Czterdziestkowe opowieści

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 27 listopada 2012, 20:59

Motory antygrawitacyjne są, przynajmniej w użytku wśród Word Bearers. Obejrzałem fotki na stronie Forgeworld, naprawdę ładne i mają mocny klimat (nie tylko jetbike, również inne modele).

Obrazek

Co do innych sprzętów, w tekstach przewijają się głównie nieznane dotąd typy kanonierek i orbitali (Thunderhawki to nowość, królują Stormbirdy) czy myśliwców przestrzeni kosmicznej (np. Wrath, wyparty później z użytku przez Furie).

Skończyłem właśnie czytać "First Heretic" - bite 500 stron opowieści o upadku Lorgara i jego Głosicieli Słowa, według mnie wciągającej i przesyconej trzydziestkowym klimatem. Jest zatarg z Ultramarines, wizyta na preimperialnej Cadii, wyprawa do Oka Grozy, wycinek rzezi na Isstvanie V oraz (w retrospekcji) porwanie kapsuł z Primarchami-niemowlętami. Przy okazji wyjaśniło się kilka wątków, które wcześniej poznałem w "Know no Fear" (czytając cykl nie po kolei). Teraz zgłębiam "The Outcast Dead", gdzie akcja rozgrywa się w mieście astropatów przylegającym do Pałacu Imperatora. Ciekawy wątek w tle - pacyfikacja Astartes rezydujących w Pałacu w roli ambasadorów swych Legionów (notabene zbuntowanych Legionów). Konfrontacja w układzie trzydziestu przeciwko trzem tysiącom...

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 30 listopada 2012, 21:43

[center]
LEGION (Dan Abnett)
[/center]

Tel Utan, Nurth, dwa lata przed wybuchem Herezji

Nurtheńczyk wymamrotał przed śmiercią zwyczajowy stek bzdur. Celował w swych nieprzyjaciół ubrudzonymi ziemią palcami, rzucając klątwy na ich rodziny i potomków, szczególnie obelżywie lżąc pozostawione daleko dzieci. Żołnierze szybko uczyli się jak puszczać podobne wyzwiska koło uszu, ale było coś takiego w przekleństwach Nurtheńczyków, co niezmiennie przyprawiało Sonekę o gęsią skórkę.

Nurtheńczyk leżał na plecach na zboczu usypanym z czerwonego piasku, ciśnięty tam falą uderzeniową wybuchu. Jego uszyte z różowego jedwabiu szaty kleiły się w miejscach, gdzie przesiąknięty krwią materiał schnął szybko w promieniach popołudniowego słońca. Jego posrebrzany napierśnik, pokryty kunsztownymi grawerunkami w postaci stylizowanych pnączy i splecionych ze sobą krokodyli, błyszczał niczym lustro. Nogi człowieka wygięte były pod nienaturalnym kątem, w pozycji jawnie dowodzącej złamanej dolnej części kręgosłupa.

Soneka wspiął się w górę suchego wadi zamierzając przyjrzeć się konającemu wrogowi. Ciemniejące, ale wciąż niebieskie przestworza ścinały się z ziemią na czerwonym horyzoncie, promienie zachodzącego słońca oblewały sterczące z piasku bryły skał i głazy ciepłą pomarańczową poświatą.

Soneka nosił przeciwsłoneczne okulary, ale zdjął je z nosa, by Nurtheńczyk mógł widzieć jego oczy. Uklęknął obok wroga, a noszone na szyi żołnierza niewielkie złote pudełko zadyndało w powietrzu nad twarzą Nurtheńczyka.

- Dość już tych klątw, dobrze? - zaproponował.

Pozostali żołnierze rozsypali się po zboczu wadi, z bronią w czujnych rękach, z wzrokiem myszkującym ustawicznie po okolicy. Pustynny wiatr poruszał ich długimi płaszczami, wprawiał je w ustawiczny taniec. Lon, jeden z bashawów Soneki, zniszczył już falcjon konającego nieprzyjaciela za pomocą likwinitu i cisnął złamane ostrze na dno wadi.

Soneka wciąż wyczuwał unoszący się w ciepłym powietrzu charakterystyczny odór likwinitu.

- To już koniec? - powiedział do umierającego człowieka - Porozmawiasz ze mną?

Przekręcając głowę w stronę najeźdźcy, z twarzą oblepioną ziarnkami czerwonego piasku, Nurtheńczyk wymamrotał coś ledwie słyszalnie. Krwiste bańki powietrza pękały co chwila w kącikach jego ust.

- Ilu was było? - zapytał Soneka - Ilu się jeszcze ukrywa w tej dziurze?

- Ty... - zaczął Nurtheńczyk.

- Tak?

- Ty... pieprzyłeś się z własną matką.

Stojący u boku Soneki Lon podniósł szybkim ruchem swój karabinek.

- Daj spokój - powiedział Soneka - Słyszałem gorsze rzeczy.

- Ale twoja matka to piękna kobieta - burknął Lon.

- Ty też chciałbyś się za nią wziąć? - zapytał Soneka budząc wybuch wesołości u części żołnierzy. Lon potrząsnął głową, opuścił ku ziemi lufę karabinka.

- Ostatnia szansa - powiedział do umierającego człowieka Peto Soneka - Ilu was było?

- A ilu was jeszcze zostało? - odpowiedział pytaniem Nurtheńczyk, suchym chrapliwym szeptem. Mówił z bardzo silnym akcentem, ale nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że jego mowa wywodziła się z tego samego źródła, co język imperialny - Ilu was tam jeszcze jest? Przybyliście całymi hordami z gwiazd, ale niczego nie osiągnęliście.

- Niczego?

- Dowiedliście jedynie istnienia prawdziwego zła.

- Tylko tyle jesteśmy dla was warci? - zapytał Soneka.

Nurtheńczyk spoglądał na niego zeszklonymi oczami, przywodzącymi na myśl widok przestworzy o brzasku. Zacharczał, a z jego ust trysnęła obfita struga krwi.

- Umarł - zauważył Lon.

- Trafna diagnoza - prychnął Soneka prostując swe plecy i oglądając się w tył na swych ludzi. Na dnie wadi dwa pojazdu Nurtheńczyków dopalały się szybko zasnuwając powietrze gęstymi kłębami dymu. Gdzieś w oddali, w głębi wadi rozległy się stłumione trzaski wystrzałów z laserów.

- Chodźmy potańczyć - powiedział Soneka.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 30 listopada 2012, 22:32

Stając na krawędzi wadi i spoglądając na zachód można było dostrzec zarys samego Tel Utanu - skupiska terakotowych bloków i murów pokrywających podłużne wzgórze w kształcie liścia wznoszące się ku niebo dziesięć kilometrów dalej. Dzieląca miasto od obserwatora przestrzeń była plątaniną rozpadlin i skalnych bloków oraz koryt wyschniętych rzek i w coraz słabszym świetle kończącego się dnia wąwozy te wypełniały się mrokiem tak gęstym jak atrament.

Patrząc na odległe miasto Soneka czuł podobną czerń w swoim sercu. Tel Utan okazało się dla żołnierzy orzechem nie do zgryzienia. Przez osiem ostatnich miesięcy opierało się wszelkim atakom dzięki kombinacji sprzyjającego obrońcom terenu, umiejętnej taktyki, stoicyzmu tubylców i ogromnej dozy zwyczajnego szczęścia.

Pięćdziesiąta Druga Geno-brygada Chiliadu była jedną z najstarszych jednostek Imperialnej Armii. Elitarny związek bojowy złożony z tysiąca kompanii sięgał swą przeszłością czasów Wojen Unifikacyjnych; należał do sławnej Starej Setki, regimentów wojskowych wywodzących się z czasów konfliktów terrańskich, które Imperator w swej niezgłębionej mądrości pozostawił po Unifikacji w stanie służby doceniając lojalność i męstwo służących w nich żołnierzy. Tysiące innych jednostek zostały w tym samym czasie zmuszone do demobilizacji bądź nawet poddane masowym czystkom w odpowiedzi na niechęć do zaakceptowania zasad nowego porządku świata.

Peto Soneka urodził się w Feodosii i w latach swej młodości służył w tamtejszej armii, ale zawzięcie zabiegał o przeniesienie do Pięćdziesiątej Drugiej Brygady, kiedy tylko nadarzyła się ku temu stosowna okazja, zafascynowany w pełni zasłużoną reputacją jednostki. Walczył w szeregach brygady od dwudziestu trzech lat zdobywając rangę hetmana - i nie przypominał sobie, by w tym czasie jego żołnierze natrafili na przeciwnika, którego nie byliby w stanie złamać.

Rzecz jasna zwycięstwo nie zawsze przychodziło z łatwością. Przywołując najbardziej wryte w pamięć wspomnienia, Soneka mógłby opowiedzieć o Foechionie, gdzie jego genetycznie modyfikowani żołnierze przez sześć tygodni zmagali się w polarnych ciemnościach z zielonoskórymi albo Zantium, gdzie Dragonoidzi omal nie pokonali ich w wojnach podjazdowych i ustawicznych zasadzkach.

Lecz Nurth, Tel Utan w szczególności, okazał się największym wyzwaniem w historii brygady. Plotki sugerowały, że marszałek zaczynał się niecierpliwić, a nikt zdrowy na umyśle nie kręciłby się dobrowolnie w pobliżu Namatjiry wiedząc, że jego cierpliwość właśnie się kończy.

Soneka założył z powrotem przeciwsłoneczne okulary. Był szczupłym mężczyzną w wieku czterdziestu dwóch lat, chociaż mógł bez większego trudu uchodzić za dwudziestopięciolatka. Regularne rysy twarzy, wysoko zarysowane kości policzkowe i twarde linie szczęki, wysunięty podbródek i lśniące pod wydatnymi wargami nieskazitelne zęby niezmiennie zwracały na niego uwagę kobiet. Podobnie jak pozostali członkowie imperialnej ekspedycji, zdążył się opalić w nurtheńskim słońcu na ciemny brąz. Kiedy machnął ręką, jego bashawowie sprowadzili żołnierzy na dno wadi, ruszając szeroką piaszczystą rozpadliną w forpoczcie pancernego wsparcia. Kołyszące się na gąsienicach czołgi wyrzucały w powietrze chmury czerwonawego piasku, mieląc swym ciężarem kawałki skał. Centaur Soneki czekał na powrót dowódcy, ale hetman machnął przecząco ręką w stronę kierowcy transportera.

Zamierzał skorzystać z własnych nóg.

W myślach oszacował, że zostało mu jakieś pół godziny słonecznego światła. Noc - lekcja wyryta boleśnie w świadomości imperialistów - należała do rdzennych mieszkańców Nurthu. Soneka miał nadzieję, że zdąży do zmierzchu dotrzeć na wysokość wysuniętego punktu kontrolnego CR23. Ostatnie starcie z Nurtheńczykami znacząco opóźniło postęp natarcia, budząc w myślach hetmana skojarzenia z mozolnym wyciąganiem spod skóry kolejnych drzazg.

Przemieszczający się w coraz głębszym półmroku żołnierze Soneki budzili w sercu hetmana uczucie uzasadnionej dumy. Ich uniformy były ciasno dopasowanymi do ciał skórzanymi kombinezonami pokrytymi elementami osobistych pancerzy, z narzuconymi na barki długimi płaszczami z żółtego merkadaksu, terrańskiego syntetycznego jedwabiu o znacznie wyższej odporności na uszkodzenia od materiału służącego do wyrobu nurtheńskich mundurów. Skórzane kombinezony opięte były uprzężami i pasami, a ich kaptury wykończone były pasami sztucznego futra i ozdobione kompanijnymi emblematami. Mężczyźni nieśli przy sobie lekkie plecaki, rezerwowe akumulatory i długie bagnety, podwójny zapas butelkowanej wody szczękający w ustawicznym kontakcie z zawieszonymi na uprzężach pojemnikami likwinitu. Większość posiadała laserowe karabinki i konwencjonalne granatniki przeciwpancerne, ale niektórzy nieśli miotacze płomieni i ciężką broń maszynową.

Wszyscy byli ogromnymi ludźmi, tworzonymi drogą sztucznego zapłodnienia i modyfikowanymi genetycznie w celu uzyskania jak największej masy mięśniowej, przez co w porównaniu z nimi Soneka sprawiał wrażenie zdecydowanie niskiego i wątłego. Nosili na głowach hełmy zwieńczone szpikulcami, z wypolerowanej stali i często wyposażone w podwieszone do nich obszerne chusty. Ich przeciwsłoneczne okulary miały kształt klasycznych gogli: pękatych hemisfer z pomarańczowego metalu o czarnych wizjerach.

Kompania Soneki nosiła nazwę Tancerzy, nadaną jej blisko osiemset lat wcześniej. Chociaż żaden z Tancerzy jeszcze tego nie wiedział w ostatnich minutach kończącego się dnia, lada chwila ta właśnie kompania miała zebrać najbardziej bolesne cięgi w całej historii brygady.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 grudnia 2012, 16:01

- Więc co to za jeden? - zapytał przyciszonym głosem Bronzi - Słyszałeś coś?

Bashaw Tche wzruszył w odpowiedzi ramionami, nie przestając rozpakowywać z aluminiowej folii swej racji żywnościowej.

- Jakiś tam ktoś - burknął bez większego zainteresowania.

- Jak zwykle masz dużo do powiedzenia - żachnął się Bronzi trącając podoficera w ramię. Tche, powołany do życia poprzez klonowanie i pod każdym względem większy od Bronziego, zrewanżował się hetmanowi zmęczonym spojrzeniem.

- Mówią, że to jakiś specjalista - wyjaśnił.

- Kto mówi?

- Adiutantki uksory.

Jokerzy dotarli do CR23 dobrą godzinę temu i zdążyli już rozłożyć się we wschodnim skrzydle starego ceglanego fortu. Obiekt oznaczony nazwą kodową CR23 był nurtheńskim posterunkiem zdobytym przez imperialistów dwa tygodnie wcześniej, położonym zaledwie osiem kilometrów od rogatek Tel i tworzącym element "pętli" zaciskanej przez marszałka Namatjirę wokół nieprzyjacielskiego miasta.

Hurtado Bronzi, sześćdziesięcioletni weteran o niekwestionowanym autorytecie i wciąż krzepkim ciele, wyjrzał ponownie za próg kwatery wodząc spojrzeniem wzdłuż wyłożonego czerwoną cegłą korytarza. U jego wylotu, na skraju wewnętrznego dziedzińca fortu, widział obcego pogrążonego w konwersacji z Honen Mu oraz grupką jej adiutantek. Obcy był wielkim gościem, naprawdę ogromnym - gigantem okrytym kolczym płaszczem o barwie matowej szarości i naciągniętym na głowę kapturem. Z jego ramienia zwisał równie matowy bolter.

- Kawał skurczybyka - zauważył Bronzi bawiąc się mimowolnie noszonym na szyi malutkim złotym pudełeczkiem.

- Nie gap się tak na niego - mruknął Tche żując swój energetyczny baton.

- Przecież tylko mówię. Skurczybyk jest jeszcze większy od ciebie.

- Przestań się lepiej gapić.

- Ja patrzę przed siebie, nie moja wina, że on tam akurat stanął, Tche - odparł Bronzi.

Coś wisiało w powietrzu, Bronzi czuł to we krwi. Coś szykowało się od dobrych kilku dni. Uksora Honen była niezwyczajnie małomówna, a nadto przez dłuższy czas zupełnie nieosiągalna.

Rozmawiający z nią człowiek był ogromny. Górował ponad Honen, chociaż mówiąc szczerze, praktycznie każdy przewyższał ją wzrostem. Mimo to obcy i tak mierzył od dwóch dwadzieścia do dwóch i pół metra. Takie rozmiary musiały się wiązać z genetycznym wspomaganiem. Może nawet z genoinżynierią Astartes. Honen zadzierała wysoko głową, kiwając nią co chwila dla podkreślenia czegoś w niesłyszalnej dla Bronziego rozmowie. Mimo konwersacji z prawdziwym olbrzymem kobieta zachowywała się tak jak zawsze: niczym zadziorny bojowy kogut, pełen wigoru i energii. Bronzi od dawna przypuszczał, że jej żywiołowa mowa ciała była formą równowagi w stosunku do dziecięcej niemal aparycji.

Hetman obejrzał się w głąb zajmowanego przez swój oddział pomieszczenia. Żołnierze posilali się hałaśliwie, grzebali w plecakach albo grali w karty. Kilku mniej towarzyskich wzięło się za czyszczenie broni lub pancerzy, usuwając z nich czerwony pył zbity w twardą cieniutką skorupę.

- Myślę, że wybiorę się na spacerek - rzucił pod adresem Tche Bronzi. Poruszający rytmicznie szczękami bashaw gapił się na jedną ze stóp hetmana. Bronzi wciąż miał na sobie pełny pancerz, ale zaraz po wejściu do fortu ściągnął swoje buty. Jego grube brudne palce wystawały przez dziury w wełnianych skarpetkach.

- Masz ochotę na cerowanie? - zapytał Bronzi.

Tche wzruszył w wieloznaczny sposób ramionami.

- Pieprzyć to - burknął hetman ściągając płaszcz, uprząż i pas i ciskając wszystko wprost na glinianą posadzkę koszarowego pomieszczenia. W obu rękach trzymał puste manierki.

- Muszę skoczyć po wodę.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 grudnia 2012, 11:58

Bronzi wychynął na korytarzyk, potrząsając w demonstracyjny sposób swoimi manierkami. Ku jego rozczarowaniu olbrzym już zniknął, a uksora i jej adiutantki oddalały się w głąb dziedzińca rozmawiając między sobą ściszonymi głosami.

Honen obejrzała się ponad ramieniem, kiedy Bronzi wszedł na placyk. Mimo późnej pory powietrze wciąż było ciepłe, przesycone słonecznym żarem zakumulowanym poprzez cały dzień w cegłach fortu.Zapadający zmierzch zabarwił przestworza nad budowlą barwą bardzo ciemnego fioletu.

- Hetmanie Bronzi? Potrzebujesz czegoś? - zapytała podniesionym głosem kobieta, wyrzucając ze swoich ust słowa podobne do małych okruchów lodu.

Bronzi uśmiechnął się w odpowiedzi życzliwie, uniósł wyżej swe puste pojemniki na wodę.

- Idę do pompy - wyjaśnił.

Uksora Honen przecisnęła się między adiutantkami i zawróciła w jego stronę. Była naprawdę niewielka, przypominająca swą posturą dziewczynkę, niską i szczupłą. Nosiła obcisły czarny kombinezon i szary płaszcz i zakładała buty na koturnach, co w praktyce tylko podkreślało jej mikrą aparycję, okrągłą twarz o niewielkich kształtnych ustach, ogromnych oczach oraz ciemnej skórze. W wieku dwudziestu trzech lat sprawiała wrażenie niebywale młodej zważywszy na poziom spoczywającej na niej odpowiedzialności, ale tak już się sprawy miały z uksorami. Bronzi zawsze czuł do Honen słabość, zrodzoną z poczucia jej delikatności i bijącej zarazem siły.

- Idziesz do pompy? - powtórzyła przechodząc płynnie z niskiego gotyku na mowę edessańską. Robiła to często, mając nawyk rozmawiania z podkomendnymi w ich ojczystych językach. Bronzi podejrzewał, że te demonstracje lingwistycznego talentu miały jednocześnie tworzyć przyjacielską więź i zarazem podkreślać ogromną inteligencję kobiety. W Edessie, z której Bronzi się wywodził, nazywano to zwykłym popisywaniem się.

- Po wodę, wypiłem wszystko do końca - odparł w tym samym języku.

- Racjonowanie wody już się odbyło, hetmanie - mruknęła uksora - Podejrzewam, że to tylko wymówka dla wciskania nosa w nie swoje sprawy.

- Znasz mnie jak nikt inny - Bronzi wzruszył ramionami w sposób mający w zamierzeniu promieniować serdecznością.

- To dlatego podejrzewam, że chcesz wcisnąć nos tam, gdzie nie powinieneś.

Spoglądali na siebie przez chwilę w milczeniu. Wzrok Honen powolutku przesunął się ku dziurawym skarpetom mężczyzny, a na jej ustach pojawił się cień wstrzymywanego z całej siły uśmiechu. Sztuczka w kontaktach z Honen polegała na uderzeniu w jej szczere poczucie humoru. To dlatego Bronzi zostawił swoje buty w koszarach.

- Ciężkie życie, co? - prychnęła Honen.

- O co teraz chodzi?

- Trzymasz się jakoś?

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, uksoro.

Kobieta kiwnęła w odpowiedzi głową.

- A ja nie mam pojęcia, dlaczego wciąż pozostajesz w czynnej służbie, hetmanie Bronzi - oznajmiła - Czy przestały nas obowiązywać jakiekolwiek regulaminy dotyczące stroju?

- Albo limity nadwagi? - zasugerowała jedna z adiutantek, czterech jasnowłosych dziewcząt spoglądających na hetmana z nutą drwiny na nastoletnich twarzach.

- Pewnie, śmiejcie się, póki możecie - odparł Bronzi.

- I będziemy - odparło jasnowłose dziewczę.

- Wciąż jestem najlepszym polowym oficerem, jakiego macie.

- W tym tkwi ziarenko prawdy - Honen spochmurniała nieco - Nie bądź zbyt ciekawski, Hurtado. Niebawem dowiesz się wszystkiego, co powinieneś wiedzieć.

- Co ze specjalistą?

Honen obejrzała się z cieniem rozczarowania na swe adiutantki, sięgając jednocześnie w ich stronę ceptem. Wszystkie zaczęły spoglądać w przeciwną stronę przymuszone impulsem nakazującym skoncentrowanie uwagi na czymś innym.

- Ktoś puścił parę - skonkludowała Honen.

- Co ze specjalistą? - Bronzi bynajmniej nie zamierzał ustępować.

- Już się wypowiedziałam na ten temat - odparła uksora przenosząc spojrzenie z powrotem na oficera.

- Tak, słyszałem - odburknął Bronzi stukając metalowymi manierkami jedna o drugą - Będę wiedział jak się dowiem.

- Przypilnuj, żeby twoi ludzie odpoczęli - poleciła Honen zamierzając odejść w swoją stronę.

- Tancerze już są? - zapytał hetman.

- Tancerze?

- Powinni już tutaj być. Peto wisi mi przegraną w zakładzie. Jeszcze ich nie ma?

- Nie, Hurtado, jeszcze ich nie ma - Honen zmrużyła dziwnie oczy - Powinni się zjawić lada chwila.

- Spoko - odparł hetman - Proszę w takim razie o pozwolenie o zebranie patrolu i poszwendanie się w okolicy. Może ich znajdę.

- Twoja lojalność wobec przyjaciela jest godna podziwu, Hurtado, ale nie udzielam pozwolenia.

- Zaraz zrobi się kompletnie ciemno.

- Wiem. Dlatego nie chcę, żebyś się szwendał po okolicy.

Bronzi potrząsnął niechętnie głową.

- Czy to jest jasne? Nie kombinujesz już przypadkiem jak by tutaj w sprytny sposób przeinaczyć otrzymany rozkaz?

Bronzi ponownie potrząsnął głową w geście zaprzeczenia.

- I lepiej, żeby tak pozostało. Dobrej nocy, hetmanie.

- Dobrej nocy, uksoro.

Honen zastukała w dziedziniec swymi koturnami, wysyłając towarzyszkom zwięzłe polecenie za pośrednictwem ceptu. Jej adiutantki posłały oficerowie niechętne spojrzenia, po czym potruchtały w ślad za swoją przełożoną.

- Gapcie się, ile chcecie, małe wredne zdziry - burknął Bronzi zawracając w stronę swojej kwatery.

- Tche!

- Tak, hetmanie?

- Zbierz mi patrol, wymarsz za dziesięć minut.

Bashaw westchnął ciężko w odpowiedzi.

- Czy to zatwierdzony rozkaz, szefie? - zapytał przezornie.

- Jak najbardziej. Uksora osobiście poinformowała mnie, że nie życzy sobie żadnego amatorskiego szwendania się po okolicy, więc powiedz chłopcom, że mają być czujni i profesjonalni. To będzie dla nich jakaś odmiana.

- Żadnego szwendania?

- Ja nigdy się nie szwendam, Tche. Profesjonalna akcja. Kumasz?

- Tak, szefie.

Bronzi wciągnął na stopy buty i zapiął swój pas, po czym uświadomił sobie pilną potrzebę oddalenia się za potrzebą.

- Wracam za pięć minut - rzucił w stronę podoficera.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 15 grudnia 2012, 19:33

Bronzi szybko odnalazł latrynę, wylaną cementem cuchnącą dziurę w kącie sąsiedniego pomieszczenia, rozpiął spodnie i westchnął z ulgą czując opróżnianie pęcherza. W pobliżu jacyś żołnierze myli się pod polowymi prysznicami, z niedalekich kwater dobiegały ciche śpiewy.

- Zostaniesz dzisiejszej nocy tutaj - powiedział czyjś głos za plecami hetmana.

Bronzi zesztywniał. Głos był cichy, ale twardy, wibrujący zdecydowaniem i mocą na podobieństwo supergęstego serca umierającej gwiazdy.

- Myślę, że tylko do chwili, kiedy skończę to, co właśnie robię - odrzekł oficer z rozmysłem nie oglądając się za siebie i z rozmysłem wkładając w brzmienie swego głosu wyraźną nutę pozornej beztroski.

- Zostaniesz tej nocy tutaj. Żadnych gierek i podchodów. Żadnego naginania regulaminu. Czy to jasne?

Bronzi zapiął spodnie i odwrócił się w stronę swego rozmówcy.

Stał przed nim specjalista. Hurtado podniósł powoli wzrok, przenosząc spojrzenie na twarz obcego. Na Terrę, jaki on był wielki, prawdziwy potwór w ludzkiej skórze. Oblicze obcego kryło się w cieniu rzucanym przez nałożony na głowę kaptur.

- Czy to groźba? - spytał Bronzi.

- Czy ktoś taki jak ja musi grozić komuś takiemu jak ty? - odparł pytaniem specjalista.

Bronzi zmrużył swe oczy. Wiele można było powiedzieć o hetmanie, ale na pewno nie to, że cechowała go pokora.

- Jeśli chcesz, możemy się poprztykać.

Specjalista odpowiedział niskim dudniącym chichotem.

- Podziwiam twoje jaja, hetmanie.

- Masz okazję tylko dlatego, że zdybałeś mnie na sikaniu.

- Jesteś Bronzi, prawda? Wiele o tobie słyszałem. Prawdopodobnie jedyny oficer Imperialnej Armii, którego jaja są większe od mózgu.

Bronzi nie zdołał powstrzymać uśmieszku, chociaż serce waliło mu jak oszalałe.

- Mógłbym przetrącić ci to i owo, przyjacielu, naprawdę mógłbym.

- Mógłbyś spróbować.

- Spróbujemy?

- Czuję, że naprawdę byś się na to zdecydował. Nie rób tego. Nie cierpię krzywdzenia przyjaciół. Będę z tobą całkiem szczery. Dzisiejszej nocy wydarzą się pewne rzeczy, których nie wolno spieprzyć. Nie rozczaruj mnie wsadzając nos tam, gdzie nie powinieneś. Nie daj się w to wkręcić. Szybko zrozumiesz, o co chodzi. Mogę ci dać swoje słowo, że zrozumiesz.

- Mógłbym w to uwierzyć - Bronzi wciąż wpatrywał się w cień pod kapturem - Mógłbym ci zaufać, gdybyś mi pokazał swoją twarz albo wyjawił imię.

Specjalista milczał przez chwilę i Bronzi pomyślał, że obcy naprawdę zdejmie z głowy kaptur.

- Zdradzę ci swoje imię.

- Słucham?

- Nazywam się Alpharius.

Bronzi zamrugał oczami czując nagłą suchość w ustach. Jego serce zaczęło bić jeszcze szybciej, niemalże próbując wyskoczyć z piersi.

- Kłamca! Kłamiesz! To stek bzdur!

Nagły rozbłysk oślepiającego światła zalał pomieszczenie upiornie białym blaskiem. W powietrzu rozległ się głęboki wibrujący huk.
Ostatnio zmieniony 15 grudnia 2012, 21:59 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 16 grudnia 2012, 13:14

Bronzi rzucił się w stronę jednego z wąskich podłużnych okienek. Na zewnątrz, w ciemności nocy, oczy hetmana dostrzegły rozbłyski światła świadczące niezbicie o ciężkiej bitwie toczonej gdzieś za krawędzią jednego ze skalnych uskoków. Huk zlewających się ze sobą niezliczonych wybuchów tworzył jednostajny basowy łoskot. W jednym z wadi położonych nie dalej jak dziesięć kilometrów od posterunku rozgorzała iście piekielna konfrontacja. Jej odgłosy wprawiały powietrze w ustawiczne wibracje.

Za plecami Bronziego pojawili się inni żołnierze, pokrzykując i przepychając się w stronę okienek fortu. Każdy chciał zobaczyć na własne oczy widok nocnej bitwy.

- Peto... - wymamrotał Hurtado Bronzi. Oficer okręcił się w miejscu odrywając wzrok od okienka i rozpalonej jaskrawą poświatą nocy i przebijając się pomiędzy podekscytowanymi żołnierzami w poszukiwaniu swego rozmówcy.

Lecz specjalista zdążył zniknąć bez śladu.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 16 grudnia 2012, 16:35

Świat zatrząsł się w posadach. Przez kilka pierwszych sekund Peto Soneka przekonany był, że jego kompania padła ofiarą niewiarygodnego deszczu meteorytów. Tysiące żarzących się punkcików światła spadało niczym deszcz z przestworzy wprost na dno pustynnego basenu, niczym snopy gigantycznych iskier lub miniaturowych gwiazd. Każdy z nich wybuchał w chwili kontaktu z podłożem przeistaczając się w oślepiającą kulę ognia. Zmiana ciśnienia powietrza podrywała ludzi w górę, miotała nimi na wszystkie strony. Soneka zesztywniał czując otaczające go zewsząd detonacje, całkowicie ogłuszony ich piorunującym hukiem.

Widział swoich ludzi ciskanych w powietrze, płonących niczym pochodnie. Widział jak trzy towarzyszące kompanii czołgi dygoczą, a potem wybuchają znikając w kulach płomieni siejących na wszystkie strony ostrymi jak brzytwa szrapnelami i ognistymi szczątkami.

Nie był to wcale deszcz meteorytów. Pomimo wysuniętych czujek Tancerzy, pomimo skanerów ruchu i radarów, pomimo starannie zaplanowanej marszruty z wykorzystaniem osłony terenu i mimo ustawicznego monitoringu powierzchni planety przez zawieszone na orbicie okręty ekspedycji, Nurtheńczycy zdołali imperialistów zaskoczyć.

Nurtheńczycy znajdowali się znacznie niżej na skali rozwoju technologicznego od Imperium. Chociaż potrafili produkować czołgi i armaty, zdecydowanie faworyzowali broń białą. W teorii stanowili łatwego do pokonania przeciwnika.

Lecz od pierwszych operacji militarnych ekspedycji jasne stało się, że mieszkańcy Nurthu mają do swej dyspozycji coś zupełnie innego; coś, czego Imperium nie miało.

Marszałek Teng Namatjira nazwał to coś w porywie wielkiego gniewu powietrznym czarostwem. Nazwa wydawała się dziwnie pasować do tajemnego oręża Nurtheńczyków. To dzięki powietrznemu czarostwu Nurth od ośmiu miesięcy powstrzymywał napór imperialnych wojsk. To dzięki powietrznemu czarostwu pod Tel Khortek unicestwiona została cała kohotra Tytanów. To dzięki powietrznemu czarostwu szósta dywizja Torrentu rozpłynęła się pośród ruchomych piasków w Gomanzi i nigdy więcej już jej nie ujrzano. To dzięki powietrznemu czarostwu nic nie latało nad Tel Utan, a każda próba zniszczenia tego miasta za pomocą bombardowania orbitalnego, ataków rakietowych i desantów powietrznych kończyła się całkowitym fiaskiem.

To dlatego imperialni żołnierze musieli szturmować Tel Utan na piechotę.

Peto Soneka pierwszy raz w życiu zetknął się z powietrznym czarostwem. Okropne historie przekazywane z regimentu do regimentu i z kompanii do kompanii okazały się najprawdziwszą prawdą. Nurtheńczycy dysponowali mocą zupełnie wykraczającą poza zdolności pojmowania Terran. Sprawowali władzę nad żywiołami. Byli czarownikami.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 16 grudnia 2012, 17:25

Czekam na ciąg dalszy opowiadania i PBF-a w klimacie Warhammera 40.000.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 16 grudnia 2012, 20:07

Impet wybuchu cisnął Soneką na twarz. Oficer poczuł krew w ustach i piasek w nosie. Podnosząc się niezgrabnie na kolana dostrzegł leżącego obok siebie żołnierza, zwiniętego w kłębek, w osmalonym mundurze, który wciąż dymił. W stroboskopowych rozbłyskach światła eksplozji Soneka widział inne leżące wokół ciała.

Piasek zdawał się stać w płomieniach.

Bashaw Lon wychynął z półmroku i pożogi wpadając wprost na swego przełożonego, krzycząc coś do Soneki. Peto widział poruszające się usta podoficera, ale nie słyszał jego słów.

Lon złapał Sonekę pod ramię, silnym szarpnięciem postawił go na nogi. Słuch powracał do ogłuszonego mężczyzny opornie, dziwnie niechętnie.

- Dostać... nami... niemożliwe! - krzyczał Lon.

- Co? Co?

- ...kupa... innych... kurewscy... idioci!

Grad płomienistych pocisków ustał w jednej chwili. Wodząc mrugającymi ustawicznie oczami po pobojowisku, Soneka usłyszał znienacka inne dźwięki, dotąd tonące w huku detonacji: trzask płomieni i przeraźliwe wrzaski rannych żołnierzy, stępione ciągle jeszcze ustępującą przejściową głuchotą.

- O kurwa! - krzyknął ponownie Lon, tym razem krystalicznie czystym głosem.

W wadi byli Nurtheńczycy.

Nurtheńska piechota - zwąca się echvehnurthami - wychynęła z ciemności nocy wylewając się mrowiem ciał na rozpalone pożarami pobojowisko. Ich połyskliwe jedwabne szary i srebrne zbroje lśniły odblaskami ognia, falcjony cięły powietrze. Wielu niosło na plecach wysokie sztandary pyszniące się emblematami wodnych pnączy i rzecznych gadów stanowiących tradycyjną symbolikę nurtheńskiej szlachty.

Falcjony były niewiarygodnie skuteczną, a przy tym przerażająco barbarzyńską bronią. Licząc dwa i pół metra długości, były zasadniczo włóczniami o zakrzywionych na podobieństwo sierpów ostrzami. W połowie długości składały się z uchwytu, w drugiej połowie z sierpowatego ostrza. Posługując się falcjonem z wyniesioną z długich ćwiczeń wprawą, echvehnurthowie potrafili odcinać bez trudu kończyny i głowy przeciwników, często rozpoławiając nawet torsy ofiar. Ostrza falcjonów potrafiły przeciąć niemal każdy materiał, każdy rodzaj pancerza. Zniszczyć mógł je jedynie likwinit, ale specyfik ten okazał się całkowicie nieprzydatny w warunkach bojowych. Używało się go dopiero po walce, do neutralizacji zdobycznego oręża tubylców. Wylany na ostrza falcjonów likwinit krystalizował je, dzięki czemu można było łatwo je łamać ciosami podeszew butów.

Echvehnurthowie wychynęli z obrzeży wadi. Pierwsi stający im na drodze Tancerze zostali ścięci długimi ostrymi falcjonami niczym dojrzałe zboże. W powietrzu latały ramiona i głowy, tryskająca z przeciętych arterii krew bryzgała na wszystkie strony. Zdekapitowane ciała padały jedno na drugie. Kilka karabinków odpowiedziało desperackimi strzałami, które nie zrobiły na napastnikach najmniejszego wrażenia.

Soneka ruszył z miejsca wymachując szaleńczo rękami.

- Wstawać! Wstawać! - wrzeszczał co sił - Zastrzelcie ich! Użyjcie karabinów! Nie dajcie im dojść!

Lecz tubylcy już byli pomiędzy imperialistami. Piasek wadi zasłany był ciałami i fragmentami ciał. W powietrzu unosił się silny odór świeżej krwi, wdzierający się natrętnie w nozdrza Soneki. Oficer odzyskał już całkowicie słuch i w jego uszach wibrował przeraźliwy wrzask rozczłonkowywanych żywcem żołnierzy.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 grudnia 2012, 21:10

Soneka cały czas pozostawał w ruchu. Strzelał z trzymanego jedną ręką karabinku, w drugiej ściskając kurczowo wyszarpnięty z pochwy długi bagnet. Echvehnurth skoczył w jego stronę i Soneka wypalił mu prosto w twarz. Napastnik przewrócił się na plecy z odrzuconą do tyłu głową. W powietrzu zaświszczał falcjon i Soneka natychmiast uskoczył w bok, kopniakiem podcinając przeciwnika tak, by ten upadł na plecy, a następnie pochylając się raptownie i przygwożdżając Nurtheńczyka ostrzem bagnetu do piasku.

Oficer przypadł na jedno kolano przyciskając kolbę karabinu do ramienia i opierając jego lufę na trzonku tkwiącego w piersiach trupa bagnetu. Korzystając z prowizorycznej podpórki zastrzelił następnych dwóch napastników. Obaj zwalili się na piasek i skały z rozwianymi różowymi szatami. Lon znalazł się znienacka za plecami Soneki, razem z trójką strzelających szaleńczo żołnierzy. Wiązki ich laserów przecinały nocne powietrze jaskrawymi krechami światła. Zginęli następni dwaj echvehnurthowie, jeden konający z trawionymi ogniem szatami, drugi z przepaloną laserowymi wiązkami klatką piersiową.

- Tancerze! Tancerze! Tu Tancerze! - krzyczał do komunikatora Soneka nie przestając nawet na chwilę strzelać - CR19! Potrzebujemy wsparcia! Natychmiast! Zmasowany kontratak!

- Utrzymajcie pozycje, Tancerze! - padła odpowiedź uksory - Jesteśmy na bieżąco. Przesuwamy wsparcie w waszą stronę!

- Teraz! - wrzasnął rozpaczliwie Soneka - Teraz! Wybiją nas tutaj do nogi!

Jeden z żołnierzy za plecami hetmana upadł znienacka, przecięty ukośnie wpół od barku po biodro. Tryskająca pod ciśnieniem krew wypełniła powietrze czerwoną wilgotną mgiełką. Soneka okręcił się błyskawicznie w miejscu i ujrzał echvehnurtha biorącego następny zamach swym falcjonem. Imperialista zasłonił się długim bagnetem w próbie sparowania morderczego ciosu.

Długa klinga falcjonu, rozmazana niebieska stal ledwie dostrzegalna w półmroku nocy, przeszła gładko przez dłoń człowieka tuż poniżej kciuka, odcinając mu wszystkie palce wraz z górną częścią dłoni i trzonkiem bagnetu. Cios był tak czysty, tak szybki, że w pierwszej chwili Soneka nawet nie poczuł bólu. Mężczyzna targnął się o krok do tyłu, spoglądając z chorobliwą fascynacją na strugi krwi tryskające z głębokiej rany.

Falcjon ponownie zalśnił w powietrzu na podobieństwo metalowej smugi.

Nie dotarł do celu.

Inny falcjon zablokował mu drogę. Ostrze uderzyło w ostrze i atakujący falcjon cofnął się natychmiast. W polu widzenia hetmana pojawiła się wielka ciemna postać, która zabiła echvehnurtha jednym wielkokalibrowym pociskiem o wybuchowej głowicy.

Przybysz był olbrzymem w kolczym płaszczu, o głowie i ramionach ukrytych pod obszernym kapturem. W jednej ręce dzierżył falcjon, w drugiej bolter.

Obcy spojrzał w dół na krwawiącego silnie Sonekę.

- Odwagi - powiedział dudniącym głosem.

- Kim ty jesteś? - wyszeptał Soneka.

Lon doskoczył do boku swego przełożonego.

- Opatrz rękę tego człowieka! - polecił bashawowi obcy odwracając się w kierunku centrum konfrontacji i obracając wprawnie w powietrzu trzymanym w lewej ręce falcjonem.

Przybysz nie był sam. Kiedy Lon pośpiesznie zakładał na okaleczoną dłoń hetmana opatrunek, Soneka śledził oszołomionym wzrokiem tuzin wyślizgujących się z ciemności wielkich postaci, przypominających jakieś mroczne upiory. Każda z nich była nadludzko wielka, każda skrywała oblicze pod kapturem. Każda miała przy sobie falcjon i bolter.

Poruszali się z nadludzką szybkością i zadawali ciosy z nadludzką siłą. W ciągu kilku minut całkowicie zastopowali natarcie echvehnurthów, kładąc ich pokotem. Boltery wydawały z siebie ogłuszający huk, rozrywając ukryte pod szatami i napierśnikami ciała na zakrwawione strzępy mięsa i skóry.

- Astartes - wydyszał Soneka.

- Zostań ze mną, het, zostań ze mną - powtarzał natarczywie Lon.

- To są Astartes - powtórzył oficer.

- Straciłeś mnóstwo krwi. Nie zasypiaj.

- Nie zasnę - obiecał słabym głosem Soneka - Ci ludzie... te istoty... to są Astartes.

Lon nie odpowiedział, wpatrując się w milczeniu w linię horyzontu.

- Święta Terro - wyszeptał zbielałymi ustami.

Tel Utan stało w ogniu.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 grudnia 2012, 21:22

Honen Mu spoglądała na płonące miasto z górnego tarasu posterunku CR23. Co chwila jakiś ogarnięty ogniem budynek zawalał się pośród snopów strzelających w nocne niebo iskier, w przestworza buchały kłęby gęstego dymu. Adiutantki uksory pokrzykiwały i wymachiwały rękami na widok każdego rozbłysku światła. Honen czuła ich ekscytację za pośrednictwem 'ceptu.

- Czy mogę przekazać wieści marszałkowi? - zapytała kiwając lekko głową.

- Możesz - odpowiedział stojący za jej plecami specjalista - Złożę mu raport osobiście, ale odstąpię ci przyjemność wysłania pierwszego meldunku.

Honen odwróciła się od okna spoglądając na swego rozmówcę.

- Dziękuję za ten zaszczyt. I dziękuję za to, co uczyniliście.

- Nurth jeszcze nie został pokonany. Pozostało wiele do zrobienia - odrzekł specjalista.

- Rozumiem.

Specjalista drgnął nieznacznie, jakby szczerze powątpiewał w pewność siebie dźwięczącą w tonie uksory.

- Nasze drogi mogą się już nie skrzyżować, uksoro Honen Mu - powiedział - Chciałbym ci powiedzieć dwie rzeczy. Imperator strzeże, to pierwsza z nich. Drugą są słowa uznania dla Pięćdziesiątej Drugiej Geno. Stworzyliście wyśmienitych żołnierzy, według najlepszych tradycji genetyki bojowej. Powinnaś wiedzieć, że prastare dziedzictwo genetycznej inżynierii Chiliadu było inspiracją dla Imperatora w dziele stworzenia nas.

- Nie miałam o tym pojęcia - oznajmiła zdumiona kobieta.

- To stara historia, z czasów pre-Unifikacyjnych - odparł specjalista - Nie mogłaś wiedzieć. Muszę już iść. Toczenie wojny w twoim towarzystwie było prawdziwą przyjemnością, uksoro Honen Mu.

- Dla mnie również... wciąż nie znam twego imienia.

- Jestem Legionem Alpha, moja pani. Zważywszy na twój specyficzny talent, zapewne już to wiedziałaś.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 grudnia 2012, 21:47

Specjalista opuścił stary fort tylnymi pomieszczeniami, poruszając się szybko poprzez ciemność. Szedł cicho, niemal bezszelestnie. Opodal północnej bramy zatrzymał się raptownie, a potem powoli obrócił w miejscu.

- Witaj ponownie - powiedział Hurtado Bronzi wychynąwszy z ciemności z karabinem wymierzonym w pierś specjalisty.

- Hetmanie, wyrazy uznania. To był naprawdę niezły popis infiltracji.

- Robię, co w mojej mocy - wzruszył ramionami Bronzi.

- Czy ta broń musi być we mnie wycelowana?

- Cóż, nie jestem pewien. Jakoś się pewniej czuję, kiedy z niej mierzę. Chcę paru odpowiedzi. I mam wrażenie, że tylko za pomocą broni zdołam je z ciebie wycisnąć.

- Celowanie do mnie po prostu cię zabije, hetmanie. A wystarczy zapytać.

Bronzi przygryzł lekko usta.

- Widzę, że zdobyliście Tel - powiedział.

- Tak.

- Niezła robota. Sprawiliście się. Musiało to kosztować tyle ofiar?

- Co masz na myśli? - odparł pytaniem specjalista.

- Słyszałem, że Tancerze prawie przestali istnieć. Czy to był element twojego planu?

- Tak, był.

- Kurwa, sam to przyznałeś - potrząsnął głową Bronzi - Użyłeś moich przyjaciół jako armatniego mięsa i...

- Nie, hetmanie. Użyłem ich jako przynęty.

- Co powiedziałeś? -oficer zaciskał bezwiednie palec na spuście karabinu, dociskając go niemal do punktu zwrotnego.

- Nie rób takiej zszokowanej miny. Życie pełne jest brutalnych niespodzianek i tajemnic, a ja zdradzę ci jedną z nich. Szczerość jest jedyną prawdziwą wartością w tym świecie. Opowiem ci coś wierząc, że wraz ze zrozumieniem pozyskam twoją ufność.

- Chętnie posłucham - wysyczał Bronzi.

- Nurtheńczycy dysponowali naprawdę potężną mocą. Żaden konwencjonalny atak nie zdołałby przełamać ich pozycji. Są opętani Chaosem, chociaż nie oczekuję, byś rozumiał prawdziwe znaczenie tych słów. Moi bracia musieli się wedrzeć do Tel Utan, a to oznaczało konieczność przeprowadzenia dywersji. Szczerze żałuję, że twoi przyjaciele, Tancerze, byli idealnym wyborem z taktycznego punktu widzenia. Wyciągnęli większość miejscowego garnizonu poza Tel Utan umożliwiając nam zajęcie miasta. Oddelegowałem jako wsparcie tylu braci, ilu tylko mogłem, by uratować jak najwięcej Tancerzy.

- To bardzo szczere wyznanie. I dość brutalne.

- Żyjemy w bardzo brutalnym wszechświecie, hetmanie. Zdołamy go pokonać jedynie wtedy, kiedy się do niego upodobnimy. Musimy być gotowi na ofiary. I bez względu na to, co mówią inni, ofiary zawsze bolą.

Bronzi westchnął i opuścił nieco lufę karabinu. Znienacka broni nie było już w jego rękach. Odbiła się od niedalekiego ogrodzenia fortu, złamana wpół na dwie części.

- Nigdy więcej do mnie nie celuj - powiedział specjalista prosto w twarz oficera, przyciskając do do ściany fortu.

- Nn... nie będę!

- Dobrze.

- Naprawdę jesteś Alphariusem? - wykrztusił Bronzi uświadamiając sobie, że jego stopy huśtają się nad powierzchnią gruntu. Specjalista odciągnął wolną dłonią kaptur pozwalając spojrzeć żołnierzowi na swą twarz.

- Co sądzisz teraz? - zapytał.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 grudnia 2012, 22:02

Kiedy Soneka odzyskał przytomność, na dno piaszczystego basenu opadały z wizgiem turbin medyczne promy, pulsując w rozjaśnionej płomieniami ciemności blaskiem osadzonych na skrzydłach lamp pozycyjnych. Mrok nocy ustępował przed łuną bijącą od pożogi pochłaniającej Tel Utan.

Soneka rozejrzał się wokół otępiałym wzrokiem. Jego ręka rwała przeraźliwym bólem. Medycy wprowadzali rannych na rampy maszyn, wnosili na ich pokłady nosze z przesłoniętymi plandekami ciałami.

Soneka przekręcił głowę w stronę Lona.

- Ilu? - zapytał.

- Zbyt wielu - odpowiedział czyjś głos.

W pobliżu rannego hetmana stały trzy ciemne postacie, rysujące się na tle łuny czarnymi zarysami sylwetek, przewieszonymi przez ramiona bolterami i naciągniętymi na twarze kapturami.

- Zbyt wielu, hetmanie - powiedziała jedna z nich.

- Ubolewamy nad ich śmiercią - dodała druga.

- Wojna wymaga ofiar. Osiągnęliśmy zwycięstwo, ale wasze straty nie sprawiają nam przyjemności - oznajmiła trzecia.

- Wy... wy jesteście Astartes, prawda? - zapytał Soneka podnosząc się na nogi z pomocą wspierającego go ramieniem Lona.

- Tak - odpowiedział jeden z olbrzymów.

- Macie jakieś imiona?

- Jestem Alpharius - odrzekł pierwszy z obcych.

Soneka wciągnął bezwolnie oddech i opadł pośpiesznie na jedno kolano, razem z Lonem i resztą znajdujących się w pobliżu żołnierzy.

- Mój panie, ja-

- Jestem Alpharius - oznajmiła druga postać.

- Wszyscy jesteśmy Alphariusami - powiedziała trzecia - Jesteśmy Legionem Alpha i stanowimy jedność.

Ciemne postacie odwróciły się i odeszły w zasnutą dymem pożarów ciemność nocy.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 grudnia 2012, 22:04

Moi drodzy, mamy za sobą pierwszy rozdział "Legionu" Dana Abnetta. Mnie tłumaczenie tekstów z angielskiego na polski sprawia sporą frajdę, więc chętnie wezmę się za następny, czytaczy zaś (na pewno znajdzie się tutaj kilku) poproszę o komentarze odnośnie pierwszego rozdziału. Wiem, że literatura czterdziestkowa jest specyficzna i trafia do wąskiej grupy odbiorców, w przeważającej mierze miłośników stosownego bitewniaka, ale wiem też, że kilku z nich jest w naszym gronie :)

ODPOWIEDZ