Przejęty grozą sytuacji Trond, stał oniemiały z łukiem w rękach opuszczonym prosto w lodowate skały.
Jak do tego mogło dojść - myślał łapiąc szybko mroźne powietrze -
co za szalone istoty - nie mógł uwierzyć w dziejące się właśnie przed nim wydarzenia, zwłaszcza, że chwilę wcześniej miał zamiar bezmyślnie pobiec za Hosturem nie zwracając uwagi na własną skórę.
Przebiegający obok niego ostatni z trzech ziomków czarnoskórego wojownika, wyrwał nagle młodego kowala z zamyślenia. Mroźny wiatr owiewał skały wznosząc tumany drobinek zamarzniętego, śnieżnego puchu nieznośnie drażniąc odkryte polika Norda.
Co mam robić - zachodzil od zmysłów Trond, odprowadzając wzrokiem trzy postaci wznoszące się po pokrytych lodem stopniach, wprost na taras -
czy mam biec za nimi, czy czekać, nie byłem wcześnie w takiej sytuacji - mimo mrozu Nord poczuł nieprzyjemnie zimną stróżkę potu przemieszczającą się w dół kręgosłupa.
Nie mając już w polu widzenia wiernych do granic rozsądku towarzyszy Hostura, przyklęk na prawe kolano starając się pozbierać potargane szczypcami niepokoju myśli.
Na górze walka, która pewnie zaalarmowała resztę bandy - Trond przyciągnął do siebie łuk z nałożoną strzałą, jakby ten miał dodać mu otuchy - s
ą straceni, bezmyślni - nie mógł jednak oprzeć się podziwu determinacji z jaką trójka rzuciła się na pomoc przyjacielowi -
Khajit, tak, on przecież okrąża dopiero kurhan, muszę go odszukać i o wszystkim uprzedzić.
Ostrożnie podniósł się na nogi i przyczajony pobiegł w przeciwną stronę na spotkanie Kotołaka.
Ejj, koledzy, jest 00:03 i nie ma końca światm. Chyba że