PBF - Płonąca granica

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 05 grudnia 2011, 13:41

Odrobina ciekawości zmusiła Salt'a do spojrzenia na ciało leżące na noszach. Na widok pustego oczodołu u leżącego człowieka, mimowolnie uniósł brwi szeroko otwierając oczy.

- Kurwa mać! - zaklął dostrzegając tatuaż na plecach rannego - Czułem to, po prostu czułem! Od początku tamten typ nie przypadł mi do gustu...

- Dacie radę mu pomóc z zakażeniem? - zerknął pytająco na Cash'a i indianina smarującego maścią nieprzytomnego.

Przyklęknął przyglądając się ranom klnąc co chwila do siebie. Poderwał się nagle czerwony na twarzy.

- I kuźwa, może ktoś mi wytłumaczy czemu nikt z Anawalt nie był w stanie gościa rozpoznać? Chyba Walthers już się kiedyś spotkał z Holtzem skoro tak go sobie cenił? Wjeżdżaliśmy, to prawie w majtki zajrzeli, a przebierańca puścili jak beknął nazwisko! Jak to tak wygląda to Kaznodzieja ma przerypane... A my nawet nie wiemy którędy pojechali!

Czerwony z wściekłości stanął spoglądając w niebo, próbując opanować gniew zaciskał pięści i z głośnym świstem wciągał powietrze. Po kilkunastu głębokich wdechach uspokoił się na tyle by spróbować normalnie rozmawiać.

- Noo... to teraz mamy o czym deliberować. Wiemy kto załatwił pick'upa! Ha! Holtz obsługujący nasz pojazd, ja pierd... że też mu Radeford pozwolił... I pytanie najważniejsze, co robimy? - zaczerpnął głęboko leśne powietrze, mimo wszystko zapach lasu i cisza pomagała mu się opanować.

- Sytuacja nieciekawa, my tutaj, Eb gdzieś... - wskazał ręką dookoła - Fart wielki że natknęliśmy się na czerwonych braci a nie resztę bandy pseudaka. Mamy dwie opcje, leziemy dalej do Bluewell, albo wracamy do Anawalt i ruszamy odszukać kaznodzieję.

- Zakładam w tej sytuacji, że opcja ataku na Bluewell jest podpuchą aby wciągnąć część z obrońców Anawalt w pułapkę i obniżenie zdolności obronnych. Z drugiej strony nie można założyć, że faktycznie się tam nie pojawią, tym bardziej jeśli kaznodzieja dostał w łeb jak nasz gość! - wskazał chorego - Wypadałoby kopnąć się z wiadomościami...

Podrapał się po głowie, wyciągnął jakąś zapomnianą sosnową igłę zza kołnierza. Zerknął uważnie na Cash'a i Małą Pumę.

- Cóż, wyboru chyba nie mamy wielkiego - westchnął lekko - Uważam, że my musimy pchać się do Bluewell, tak czy siak trzeba sprawdzić co tam się dzieje i uprzedzić ludzi. Muszą wiedzieć czego się spodziewać. Obawiam się, że to dopiero początek.

- Pamiętacie jak mówiliśmy co widzieliśmy w drodze? Banda grasująca w Bluefield wcale nie musiała być tylko rabusiami, pseudak też na mutka nie wyglądał. Chyba, że mu co w gaciach wyrosło... - zaśmiał się lekko - Ale do rzeczy, potem Paul widział dziwaka w Brush Fork, giną ludzie z waszego patrolu. I pojawia się pseudak. Coś jest na rzeczy... za dużo zbiegów okoliczności.

- Mała Pumo! - zwrócił się bezpośrednio do indianina kładąc po swej lewej stronie klatki piersiowej prawą dłoń - Wybacz, że zwracam się tak bezpośrednio, nie dane było nam stanąć ramię w ramię w walce i poznać się bliżej. Nie śmiałbym prosić o wsparcie, abyście łamali własne przekonania, lecz z całego serca chciałbym uprosić abyście ruszyli jak najszybciej ku Anawalt gdy my udamy się do Bluewell. Ostrzec mieszkańców i przekazać jak sprawy stoją, żeby nie było więcej niespodzianek.

Kiwnął lekko głową i zwrócił się do towarzyszy.

- A my chłopaki chyba z buta lecimy do Bluewell, ostrzec tamtych. Co myślicie?

***

Odciągnął Cash'a na bok i ściszonym głosem zapytał.

- Dasz radę tak ugadać czerwonoskórych aby pchnęli za Eb'em kilku tropicieli? Obawiam się, że może być za późno zanim wrócimy ale póki nie znajdziemy modlitewnika i obrzyna istnieje wątła nadzieja, że nie dał się pseudakowi.


Nie ukrywam, że najmilej widzianą opcją byłoby wysłanie kilku indian do Bluewell z chłopakami z Anawalt. Indianie zapewne znają szlaki, szybko znajdą drogę, a chłopaki obyte z karabinkami i dobrze wyposażeni, powinni dać sobie radę.
A ja najchętniej polazłbym z indianami z powrotem do Anawalt i śladem Kaznodziei, w sumie już się z nim zżyliśmy w drodze, szkoda naszego GŁOSU :P

Kwestia co uradzi reszta i co wskóra Cash. O ile focha nie strzeli na Salt'a za powarkiwanie :D
Ostatnio zmieniony 05 grudnia 2011, 14:01 przez Goldwin, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
deliad
Reactions:
Posty: 3638
Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
Has thanked: 5 times
Been thanked: 52 times

Post autor: deliad » 05 grudnia 2011, 16:38

Wątek techniczny:
Obracam głowę aby zobaczyć nowo przybyłego. Jeżeli to Holtz, to modlę się o szybką, ale nieludzko bolesną śmierć dla niego.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 05 grudnia 2011, 21:28

Gdzieś w dziczy, 4 maja 2055

Ebenezer przekręcił się w miejscu dławiąc się z wściekłości, ponieważ natychmiast rozpoznał głos człowieka, który odpędził od niego odrażającego odmieńca. Ze swej pozycji na podłodze ujrzał wpierw wysokie skórzane buty, potem zaś Jeremiash Holtz w całej swej okazałości przykucnął przed oplecionym kolczastym drutem kaznodzieją, spoglądając na niego roziskrzonymi oczami.

Oczami! Wielebny ujrzał na czole rzekomego łowcy mutantów skórzaną klapkę przesłaniającą dotąd jego jakoby wybite oko. Mężczyzna miał normalne zdrowe oczy, ale ich błysk nie wieścił brańcowi niczego dobrego.

- Od początku czułem, że coś jest nie tak! - sarknęł Radeford głosem ociekającym jadem - Od początku mi się nie podobałeś!

- Doprawdy? - Holtz zrobił fałszywie smutną minę, która przeszła po sekundzie w sadystycznie złośliwy grymas - Wiesz, nic nie szkodzi, bo ty dla odmiany od początku bardzo mi się podobałeś!

- Dlaczego to robisz? Kim jesteś? - głos kaznodziei aż dygotał z ledwie powstrzymywanej furii - Dlaczego się skumałeś z tym czymś?

Wzrok wielebnego podążył w stronę skulonego, przyczajonego w półmroku mutanta, który obserwował rozmowę pomiędzy Holtzem i więźniem z otwartymi szeroko oczami.

- Czy to ważne, kim jestem? - odpowiedział mężczyzna, zniżając swój głos i uśmiechając się złośliwie - Ważne jest, że wydymałem was wszystkich. Tacy byliście pewni siebie, tacy zadufani, ten frajer Lavigne i dupek skończony Walthers. Jedliście mi z ręki, a teraz załatwię was wszystkich na cacy!

- Czemu trzymasz z pomiotami szatana, a nie z nami?! - krzyknął rozjuszony własną bezradnością Ebenezer - Zdradziłeś własny gatunek! Zdradziłeś swego Pana w niebiosach!

Holtz milczał przez chwilę, a potem podniósł się z klęczek i na oczach zdjętego nagłym milczeniem Ebenezera zaczął szybkimi ruchami palców rozpinać swoje spodnie. Radeford poczuł lodowaty ucisk w gardle; tak silny, że mężczyzna wręcz zaczynał się dusić przy wtórze wstrętnego rechotu przyczajonego opodal mutanta. Kiedy spodnie rzekomego łowcy opadły aż do kostek zrzucone w dół teatralnym gestem, kaznodzieja nie zdołał powstrzymać głębokiego westchnienia

- To specjalnie dla ciebie - wycedził przez zęby fałszywy Holtz - Kiedy pozałatwiam już wszystkie sprawy, wrócę tutaj i spędzimy bardzo miło czas. Zerżnę cię na wszystkie sposoby, ty paskudny klecho, a jak już mi się znudzi, wytnę sobie nowe dziurki w twoim grzbiecie. A na sam koniec oddam cię moim braciom, niech też coś mają z życia, jednemu nogę, drugiemu głowę. Będzie pięknie! Napatrz się dobrze, bo takiego rżnięcia jeszcze w życiu nie miałeś!

Spoglądający na Holtza szeroko otwartymi oczami Ebenezer nie potrafił oderwać wzroku od jego ogromnego członka, przywodzącego bardziej anatomiczną narośl, groteskowo obrzmiałego i pokrytego niewielkimi nachodzącymi na siebie łuskami, wyrastającymi również na podbrzuszu i udach mężczyzny.

Łowca napawał się przez chwilę wyrysowanym na twarzy kaznodziei szokiem, potem zaś podciągnął spodnie w górę i zapiął je w wystudiowany sposób.

- Teraz muszę gdzieś jechać, ale na pewno wrócę, mój słodki - powiedział na pożegnanie, po czym wyszedł bez słowa z chatki zostawiając w niej balansującego na pograniczu histerii więźnia i jego odrażającego strażnika.


Wątek techniczny

Zaprawdę powiadam Ci, niebiański to oblubieniec!

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 05 grudnia 2011, 22:15

Jak tam szaman da mi jakąś maść? moją włócznię przyjął jako podarek? Cash róbmy cos k-rwa mać sprawdźmy co z Bluewel. Indianie ostrzegą Anawalt. I potem jak ostrzeżemy Bluwel o tym przebierańcu to poszukamy Ebenzera.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 05 grudnia 2011, 22:17

Pół mili przed Freeman, 4 maja 2055

Stojący wszędzie wokół Indianie zachowywali pełen spokoju kamienny wyraz twarzy, w milczeniu śledząc nerwową rozmowę białych ludzi.

- Ten tatuaż zna z opowieści prawie każdy człowiek w obrębie Federacji - odpowiedział Jimmy podnosząc się zwinnie na nogi i przeładowując swego Remingtona - Tak samo jak wybite oko. Holtz nigdy wcześniej u nas nie był, Jack, ale ta fałszywka zupełnie nas ogłupiła. Skurwiel nas oszukał na całego!

Otaczający Casha bojówkarze na przemian bledli i czerwienieli, pojmując prędzej czy później, jakiego odkrycia byli właśnie świadkami.

- To jest Jeremiash Holtz! - wyrzucił z siebie dowódca Anawaltczyków - Prawdziwy Holtz! Napadnięty co najmniej pięć dni temu w Montcalm! Boże, to przecież od strony Princeton! Stamtąd nadeszła ta banda! Od samego początku mieli u nas wtyczkę!

- Mała Pumo! - Salt zwrócił się bezpośrednio do Indianina kładąc prawicę na swej piersi - Wybacz, że zwracam się tak bezpośrednio, nie dane było nam stanąć ramię w ramię w walce i poznać się bliżej. Nie śmiałbym prosić o wsparcie, abyście łamali własne przekonania, lecz z całego serca chciałbym uprosić, abyście ruszyli jak najszybciej ku Anawalt, gdy my udamy się do Bluewell. Ostrzec mieszkańców i przekazać jak sprawy stoją, żeby nie było więcej niespodzianek.

Wojownik zachował kamienną twarz, ale skinął nieznacznie głową.

- I tak idziemy do wioski Walthersa - oznajmił beznamiętnym tonem - Wyślę kilku braci przodem, zaniosą waszym ziomkom wieści.

Salt podziękował przywódcy wojowników zdawkowym gestem szczędząc na emocjach na wzór samego Indianina, przeniósł spojrzenie z powrotem na Casha.

- A my chłopaki chyba z buta lecimy do Bluewell, ostrzec tamtych. Co myślicie?

Jimmy uderzył lufą Remingtona w otwartą dłoń, wyrażając w dobitny sposób kotłujące się w nim emocje.

- Ruszamy do Lavigne - zdecydował dowódca bojówkarzy - I to jak najszybciej!


Wątek techniczny

Indianie nie pójdą do Bluewell, pchną w zamian gońców do Anawalt, by postawić resztę wojaków Walthersa na nogi. Cash chce zasuwać czym prędzej do Bluewell, by ostrzec tamtejszą społeczność, co jest w zasadzie rozwiązaniem logicznym, bo do Bluewell macie niecałą godzinę truchtu, a do Anawalt co najmniej trzy godziny.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 05 grudnia 2011, 22:27

Pół mili przed Freeman, 4 maja 2055

Cash przerzucił kilkakrotnie bezwiednie bezpiecznik strzelby, dając tym samym upust targającym go emocjom. Nagłe odkrycie podwójnej tożsamości Jeremiasha Holtza głęboko nim wstrząsnęło, a implikacje tego odkrycia sprawiły, że opanowany dotąd bojówkarz przegryzł sobie mimowolnie wargę zaciskając ze złości zęby.

- Musimy przyjąć, że albo odejdą z łupami, które wyłudzili od Walthersa albo uderzą na Bluewell, bo ta osada jest dużo łatwiejszym celem - powiedział Bill Harper kładąc rękę na ramieniu rozgorączkowanego Casha - Moim zdaniem Anawalt nie jest w tej chwili wcale zagrożone.

- Ale czemu ten skurwiel wyciągnął naszą ekipę na zewnątrz? - zapytał Steve Thorpe drapiąc się z zawziętą miną po nosie.

- Albo chciał uwiarygodnić swoją przykrywkę w oczach naczelnika - odezwał się Jimmy Cash - Albo liczył na to, że jego kolesie nas rąbną po drodze i zwiną nam gnaty. To byłby dla drania dodatkowy zysk.

- I rozpierdzielił nam silnik! - wybuchnął Paul - Ebenezer mówił, że Holtz coś wlewał do silnika! Gadał, że to był olej, ale teraz wyszła prawda na wierzch! Jak kutasa dorwę, rozszarpię gołymi rękami!

- Co robimy? - zapytał rzeczowym tonem Bill Harper, odsuwając się na wszelki wypadek o krok od Wilsona, bo wzburzony wspomnieniem swego wozu kierowca machał rękami z takim ożywieniem, że omal nie zdzielił przypadkiem łokciem anawaltckiego kolegi - Jimmy?

- Walimy na Bluewell - przesądził w ułamku chwili Cash - Po pierwsze, mamy tam bliżej niż do domu, a wolałbym nie wałęsać się po tych lasach, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej. Po drugie, Bill może mieć rację z tym atakiem na Lavigne. Po trzecie, jak się nie myli, to ten fałszywy Holtz najpewniej tam będzie, a ja chcę skurwysynowi wypruć flaki za to jak sobie z nami pograł! Zwijamy się, rozproszony szyk, Steve i Frank na szpicę! Duktem do rzeki, a potem w lewo na mostek liniowy we Freeman!

Wymieniwszy zwięzłe z konieczności słowa pożegnania z zachowującą stoicki spokój grupą Małej Pumy mężczyźni dociągnęli paski swych plecaków, sprawdzili raz jeszcze broń i ruszyli truchtem na południe, zmierzając zarośniętym leśnym traktem w stronę brzegu przepływającej przez ruiny Freeman rzeczki.


Wątek techniczny

Araven, deal załatwiony: maść z łajna oposa na wysypkę w zamian za jedną z włóczni. Ekipa rusza w dalszą drogę do Bluewell. Swoją drogą, może dobrze byłoby przemyśleć swą taktykę w sytuacji, gdy przypadkiem napatoczycie się na Holtza?

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 05 grudnia 2011, 22:39

Smaruję się w ustronnym miejscu maścią z oposa. Włócznia w garść ruszam na szpicy z ludźmi Casha, w końcu jestem łowcą, jak Cash się nie zgadza to idę w straży tylnej. Co do Holtza to jak się da pojmać mordę obić i wypytać gdzie jest ebenzer. tak wiem jestem strasznym optymistą...

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 05 grudnia 2011, 22:53

Pod Freeman, 4 maja 2055

Gromada biegnących truchtem mężczyzn przestała przykładać daleko idącą dbałość o dyskrecję, łamiąc w biegu gałązki krzewów i ustawicznie omiatając lufami broni swe otoczenie. Pozostawiwszy daleko w tyle grupę Indian wszyscy myśleli tylko o tym, by jak najszybciej wydostać się z ograniczającego ich pole widzenia lasu i przeprawić się przez rzekę.

- Tylko przez most! - wydyszał Paul Wilson ześlizgując się po stromej skarpie i lądując w rozkroku na popękanej asfaltowej nawierzchni od dawna nieuczęszczanej szosy dojazdowej do Freeman - Pamiętajcie o tym syfie w wodzie! Chyba jaja sobie obetnę jak tak dalej będzie swędziało!

- Rozproszyć szyk! - polecił równie spocony z wysiłku Jimmy Cash - Nie biec w kupie, żeby nas serią nie zdjęli!

Anawaltczycy natychmiast skoczyli na boki, zabezpieczając obydwa pobocza w poszukiwaniu śladu zagrożenia. Porastający okolicę las, wdzierający się do rzecznego wąwozu i biorący w swe władanie ruiny Freeman był dziwnie cichy, ale mężczyźni kładli to na karb echa niedawnej strzelaniny, która zapewne przepłoszyła z okolicy zwierzynę. Biegnąca na wschód w kierunku zawalonego drogowego mostu szosa pełna była pęknięć w miejscach, gdzie podmyty wodami opadowymi asfalt zapadł się nieco głębiej, ale i tak pozwoliła całej grupie wydatnie przyśpieszyć podróż.

Dwaj bojówkarze z myśliwskimi sztucerami wpadli na krawędź zniszczonego mostu i zaczęli lustrować przez lunety przeciwny brzeg oraz koryto widocznej w dole rzeki.

- Teren czysty! - krzyknął jeden z nich machając przy tym uspokajająco ręką, toteż pozostali ludzie natychmiast zaczęli forsować stromy brzeg wąwozu zarzucając broń na ramiona i zapierając się ostrożnie nogami w tych miejscach, gdzie nieopatrzny ruch mógł grozić upadkiem. Jack i Paul byli pośród pierwszych mężczyzn docierających do północnego brzegu rzeki, toteż od razu spostrzegli, że linowy mostek pozostawał w tym samym stanie, w jakim widzieli go po raz ostatni. Wilson od razu zaczął badać wzrokiem gęstwę po przeciwnej stronie nurtu, próbując dostrzec wśród drzew i ruin majaczących pomiędzy nimi domków jakikolwiek ślad zasadzki.

- Niczego nie uszkodzili - burknął Salt spoglądając podejrzliwie na chybotliwą konstrukcję mostka - Może wcale się tędy nie przeprawiali?

- Może banda Holtza wcale nie poszła na Bluewell? - dodał Bill Harper stawiając pierwszy krok na drewnianej kładce.

- Jeśli nie, burmistrz Lavigne będzie mógł mówić o cholernie wielkim szczęściu - potrząsnął głową sceptycznie nastawiony do opinii towarzysza Jimmy Cash - Zresztą zaraz i tak się dowiesz, za pół godziny będziemy w osadzie. Wszyscy nadstawiać uszu i wytrzeszczać po drodze gały, jasne? Nie zamierzam z rozpędu wleźć w jakieś gówno!


Wątek techniczny

Grupa z Anawalt dotarła już do Freeman i bierze się za forsowanie rzeczki na wysokości linowego mostku, pomna ostrzeżeń kurierów na temat chorobotwórczej substancji w jej nurcie. Jakieś specjalne deklaracje?

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 05 grudnia 2011, 22:56

Jeśli Holtz się pojawi to powitamy go bardzo miło!
Z uśmiechem na twarzy podamy prawicę, poczęstujemy okowitką, chlebkiem i solą a na koniec osobiście walnę go prosto w łeb. Potem za rączki na drzewko ze stópkami w mrowisku albo w dogasającym żarze z ogniska. Jak mu się nie spodoba to po indiańsku, rozszczepimy drzewko na pół, wsadzimy a potem puścimy. Ciekawe jak długo wytrzyma.

Chciałbym w miarę możliwości obejrzeć wiązania mostu, czy aby nie zaminowali albo podcięli. Jak wleziemy wszyscy to może się zerwać i będzie taki bajzel że wystrzelają jak kaczki.
Proponuję pojedyńczo dwóch ludzi, snajperzy ochraniają z brzegu od nas. I każdy po sztuce na most!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 05 grudnia 2011, 23:01

Gdzieś w dziczy, 4 maja 2055

Kiedy kroki rzekomego Holtza oddaliły się pośpiesznie, kaznodzieja zdusił w sobie atak paniki i zaczęł myśleć z dziką desperacją nad sposobem uwolnienia się z pułapki. Wielebny nie miał żadnych złudzeń co do swego losu, gdyby sadystyczny degenerat powrócił i zastał go nadal w pętach. Sama świadomość tego, że spędził nieświadomie tyle czasu w towarzystwie mutanta budziła w Ebenezerze skrajną odrazę przemieszaną ze złością na samego siebie. Dopiero teraz zauważył pewne drobne szczegóły, które mogły go wcześnie umocnić w przekonaniu, że Jeremiash Holtz z Bluewell, Anawalt i motocyklowego rajdu przez bezdroża nie był wcale bohaterem Federacji Appalachów, tylko podstępnym infiltratorem mutanckiej bandy.

Jasne też stało się, jakim cudem zdołał tak wprawnie wypatrzyć leżącą w gąszczu traw butelkę, za pomocą której jego odrażający kompani oznakowali miejsce zasadzki; on po prostu wiedział, czego powinien wypatrywać. Radeford od początku wyprawy czuł się niepewnie w towarzystwie słynnego łowcy mutantów, ale te szczątkowe podejrzenia wobec jego osoby były w jego przekonaniu bardziej powodowane osobistą niechęcią niż opartym na dowodach przekonaniu, że coś tu nie gra.

Poczuł zimny dreszcz uświadomiwszy sobie skalę chytrego planu fałszywego Holtza. Ten człowiek... w zasadzie nie był pewny, czy wciąż jeszcze może go klasyfikować jako członka swego gatunku, przed oczami ciągle miał budzący chęć wymiotów widok jego groteskowo zmutowanych organów płciowych... ten półczłowiek zdołał w przeciągu kilku dni wniknąć bez najmniejszego trudu w dwie lokalne społeczności, wykorzystując fałszywą tożsamość dla wykupienia ogromnego kredytu zaufania. Ebenezer nie miał pojęcia, co działo się właśnie z prawdziwym Holtzem i czy zdawał on sobie sprawę, że ktoś bezwzględnie pozował na legendarnego kawalera mieczowego Federacji knując jednocześnie za plecami łatwowiernych sojuszników!

Kryjący się w półmroku pokoju mutant budził jego wstręt i lęk, ale kaznodzieja panował nad swą paniką świadomy strachu, jaki w odmieńcu budził dla odmiany Holtz. Wszystko wskazywało na to, że odrażający stwór nie tknie więźnia palcem w obawie przed konsekwencjami, a to dawało mężczyźnie pewne nadzieje na przyszłość. Przesuwając czubkami palców po deskach podłogi pod swymi plecami wymacał jakiś kształt, który pociągnięty dyskretnie w górę wyszedł bez trudu z próchniejącego drewna skrywając się pomiędzy palcami Radeforda.

Był to lekko skorodowany, ale wciąż ostry metalowy ćwiek, długi na dobre dwadzieścia centymetrów i mogący posłużyć od biedy za całkiem praktyczne narzędzie mordu.


Wątek techniczny

Mały prezent od Mistrza Gry jako reakcja na prośbę Aravena, ale reszta już w rękach Ebenezera!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 05 grudnia 2011, 23:10

Pod Bluewell, 4 maja 2055

Między gęstymi dotąd drzewami pojawił się znienacka blask słonecznego światła, zdradzając bliską już krawędź lasu. Przedzierający się pomiędzy kolczastymi krzakami Anawaltczycy zwolnili kroku, zaczęli się ostrożnie skradać świadomi faktu, że kilkadziesiąt metrów dalej natrafią na wykarczowany pas ziemi otaczający perymetr Bluewell. Jimmy Cash zamierzał co prawda pokonać ostatni odcinek nerwowej i męczącej podróży szosą biegnącą od strony Freeman, ale przeważyła opinia Billa Harpera, że lepszym rozwiązaniem będzie skryta infiltracja okolicy marszem poprzez lesistą dzicz.

- Nikt nie strzela bez rozkazu - powiedział cicho Jimmy, najbliżsi mężczyźni przekazali jego polecenie dalej. Paul i Jack przykucnęli pośród kępy paproci sondując wzrokiem widoczny już doskonale pas gołej ziemi. Do nadstawianych bacznie uszu kurierów nie docierał żaden niepokojący dźwięk, nie wyczuwali też zapachu spalenizny, który byłby bez wątpienia wykrywalny z tej odległości, gdyby w osadzie szalał pożar.

- Bardzo tu spokojnie - mruknął Harper pokazując dwóm kompanom ze sztucerami zgięte palce prawej dłoni. Obaj Anawaltczycy z miejsca zrozumieli ten gest, wysunęli się przed grupę z przyłożonymi do ramion kolbami myśliwskich Remingtonów-700 lustrując poprzez okulary teleskopów zewnętrzne ogrodzenie osady. Pozostali mężczyźni czaili się w milczeniu pośród gęstwiny, nie tracąc czujności i wciąż doskonale pamiętając niedawne krótkie starcie z grupką tropiących ich mutantów.

Po kilku dłużących się niemiłosiernie minutach jeden z przepatrywaczy podniósł własną rękę przywołując resztę grupy do siebie. Ludzie podnieśli się z kolan tak cicho jak to tylko było możliwe, dołączyli do obu szperaczy. Paul Wilson przykucnął tuż obok Casha i Harpera, pochylonych nad leżącym na ziemi myśliwym.

- Wszystko gra - powiedział mężczyzna odsuwając lunetę broni od twarzy - Na wieżach strażnicy, żadnego śladu mutacji, zachowują się jakby nerwowo, ale nie panicznie. Dym z kominów, żadnych uszkodzeń ogrodzenia.

Paul przyłożył do oczu własną lornetkę, przesunął wzrokiem po wzmocnionym płytami metalu drewnianym wale obiegającym Bluewell, przyjrzał się uważniej tkwiącym na strażniczych wieżyczkach ludziom. Wszyscy mieli przy sobie broń, a niektórzy również kevlarowe kamizelki lub nabite metalowymi płytkami skórzane kurtki służące za prowizoryczne zbroje. Obserwując ich przez chwilę kurier faktycznie odniósł wrażenie, że wartownicy byli spięci i nieco nerwowo, ale żaden z nich nie celował w okoliczną gęstwę, zadowalając się bacznym śledzeniem okolicy.

- Wszystko w normie - potwierdził podając lornetkę Saltowi - Sam zobacz.

Jack przyglądał się północnej części Bluewell przez dobre pół minuty, zanim oddał Paulowi jego własność. Kierowca przesunął pod ramię włócznię, potem podniósł się spoglądając z góry na Casha i Harpera.

- Wydaje mi się, że wiedzą o obecności bandy Holtza albo przynajmniej coś przeczuwają, stąd tak mocna obsada na wieżach - stwierdził cichym tonem - Trzeba będzie tak wejść w ich pole widzenia, żeby przypadkiem nie sprowokować ostrzału, bo jeszcze dojdzie do jakiejś tragedii. Jak tylko nas rozpoznają, a na pewno będą pamiętali mnie i Jacka, zażądamy spotkania z burmistrzem. Jeśli wyprzedziliśmy mutantów, mogą tutaj być lada moment, a tamci dranie zza rzeki na pewno ostrzegli już resztę. Jeśli uderzą, to z zaskoczenia i będą przy tym bardzo na nas uważali.

- Masz rację - kiwnął głową Jimmy - Kto wyjdzie z lasu i pomacha im grzecznie rączką na powitanie? Goście mają kilka konkretnych gnatów, wolałbym ich nie zdenerwować widokiem nieogolonej gęby.


Wątek techniczny

Goldwin, Araven, jesteście na peryferiach Bluewell. Wszystko wskazuje na to, że mutanci jeszcze do osady burmistrza Lavigne nie dotarli. Miejscowi chyba przeczuwają jakieś kłopoty, bo wystawili nieco silniejsze straże na wieżach niż widzieliście wcześniej, ale nigdzie nie ma ani śladu po ewentualnym ataku degeneratów.

Istotne jest teraz odpowiednie zaprezentowanie się wartownikom, ponieważ oficjalni goście zwykli się zjawiać od strony szosy, nie zaś na przełaj przez gęstwinę na flance wioski. Jeśli zbyt szybko i agresywnie wychyniecie z tych krzaczorów, komuś na górze mogą z rozpędu puścić nerwy i jeszcze Wam kulkę pośle niechcący.

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 05 grudnia 2011, 23:25

A ja bym nie był taki "hop do przodu" z wyłażeniem z krzaczorów. Ta nerwowość jest podejrzana.
Nikt mi nie zagwarantuje, że mają nabite flinty i nie stoją tylko na wabia.
Kobiety i dzieci zawsze można wziąć za zakładników.
Ale to moja paranoja :P

Może by tak ściągnąć ich uwagę jakimś błyskiem, lusterko czy szkło...
Potem białą szmatę na kij i powoli przed siebie. Chyba, że znają stary kod Morse'a i można im poświecić...

Brakuje mi też danych czy teren całkiem otwarty, są krzaki, zabudowania czy inne osłony. Nie uśmiecha mi się ganianie przez otwartą przestrzeń ze świadomością mutka z flintą pomiędzy drzewami.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 06 grudnia 2011, 00:36

Popieram Jacka w tej sprawie. Na razie jeden człowiek idzie w stronę Bluewell pogadać z wartownikami i wyczaić czy to nie zasadzka... Sugeruję Cashowi ostrożność. Snajperzy ubezpieczają wysłannika, kogoś kogo znają w Bluewell.
Ostatnio zmieniony 06 grudnia 2011, 08:21 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
deliad
Reactions:
Posty: 3638
Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
Has thanked: 5 times
Been thanked: 52 times

Post autor: deliad » 06 grudnia 2011, 07:38

Zimny pręt w rękach działał uspokajająco. Bóg nie zapomniał o swym gorliwym wyznawcy. Kochał go! Wysłał swojego najwierniejszego sługę w same centrum czeluści piekieł, aby poddać go ostatecznej próbie. Próbie poświęcenie. Ebenezer nie miał już wątpliwości. Holtz nie był człowiekiem, nie był też mutantem... Był wysłannikiem samego szatana, demonem w mutanciej skórze. Och jakiż byłem naiwny. Jak mogłem zignorować drganie wewnętrznej struny. Bóg obdarzył mnie szóstym zmysłem, abym rozpoznawał sługi złego. A ja tak lekce sobie ważyłem ostrzeżenie. Zgrzeszyłem pychą... Zbytnią wiarą we własne siły.
Niezbadane są plany boskie. Co mi jest przeznaczone? Czy ten ćwiek jest po to aby zakończyć żywot bez pokalania? Nieee samobójstwo jest grzechem. Kara za grzech zawsze jest sroga. Karą za pychę może być pohańbienie. Ale nic nie dzieje się bez przyczyn, to Bóg snuje wątki naszego życia. Wydarzenia ostatnich dni było świadectwem istnienia Pana Najwyższego i jego wszechmocy. Kąpiel w rzece w Freeman i wysypka , to część planu boskiego, który w razie porażki jego sługi ma spowodować zainfekowanie rządzonego zwierzęcą chucią demona. Oby ta zmutowana kuśka odpadła. Tak !!! Nawet pokalanie sługo bożego obróci się ze zdwojoną siłą przeciw demonowi.
Ale uznajmy to za plan B. Plan A musi zakładać bardziej bezpośrednią zemstę. Ćwiek chowam na razie za pasek do spodni. Czekam chwilę aż Holtz odjedzie i wprowadzam mój ryzykowny i śmiały plan w życie.
Symuluję atak kaszlu, z trudem łapię powietrze. Atak mija..
- Hej mutolu nie siedź tam i się nie śliń, jak tępe zwierze. Durny pomiocie. -khe, khe (krótka przerwa). Zamiataj i to już po moje leki.Chyba nie chcesz żeby Twój pan znalazł trupa zamiast powiernika jego nasienia. (khe)
- Oj ale by się wkurzył jakbym umarł. Pewnie zrobił by sobie kolczyki z Twoich jaj, wisiorek z wyrwanych żywcem jelit i bransoletkę z twojego odbytu - dewiant parszywy - dodaję ciszej. A ja czuję jak mi serce zaczyna stawać. Jak mi nie przyniesiesz leków, będę zimny trup - khe, khe.
- NO CO TAK STOISZ!!! Czerwona fiolka w sakwie mojego crossa. Wiesz co to kolor czerwony? To taki który ci z łba poleci jak mi się coś stanie przed powrotem twojego pana.
W tym momencie symuluję atak suchego kaszlu, a później duszność.
- Kur..... no co tak się gapisz. Przecież nie ucieknę. Parszywy gadzie - syczę dusząc się.

Wątek techniczny:
Nie pora na słabości! Jeżeli mutek da się namówić i wyjdzie. Przekładam ręce pod nogami i rozwijam drut z nóg i rąk. Przyczajam się przy drzwiach i jak mutek będzie wchodził wbijam mu ćwiek w plecy na wysokości serca.
Ostatnio zmieniony 06 grudnia 2011, 11:54 przez deliad, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 06 grudnia 2011, 21:20

Gdzieś w dziczy, 4 maja 2055

Czując w dłoni ostry przedmiot kaznodzieja poczuł przypływ nagłej pewności siebie i chociaż w innych okolicznościach wyśmiałby bez cienia wyrozumiałości kogoś dowodzącego, że ćwiek może być bronią do walki wręcz, teraz ten kawałek metalu napełnił go nadzieją na uratowanie z opresji.

Największym problemem był pętający go w nadgarstkach drut. Dopóki leżał z rękami związanymi za plecami, mógł się zdobycznym ćwiekiem co najwyżej ukłuć w pośladki. Nie widział żadnej możliwości takiego wykręcenia ciała, by móc zwabić pod byle pozorem pilnującego ją mutanta bliżej, a potem wbić mu metalowy szpikulec w jakiś wrażliwy punkt, najlepiej oko.

Musiał to rozegrać w jakiś inny sposób.

Przesunął się na próbę o kilka centymetrów w bok i ruch ten natychmiast zaalarmował ukrytego w półmroku strażnika. Odrażający odmieniec wychynął z kąta pokoju spoglądając na człowieka swymi dziwnymi oczami i szczerząc zdeformowane zęby. Ebenezer odpowiedział mu pełnym wstrętu wzrokiem, potem zaś odwrócił się równie szybko w bok, wpadając znienacka na pozornie bezsensowny pomysł.

- Hej, mutolu, nie siedź tam i się nie śliń jak tępe zwierze. Durny pomiocie - Radeford urwał na chwilę wyzwiska udając, że dusi się kaszlem - Zamiataj i to już po moje leki. Chyba nie chcesz żeby Twój pan znalazł trupa zamiast powiernika jego nasienia.

Bladoskóry stwór znalazł się przy nim jednym susem, reagując z przerażającą szybkością, którą wielebny natychmiast uwzględnił w dalszych planach uwolnienia się z potrzasku. Pomarszczona dłoń o pokracznych, powyginanych dziwacznie palcach zacisnęła się na szyi więźnia.

- Oj ale by się wkurzył jakbym umarł. Pewnie zrobił by sobie kolczyki z twoich jaj, wisiorek z wyrwanych żywcem jelit i bransoletkę z twojego odbytu - dewiant parszywy - nie ustawał w obscenicznych i ledwie mu przechodzących groźbach kaznodzieja - A ja czuję jak mi serce zaczyna stawać. Jak mi nie przyniesiesz leków, będę zimny trup, khe, khe. Czerwona fiolka w sakwie mojego crossa. Wiesz, co to kolor czerwony? To taki, który ci z łba poleci jak mi się coś stanie przed powrotem twojego pana.

Mutant odskoczył od niego jak oparzony, potrząsając głową i przykładając co chwila do ucha rękę. Wielebny zacisnął usta ze zdenerwowania obawiając się coraz bardziej, że bystrzejszy niż zakładał degenerat przejrzy jego blef, on jednak zerwał się nagle na równe nogi, spojrzał raz jeszcze na więźnia i wypadł z domku zatrzaskując za sobą drewniane drzwi.

Radeford znalazł się w środku sama, pozbawiony przynajmniej na chwilę jakiegokolwiek nadzoru.


Wątek techniczny

Deliadzie, masz, coś chciał. Pan brzydki zostawił Cię na chwilę samego, więc działaj, póki nie wróci, bo należy się spodziewać, że ktoś bystrzejszy zaraz wytłumaczy mu jak to naprawdę jest z Twoją chorobą, a wtedy się biedak bardzo, ale to bardzo zdenerwuje!

ODPOWIEDZ