył się swemu właścicielowi w wyjątkowo spektakularny sposób.
Obaj szperacze przypadli do ziemi w tym samym momencie; jeden wsunął się za pochyłe drzewo, drugi przywarł do spękanego kamienia przyciskając kolbę karabinku do policzka. Widząc ten ruch pozostali Anawaltczycy poszli bez słowa w ślady przepatrywaczy, błyskawicznie wciskając się za każdą osłonę terenu. Paul i Jack padli płasko na brzuch wczołgując się pod rozłożysty niski świerk, kryjąc się w jego cieniu tuż obok Jimmy'ego.
- Co jest? - syknął mokry od potu kurier, wyciągając S&W z powrotem z olstra i ściskając broń oburącz - Co oni tam widzą?
- Nie wiem - parsknął Jimmy podnosząc się na łokciach i lustrując wzrokiem las - Ty masz lornetkę, sam mi powiedz.
Paul odłożył rewolwer bez słowa na ziemię tuż przed sobą, ściągnął z szyi lornetkę, przyłożył do oczu. Jack czekał cierpliwie, aż jego przyjaciel coś wypatrzy, chociaż niecierpliwość wręcz zżerała go od środka.
- O żesz kurwa - powiedział kierowca przestając się nagle wiercić - No, popatrzcie tylko, jakie mamy towarzystwo. A skąd ci się tutaj wzięli?
Wątek techniczny
Zabici mutanci mieli przy sobie jedynie prymitywne dzidy i pałki z metalowych rurek: bezwartościowe śmieci. Mieli też manierki z wodą i jakieś żarcie, bo założyłem, że jesteście dość higieniczni, by omijać takie zapasy szerokim łukiem (czy może się mylę?).
Jimmy Cash odczekał jeszcze pięć minut, obserwując na przemian okoliczne krzaki i porysowaną tarczę swojego zegarka. Wokół panowała cisza, wśród której słychać było nawet oddechy spiętych do granic możliwości ludzi. Nie dostrzegając nigdzie śladu zagrożenia dowódca ekspedycji klepnął Thorpe i Harpera w ramiona, dając sygnał do podniesienia się z kucek.
- Pierdolę to, co ich wystraszyło - oświadczył Cash upewniając się jednocześnie, że jego Remington jest przeładowany i gotowy do strzału - Nie będziemy tu kwitnąć do usranej śmierci, trzeba się zbierać. Rozproszony szyk, Dennis i Frank na szpicę. Kierujemy się na rzekę.
Anawaltczycy pozbierali się momentalnie z ziemi, dociągając paski swych plecaków i zmieniając układ rąk na broni tak, by móc z niej efektywnie korzystać w trakcie szybkiego ruchu. Dwaj wywołani z imienia mężczyźni, obaj uzbrojeni w M4A1 z celownikami optycznymi, bez chwili namysłu ruszyli do przodu jako szperacze, przemieszczając się pomiędzy drzewami za pomocą krótkich skoków i ubezpieczając się nawzajem.
- Ruszać się, szybko! - polecił Jimmy szturchając bezceremonialnie kierowca. Paul schował czym prędzej S&W do olstra, łapiąc oburącz za paski swojego plecaka i truchtając w ślad za szperaczami.
- Walimy na mostek we Freeman czy na Bramwell? - zapytał Jack zrównując się z Cashem.
- Nie wiem! - wyrzucił z siebie Jimmy przeskakując przez niewielki głaz - Najpierw dostańmy się nad rzekę, potem pomyślimy dalej. Wolę nie planować za bardzo do przodu, pewnie i tak wszystko się lada chwila rypnie.
Już dziesięć minut później okazało się, że słowa Casha były prorocze. Przedzierający się przez gęstwę mężczyźni dyszeli ciężko, a ich spocone twarze nosiły na sobie liczne ślady po uderzeniach gałęzi drzewek, ale tempo marszu nie słabło nawet na chwilę, wymuszane po części starannie ukrywanym strachem, po części zaś krążącą w żyłach adrenaliną. Wilson oszacował w przybliżeniu przebyty dotąd dystans i uznał w myślach, że do rzeki brakowało im zaledwie pół mili. Humor kierowcy poprawił się nieznacznie, chociaż Paul wciąż nie potrafił się pogodzić z utratą swojego samochodu. Pikap był niezbędnym elementem kurierskiego rzemiosła, bez niego dalsza zabawa w przewożenie poczty zdawała się tracić sens.
Paul czuł prócz złości również głębokie rozczarowanie, niczym zdradzony kochanek. Chociaż samochód sprawiał na zewnątrz opłakane wrażenie, mężczyzna dbał o niego jak tylko umiał, korzystając wszędzie z pomocy przygodnych mechaników i inwestując w wymianę zużytych części każdą ilość gambli pozostałą po kupnie wody, jedzenia, paliwa i amunicji. Teraz, rozkraczywszy się pośrodku szosy pośród charkotu zdezelowanego silnika, wóz odwdzięczył się swemu właścicielowi w wyjątkowo spektakularny sposób.
Obaj szperacze przypadli do ziemi w tym samym momencie; jeden wsunął się za pochyłe drzewo, drugi przywarł do spękanego kamienia przyciskając kolbę karabinku do policzka. Widząc ten ruch pozostali Anawaltczycy poszli bez słowa w ślady przepatrywaczy, błyskawicznie wciskając się za każdą osłonę terenu. Paul i Jack padli płasko na brzuch wczołgując się pod rozłożysty niski świerk, kryjąc się w jego cieniu tuż obok Jimmy'ego.
- Co jest? - syknął mokry od potu kurier, wyciągając S&W z powrotem z olstra i ściskając broń oburącz - Co oni tam widzą?
- Nie wiem - parsknął Jimmy podnosząc się na łokciach i lustrując wzrokiem las - Ty masz lornetkę, sam mi powiedz.
Paul odłożył rewolwer bez słowa na ziemię tuż przed sobą, ściągnął z szyi lornetkę, przyłożył do oczu. Jack czekał cierpliwie, aż jego przyjaciel coś wypatrzy, chociaż niecierpliwość wręcz zżerała go od środka.
- O żesz kurwa - powiedział kierowca przestając się nagle wiercić - No, popatrzcie tylko, jakie mamy towarzystwo. A skąd ci się tutaj wzięli?
Wątek techniczny
Zabici mutanci mieli przy sobie jedynie prymitywne dzidy i pałki z metalowych rurek: bezwartościowe śmieci. Mieli też manierki z wodą i jakieś żarcie, bo założyłem, że jesteście dość higieniczni, by omijać takie zapasy szerokim łukiem (czy może się mylę?).
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Gdzieś w dziczy, 4 maja 2055
Ebenezer przekręcił się jeszcze mocniej w bok, krzywiąc twarz na dźwięk poskrzypujących starych desek, które składały się na pełną dziur podłogę domku. Spojrzenie kaznodziei powędrowało wzdłuż ud, kolan i łydek ku stopom w rozpaczliwiej nadziei na dojrzenie końca drutu. Mężczyzna miał zamiar zahaczyć ten kawałek swych więzów o jakiś sterczący z podłogi lub ściany element struktury i spróbować go jakoś odwiązać poprzez odpowiednie ruchy ciała.
Nagły odgłos kroków na zewnątrz chatki sprawił, że wielebny zamarł w całkowitym bezruchu, wstrzymał nawet oddech, chociaż tętniąca w skroniach krew zdawała się go ogłuszać. Dźwięk uderzających w ziemię podeszew przesunął się wzdłuż ściany domku i ucichł po chwili oddalając się miarowo. Mężczyzna oblizał spierzchnięte usta uświadamiając sobie, że oprawcy Holtza wciąż pozostają w okolicy, być może gotowiąc się już do zabawy z brańcem.
Kręcąc w panice głową dostrzegł znienacka metalowy ćwiek wystający z belki podłogowej kilka metrów dalej, ledwie zauważalny w głębokim mroku zalegającym po przeciwnej stronie pomieszczenia. Zagryzając wargi aż do krwi kaznodzieja targnął całym swym ciałem, przetaczając się z boku na brzuch, a potem ponownie na plecy. Wcinające się w skórę kolce promieniowały przenikliwym bólem, ale Radeford próbował nie zwracać na to uwagi, koncentrując się całkowicie na swoim planie.
Nagłe poruszenie sprawiło, że nie zdołał powstrzymać mimowolnego okrzyku przestrachu. Z plamy mroku w kącie pokoju wychynął znienacka niski człekokształtny stwór, który przywarł do dziurawej posadzki niecały metr od głowy wielebnego. Radeford poczuł paraliżującą członki grozę, kiedy jego spojrzenie natrafiło na bladoskóre zdeformowane oblicze o wyszczerzonych krzywych zębach i wąskich kaprawych oczach, częściowo przesłoniętych fałdami skóry opadających w dół ponad łukami brwiowymi.
Mutant wydał z siebie cichy rechot, tym bardziej przerażający, że wciąż dźwięczała w nim bardzo wyraźna ludzka nuta. Wielebny szarpnął się z całych sił do tyłu, pojmując ze skrajnym przerażeniem, że odmieniec musiał przebywać w tym samym pomieszczeniu przez cały czas, czając się w mroku i obserwując go bez najmniejszego dźwięku.
Przekręcił się nagłym ruchem w bok, chcąc się odtoczyć jak najdalej od odrażającej twarzy, z której wąskich niczym kreski ust ściekały strużki cuchnącej śliny. Mutant przekrzywił swą zdeformowaną głowę niczym obserwujący coś bacznie ptak, a potem skoczył wprost na bezbronnego więźnia, rechocząc niczym opętany.
Ebenezer przekręcił się jeszcze mocniej w bok, krzywiąc twarz na dźwięk poskrzypujących starych desek, które składały się na pełną dziur podłogę domku. Spojrzenie kaznodziei powędrowało wzdłuż ud, kolan i łydek ku stopom w rozpaczliwiej nadziei na dojrzenie końca drutu. Mężczyzna miał zamiar zahaczyć ten kawałek swych więzów o jakiś sterczący z podłogi lub ściany element struktury i spróbować go jakoś odwiązać poprzez odpowiednie ruchy ciała.
Nagły odgłos kroków na zewnątrz chatki sprawił, że wielebny zamarł w całkowitym bezruchu, wstrzymał nawet oddech, chociaż tętniąca w skroniach krew zdawała się go ogłuszać. Dźwięk uderzających w ziemię podeszew przesunął się wzdłuż ściany domku i ucichł po chwili oddalając się miarowo. Mężczyzna oblizał spierzchnięte usta uświadamiając sobie, że oprawcy Holtza wciąż pozostają w okolicy, być może gotowiąc się już do zabawy z brańcem.
Kręcąc w panice głową dostrzegł znienacka metalowy ćwiek wystający z belki podłogowej kilka metrów dalej, ledwie zauważalny w głębokim mroku zalegającym po przeciwnej stronie pomieszczenia. Zagryzając wargi aż do krwi kaznodzieja targnął całym swym ciałem, przetaczając się z boku na brzuch, a potem ponownie na plecy. Wcinające się w skórę kolce promieniowały przenikliwym bólem, ale Radeford próbował nie zwracać na to uwagi, koncentrując się całkowicie na swoim planie.
Nagłe poruszenie sprawiło, że nie zdołał powstrzymać mimowolnego okrzyku przestrachu. Z plamy mroku w kącie pokoju wychynął znienacka niski człekokształtny stwór, który przywarł do dziurawej posadzki niecały metr od głowy wielebnego. Radeford poczuł paraliżującą członki grozę, kiedy jego spojrzenie natrafiło na bladoskóre zdeformowane oblicze o wyszczerzonych krzywych zębach i wąskich kaprawych oczach, częściowo przesłoniętych fałdami skóry opadających w dół ponad łukami brwiowymi.
Mutant wydał z siebie cichy rechot, tym bardziej przerażający, że wciąż dźwięczała w nim bardzo wyraźna ludzka nuta. Wielebny szarpnął się z całych sił do tyłu, pojmując ze skrajnym przerażeniem, że odmieniec musiał przebywać w tym samym pomieszczeniu przez cały czas, czając się w mroku i obserwując go bez najmniejszego dźwięku.
Przekręcił się nagłym ruchem w bok, chcąc się odtoczyć jak najdalej od odrażającej twarzy, z której wąskich niczym kreski ust ściekały strużki cuchnącej śliny. Mutant przekrzywił swą zdeformowaną głowę niczym obserwujący coś bacznie ptak, a potem skoczył wprost na bezbronnego więźnia, rechocząc niczym opętany.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Pół mili przed Freeman, 4 maja 2055
Pośród gęstych krzewów i za pniami drzew dobre pięćdziesiąt metrów dalej pozycje zajmowali ludzie, a nie mutanci. Zdziwione spojrzenie Paula napotkało na noszących skórzane ubrania muskularnych mężczyzn o twarzach pociętych rytualnymi tatuażami i szramami po samookaleczeniach, na kościanych wisiorkach i pierzastych ozdobach zwisających z rękawów ich bluz pomiędzy frędzlami z końskiego włosia. Uzbrojeni byli w rozmaity sposób, od karabinków automatycznych po strzelby, ale każdy sprawiał wrażenie niebezpiecznego człowieka.
- Indianie - syknął Wilson - Chyba jakiś wędrowny szczep. Widzę dziesięciu... nie... co najmniej piętnastu, w głębi lasu może być ich więcej.
- Prawdziwi Indianie - powtórzył Salt cmokając znacząco - Jeszcze nigdy nie widziałem na żywca takiego Indiańca. Co oni tutaj robią?
Jimmy Cash pozwolił sobie na lekkie westchnienie ulgi, chociaż wciąż pozostawał spięty. Dowódca Anawaltczyków przekazał wiadomość o tożsamości obcych reszcie grupy, nakazując swym ludziom pozostać pod osłoną aż do jego nowego rozkazu i zakazując kategorycznie strzelania.
- To chyba szczep Hathawekela - mruknął Cash - Czekaliśmy od kilku dni na ich wizytę, trochę się już spóźniali.
- Utrzymujecie kontakty z wędrownymi szczepami? - zapytał szybko Jack, przypominając sobie natychmiast plotki, które krążyły w Appalachach na temat Anawalt.
- Utrzymujemy kontakty z wszystkimi, którzy nam źle nie życzą - odpowiedział równie szybko Jimmy - Mogę na chwilę lornetkę?
Odebrawszy Paulowi instrument Cash przyglądał się przez chwilę przyczajonym pośród drzew ludziom, potem zaś podniósł się z uniesionymi wysoko rękami z ziemi i poszedł w ich stronę.
- To ja, Jimmy! - zawołał - Długo wam coś zeszło w drodze, przyjaciele!
Noszący uszyte z wyprawionej jeleniej skóry ubrania mężczyźni wychynęli ostrożnie spośród drzew i krzewów, wpierw mierząc do Casha ze swej broni, szybko jednak opuszczając lufy ku ziemi. Jeden z nich, młody czarnowłosy Indianin o smagłej twarzy pomalowanej czerwonym barwnikiem w skomplikowane wzory powitał Anawaltczyka uniesioną prawą ręką, rozglądając się jednocześnie bacznie na boki. Przywołani krótkim rozkazem Jimmy'ego, pozostali członkowie ekspedycji opuścili własne kryjówki, zmierzając ostrożnym krokiem ku Indianom.
- Witaj, Mała Pumo - powiedział Bill Harper kiwając młodzieńcowi o czarnych włosach - Nie natrafiliście przed chwilą na nieprzyjemnych obcych?
- Mutantów? - sarknął Indianin marszcząc z odrazą nos i zaciskając ręce na starannie utrzymanym Springfieldzie - To obraza dla duchów przodków, że tacy odmieńcy depczą ich prastarą ziemię. Uciekli przed nami niczym wicher, nie zdążyliśmy oddać ani jednego strzału, ale słyszeliśmy inne. Wy strzelaliście?
- Tak - potwierdził Cash - Gdyby nie wasza obecność, mogliśmy mieć ciężką przeprawę. Dziękuję.
- Taka była widać wola Wielkiego Ducha - wzruszył ramionami Mała Puma - Jeśli czujecie wdzięczność, jemu złóżcie ofiarę.
- To duża banda, od jakiegoś czasu grasuje w okolicy - dodał Bill Harper - Idziemy z pomocą do Bluewell, dołączycie do nas?
- Nie - zaprzeczył ostrym ruchem głowy Indianin - To nie nasza sprawa. Mutanci są hańbą dla duchów przodków, ale nie my ich stworzyliśmy, tylko wasz chory świat. Gdyby nie zadufanie białego człowieka, nie byłoby wojny i skażenia. Dopóki nas nie zaatakują, nie będziemy sami szukać zwady.
Wątek techniczny
I jak, napięcie nieco opadło?
Pośród gęstych krzewów i za pniami drzew dobre pięćdziesiąt metrów dalej pozycje zajmowali ludzie, a nie mutanci. Zdziwione spojrzenie Paula napotkało na noszących skórzane ubrania muskularnych mężczyzn o twarzach pociętych rytualnymi tatuażami i szramami po samookaleczeniach, na kościanych wisiorkach i pierzastych ozdobach zwisających z rękawów ich bluz pomiędzy frędzlami z końskiego włosia. Uzbrojeni byli w rozmaity sposób, od karabinków automatycznych po strzelby, ale każdy sprawiał wrażenie niebezpiecznego człowieka.
- Indianie - syknął Wilson - Chyba jakiś wędrowny szczep. Widzę dziesięciu... nie... co najmniej piętnastu, w głębi lasu może być ich więcej.
- Prawdziwi Indianie - powtórzył Salt cmokając znacząco - Jeszcze nigdy nie widziałem na żywca takiego Indiańca. Co oni tutaj robią?
Jimmy Cash pozwolił sobie na lekkie westchnienie ulgi, chociaż wciąż pozostawał spięty. Dowódca Anawaltczyków przekazał wiadomość o tożsamości obcych reszcie grupy, nakazując swym ludziom pozostać pod osłoną aż do jego nowego rozkazu i zakazując kategorycznie strzelania.
- To chyba szczep Hathawekela - mruknął Cash - Czekaliśmy od kilku dni na ich wizytę, trochę się już spóźniali.
- Utrzymujecie kontakty z wędrownymi szczepami? - zapytał szybko Jack, przypominając sobie natychmiast plotki, które krążyły w Appalachach na temat Anawalt.
- Utrzymujemy kontakty z wszystkimi, którzy nam źle nie życzą - odpowiedział równie szybko Jimmy - Mogę na chwilę lornetkę?
Odebrawszy Paulowi instrument Cash przyglądał się przez chwilę przyczajonym pośród drzew ludziom, potem zaś podniósł się z uniesionymi wysoko rękami z ziemi i poszedł w ich stronę.
- To ja, Jimmy! - zawołał - Długo wam coś zeszło w drodze, przyjaciele!
Noszący uszyte z wyprawionej jeleniej skóry ubrania mężczyźni wychynęli ostrożnie spośród drzew i krzewów, wpierw mierząc do Casha ze swej broni, szybko jednak opuszczając lufy ku ziemi. Jeden z nich, młody czarnowłosy Indianin o smagłej twarzy pomalowanej czerwonym barwnikiem w skomplikowane wzory powitał Anawaltczyka uniesioną prawą ręką, rozglądając się jednocześnie bacznie na boki. Przywołani krótkim rozkazem Jimmy'ego, pozostali członkowie ekspedycji opuścili własne kryjówki, zmierzając ostrożnym krokiem ku Indianom.
- Witaj, Mała Pumo - powiedział Bill Harper kiwając młodzieńcowi o czarnych włosach - Nie natrafiliście przed chwilą na nieprzyjemnych obcych?
- Mutantów? - sarknął Indianin marszcząc z odrazą nos i zaciskając ręce na starannie utrzymanym Springfieldzie - To obraza dla duchów przodków, że tacy odmieńcy depczą ich prastarą ziemię. Uciekli przed nami niczym wicher, nie zdążyliśmy oddać ani jednego strzału, ale słyszeliśmy inne. Wy strzelaliście?
- Tak - potwierdził Cash - Gdyby nie wasza obecność, mogliśmy mieć ciężką przeprawę. Dziękuję.
- Taka była widać wola Wielkiego Ducha - wzruszył ramionami Mała Puma - Jeśli czujecie wdzięczność, jemu złóżcie ofiarę.
- To duża banda, od jakiegoś czasu grasuje w okolicy - dodał Bill Harper - Idziemy z pomocą do Bluewell, dołączycie do nas?
- Nie - zaprzeczył ostrym ruchem głowy Indianin - To nie nasza sprawa. Mutanci są hańbą dla duchów przodków, ale nie my ich stworzyliśmy, tylko wasz chory świat. Gdyby nie zadufanie białego człowieka, nie byłoby wojny i skażenia. Dopóki nas nie zaatakują, nie będziemy sami szukać zwady.
Wątek techniczny
I jak, napięcie nieco opadło?
W tej chwili staram się nie zabierać głosu, indianie są chyba dość zamknięta społecznością, więc obcy biały raczej nie będzie miał posłuchu.
Co najwyżej nakłaniałbym Cash'a do wejścia im na ambicję o wsparciu względem bratniej pomocy, handlu, wymianie itp.
Z drugiej strony trochę ich rozumiem, bo raczej niewielu białych ruszyłoby zadki chcąc ich wesprzeć w jakimś problemie
Co najwyżej nakłaniałbym Cash'a do wejścia im na ambicję o wsparciu względem bratniej pomocy, handlu, wymianie itp.
Z drugiej strony trochę ich rozumiem, bo raczej niewielu białych ruszyłoby zadki chcąc ich wesprzeć w jakimś problemie
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Oddycham z ulgą na szczęście to przed czym uciekły mutanty nie jest dla nas zagrożeniem. Też nie liczę, na to by pomogli nam w obronie Bluewell, ale może jednak Cash jakos ich przekona by chociaż część z nich poszła z nami. Spokojnie czekam na dalszy rozwój wypadków.
Ostatnio zmieniony 04 grudnia 2011, 21:56 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Gdzieś w dziczy, 4 maja 2055
Mutant przygniótł próbującego przetoczyć się w bok mężczyznę swym ciałem do podłogi, unieruchamiając go w miejscu. Radeford leżał na brzuchu, próbując zrzucić z siebie napastnika za pomocą dzikich wierzgnięć, odmieniec był jednak niezwykle ciężki i z łatwością utrzymywał się na jego grzbiecie. Kaznodzieja wrzasnął z wstrętem, kiedy jego szyję i policzek owionął ciepły, cuchnący zgnilizną zepsutych zębów oddech stwora.
Mutant zarechotał raz jeszcze czepiąc chorą radość ze zdławionych krzyków swej ofiary, a potem przeciągnął szorstkim językiem po jej uchu, pozostawiając po sobie lepką ślinę. Ebenezer wrzasnął na całe gardło zdjęty pospołu obrzydzeniem i paniką, targnął się w miejscu wyginając ciało i uderzając potwora w zdeformowane oblicze swą głową. Usłyszał głośne chrupnięcie, a potem wrzask złości pomieszanej z bólem.
Odmieniec złapał go za włosy i szarpnął w tył zadzierając w górę głowę wielebnego. Radeford stęknął z bólu, a w jego oczach pojawiły się mimowolnie łzy.
W tej samej chwili przez ciemne pomieszczenie przetoczył się głośny trzask otwartych z rozpędu drzwi. Mutant zsunął się z pleców mężczyzny w ułamku chwili, przypadł do podłogi wydając z siebie ciche posykiwanie.
- Zostaw go, ty popaprańcu! - warknął czyjś twardy głos - On jest mój!
Wątek techniczny
Ratunek w ostatniej chwili?
Mutant przygniótł próbującego przetoczyć się w bok mężczyznę swym ciałem do podłogi, unieruchamiając go w miejscu. Radeford leżał na brzuchu, próbując zrzucić z siebie napastnika za pomocą dzikich wierzgnięć, odmieniec był jednak niezwykle ciężki i z łatwością utrzymywał się na jego grzbiecie. Kaznodzieja wrzasnął z wstrętem, kiedy jego szyję i policzek owionął ciepły, cuchnący zgnilizną zepsutych zębów oddech stwora.
Mutant zarechotał raz jeszcze czepiąc chorą radość ze zdławionych krzyków swej ofiary, a potem przeciągnął szorstkim językiem po jej uchu, pozostawiając po sobie lepką ślinę. Ebenezer wrzasnął na całe gardło zdjęty pospołu obrzydzeniem i paniką, targnął się w miejscu wyginając ciało i uderzając potwora w zdeformowane oblicze swą głową. Usłyszał głośne chrupnięcie, a potem wrzask złości pomieszanej z bólem.
Odmieniec złapał go za włosy i szarpnął w tył zadzierając w górę głowę wielebnego. Radeford stęknął z bólu, a w jego oczach pojawiły się mimowolnie łzy.
W tej samej chwili przez ciemne pomieszczenie przetoczył się głośny trzask otwartych z rozpędu drzwi. Mutant zsunął się z pleców mężczyzny w ułamku chwili, przypadł do podłogi wydając z siebie ciche posykiwanie.
- Zostaw go, ty popaprańcu! - warknął czyjś twardy głos - On jest mój!
Wątek techniczny
Ratunek w ostatniej chwili?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Pół mili przed Freeman, 4 maja 2055
Jimmy Cash i Bill Harper przez kilka minut prowadzili ożywioną rozmowę z Indianami sięgając po każdy argument mogący ich przekonać do połączenia sił, ale Mała Puma i kilku doradzających mu wojowników Hathawekela stanowczo się temu sprzeciwiali. Widząc, że jego wysiłki skazane są na porażkę, Jimmy przerwał w końcu dyskusję, spoglądając znacząco na niebo i opadające już ku zachodowi słońce.
- Na nas pora - powiedział Anawaltczyk, tonem wyraźnie dającym Małej Pumie do zrozumienia, że Cash nie był zadowolony z pasywnej postawy Indian - Tych mutantów pewnie już nie przegonimy, ale przynajmniej spróbujemy im nastąpić na pięty.
- Powodzenia - odparł indiański wojownik zarzucając sobie Springfielda na ramię - Niech towarzyszą wam duchy przodków.
- My ruszamy w swoją drogę, wy do Anawalt? - spytał Cash.
- Tak - kiwnął głową Mała Puma - I mamy kogoś ze sobą, kogo wam niesiemy.
- Kogo niesiecie? - spytał Bill Harper z tonem niezrozumienia w głosie - Kogoś z Anawalt?
Mała Puma wzruszył ramionami w geście niewiedzy, potem zaś rzucił kilka słów w swym narzeczu do pozostałych wojowników. Kilku z nich ruszyło w pobliskie krzewy. Chwilę wcześniej wychynęli z nich ponownie niosąc między sobą prowizoryczne nosze wykonane ze starannie ociosanych gałęzi. Anawaltczycy i towarzyszący im kurierzy podeszli natychmiast do złożonych na ziemi noszy, spoglądając z góry na leżącego na nich człowieka.
Był nagi i śmiertelnie blady, najwyraźniej z powodu utraty krwi. Muskularne ciało zdradzało człowieka bezdroży, nie mieszkańca miast, a pokryta lekkim zarostem twarz zwracała na siebie uwagę dumnymi rysami i jednym ziejącym pustką oczodołem, będącym zapewne starą raną. Mężczyzna był nieprzytomny, jego pierś unosiła się opadała w ledwie zauważalnym rytmie.
- Znaleźliśmy go pięć dni temu w Montcalm - powiedział Mała Puma dostrzegając pytający wzrok Harpera - Był już nieprzytomny. Ktoś napadł go, zranił i porzucił w głuszy na śmierć.
- To nikt z naszych - odparł Jimmy Cash przyjrzawszy się wpierw uważnie pogrążonemu w śpiączce człowiekowi - Ani razu się nie ocknął?
- Nie - zaprzeczył ruchem głowy Indianin - To niezwykłe, że wciąż jeszcze żyje. Ktoś zadał mu mnóstwo ciosów nożem, a potem obrabował z wszystkiego i zostawił, żeby się wykrwawił na śmierć. Gdybyśmy go przypadkiem nie znaleźli, już byłby w krainie przodków.
- Co chcecie z nim robić? - zapytał Steve Thorpe.
- Zaniesiemy do Anawalt - odparł oczywistym tonem Mała Puma - To biały, wasz ziomek, sami się nim zajmijcie.
Jeden z wojowników ukucnął przy noszach wyciągając ze skórzanej sakwy niewielki słoiczek z maścią, z pomocą innego Indianina przewrócił rannego na bok z zamiarem posmarowania jego ran. Paul wciągnął przez zęby powietrze dostrzegając głębokie ślady po ciosach zadanych ostrym przedmiotem, znaczących plecy ofiary i zaczynających zdradzać pierwsze oznaki zakażenia.
- A to co? - odezwał się równie cicho Jimmy Cash, spoglądając w dół na plecy mężczyzny.
Pomimo strasznych ran i wymieszanej z krwią wydzieliny na skórze człowieka wciąż można było dostrzec kolorowy tatuaż, wykonany z ogromną dbałością o szczegóły, przedstawiający chińskiego smoka o rozpostartych ponad grzbietem skrzydłach i zwiniętym ogonie.
Jimmy Cash i Bill Harper przez kilka minut prowadzili ożywioną rozmowę z Indianami sięgając po każdy argument mogący ich przekonać do połączenia sił, ale Mała Puma i kilku doradzających mu wojowników Hathawekela stanowczo się temu sprzeciwiali. Widząc, że jego wysiłki skazane są na porażkę, Jimmy przerwał w końcu dyskusję, spoglądając znacząco na niebo i opadające już ku zachodowi słońce.
- Na nas pora - powiedział Anawaltczyk, tonem wyraźnie dającym Małej Pumie do zrozumienia, że Cash nie był zadowolony z pasywnej postawy Indian - Tych mutantów pewnie już nie przegonimy, ale przynajmniej spróbujemy im nastąpić na pięty.
- Powodzenia - odparł indiański wojownik zarzucając sobie Springfielda na ramię - Niech towarzyszą wam duchy przodków.
- My ruszamy w swoją drogę, wy do Anawalt? - spytał Cash.
- Tak - kiwnął głową Mała Puma - I mamy kogoś ze sobą, kogo wam niesiemy.
- Kogo niesiecie? - spytał Bill Harper z tonem niezrozumienia w głosie - Kogoś z Anawalt?
Mała Puma wzruszył ramionami w geście niewiedzy, potem zaś rzucił kilka słów w swym narzeczu do pozostałych wojowników. Kilku z nich ruszyło w pobliskie krzewy. Chwilę wcześniej wychynęli z nich ponownie niosąc między sobą prowizoryczne nosze wykonane ze starannie ociosanych gałęzi. Anawaltczycy i towarzyszący im kurierzy podeszli natychmiast do złożonych na ziemi noszy, spoglądając z góry na leżącego na nich człowieka.
Był nagi i śmiertelnie blady, najwyraźniej z powodu utraty krwi. Muskularne ciało zdradzało człowieka bezdroży, nie mieszkańca miast, a pokryta lekkim zarostem twarz zwracała na siebie uwagę dumnymi rysami i jednym ziejącym pustką oczodołem, będącym zapewne starą raną. Mężczyzna był nieprzytomny, jego pierś unosiła się opadała w ledwie zauważalnym rytmie.
- Znaleźliśmy go pięć dni temu w Montcalm - powiedział Mała Puma dostrzegając pytający wzrok Harpera - Był już nieprzytomny. Ktoś napadł go, zranił i porzucił w głuszy na śmierć.
- To nikt z naszych - odparł Jimmy Cash przyjrzawszy się wpierw uważnie pogrążonemu w śpiączce człowiekowi - Ani razu się nie ocknął?
- Nie - zaprzeczył ruchem głowy Indianin - To niezwykłe, że wciąż jeszcze żyje. Ktoś zadał mu mnóstwo ciosów nożem, a potem obrabował z wszystkiego i zostawił, żeby się wykrwawił na śmierć. Gdybyśmy go przypadkiem nie znaleźli, już byłby w krainie przodków.
- Co chcecie z nim robić? - zapytał Steve Thorpe.
- Zaniesiemy do Anawalt - odparł oczywistym tonem Mała Puma - To biały, wasz ziomek, sami się nim zajmijcie.
Jeden z wojowników ukucnął przy noszach wyciągając ze skórzanej sakwy niewielki słoiczek z maścią, z pomocą innego Indianina przewrócił rannego na bok z zamiarem posmarowania jego ran. Paul wciągnął przez zęby powietrze dostrzegając głębokie ślady po ciosach zadanych ostrym przedmiotem, znaczących plecy ofiary i zaczynających zdradzać pierwsze oznaki zakażenia.
- A to co? - odezwał się równie cicho Jimmy Cash, spoglądając w dół na plecy mężczyzny.
Pomimo strasznych ran i wymieszanej z krwią wydzieliny na skórze człowieka wciąż można było dostrzec kolorowy tatuaż, wykonany z ogromną dbałością o szczegóły, przedstawiający chińskiego smoka o rozpostartych ponad grzbietem skrzydłach i zwiniętym ogonie.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
O w mordę jeża ten gość na noszach Indian to prawdziwy Holtz, typ który podszywa się pod niego nie ma tatuażu, ale ma sprzęt Holtza, teraz juz wiemy skąd. W takim razie z kim pojechał Ebenzer. O żesz k... mać. Pytam szamana czy pomoże białasowi czyli mnie i da mi jakąś maść na te wrzody. ofiarowuje mu włócznię do rzucania, nawet jak mi nie da maści daje mu włócznie za opieke nad prawdziwym Holtzem. i mówi, ze nie wszyscybiali są źli i niewdzięczni. Niech tylko dorwę tego przebierańca... Zabiję go i to bardzo wolno. Cash daliśmy się zrobić w konia... Mysłalem że nie pomylicie prawdziwego Holtza z jakimś przebierańcem. Kużwa tyle sprzętu przepadło, ale olać sprzęt, kaznodzieja ma przewalone.
Ostatnio zmieniony 05 grudnia 2011, 14:36 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.