ZC - Tajemnica Domu Westonów
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Washington Street, Arkham, wieczór 22 listopada 1920;
Paul wysiadł z Forda na lejący deszcz i podbiegł do werandy rozciągającej się wzdłuż domostwa sąsiadującego z domem Westona. Drzwi po dwukrotnym zapukaniu otworzył starszy pan. Dziennikarz wytłumaczył, iż pracuje nad materiałem dotyczącym domu obok. Mężczyzna po chwili wahania wpuścił Gillingama do salonu. Przedstawił się jako Leslie Clark Bolton – prawnik z kancelarii Bolton & Pike. Zaproponował filiżankę kawy, chyba targany żałosnym widokiem przemokniętego do suchej nitki dzienikarzem.
Do klasycznego lecz pięknie bogato salonu zeszła jeszcze żona Boltona - Elizabeth. Ciepły aromatyczny napój rozgrzał Paula. Zachęcony rozmownością państwa Boltonów spytał:
- Czy uważają Państwo dom obok za nawiedzony? - Leslie pokręcił przecząco głową w odpowiedzi. Liz potwierdziła opinie męża:
- Och proszę Pana. Nawiedzony to zbyt dużo powiedziane. Po prostu dużo się w nim dzieje. To zupełnie niepodobne do takiej spokojnej i bogatej okolicy. Odkad się tu przeprowadziliśmy niemal trzydzieści lat temu, to dużo się tam wydarzyło. Najpierw ten Weston i ci szaleńcy z tego kościoła, już nie pamiętam jak się nazywał. Weston był z nimi powiązany jakoś. Nocne pijatyki i orgie. Mieszkać się tu nie dało. Wraz z sąsiadami wytoczyliśmy proces, ale Sąd mimo apelacji, uznał prawo Westona do zamieszkania. Potem Weston zaginął. Dom stał pusty przez kilka lat i był względny spokój. Z tego co wiem spadkobiercy Westona w końcu wymogli na Sądzie Najwyższym uznanie Westona martwym i wyegzekwowali testament starca. Czy Pan wie, że ten hulaka podobno chciał aby pochować go we własnym domu?- dodała ironicznie Pani Bolton. Leslie wtrącił się w słowo:
- Pomysł zaiste godny podziwu. Ten wariat, trzeba przyznać miał kawaleryjską fantazję. Nie do pomyślenia w takiej okolicy.
- A co było potem? - Paul był ciekawy opinii Boltonów.
- A później co trochę, ktoś się wprowadzał i wyprowadzał.- Podjął wątek Pan Bolton. - Ale nikt na dłużej. Chyba Pictonowie byli około dwóch lat tutaj z tego co pamiętam, albo może Państwo Spears? No nieważne, ta agencja co się tą nieruchomością zajmowała to naprawdę się nie przykładała. Jakiś ludzi z working class tu sprowadzali i same kłopoty z nimi były. - Leslie podkreślił poirytowany wyraźnie słowa working class. - Ten cały Goodyear się powiesił, jego rodzina to jakiś margines był, nawet auta nie mieli. Że już nie wspomnę o ostatnich najemcach: Macario. Niby bardzo mili ludzie, ale no wie Pan, żeby w taką okolicę ludzi z problemami psychicznymi sprowadzać?
- Tak, tak. Oboje zabrano na oddział psychiatrczny. Pięciu policjantów Pana Macario wyprowadzało, a wrzaski na całe Arkham chyba były. - Liz przedstawiła obrazową wizję aresztowania.
- A co Państwa zdaniem mogo spowodować, że normalni ludzie lądują obłokani w szpitalu?
- Wie Pan, ja jestem prawnikiem a nie lekarzem, swoje w życiu widziałem, ale jeśli oczekuje Pan, że powiem Panu duchy, to się Pan Panie Gillngham grubo myli. Jesteśmy pobożnymi protestantami i w takie wymysły nie wierzymy.
Wątek techniczny
Taką mniej więcej faktograficzną wersję zdarzeń przedstawiają inni rozmówcy. Masz jakieś inne pytania? Nie domknąłem rozmowy, gdyby Paul chciał jeszcze o coś spytać. Na rozmowach upłynął Ci czas do 21.00. Co dalej?
Paul wysiadł z Forda na lejący deszcz i podbiegł do werandy rozciągającej się wzdłuż domostwa sąsiadującego z domem Westona. Drzwi po dwukrotnym zapukaniu otworzył starszy pan. Dziennikarz wytłumaczył, iż pracuje nad materiałem dotyczącym domu obok. Mężczyzna po chwili wahania wpuścił Gillingama do salonu. Przedstawił się jako Leslie Clark Bolton – prawnik z kancelarii Bolton & Pike. Zaproponował filiżankę kawy, chyba targany żałosnym widokiem przemokniętego do suchej nitki dzienikarzem.
Do klasycznego lecz pięknie bogato salonu zeszła jeszcze żona Boltona - Elizabeth. Ciepły aromatyczny napój rozgrzał Paula. Zachęcony rozmownością państwa Boltonów spytał:
- Czy uważają Państwo dom obok za nawiedzony? - Leslie pokręcił przecząco głową w odpowiedzi. Liz potwierdziła opinie męża:
- Och proszę Pana. Nawiedzony to zbyt dużo powiedziane. Po prostu dużo się w nim dzieje. To zupełnie niepodobne do takiej spokojnej i bogatej okolicy. Odkad się tu przeprowadziliśmy niemal trzydzieści lat temu, to dużo się tam wydarzyło. Najpierw ten Weston i ci szaleńcy z tego kościoła, już nie pamiętam jak się nazywał. Weston był z nimi powiązany jakoś. Nocne pijatyki i orgie. Mieszkać się tu nie dało. Wraz z sąsiadami wytoczyliśmy proces, ale Sąd mimo apelacji, uznał prawo Westona do zamieszkania. Potem Weston zaginął. Dom stał pusty przez kilka lat i był względny spokój. Z tego co wiem spadkobiercy Westona w końcu wymogli na Sądzie Najwyższym uznanie Westona martwym i wyegzekwowali testament starca. Czy Pan wie, że ten hulaka podobno chciał aby pochować go we własnym domu?- dodała ironicznie Pani Bolton. Leslie wtrącił się w słowo:
- Pomysł zaiste godny podziwu. Ten wariat, trzeba przyznać miał kawaleryjską fantazję. Nie do pomyślenia w takiej okolicy.
- A co było potem? - Paul był ciekawy opinii Boltonów.
- A później co trochę, ktoś się wprowadzał i wyprowadzał.- Podjął wątek Pan Bolton. - Ale nikt na dłużej. Chyba Pictonowie byli około dwóch lat tutaj z tego co pamiętam, albo może Państwo Spears? No nieważne, ta agencja co się tą nieruchomością zajmowała to naprawdę się nie przykładała. Jakiś ludzi z working class tu sprowadzali i same kłopoty z nimi były. - Leslie podkreślił poirytowany wyraźnie słowa working class. - Ten cały Goodyear się powiesił, jego rodzina to jakiś margines był, nawet auta nie mieli. Że już nie wspomnę o ostatnich najemcach: Macario. Niby bardzo mili ludzie, ale no wie Pan, żeby w taką okolicę ludzi z problemami psychicznymi sprowadzać?
- Tak, tak. Oboje zabrano na oddział psychiatrczny. Pięciu policjantów Pana Macario wyprowadzało, a wrzaski na całe Arkham chyba były. - Liz przedstawiła obrazową wizję aresztowania.
- A co Państwa zdaniem mogo spowodować, że normalni ludzie lądują obłokani w szpitalu?
- Wie Pan, ja jestem prawnikiem a nie lekarzem, swoje w życiu widziałem, ale jeśli oczekuje Pan, że powiem Panu duchy, to się Pan Panie Gillngham grubo myli. Jesteśmy pobożnymi protestantami i w takie wymysły nie wierzymy.
Wątek techniczny
Taką mniej więcej faktograficzną wersję zdarzeń przedstawiają inni rozmówcy. Masz jakieś inne pytania? Nie domknąłem rozmowy, gdyby Paul chciał jeszcze o coś spytać. Na rozmowach upłynął Ci czas do 21.00. Co dalej?
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
St. Ann's Hospital, Arkham późne popołudnie 22 listopada 1920;
William podjechał pod budynek szpitala. Podszedł do siedzącej za biurkiem pielęgniarki tylko po to aby dowiedzieć się, że oddział psychiatryczny znajduje się po drugiej stronie małego parku. Klnąc w myślach, William wyszedł z powrotem na lejący się z nieba rzęsisty deszcz i skierował swe kroki w stronę odległego o kilkadziesiąt metrów budynku
Ciężkie masywne wrota i kraty w oknach nadawały postronnym wrażenia iż oddziałowi psychiatrycznemu bliżej było do aresztu niźli do szpitala. Ponurego obrazu dopełniał odłażący tynk i butwiejące framugi okienne na piętrze.
- Wizyta u państwa Macario? - spytał lekarz. - No proszę, jeszcze nikt z rodziny się nie zainteresował, a już druga osoba ich odwiedza. - Mruknął jakby do siebie mężczyzna po czym dodał.
- Z panem Macario widzenie nie sensu. Jest w stanie uniemożliwiającym jakąkolwiek rozmowę, ale jeśli Panu bardzo zależy... Co do żony stawiam jeden warunek. Proszę nie denerwować pacjentki. Jest w stabilnym stanie, ale nie chcemy pogorszenia jej stanu.
Detektyw przystał na warunek lekarza i barczysty pielęgniarz poprowadził Hutchinsona wgłąb korytarza. Minęli aulę pełną ludzi w żółtych fartuchach przejawiających najskrajniejsze emocje: część z nich siedziała i beznamiętnie patrzyła sie w dal, niektórzy mechanicznym kroliem przemierzali korytarze bredząc od rzeczy, a inni wrzeszczeli niczym obdzierani ze skóry bez żadnej widocznej przyczyny.
W końcu zatrzymali się przed drzwiami z małym okienkiem. Pielęgniarz w wielkim pęku kluczy odnalazł ten właściwy i otworzył zamek. W środku w fetorze fekaliów na łóżku leżał przypięty pasami około czterdziestoletni mężczyzna. Z ust ciekła mu szeroka struga śliny, nos i twarz pokrywały strupy po głębokich zadrapaniach. Wariat konwulsyjnie zaciskał i rozwierał pięści, by w pewnym momencie podnieść się nieco na łokciach, wbić hipnotyczny wzrok w Hutchinsona i wrzasnąć na całe gardło:
- ŻYYYYYYJJJJEEE!! TAK! ! TAAAAAK!! - Zaraz potem zaległ na łożu w kompletnym bezruchu, łypiąc tylko chaotycznie gałkami ocznymi.
Pielęgniarz zamknął drzwi:
- Jak sam Pan widzi nie da się z nim rozmawiać. Prawie w ogóle nie ma kontaktu z rzeczywistością, a dziś czuje się dużo gorzej. Zabrudził wszystko już dwa razy od rana. Zaprowadzę Pana do Pani Macario.
Wątek techniczny
Jakie pytania chcesz zadac Pani Macario? Pamętaj o lekarzu, który prosił o delikatność w rozmowie z kobietą. Wygląda też na to, że pielęgniarz nie zostawi Cie w cztery oczy z pacjentką.
Przepraszam za długi przestój w pbf, ale miałęm troche urwania głowy przez święta. Myślę, że teraz pbf już wróci do normy
William podjechał pod budynek szpitala. Podszedł do siedzącej za biurkiem pielęgniarki tylko po to aby dowiedzieć się, że oddział psychiatryczny znajduje się po drugiej stronie małego parku. Klnąc w myślach, William wyszedł z powrotem na lejący się z nieba rzęsisty deszcz i skierował swe kroki w stronę odległego o kilkadziesiąt metrów budynku
Ciężkie masywne wrota i kraty w oknach nadawały postronnym wrażenia iż oddziałowi psychiatrycznemu bliżej było do aresztu niźli do szpitala. Ponurego obrazu dopełniał odłażący tynk i butwiejące framugi okienne na piętrze.
- Wizyta u państwa Macario? - spytał lekarz. - No proszę, jeszcze nikt z rodziny się nie zainteresował, a już druga osoba ich odwiedza. - Mruknął jakby do siebie mężczyzna po czym dodał.
- Z panem Macario widzenie nie sensu. Jest w stanie uniemożliwiającym jakąkolwiek rozmowę, ale jeśli Panu bardzo zależy... Co do żony stawiam jeden warunek. Proszę nie denerwować pacjentki. Jest w stabilnym stanie, ale nie chcemy pogorszenia jej stanu.
Detektyw przystał na warunek lekarza i barczysty pielęgniarz poprowadził Hutchinsona wgłąb korytarza. Minęli aulę pełną ludzi w żółtych fartuchach przejawiających najskrajniejsze emocje: część z nich siedziała i beznamiętnie patrzyła sie w dal, niektórzy mechanicznym kroliem przemierzali korytarze bredząc od rzeczy, a inni wrzeszczeli niczym obdzierani ze skóry bez żadnej widocznej przyczyny.
W końcu zatrzymali się przed drzwiami z małym okienkiem. Pielęgniarz w wielkim pęku kluczy odnalazł ten właściwy i otworzył zamek. W środku w fetorze fekaliów na łóżku leżał przypięty pasami około czterdziestoletni mężczyzna. Z ust ciekła mu szeroka struga śliny, nos i twarz pokrywały strupy po głębokich zadrapaniach. Wariat konwulsyjnie zaciskał i rozwierał pięści, by w pewnym momencie podnieść się nieco na łokciach, wbić hipnotyczny wzrok w Hutchinsona i wrzasnąć na całe gardło:
- ŻYYYYYYJJJJEEE!! TAK! ! TAAAAAK!! - Zaraz potem zaległ na łożu w kompletnym bezruchu, łypiąc tylko chaotycznie gałkami ocznymi.
Pielęgniarz zamknął drzwi:
- Jak sam Pan widzi nie da się z nim rozmawiać. Prawie w ogóle nie ma kontaktu z rzeczywistością, a dziś czuje się dużo gorzej. Zabrudził wszystko już dwa razy od rana. Zaprowadzę Pana do Pani Macario.
Wątek techniczny
Jakie pytania chcesz zadac Pani Macario? Pamętaj o lekarzu, który prosił o delikatność w rozmowie z kobietą. Wygląda też na to, że pielęgniarz nie zostawi Cie w cztery oczy z pacjentką.
Przepraszam za długi przestój w pbf, ale miałęm troche urwania głowy przez święta. Myślę, że teraz pbf już wróci do normy
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Pana Macario staram się wypytać jedynie "co" żyje?
Jego żonę wypytuję delikatnie w postaci miłej konwersacji, o ile się tak da.
Przedstawiam się jako nowy najemca domu, który chce się dowiedzieć jak najwięcej o domu, ponieważ ma dziwne wrażenie, że ktoś pod jego nieobecność przestawia mu rzeczy.
Pytam:
- Jak się miewa, czy dobrze ją karmią
- Czy długo mieszka w Arkhem
Później pytania skierowuje na dom:
- Czy nie nachodzą go dzieci sąsiadów
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu ( sprawdzam czy nie zareaguje przecząco i powie coś o piwnicy.
Staram się unikać rozmowy o jej mężu i dzieciach.
- Pytam o sugestie i przeczucia dotyczące domu.
Jego żonę wypytuję delikatnie w postaci miłej konwersacji, o ile się tak da.
Przedstawiam się jako nowy najemca domu, który chce się dowiedzieć jak najwięcej o domu, ponieważ ma dziwne wrażenie, że ktoś pod jego nieobecność przestawia mu rzeczy.
Pytam:
- Jak się miewa, czy dobrze ją karmią
- Czy długo mieszka w Arkhem
Później pytania skierowuje na dom:
- Czy nie nachodzą go dzieci sąsiadów
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu ( sprawdzam czy nie zareaguje przecząco i powie coś o piwnicy.
Staram się unikać rozmowy o jej mężu i dzieciach.
- Pytam o sugestie i przeczucia dotyczące domu.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
St. Ann’s Hospital, Arkham, Wieczór 22 listopada 1920
Lekko wstrząśnięty William nerwowo spytał leżącego na łożu Macario:
- Żyje? Co żyje? Mówże!
- Szkoda zachodu. I tak nic nie powie. - Pielęgniarz spokojnie schwycił detektywa za ramię. - Bredzi cały od rzeczy co mu ślina na język przyniesie. Mówie Panu, to taki przypadek, że ze szpitala już nie wyjdzie.
Hutchinson machnął w końcu ręką i oboje udali się dalej korytarzami ponurego szpitala.
Sophie Macario nie była zbyt rozmowna. Detektyw od razu domyślił się, że musi być pod wpływem silnych leków antypsychotycznych. Była rozkojarzona i niemal przysypiała podczas krótkiego widzenia z Williamem. Można było odnieść wrażenie, że kobieta ledwo zdawała sobie sprawę, iż z ktoś jest w pokoju i próbuje się z nią komunikować. Każda odpowiedź poprzedzona była, długą, pełną napięcia ciszą, jak gdyby Sophie biłą się sama ze sobą w myślach. Pomny słów lekarza William zaczął delikatnie: od pytań o samopoczucie i neutralnych spraw jak pogoda czy zakupy. Kobieta powoli odpowiadała, Hurchinsonowi wydawało się, że nawet dostrzegł na jej twarzy cień uśmiechu, gdy wspomniała o szpitalnym wikcie. Z rozmowy wywnioskował, że muszą być w Stanach około sześć lat. Był ciekaw ile z tego czasu spędzili w Arkham:
- A ile lat Państwo mieszkają w Arkham?
- ... Dwa... Przyjechaliśmy do Arkham... jak się Wielka Wojna skończyła...
- A kręciły się po Państwa posesji jakieś dzieci?
- Dzieci... Gdzie są moje dzieci?... Czy jest im dobrze?... - Do oczu kobiety napłyneły łzy.
- Tak Pani Macario. Nic im nie jest. Kazały Panią pozdrowić. - Skłamał detektyw, aby uspokoić wzruszenie Sophie. Musiał potem jeszcze kilkakrotnie upewniać kobietę o dobrym samopoczuciu dzieciaków. Udało mu się jednak powstrzymać Panią Macario od płaczu. Postanowił spytać bezpośrednio o dom:
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu?
- To straszny dom... - Macario podkuliła nogi i oparła brodę o kolana: - Straszny... Dom... Dom
W tym momencie pielęgniarz krzyknął krótko:
- Choroba! I coś Pan narobił! Wyjdź Pan!
William cofnął się dwa kroki, dostrzegając równocześnie jak Sophie wpierw przewraca się na łóżku zwijając w pozycję płodową. W ułamek sekundy później ciałem kobiety wstrząsnęły drgawki. Macario spazmatycznie zacharczała, niekontrolowanie wyrzucając w różne strony kończyny. Pielęgniarz nacisnął na kobietę całym ciałem i wetknął jej w usta wyciągnięty z kieszeni drewniany klocek. Detektyw patrzył oniemiały jak ten wielki facet trudził się aby utrzymać filigranową kobietę, konwulsyjnie rzucającą się w kaduku. Do pokoju wpadł lekarz, którego Hutchinosn nie widział wcześniej. Wypchnął Williama za drzwi, klnąc nad czym świat stoi i rzucił się pomóc koledze.
Kilka mimut później było po wszystkim. Obaj wyszli z pokoju. Lekarz wziął Hutchinsona i odciągnął na bok. Szeptem wyładował swoją złość na Williamie:
- Nie wiem co wy sobie wyobrażacie! My tu mamy tych ludzi leczyć i zagwarantować im jakotaki spokój! A tu wczoraj ten podejrzany czarnuch z listem z komendy policji. Teraz Pan! Co to ma znaczyć? To jest szpital, a nie pokój przesłuchań! Całe tygodnie terapii poszły do diabła! Przecież Ci ludzie mają dzieci! Ktoś się musi do nich w końcu wrócić. Koniec z tym! Jako ordynator wstrzymuje wszystkie wizyty do odwołania!
Wątek techniczny
Wygląda na to, że nie uda się już nic wyciągnać z Sophie Macario. Po ataku epilepsji pewnie będzie spać przez następne kilkanaście godzin. Idziesz na umówione spotkanie w restauracji, czy jeszcze chcesz pomyszkować i popytać o coś?
Lekko wstrząśnięty William nerwowo spytał leżącego na łożu Macario:
- Żyje? Co żyje? Mówże!
- Szkoda zachodu. I tak nic nie powie. - Pielęgniarz spokojnie schwycił detektywa za ramię. - Bredzi cały od rzeczy co mu ślina na język przyniesie. Mówie Panu, to taki przypadek, że ze szpitala już nie wyjdzie.
Hutchinson machnął w końcu ręką i oboje udali się dalej korytarzami ponurego szpitala.
Sophie Macario nie była zbyt rozmowna. Detektyw od razu domyślił się, że musi być pod wpływem silnych leków antypsychotycznych. Była rozkojarzona i niemal przysypiała podczas krótkiego widzenia z Williamem. Można było odnieść wrażenie, że kobieta ledwo zdawała sobie sprawę, iż z ktoś jest w pokoju i próbuje się z nią komunikować. Każda odpowiedź poprzedzona była, długą, pełną napięcia ciszą, jak gdyby Sophie biłą się sama ze sobą w myślach. Pomny słów lekarza William zaczął delikatnie: od pytań o samopoczucie i neutralnych spraw jak pogoda czy zakupy. Kobieta powoli odpowiadała, Hurchinsonowi wydawało się, że nawet dostrzegł na jej twarzy cień uśmiechu, gdy wspomniała o szpitalnym wikcie. Z rozmowy wywnioskował, że muszą być w Stanach około sześć lat. Był ciekaw ile z tego czasu spędzili w Arkham:
- A ile lat Państwo mieszkają w Arkham?
- ... Dwa... Przyjechaliśmy do Arkham... jak się Wielka Wojna skończyła...
- A kręciły się po Państwa posesji jakieś dzieci?
- Dzieci... Gdzie są moje dzieci?... Czy jest im dobrze?... - Do oczu kobiety napłyneły łzy.
- Tak Pani Macario. Nic im nie jest. Kazały Panią pozdrowić. - Skłamał detektyw, aby uspokoić wzruszenie Sophie. Musiał potem jeszcze kilkakrotnie upewniać kobietę o dobrym samopoczuciu dzieciaków. Udało mu się jednak powstrzymać Panią Macario od płaczu. Postanowił spytać bezpośrednio o dom:
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu?
- To straszny dom... - Macario podkuliła nogi i oparła brodę o kolana: - Straszny... Dom... Dom
W tym momencie pielęgniarz krzyknął krótko:
- Choroba! I coś Pan narobił! Wyjdź Pan!
William cofnął się dwa kroki, dostrzegając równocześnie jak Sophie wpierw przewraca się na łóżku zwijając w pozycję płodową. W ułamek sekundy później ciałem kobiety wstrząsnęły drgawki. Macario spazmatycznie zacharczała, niekontrolowanie wyrzucając w różne strony kończyny. Pielęgniarz nacisnął na kobietę całym ciałem i wetknął jej w usta wyciągnięty z kieszeni drewniany klocek. Detektyw patrzył oniemiały jak ten wielki facet trudził się aby utrzymać filigranową kobietę, konwulsyjnie rzucającą się w kaduku. Do pokoju wpadł lekarz, którego Hutchinosn nie widział wcześniej. Wypchnął Williama za drzwi, klnąc nad czym świat stoi i rzucił się pomóc koledze.
Kilka mimut później było po wszystkim. Obaj wyszli z pokoju. Lekarz wziął Hutchinsona i odciągnął na bok. Szeptem wyładował swoją złość na Williamie:
- Nie wiem co wy sobie wyobrażacie! My tu mamy tych ludzi leczyć i zagwarantować im jakotaki spokój! A tu wczoraj ten podejrzany czarnuch z listem z komendy policji. Teraz Pan! Co to ma znaczyć? To jest szpital, a nie pokój przesłuchań! Całe tygodnie terapii poszły do diabła! Przecież Ci ludzie mają dzieci! Ktoś się musi do nich w końcu wrócić. Koniec z tym! Jako ordynator wstrzymuje wszystkie wizyty do odwołania!
Wątek techniczny
Wygląda na to, że nie uda się już nic wyciągnać z Sophie Macario. Po ataku epilepsji pewnie będzie spać przez następne kilkanaście godzin. Idziesz na umówione spotkanie w restauracji, czy jeszcze chcesz pomyszkować i popytać o coś?
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- Pan wybaczy ale ja też się staram chronić obywateli tego miasta. Państwo Macario są kolejnymi ofiarami przedziwnych, doprawdy, wydarzeń, doprowadzających mieszkańców do szaleństwa. Tak, to najbardziej tajemnicza sprawa jaka mi się trafiła. Staje się jeszcze bardziej pogmatwana skoro zajmuje się nią osoba powiązana z komendanturą policji w Arkhem. Zanim pójdę i zakończę niepokojenie pańskich.... pensjonariuszy, mógłby mi pan powiedzieć coś więcej o tym, jak pan to powiedział, czarnuchu. Czy to był policjant? O co wypytywał panią Macario? - wysuwam z portfela banknot o odpowiednim jak na te czasy nominale ( powiedzmy jak na dzisiejszą walutę 50 $) i przekazuje lekarzowi (jeśli zacznie udzielać odpowiedzi) - a to drobny datek na leczenie tych nieszczęsnych ludzi. Wiem, że to jedynie kropla w morzu potrzeb ale czuje się zobowiązany do choćby najskromniejszej pomocy.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
St. Ann's Hospital, Arkham, Wieczór 22 listopada 1920
Ordynator kazał wrzucić banknot do puszki na datki, choć wbrew początkowej obawie Williama nie obraził się na próbę łapówki.
Ruszyli razem korytarzem. Lekarz szeptem wyjaśnił, kto był wczoraj gościem Państwa Macario:
- Przyszedł tu wczoraj jakiś czarnuch, ale nie byle jaki bambus z plantacji bawełny. Wyglądał jak jakiś jazzman, wie Pan normalnie jak Louis Armstrong. Elegancki garnitur, nowiutki Mercedes-Benz przed szpitalem. Powiedział, że jest z policji i musi porozmawiać z rodziną Macario. Przedstawił list podpisany przez komendanta K. Gordona. Mówię Panu, nie było mowy o fałszerstwie. Znam Kurta osobiście. Poznałbym jego podpis we śnie. Ale jak się czarnuch dostał w szeregi policji to nie wiem i spytam Kurta przy najbliższej okazji. Boże, gdzie ten kraj zmierza... - Ordynator westchnął głeboko. - Poszedł do obojga. Oczywiście z mężem nie porozmawiał, ale z Panią Sophie siedział chyba z dwie godziny. Nie wiem o czym gadał, bo zażądał prywatności, ale kazałem go pilnować, żeby pacjentki brudas nie próbował zgwałcić albo coś w tym stylu. Wie Pan, czarnym nie można ufać. Pielęgniarz go podglądał od czasu do czasu. Nawet jej nie dotknął, ale chyba jakiegoś cudu dokonał, bo pacjentka do Pana wizyty czuła się najlepiej od początku pobytu w zakładzie. Potem czarnuch grzecznie podziękował i odjechał w siną dal tym Mercedesem.
Wątek techniczny
W latach dwudziestych Stany Zjendoczone były krajem wciąż bardzo uprzedzonym na tle rasowym. Ciężko było czarnym obywatelom dostać jakiekolwiek lepsze pozycje w pracy. Jedyną w sumie drogą do bogactwa była kariera muzyczna. Stąd zdzwienie ordynatora gdy zobaczył policjanta afroamerykanina.
A poniżej Mercedes tajemniczego gościa. Fura taka, że młodym gościom jak Wy szczęki opadają a krew zaczyna płynąć wiele szybciej
Ordynator kazał wrzucić banknot do puszki na datki, choć wbrew początkowej obawie Williama nie obraził się na próbę łapówki.
Ruszyli razem korytarzem. Lekarz szeptem wyjaśnił, kto był wczoraj gościem Państwa Macario:
- Przyszedł tu wczoraj jakiś czarnuch, ale nie byle jaki bambus z plantacji bawełny. Wyglądał jak jakiś jazzman, wie Pan normalnie jak Louis Armstrong. Elegancki garnitur, nowiutki Mercedes-Benz przed szpitalem. Powiedział, że jest z policji i musi porozmawiać z rodziną Macario. Przedstawił list podpisany przez komendanta K. Gordona. Mówię Panu, nie było mowy o fałszerstwie. Znam Kurta osobiście. Poznałbym jego podpis we śnie. Ale jak się czarnuch dostał w szeregi policji to nie wiem i spytam Kurta przy najbliższej okazji. Boże, gdzie ten kraj zmierza... - Ordynator westchnął głeboko. - Poszedł do obojga. Oczywiście z mężem nie porozmawiał, ale z Panią Sophie siedział chyba z dwie godziny. Nie wiem o czym gadał, bo zażądał prywatności, ale kazałem go pilnować, żeby pacjentki brudas nie próbował zgwałcić albo coś w tym stylu. Wie Pan, czarnym nie można ufać. Pielęgniarz go podglądał od czasu do czasu. Nawet jej nie dotknął, ale chyba jakiegoś cudu dokonał, bo pacjentka do Pana wizyty czuła się najlepiej od początku pobytu w zakładzie. Potem czarnuch grzecznie podziękował i odjechał w siną dal tym Mercedesem.
Wątek techniczny
W latach dwudziestych Stany Zjendoczone były krajem wciąż bardzo uprzedzonym na tle rasowym. Ciężko było czarnym obywatelom dostać jakiekolwiek lepsze pozycje w pracy. Jedyną w sumie drogą do bogactwa była kariera muzyczna. Stąd zdzwienie ordynatora gdy zobaczył policjanta afroamerykanina.
A poniżej Mercedes tajemniczego gościa. Fura taka, że młodym gościom jak Wy szczęki opadają a krew zaczyna płynąć wiele szybciej
Ostatnio zmieniony 11 kwietnia 2012, 22:00 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Valentino's Ristorante, Późny wieczór, Arkham, 22 lisotpada 1920
Alex dopiero co pożegnał Panne Hayworth, gdy do restauracji wszedł przemoczony William. Otrzepał kapelusz i płaszcz, po czym podążył w stronę stolika zajmowanego przez bibliotekarza. Jedzenie już nie było serwowane, ale o tej porze kelnerzy zaczynali roznosić bourbona i mętny alkohol, który miał imitować włoską grappe. Tak więc restauracja, gdy powinna była się wyludniać w dziwny sposób zapełniała się klientami, a życie towarzyskie toczyło się w Valentiono do wczesnych godzin rannych. Restrauracyjne stoliki zniknęły wyniesione krzepkimi rękoma młodych Włochów, a na improwizowanej scenie instalował się kwartet jazzowy.
Nim z instrumentów popłynęły pierwsze akordy dwunastotaktowego New Orleans in Chicago, w knajpie zjawił się także Paul. Przyjaciele usiedli i gorączkowo zaczęli wymieniać się swoimi odkryciami, sącząc leniwie bourbona.
Wątek techniczny
Panowie macie okazję pogadać i może dojść do jakiś konluzji i przyjąc plan na jutro. Zachęcam do dyskusji w trybie fabularnym.
Alex dopiero co pożegnał Panne Hayworth, gdy do restauracji wszedł przemoczony William. Otrzepał kapelusz i płaszcz, po czym podążył w stronę stolika zajmowanego przez bibliotekarza. Jedzenie już nie było serwowane, ale o tej porze kelnerzy zaczynali roznosić bourbona i mętny alkohol, który miał imitować włoską grappe. Tak więc restauracja, gdy powinna była się wyludniać w dziwny sposób zapełniała się klientami, a życie towarzyskie toczyło się w Valentiono do wczesnych godzin rannych. Restrauracyjne stoliki zniknęły wyniesione krzepkimi rękoma młodych Włochów, a na improwizowanej scenie instalował się kwartet jazzowy.
Nim z instrumentów popłynęły pierwsze akordy dwunastotaktowego New Orleans in Chicago, w knajpie zjawił się także Paul. Przyjaciele usiedli i gorączkowo zaczęli wymieniać się swoimi odkryciami, sącząc leniwie bourbona.
Wątek techniczny
Panowie macie okazję pogadać i może dojść do jakiś konluzji i przyjąc plan na jutro. Zachęcam do dyskusji w trybie fabularnym.
Ostatnio zmieniony 11 kwietnia 2012, 23:37 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
czegoj
- Site Admin
- Reactions:
- Posty: 3844
- Rejestracja: 18 listopada 2008, 23:34
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 11 times
- Kontakt:
Wątek techniczny:
Wydaje mi się, że nie ma co streszczać powtórnie rozmów z naszego całego dnia, no chyba, że ktoś otrzymał sekretne PW. Na razie nie znalazłem, żadnego punktu zaczepienia, chociaż kilka spraw mnie zainteresowało np. czarnoskóry kolega. Tak czy inaczej wydaje mi się, że musimy sami trochę pomieszkać w domu, poczuć atmosferę miejsca. Z rozmów niewiele wynika, każdy z dotychczasowych rozmówców miał inne objawy i różnie interpretował określone sytuacje. Nie mogę znaleźć punktu zaczepienia.
Wydaje mi się, że lepiej, żebyśmy poświęcili kilka postów, na wymianę myśli, niż opisy fabularne tego co do tej pory przeżyliśmy, ale to tylko moje zdanie. Czekam na opinię pozostałych.
Wydaje mi się, że nie ma co streszczać powtórnie rozmów z naszego całego dnia, no chyba, że ktoś otrzymał sekretne PW. Na razie nie znalazłem, żadnego punktu zaczepienia, chociaż kilka spraw mnie zainteresowało np. czarnoskóry kolega. Tak czy inaczej wydaje mi się, że musimy sami trochę pomieszkać w domu, poczuć atmosferę miejsca. Z rozmów niewiele wynika, każdy z dotychczasowych rozmówców miał inne objawy i różnie interpretował określone sytuacje. Nie mogę znaleźć punktu zaczepienia.
Wydaje mi się, że lepiej, żebyśmy poświęcili kilka postów, na wymianę myśli, niż opisy fabularne tego co do tej pory przeżyliśmy, ale to tylko moje zdanie. Czekam na opinię pozostałych.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Biuro Williama Hutchinsona, późny ranek, Arkham 23 listopada 1920
Hutchinson wszedł do biura zastanawiając się, co dziś robić. Marazm w zleceniu jakby nie patrzeć działał na korzyść detektywa. Corbitt płacił za dniówkę, więc należało wyciągnąć tak dużo dolców jak to możliwe i tylko uważać aby nie przeciągnąć struny.
Willa zaintrygował murzyn z policji, który myszkował po szpitalu. Choć nie sam nigdy nie pracował w służbach policyjnych, to był przekonany, że w Arkham nie widział czarnego policjanta. Jakie tajemnicze motywy kierowały czarnym. Historia domu opowiedziana wczoraj przez Paula była dość ciekawa, ale nijak się miała do teraźniejszych wydarzeń w domu należącym do zleceniodawcy.Weston, choć zaginął bez śladu to został oficjalnie uznany martwym kilkanaście lat temu, a jego testament wyegzekwowany przez pastora. Cokolwiek się tam nie działo, musiało mieć traumatyczny wpływ na mieszkańców. W końcu Goodyear się powiesił. Flemming chorował przewlekle a biedni państwo Macario wylądowali w szpitalu psychiatrycznym. Detektyw wciąż był lekko wstrząśnięty wczorajszym dramatycznym atakiem epilepsji u Sophie. Czy to wszystko przypadki? To wydawało się Willowi mało prawdopodobne. Każdy lokator w opiniach Paula i Alexa wydawał się normalnym najemcą, a po jakimś czasie dom odmieniał ich życia...
Will myślał i przyglądał się beznamiętnie jak irlandzka sprzątaczka, klnąc w gaelicu, szybko doprowadza gabinet do porządku, po przedwczorajszej prywatce. W pewnym momencie zwróciła się do Hutchinsona z mocnym irlandzkim akcentem:
- Hej, proszem Pana. Tu som jakiesz klutcze pod sofom?
William wziął przedmioty od sprzątaczki, wsunał w kieszen marynarki. Paul miał przyjść do biura za trzy kwadranse. Detektyw podniósł słuchakę telefonu wykręcił numer.
Hutchinson wszedł do biura zastanawiając się, co dziś robić. Marazm w zleceniu jakby nie patrzeć działał na korzyść detektywa. Corbitt płacił za dniówkę, więc należało wyciągnąć tak dużo dolców jak to możliwe i tylko uważać aby nie przeciągnąć struny.
Willa zaintrygował murzyn z policji, który myszkował po szpitalu. Choć nie sam nigdy nie pracował w służbach policyjnych, to był przekonany, że w Arkham nie widział czarnego policjanta. Jakie tajemnicze motywy kierowały czarnym. Historia domu opowiedziana wczoraj przez Paula była dość ciekawa, ale nijak się miała do teraźniejszych wydarzeń w domu należącym do zleceniodawcy.Weston, choć zaginął bez śladu to został oficjalnie uznany martwym kilkanaście lat temu, a jego testament wyegzekwowany przez pastora. Cokolwiek się tam nie działo, musiało mieć traumatyczny wpływ na mieszkańców. W końcu Goodyear się powiesił. Flemming chorował przewlekle a biedni państwo Macario wylądowali w szpitalu psychiatrycznym. Detektyw wciąż był lekko wstrząśnięty wczorajszym dramatycznym atakiem epilepsji u Sophie. Czy to wszystko przypadki? To wydawało się Willowi mało prawdopodobne. Każdy lokator w opiniach Paula i Alexa wydawał się normalnym najemcą, a po jakimś czasie dom odmieniał ich życia...
Will myślał i przyglądał się beznamiętnie jak irlandzka sprzątaczka, klnąc w gaelicu, szybko doprowadza gabinet do porządku, po przedwczorajszej prywatce. W pewnym momencie zwróciła się do Hutchinsona z mocnym irlandzkim akcentem:
- Hej, proszem Pana. Tu som jakiesz klutcze pod sofom?
William wziął przedmioty od sprzątaczki, wsunał w kieszen marynarki. Paul miał przyjść do biura za trzy kwadranse. Detektyw podniósł słuchakę telefonu wykręcił numer.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Arkham, późny ranek 23 lisotpada 1920
Alex spędził większość ranka odwiedzając miejsca, które gościły trójkę pijanych mężczyzn przedwczorajszej nocy. Niestety bez rezultatu. Klucze do domu Westona wsiąkły jak kamfora. Nie chciał prosić się wuja o zapasowy komplet, żeby nie wyjść przed kuzynem na głupca. Została tylko jedna opcja.
Klikanaście minut później był w warsztacie agencji Cottello i Spółka. Joe Bush - stary spec od wszelakich napraw, przeszukiwał już ogromną szafkę na ścianie w której wisiały na haczykach setki pęków kluczy. Po kliku minutach znalazł ten odpowiedni. Joe poprawił okulary i zmierzwione siwe włosy i wrócił do obdrapanego biurka przy którym siedział Alex:
- Ale wiesz Pan, że nie mogę dać Panu ostatniego kompletu. Trza będzie dorobić klucze u ślusarza Johna Marsha w centrum. Pan przyjdziesz po południu, żeby odebrać. To będzie trzy dolary kosztować.
Brendi bez wahania wręczył Joe kilka monet. Przynajmniej miał świadomość, że dziś odwiedzą dom kuzyna i przekonają się opowieść: Flemminga ma ręce i nogi.
Po wyjściu z warsztatu postanowił wstąpić jeszcze do pracy aby zotawić formalny list o swoim urlopie. Gdy tylko zjawił się w biurze, Sylvia, młoda asystentka poinformowała bibliotekarza o telefonie:
Dzień dobry Panie Brendi.Pół godziny temu dzwonił detektyw Hutchinson. Kazał przekazać, że ma klucze, jest w biurze i żeby się Pan wpadł do niego jak najszybciej.
Wątek techniczny
Pchnąłem akcję do przodu. Wygląda na to, że odnalzły się klucze Corbitta. Co teraz? Wizyta w domu? Poszukiwanie tajemniczego murzyna? Może próba dotarcia do innych lokatorów?
Alex spędził większość ranka odwiedzając miejsca, które gościły trójkę pijanych mężczyzn przedwczorajszej nocy. Niestety bez rezultatu. Klucze do domu Westona wsiąkły jak kamfora. Nie chciał prosić się wuja o zapasowy komplet, żeby nie wyjść przed kuzynem na głupca. Została tylko jedna opcja.
Klikanaście minut później był w warsztacie agencji Cottello i Spółka. Joe Bush - stary spec od wszelakich napraw, przeszukiwał już ogromną szafkę na ścianie w której wisiały na haczykach setki pęków kluczy. Po kliku minutach znalazł ten odpowiedni. Joe poprawił okulary i zmierzwione siwe włosy i wrócił do obdrapanego biurka przy którym siedział Alex:
- Ale wiesz Pan, że nie mogę dać Panu ostatniego kompletu. Trza będzie dorobić klucze u ślusarza Johna Marsha w centrum. Pan przyjdziesz po południu, żeby odebrać. To będzie trzy dolary kosztować.
Brendi bez wahania wręczył Joe kilka monet. Przynajmniej miał świadomość, że dziś odwiedzą dom kuzyna i przekonają się opowieść: Flemminga ma ręce i nogi.
Po wyjściu z warsztatu postanowił wstąpić jeszcze do pracy aby zotawić formalny list o swoim urlopie. Gdy tylko zjawił się w biurze, Sylvia, młoda asystentka poinformowała bibliotekarza o telefonie:
Dzień dobry Panie Brendi.Pół godziny temu dzwonił detektyw Hutchinson. Kazał przekazać, że ma klucze, jest w biurze i żeby się Pan wpadł do niego jak najszybciej.
Wątek techniczny
Pchnąłem akcję do przodu. Wygląda na to, że odnalzły się klucze Corbitta. Co teraz? Wizyta w domu? Poszukiwanie tajemniczego murzyna? Może próba dotarcia do innych lokatorów?
Ostatnio zmieniony 12 kwietnia 2012, 15:53 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Wątek techniczny:
Przed wyjściem ze szpitala pytam jeszcze o imię i nazwisko murzyńskiego policjanta.
Coś mi mówi, że trafimy na niego szybciej niż nam się wydaje. Skoro prowadzimy tą samą sprawę.
Cała sprawa jest dość mistyczna. Cóż.. nie napisałem o tym na początku sesji ale Wiliam jest metysem. Jego matką jest Indianka. Mój detektyw ma głęboko zakorzenioną wiarę w duch i w ich manifestacje w świecie rzeczywistym.
Chciałbym wam delikatnie zasugerować możliwość interwencji sił nadprzyrodzonych. Musimy dowiedzieć się jak najwięcej o poprzednim właścicielu który został pogrzebany w piwnicy oraz o dziwnym kulcie w którym uczestniczył.
Na koniec najlepsze. Na południu w rezerwacie mieszka moja indiańska rodzina. W ostateczności można poradzić się szamana jak przegonić złego ducha.
Przed wyjściem ze szpitala pytam jeszcze o imię i nazwisko murzyńskiego policjanta.
Coś mi mówi, że trafimy na niego szybciej niż nam się wydaje. Skoro prowadzimy tą samą sprawę.
Cała sprawa jest dość mistyczna. Cóż.. nie napisałem o tym na początku sesji ale Wiliam jest metysem. Jego matką jest Indianka. Mój detektyw ma głęboko zakorzenioną wiarę w duch i w ich manifestacje w świecie rzeczywistym.
Chciałbym wam delikatnie zasugerować możliwość interwencji sił nadprzyrodzonych. Musimy dowiedzieć się jak najwięcej o poprzednim właścicielu który został pogrzebany w piwnicy oraz o dziwnym kulcie w którym uczestniczył.
Na koniec najlepsze. Na południu w rezerwacie mieszka moja indiańska rodzina. W ostateczności można poradzić się szamana jak przegonić złego ducha.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Wątek techniczny
Deliadzie: jedyne co pamiętał lekarz to nazwisko brzmiące jak Kitt albo Keat. Imię nieznane.
A jak się Meduzzzz i Czegoj zapatrują na sugestię detektywa? Większość ludzi raczej nie wierzy w historie z duchami. Chceice odwiedzić indiańskiego szamana?
Gdzie szukacie informacji o Westonie (sprostowanie: Weston zaginął. Nigdy go nie odnaleziono. Uznano martwym, a pochówek w domu był tylko w testamencie. Do niczego takiego nie doszło, bo nie ma ciała.)
Deliadzie: jedyne co pamiętał lekarz to nazwisko brzmiące jak Kitt albo Keat. Imię nieznane.
A jak się Meduzzzz i Czegoj zapatrują na sugestię detektywa? Większość ludzi raczej nie wierzy w historie z duchami. Chceice odwiedzić indiańskiego szamana?
Gdzie szukacie informacji o Westonie (sprostowanie: Weston zaginął. Nigdy go nie odnaleziono. Uznano martwym, a pochówek w domu był tylko w testamencie. Do niczego takiego nie doszło, bo nie ma ciała.)