Czterdziestkowe opowieści

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 26 grudnia 2012, 13:48

Zorganizowanym przez Kozłowa środkiem transportu okazał się Scarab, średnich rozmiarów opancerzony ślizgacz antygrawitacyjny, z przedziałem pasażerskim i zamontowaną na nosie wieżyczką artyleryjską. Jego podłużny, łagodnie zaokrąglony kadłub pokryty był pustynnym kamuflażem, lecz kiedy pojazd wysunął się z ciemności nocy, skąpany w niebieskawej poświacie księżycowego światła przywodził na myśl jakiegoś pustynnego upiora.

Członkowie służb pomocniczych opuścili pojazd pozostawiając włączone turbiny. Medyceuszka Ida osobiście umieściła ładunek w przedziale pasażerskim i upewniła się, że jest solidnie zabezpieczony.

- Mogę wam przydzielić kierowcę - zaproponował Kozłow.

- Nie ma takiej potrzeby - odrzekł Bronzi wrzucając swój plecak w otwarty właz kokpitu - Potrafię kierować takim cackiem.

- Jesteś piechociarzem - Kozłow uniósł nieco brwi.

- Jestem człowiekiem renesansu - uśmiechnął się w odpowiedzi hetman - Niewiele jest w tym wszechświecie maszyn, których nie mógłbym poprowadzić.

- A przy okazji całkowicie ich rozpieprzyć - dodał Soneka.

Z ciemności zimnej nocy wychynął Shiban, dźwigający na jednym ramieniu plecak, na drugim zaś dwulufowy laserowy karabinek.

- Co właściwie kombinujecie? - zapytał przystając przy grupce rozmówców.

- Opowiem ci wszystko, kiedy już wyjedziemy - odparł Bronzi - Medyceuszko, wszystko przygotowane?

- Zabezpieczyłam ciało blokami lodu, ale szybko się roztopią. Przenieście denata do pola stabilizacyjnego tak szybko jak to tylko będzie możliwe.

- A organy?

- Osobno zapakowane w próżniowych woreczkach w pokładowym magazynku.

- Dzięki, pani doktor - wyszczerzył zęby Hurtado. Shiban już się w tym czasie wspinał w górę drabinki prowadzącej do kokpitu. Bronzi obejrzał się w stronę Soneki.

- Nienawidzę pożegnań, więc po prostu spadaj.

Soneka roześmiał się w odpowiedzi. Bronzi ruszył w stronę ślizgacza, ale po pierwszym kroku odwrócił się z powrotem ku przyjacielowi, ze śmiertelnie poważną twarzą.

- Słuchaj, Peto, mam jeszcze jedną sprawę. Chciałem cię o coś poprosić.

- Tak, Hurt?

Bronzi spojrzał na Sonekę pozbawionym cienia wesołości wzrokiem.

- Peto, masz może jeszcze tę kasę, którą mi wisiałeś?

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 03 stycznia 2013, 14:12

Przeczytałem właśnie ostatnią wydaną w Polsce część Herezji Horusa - Galaktyka w ogniu.
Muszę przyznać, że nie wiem czy to oficjalna wykładnia GW ale jeśli tak to już łatwiej mi teraz
zrozumieć jakim cudem połowa legionów mogła się nagle zbuntować. SM są w tej książce pokazani
bardziej jak ludzie niż jak ponure maszyny do zabijania. Z własnymi przywarami, obawami, wątpliwościami
czy słabościami. Bratobójcza walka na Istvaanie III pokazała to w całej okazałości. Czekam z niecierpliwością
na kolejne odsłony :)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 03 stycznia 2013, 21:39

Linia fabularna przedstawiona w Horus Heresy jest jak najbardziej oficjalną wykładnią Games Workshop, Karganie. Czystka w rebelianckich Legionach nie dotyczyła zresztą jedynie tych pechowców zrzuconych na Sirenholm - Perturabo czy Curze też w międzyczasie "posprzątali" własne szeregi. Co więcej, wielu lojalistów w zbuntowanych Legionach pozostało wiernych Imperatorowi do końca - fortyfikowaniem Pałacu zajmował się prócz inżynierów Dorna chociażby drednot-Iron Warrior z odzysku. To bardzo rozwija wcześniejszy wątek mówiący, jakoby jedynym wiernym Ziemi był w tamtych czasach Nathaniel Garro.

Mały komentarz odnośnie omawianej wcześniej przedherezyjnej liczebności Legionów - Corax wylądował na Isstvanie z osiemdziesięcioma tysiącami legionistów, a uratował z pułapki niecałe trzy tysiące.

Nie mam dostępu do polskojęzycznych powieści cyklu, zdradźcie mi zatem jak przetłumaczono tam piewców (artystów uwieczniających przebieg Krucjaty) oraz jakiej nazwy użyto dla słowa compliance (oznaczającego przyłączenie do Imperium - dobrowolnie lub z przymusu - nowego świata)?

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 03 stycznia 2013, 22:47

Upamiętniacze - tak ogólnie. Wydaje mi się jednak, że poszczególne funkcje (fotograf, poeta, mówca)
miały jeszcze jakieś dodatkowe tłumaczenia. Sindermann był np. Iteratorem. Niestety co do "przyłączenia"
to mam przy sobie tylko ostatni tom a tam pisze się o "podbitych światach" bo zmienia się powoli "optyka
spojrzenia" Space Marines. W pierwszym tomie pisano chyba jednak "przyłączenie"

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 07 stycznia 2013, 22:17

"Legion" nie jest zły, wręcz przeciwnie - ale chyba znalazłem coś, co zdecydowanie bardziej się Wam spodoba! ;)

[center]
KNOW NO FEAR - Dan Abnett
[/center]
[center]Licznik -136.57.07[/center]

Kto umarł pierwszy?

Większość dokumentalistów wskaże w tym przypadku na Honoriusa Luciela, kapitana Dwieście Dziewiątej, oraz siedemnastu innych zamordowanych na rozkaz Sorota Tchure na pokładzie kompanijnym krążownika Samothrace przy stanie licznika -00.19.45, ale przekonanie owo mija się z rzeczywistością.

Zaopatrzeniowiec floty Campanile zostaje zatrzymany i przejęty przez Tarmusa Apogee około sto trzydzieści sześć godzin czasu standardowego przed uruchomieniem licznika przypisanego do ataku na Calth.

Trzy tysiące siedmiuset dziewięciu członków załogi zostaje zgładzonych, wśród nich kapitan, Nawigator, przedstawiciel służb logistycznych, dwaj fabrykatorzy pracujący na orbitalach Calthu oraz członkowie oddziału bezpieczeństwa wydzielonego z szeregów 10 regimentu Neride.

Dowód sugerujący prawdziwą przyczynę zagłady Campanile, dostarczony na ręce primarcha Guillimana przy stanie licznika 01.30.00 dowodzi jawnie przemyślanego działania będącego elementem szerszego planu określonego przez primarcha Guillimana mianem "wstępnej fazy agresji" i stanowiącego oczywiste zaprzeczenie tezy, jakoby konflikt zrodzony został wskutek tragicznego nieporozumienia bądź zbiegu nieszczęśliwych przypadków.

Dowód ów reprezentuje "akt zaplanowanej zbrodni" popełnionej przez przeciwnika i utrwala primarcha Guillimana w przekonaniu o konieczności podjęcia działań w pełnym aspekcie militarnym.

Od tego momentu nie istnieje już potrzeba podjęcia rozmów z bratem, ponieważ jasne staje się, że brat nie zamierza zabić primarcha wskutek nieporozumienia.

Lorgar realizuje od dawna opracowywany plan.

Nie istnieją materiały rzucające światło na okoliczności towarzyszące stracie Campanile... samotny w ciemności, wytracający prędkość w pobliżu zewnętrznych księżyców statek, przeładowany nad miarę i niosący na pokładzie prawie cztery tysiące dusz... ponieważ nie ocalał żaden rejestrator lotu ani kopia elektronicznego dziennika pokładowego... pochłonięty przez coś w ciemności, coś zrodzonego z ciemności, coś posiadającego zęby i oczy, coś wsączającego się do każdego przedziału i każdej kajuty i poprzez każdy właz na podobieństwo pompowanego pod ogromnym ciśnieniem oleju... jednakże przyjmuje się, że zaopatrzeniowiec został przechwycony i przejęty przez okręt wojenny XVII Legionu, a jego załoga wzięta do niewoli... wszyscy oni krzyczący, oślepieni i duszący się, nie mający żadnej drogi ucieczki, żadnych drzwi wiodących gdzieś indziej niż tylko w lodowatą próżnię, i to coś stworzone z ciemności, wypełniające szczelnie wnętrze Campanile, każde pomieszczenie i pokład, niczym czarna deszczowa woda zatapiająca podziemny habitat, wdzierająca się do płuc i dusząca, zalewająca kabiny, zalewająca usta i uszy i żołądki, niszcząca karabiny, tępiąca ostrza, pochłaniająca krzyki konających, kradnąca ich krzyki, a potem wydająca je z siebie w drwiącym chichocie świadczącym o tym, że krzyki te są niczym innym jak tylko muzyką w uszach mrocznych istot, o których istnieniu ludzkość dopiero ma się dowiedzieć... po to, by dzięki odpowiednim kodom identyfikacyjnym dokonać potajemnego wejścia w strefę instalacji orbitalnych.

Nieprawidłowości w kursie oraz prędkości lotu Campanile zostają odnotowane przez Kontrolę Przestrzeni Calthu przy stanie licznika -136.14.12, a następnie -135.01.20 i -122.11.35.

Za chwilę utracenia kontaktu radiowego uznaje się stan licznika -99.21.59.

Dwie godziny później Kontrola Przestrzeni Calthu uznaje Campanile za "przypadek wymagający weryfikacji", a główny koordynator zmiany decyduje, że w przypadku braku zmiany statusu obiektu do końca bieżącej zmiany konieczne stanie się wysłanie grupy przechwytującej. W dniu tym ze względu na konsolidację flot w obrębie systemu słonecznego Veridian znajdują się sto dziewięćdziesiąt dwa tysiące ruchomych obiektów kosmicznych.

Grupa przechwytująca nie zostaje wysłana, ponieważ Campanile wznawia pracę transponderów przy stanie licznika -88.10.21.

Załoga zaopatrzeniowca jest wymieniona na liście poległych w trakcie walk systemowych, aczkolwiek nikogo z tych ludzi nigdy więcej nie ujrzano... lecz byli tam, tylko w postaci dla nikogo nierozpoznawalnej, z wyjątkiem ich krzyków...

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 08 stycznia 2013, 08:54

Czy to oznacza, że bierzesz się za pełnowymiarowe tłumaczenie ? ;)


Broń Boże! To byłoby rażące naruszenie praw autorskich! :P
Ostatnio zmieniony 08 stycznia 2013, 18:04 przez Kargan, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 stycznia 2013, 18:03

[center]Licznik -124.24.03[/center]
Pikieta nadciągającej floty opiera swe naznaczone szramami kadłuby o wysięgniki parkingowe, zajmując pozycje na wysokiej orbicie ponad Numinusem. Składają się na nią okręty, które przebyły długą drogę i które noszą z dumą barwy i insygnia XVII Legionu.

Luciel otwiera śluzę. Jego kompania pełni służbę wartowniczą na wysokiej orbicie: Luciel osobiście zabiegał o ten zaszczyt.

Dorównujący wzrostem parze stojących jeden na drugim mężczyzn, szeroki niczym trzej stojący ramię w ramię atleci, okryty lśniącym ceramitem pancerza wspomaganego Praetor, Luciel otwiera wejście do śluzy.

Poświata lamp podkreśla niebieskie i złote kolory pancerza. Doskonale dopasowany hełm przylega ciasno do głowy. Ukryte za wizjerami oczy Luciela reagują z taką samą szybkością jak optyczne wzmacniacze umieszczone w fasetkach szkieł. Wyuczony odruch bierze górę nad logiką: stając w obliczu nowej przestrzeni, Luciel musi przeanalizować jej charakter i zdefiniować wszelkie potencjalne zagrożenia. Komora próżniowa, sześćdziesiąt metrów sześciennych, z ustabilizowaną grawitacją, wyposażona w pancerne pokrycie z funkcją automatycznego uszczelniania dziur, wypełniona zdatnym do użytku powietrzem, chociaż Luciel wyczuwa w nim chemiczny posmak. Po przeciwnej stronie śluzy znajduje się identyczny właz.

W jego progu stoi jakaś postać. To drugi Kosmiczny Marine, w pełnym pancerzu.

Luciel należy do XIII Legionu, Ultramarines. Niebieski i złoto, czyste ostre barwy, płyty zbroi wypolerowane na nieskazitelny połysk. Wzorzec Praetor jest nowym modelem pancerza wspomaganego, wytwarzanym na razie jedynie w fabrykach Veridii i czekającym na formalne wdrożenie do użytku przez Legiony.

Przybysz należy do XVII Legionu, Głosicieli Słowa. Ma na sobie pancerz Mark IV Maximus, opracowany z myślą o militarnej supremacji. Masywny kształt przednich płyt zbroi i obły hełm są Lucielowi znane.

Kolory nie. Ciemny karmazyn ze stalowymi wykończeniami. Emblematy kompanii i insygnia drużyny mają postać ciemnych kształtów, niemalże nieczytelnych, jakby niedawno startych bądź dopiero przygotowywanych do naniesienia. Gdzie podziała się znajoma szarość poprzednich barw Legionu?

Głosiciel Słowa jest wręcz kimś obcym. Przez ułamek chwili jawi się Lucielowi jako zagrożenie.

Nadludzkie reakcje ulegają bezwiednej aktywacji, adrenalina sięga bardzo wysokiego poziomu, mięśnie tężeją. Luciel nosi w uchwycie na udzie bolter, ogromną broń w kolorze smolistej czerni. Może po nią sięgnąć, wymierzyć i wystrzelić w czasie jednej sekundy. Zasięg do celu wynosi sześć metrów, brak jakiejkolwiek osłony. Nie ma szansy, by spudłować. Pancerz Maximus, pogrubiony w przedniej sekcji, może zatrzymać bolterowy pocisk, zatem Luciel wybiera dwa strzały wymierzone w wizjery hełmu. Pancerne pokrycie śluzy posiada funkcję samonaprawczą i poradzi sobie z ostrzałem z laserów, ale mikrowybuchy bolterowych pocisków mogą ją uszkodzić w krytycznym stopniu, więc Luciel przygotowuje się odruchowo na efekt dekompresji wywołany przebiciem komory wskutek rykoszetu. Uaktywnione pojedynczym myślowym impulsem, magnetyczne podeszwy jego butów przytwierdzają legionistę do podłogi śluzy.

Luciel analizuje sytuację teoretycznie, ale naturalnie teoria taka nie ma uzasadnienia. Nie istnieje żaden taktyczny precedens dotyczący konfrontacji pomiędzy Astartes. Sam taki pomysł jest bezsensowny. Luciel myśli praktycznie i to kieruje jego uwagę na wizjery hełmu. Jest w stanie uśmiercić przeciwnika w przeciągu półtorej sekundy, oddając dwa strzały na tyle celne, by zapobiec dekompresji pomieszczenia.

Cała ta analiza zostaje dokonana w ciągu ułamka sekundy.

Głosiciel Słowa unosi swą prawą dłoń. Gdzie ją kieruje? Ku ciężkiemu plazmowemu miotaczowi noszonemu w otwieranym przez pociągnięcie pokrowcu?

Ukryta w pancernej rękawicy dłoń rozkłada palce, przywodząc na myśl otwierający się kwiat. Światło lamp odbija się od delikatnych oczek kolczego pokrycia.

- Luciel - mówi Głosiciel Słowa - Bracie.

- Tchure - odpowiada Luciel, ochrypłym głosem wydobywającym się z wokalizatorów hełmu - Bracie.

- Dobrze cię widzieć - stwierdza przedstawiciel XVII Legionu postępując do przodu.

- Wiele minęło czasu - odpowiada Luciel ruszając na spotkanie przybysza. Obejmują się przyciskając nadłokietniki do opancerzonych pleców.

- Powiedz mi, bracie - odzywa się Luciel - Co nowego nauczyłeś się zabijać od naszego ostatniego spotkania?
Ostatnio zmieniony 08 stycznia 2013, 19:21 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 stycznia 2013, 21:17

[center]Licznik -116.50.32[/center]
Aeonid Thiel, Ultramarine, oskarżony o wykroczenie dyscyplinarne i objęty postępowaniem karnym, wchodzi na pokład niebieskozłotego Stormbirda stojącego na pasie startowym dwa tysiące kilometrów na południe od Numinusa. Słońce, będące sercem systemu Veridia, stanowi perłę błyszczącą na bladym nieboskłonie. Thiel wielokrotnie słyszy opinie, że to piękna gwiazda. I piękny świat.

Wokół legionisty rozciąga się Dera Caren, dystrykt manufaktur i zakładów produkcyjnych, morze matowej stali pławiącej się w słonecznym blasku. Budynki - proste, pozbawione ozdób, całkowicie utylitarne - wyrzucają obłoczki białego dymu i pary, pompowane w niebo poprzez dachowe wentylatory i strzeliste fabryczne kominy. Pomiędzy industrialnymi kwartałami zachowano połacie lasów, by pracownicy manufaktur mogli wypoczywać na ich obszarze w czasie wolnym od pracy.

Daleko na zachodzie, tworząc mglistą plamę wiszącą nad widnokręgiem, w przestworza wspina się na podobieństwo księżyca jeden z orbitalnych doków. Thiel wie o istnieniu ośmiu innych orbitalnych stoczni. Już wkrótce Calth będzie mógł stanąć w szranki z Macragge w dziedzinie potencjału produkcyjnego, to kwestia dwudziestu, może trzydziestu lat. Już słyszy się pogłoski o projekcie budowy płyty superorbitalnej, takiej jak na Ziemi. Ziemia ma wiele płyt superorbitalnych. Mają je kluczowe światy Imperium. Niedługo Calth dołączy do grona Macragge, Saramanthu, Konoru, Occludy i Iaxu stając się kluczowym światem Ultramaru, ośrodkiem władzy sprawowanej na ogromnych połaciach Ultima Segmentum. Calth stanie się jednym z kamieni węgielnych rozkwitającej cywilizacji.

Calth stanie się ucieleśnieniem nagrody, jaką mają przynieść całe wieki toczonych przez Imperium wojen.

To dlatego Calth musi przetrwać wszystkie kryzysy. Nie może upaść przez wzgląd na swój status w obrębie Ultramaru. Nie może upaść przez wzgląd na znaczenie przemysłu orbitalnego.

Sztab marszałka Horusa zdobył informacje sugerujące istnienie teoretycznego zagrożenia. Thiel sądzi, że zagrożenie musi wykraczać dalece poza zakres teoretyczny, skoro w ramach prewencji ma miejsce tak ogromna konsolidacja sił - chyba, że cała ta operacja ma stanowić dowód wpływów marszałka. Pełna mobilizacja Trzynastego Legionu, największego spośród wszystkich, w celu przeprowadzenia działań na jednym froncie to rzecz niesłychana. Instruowanie w kwestii sposobu przeprowadzenia tych działań Roboute Guillimana, primarcha mającego najmniej powodów ku temu, by musieć się czymkolwiek wykazywać, wymaga niebywałego autorytetu. Sugerowanie, że Guilliman może potrzebować pomocy...

Horus jest wielkim żołnierzem, Thiel nie wstydzi się tego otwarcie przyznać. Thiel miał sposobność go widzieć, służyć pod nim, darzyć go podziwem. Obdarzenie Horusa tytułem marszałka wojny wydaje się jak najbardziej zasadnym posunięciem. Bez względu na to jaką opinię mieli na swój temat primarchowie, tylko trzech czy czterech innych mogłoby podjąć z Horusem rywalizację o ów zaszczytny tytuł. Kto mógłby stać się awatarem Imperatora, jego pomazańcem? Tylko Horus, Guilliman, Sanguinius, być może Dorn. Wszelkie inne roszczenia byłyby z gruntu bezzasadne. Nawet przy ograniczeniu grupy wybrańców do czterech, Dorn byłby w tej roli zbyt drakoński, Sanguinius zaś zbyt niezdecydowany. Wybór musiał się w zasadzie rozstrzygnąć pomiędzy Horusem i Guillimanem. Horus zawsze miał w sobie niezwykłą pasję i charyzmę, Guilliman był w tej kwestii bardziej opanowany. Być może to właśnie zaważyło na decyzji. To oraz fakt, że Guilliman jest już obarczony licznymi obowiązkami. Ma pod sobą mocarstwo, zbudowane dopiero w połowie. Ultramar. Administrację międzysystemową, populacje planet, cywilizację. Guilliman już ewoluował ponad status militarnego geniusza, podczas gdy Horus wciąż jeszcze pozostawał zdobywcą światów i pogromcą wrogów.

Być może marszałek wojny zdaje sobie sprawę z tego faktu: jest świadomy tego, że nawet w chwili swego największego tryumfu jego brat prześcignął go nie przejawiając na dodatek najmniejszej chęci do rywalizacji o tytuł pomazańca Imperatora? Być może to dlatego Horus chce podkreślić swą władzę wydając rozkazy Trzynastemu Legionowi?I być może dlatego nakazuje połączyć jego siły z Siedemnastym Legionem, bez względu na ich trudne wzajemne relacje.

Bądź też nowy marszałek wojny jest bardziej kreatywny i widzi w nadciągającej wojnie szansę na to, by Lorgar i jego zeloci uszczknęli nieco chwały u boku Guillimana poprzez kooperację i czerpanie właściwych wzorców.

Aeonid Thiel, Ultramarine, wielokrotnie wyrażał te opinie na głos.

To nie z ich powodu został oskarżony o wykroczenie dyscyplinarne i objęty postępowaniem karnym.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 stycznia 2013, 21:54

[center]Licznik -111.02.36[/center]
Mężczyźni rozładowują metalowe skrzynie w rzecznych dokach na południowym brzegu rzeki Boros. Wieżowce Numinusu wznoszą się ponad ich głowami nad szeroką szarą taflą wody, zbudowane po przeciwnej stronie rzeki.

Praca jest męcząca, ale mężczyźni, żołnierze Imperialnej Armii, nie tracą dobrego humoru. Po rozładunku czeka ich obiad, ostatni drink w żołnierskiej kantynie, a potem lot wahadłowcami na orbitę planety.

Skrzynie wykonane są z ciemnego metalu, przypominając niewielkie trumny pełne nowiutkich karabinów laserowych typu Illuminator VI, zmodernizowanej wersji tej broni produkowanej w fabrykach Veridii. Żołnierze liczą na to, że w przeciągu kilku dni dane im będzie użyć tych karabinów w praktyce.

Wiejący wzdłuż rzeki wiaterek przynosi ze sobą zapach morskiej bryzy. Pracujący w dokach żołnierze należą 61 regimentu piechoty Numinusu. Niektórzy z nich mają za sobą doświadczenie wyniesione z pierwszych lat Wielkiej Krucjaty, inni są nieopierzonymi rekrutami wcielonymi do służby w obliczu nieoczekiwanego zagrożenia.

Sierżant Hellock dba o odpowiednie morale.

- Czy to będą zielonoskórzy? Naprawdę zielonoskórzy? - rekruci nie przestają zadawać tego samego pytania. Słyszeli już to i owo o zielonoskórych. Sierżant zapewnia ich, że nie.

- To będą ćwiczenia skoncentrowane na kooperacji - wyjaśnia - Operacyjna demonstracja siły. Ultramar prężący swe muskuły. Marszałek wojny prężący swe muskuły.

Hellock rozmyślnie kłamie. Zapala skręta lho i zaciąga się używką stojąc w cieniu rzucanym przez portowe zadaszenie, z rozpiętym kołnierzem ciemnoniebieskiej kurtki mundurowej. Hellock ma dobre kontakty ze swoim kapitanem, ten zaś przekazuje mu wiele interesujących wieści. Kapitan Hellocka ma przyjaciela w szeregach Dziewiątej Kompanii Ultramarines, przyjaciela pozyskanego w myśl popieranej przez władze fraternizacji Astartes i zwykłych żołnierzy. Nadludzki przyjaciel kapitana twierdzi, że zagrożenie nie jest teoretyczne. Nazywa je mianem "prawdopodobnej ekspansji ksenoenklawy Ghaslakha", co stanowi dość komiczny sposób opisywania rzeczywistości. Pierdoleni zielonoskórzy. Pierdolone orki. Sukinkoty zbierające się na granicach sektora, gromadzące siły i odwagę na to, by spróbować splądrować Calth. Tak czy owak zagrożenie bynajmniej nie teoretyczne.

To dlatego bierze się cały cholerny Trzynasty i cały cholerny Siedemnasty i do tego jeszcze wszystkie pozbierane po drodze korpusy Armii, a potem rzuca się to wszystko na pierdolonego Ghaslakha ksenosukinkota. Wymiata się nimi cały pierdolony system, wyrzyna się w locie całe to towarzystwo i zabija na śmierć. Zabija co do sztuki. Martwi, pozamiatanie, pozostaje otrzepać dłonie z kurzu i cieszyć się, że nie ma już żadnego zagrożenia, teoretycznego albo i nie.

Organizuje się korpus ekspedycyjny o rozmiarach niewidzianych od czasów pierwszych lat Wielkiej Krucjaty i niespotkany dotąd nigdy w obrębie Ultramaru, w tym dwa Legiony niezwyciężonych Astartes, a potem za jednym zamachem wyrywa się zielonym draniom ich zielony mózg, zielone serce i zielony kręgosłup.

Tak właśnie widzi to sierżant Hellock.

Sierżant Hellock ma na imię Bowe. Żaden z jego podwładnych tego nie wie, a tylko jeden czy dwaj ocaleli poznają imię sierżanta w przyszłości studiując listy poległych.

Bowe Hellock umrze za dwa dni.

Przyczyną jego śmierci nie będą zielonoskórzy.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 stycznia 2013, 22:06

[center]Licznik -111.05.12[/center]
Sierżant Hellock zniknął na papierosa. Ludzie zwalniają tempo, czując pierwsze oznaki zmęczenia.

Najmłodszym z nich jest Bale Rane. To zupełny żółtodziób, zaledwie tydzień w służbie po wcieleniu w ramach przyśpieszonego poboru. Usłyszał bliżej niesprecyzowaną obietnicę, że otrzyma godzinną przepustkę, by pożegnać się z zaręczoną sześć tygodni temu dziewczyną przed odlotem na orbitę. Nie może znieść myśli, że mógłby jej już nie zobaczyć. Zaczyna też podejrzewać, że rzekoma przepustka okaże się tylko pustą obiecanką.

Neve znajduje się na przeciwnym brzegu, na nadrzecznej promenadzie. Czeka, aż zacznie do niej machać ponad relingiem przecinającego rzekę promu. Młodzieniec nie może pogodzić się z myślą, że jego narzeczoną czeka ogromne rozczarowanie. Będzie tam czekała całą noc w próżnej nadziei, że jedynie się spóźnia. Zrobi się ciemno, a wieże krakingowe rafinerii będą rzucały żółtą poświatę na taflę czarnej wody. Neve zmarznie.

Rane czuje okropny ból w sercu.

- Postaw kołnierz - doradza Krank łapiąc rekruta za ucho. Krank jest starszym wiekiem żołnierzem, weteranem - Praca w słońcu wywołuje poparzenia, chłopcze. Czapka na głowę, kołnierz w górę, nawet jeśli zalewasz się potem. Uwierz mi, nie chcesz, żeby skóra złaziła z ciebie płatami. To gorsze od złamanego serca.
Ostatnio zmieniony 08 stycznia 2013, 22:31 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 stycznia 2013, 22:30

[center]Licznik [niesprecyzowany][/center]
Licznik Calthu ma podwójne znaczenie. Po pierwsze, zgodnie z protokołem bojowego rejestru Trzynastego Legionu oznacza czas trwania działań militarnych wyrażony w standardowych godzinach terrańskich. Wszystkie materiały dotyczące operacji i akcji Ultramarines na powyższym teatrze zmagań zostały zarchiwizowane, a przypisany wszystkim im stan licznika pozwala zachować odpowiedni układ chronologiczny wydarzeń. Wykładowca odsyłający studenta do licznika Oraxu 12.16.10 ma na myśli dziesiątą sekundę szesnastej minuty dwunastej godziny działań operacyjnych Ultramarines podczas Przyłączenia Oraxu. Zwyczajowo licznik taki uruchamia się w momencie zatwierdzenia planu działania bądź w chwili rozpoczęcia pierwszych działań operacyjnych, ale w przypadku Calthu rozpoczęto jego liczenie od chwili, w której Guilliman wydał rozkaz odpowiedzenia ogniem. Jak zwykł mawiać Primarch, wszystko, co wydarzyło się wcześniej było jedynie podstępem i zdradą.

Drugie znaczenie terminu licznik Calthu nawiązuje do poparzeń wywołanych podwyższoną radioaktywnością słoneczną, powszechnych wśród wielu uczestników tamtejszych zmagań, przede wszystkim ludzi o zwykłym genotypie.

Ostatni z tych weteranów zmarli wiele lat później, ale do końca konsekwentnie odmawiali proponowanych im chirurgicznych zabiegów, nosząc z dumą owe znamię.
Przedstawiłem Wam dwa pierwsze rozdziały powieści "Know no fear". Ciekawy jestem jak przypadła Wam do gustu. Jeśli o słowo "licznik" idzie, w oryginale było słowo "mark". Po angielsku pasuje to wybornie zarówno do znacznika chronologicznego jak i znamienia cielesnego (chociażby blizny po poparzeniu), ale nie udało mi się wymyślić na szybko równie zgrabnego tłumaczenia).

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 08 stycznia 2013, 23:57

Może słowo "znacznik" byłoby odpowiedniejsze ? ;)
Oczywiście chcemy wiecej ;)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 10 stycznia 2013, 21:37

[center]Licznik -109.08.22[/center]
Remus Ventanus, kapitan Czwartej Kompanii, sprawuje nadzór nad poborem w prowincji Erud. Powinien czuć się zaszczycony, ale wcale się tak nie czuje.

Obecne zadanie zbyt przypomina mu papierkową robotę. To praca dla biurokraty, urzędniczego gryzipiórka. Kapitan ma wrażenie, że Primarch chce udzielić mu kolejnej cennej lekcji na temat odpowiedzialności spoczywającej na nadludziach. Lekcję dowodzącą tego, że można czerpać dumę również z pracy nie związanej z działaniami militarnymi. Być równie dobrym przywódcą jak dowódcą.

Remus Ventanus rozumie tę kwestię. Kiedy wojna się skończy, co musi prędzej czy później nastąpić, kiedy nie będzie już więcej wrogów do wyeliminowania i planet do podbicia, co pozostanie do zrobienia nadludziom, którzy teraz budowali Imperium?

Odejście ze służby?

Skazanie na wymarcie?

Przeistoczenie w powód zakłopotania władz? Krępujące wspomnienie starszych, bardziej brutalnych czasów, kiedy ludzie potrzebowali nadludzi do stworzenia ich rękami swej cywilizacji? Wojna jest akceptowalnym złem, kiedy staje się niezbędna dla przetrwania. Gdy przetrwanie nie jest już zagrożone, sama świadomość tego, że wymagało odwołania się do wojny potrafi stać się nie do zniesienia.

- To właśnie wielka ironia związana z Legionami Astartes - powiedział tydzień wcześniej Guilliman zwracając się do swoich kapitanów i komendantów - Stworzeni do roli idealnych maszyn do zabijania po to, by zapewnili wieczysty pokój, z którego dobrodziejstw nie będą potrafili w pełni korzystać.

- Błędna koncepcja? - zapytał Gage.

- Konieczny ciężar - zasugerował Sydance - Wzniosę twą świątynię wiedząc, że nigdy nie będę ci oddawał w niej czci.

Guilliman zaprzeczył ruchem głowy.

- Mój ojciec nie popełnia pomyłek takiej wagi - oznajmił - Kosmiczni Marines są doskonali w prowadzeniu wojen, ponieważ są stworzeni do doskonałości we wszystkim, co robią. Każdy z was stanie się kiedyś przywódcą, rządcą, panem swego własnego świata, a ponieważ nie będzie już więcej wojen, skupicie swe nadludzkie talenty na kwestiach zarządzania cywilnego i rozwijania kultury.

Remus Ventanus wie, że jego Primarch szczerze w to wierzy. Kapitan wątpi zarazem, że Primarchowie tacy jak Angron czy Russ zapatrują się na taką wizję przyszłości z równym co Guilliman optymizmem.

- Skąd ten uśmiech? - pyta stojący u boku kapitana Selaton.

Remus zerka na swego sierżanta.

- Uśmiechałem się?

- Patrząc na elektronotes, sir. Zastanawiam się, co zabawnego można wyczytać w manifeście załadunkowym liczącym osiemdziesiąt czołgów superciężkich.

- Niewiele - przyznał Remus.

Za szybami wieży kontrolnej ogromne suwnice przemieszczają ważące po czterysta ton superczołgi w kierunku równie wielkich orbitalnych transportowców.
Ostatnio zmieniony 23 maja 2013, 18:00 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 12 czerwca 2013, 12:07

[center]Licznik -108.56.13[/center]
Brat Braellen jest młody i nie miał jeszcze okazji do zmierzenia się z zielonoskórymi. Jego kapitan wręcz przeciwnie. W słonecznym blasku spływającym na obozowisko na wzgórzach Ourosene zorganizowane zostają prowizoryczne ćwiczenia mające zagospodarować czas oczekiwania na zaokrętowanie.

- Ork, teoretycznie - mówi kapitan Damocles.

- Głowa lub kręgosłup, pociski masoreaktywne - odpowiada Braellen - Lub serce.

- Głupiec - mruczy sierżant Domitian - Strzał w serce takiego nie zatrzyma. Nie ma gwarancji. Te dranie dosłownie wchłaniają obrażenia, nawet z bolterów.

- Więc głowa lub kręgosłup - koryguje swą odpowiedź Braellen.

Damocles kiwa głową.

- Ork, praktycznie? - pyta.

- Co mam? - odpowiada pytaniem Braellen.

- Swój bolter. I nóż.

- Głowa lub kręgosłup - rozstrzyga Braellen - Albo i to i to, co tylko zadziała. Maksymalna trauma. Jeśli wejdzie do walki wręcz, dekapitacja.

Damocles kiwa głową.

- Grunt w tym, by nie dopuścić do walki wręcz - doradza sierżant Domition - Oni mają w sobie niebywałą siłę. Jeśli się uda, wyrwą ci kończyny ze stawów. Czasami walczą nawet z oderwanymi lub roztrzaskanymi czaszkami. Autonomiczny system nerwowy czy coś podobnego. Trzymaj ich na dystans, jeśli tylko możesz. Broń zasięgowa, przede wszystkim bolter. Maksymalna trauma.

- Słuszna uwaga - kapitan Damocles spogląda w stronę swego doświadczonego latami wojaczki sierżanta, potem przenosi wzrok na stojących w kręgu legionistów - Na dodatek płynąca z ust człowieka, który walczył z zielonoskórymi sześć razy więcej ode mnie. Sześć razy, prawda, Dom?

- Sądzę, że siedem, sir - odpowiada sierżant - Ale nie ma się czego wstydzić.

Damocles przywołuje na usta uśmiech.

- W analizie praktycznej zapomniałeś o jednej kwestii - stwierdza.

- Doprawdy, sir? - Domition nie próbuje ukrywać szczerego zdumienia.

- Ktoś zna odpowiedź? - pyta kapitan.

Braellen podnosi swą dłoń.

- Kontrola stanu amunicji.

Domition śmieje się potrząsając jednocześnie głową. Jest zaskoczony, że zapomniał wspomnieć o tak podstawowej sprawie.

- Z korzyścią dla reszty słuchaczy, bracie Braellenie? - Damocles sugeruje rozwinięcie odpowiedzi.

- Kontrola stanu amunicji - powtarza młody legionista - Maksymalna trauma, maksymalne obrażenia, ale jednocześnie dobre wyważenie między stopniem zadawanych obrażeń i racjonowaniem amunicji.

- Dlaczego? - pyta Damocles.

- Bo w przypadku orków - wyjaśnia sierżant Domition - tych skurczybyków jest zawsze całe mnóstwo.

Brat Androm też nie miał jeszcze sposobności, by zmierzyć się z zielonoskórymi. Kiedy kapitan kończy spotkanie i odsyła legionistów do innych obowiązków, Androm rozmawia z Braellenem. Obaj Astartes zostali niedawno przeniesieni z kompanii rezerwowych do aktywnych jednostek, w zamiarze zakończenia ich procesu treningowego. Obaj czują ogromną dumę, że trafili do Szóstej Kompanii, że służą pod Saurem Damoclesem i że mogą nosić na naramiennikach - choćby i tylko na pewien czas - splecionego w ósemkę białego węża zdobiącego niebieskie pancerze legionistów.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 12 czerwca 2013, 12:35

[center]Licznik -99.12.02[/center]
Oll posiada ziemię na brzegu Neride. Ta ziemia to jakieś dwadzieścia hektarów czarnej żyznej gleby, pozyskanych w formie nagrody za służbę ojczyźnie. Oll ma za sobą wojskową przeszłość, a jej dowodem jest pożółkła żołnierska książeczka spoczywająca na dnie metalowego kufra w sypialni. To dobre lata służby, lojalnej i dzielnej pod sztandarami Imperatora.

Oll służył w Armii.

Jego kariera dobiega końca na Chrysopharze, osiemnaście standardowych lat temu. W tamtych czasach znany jest jako szeregowiec Persson. Odbiera swe cywilne dokumenty, baretkę oraz pieczątkę wbitą do żołnierskiej książeczki, a wraz z nimi również odprawę, wyliczoną na podstawie wysłużonych lat. Armia w takich przypadkach zawsze zaokrągla w dół.

Oll spędza dwa lata na masowcu lecącym z Chrysopharu na Calth. Postery i materiały reklamowe określają Ultramar mianem "Nowego Imperium". Slogan brzmi być może dysydencko, ale w pełni oddaje sens przesłania. Bogate skupisko systemów słonecznych podbitych przez wielkiego Guillimana, przeistoczone w postępową pograniczną republikę, ma w sobie posmak nowego ładu i porządku. Postery zachęcają do kolonizacji osadników nadciągających na pogranicze galaktyki śladem ekspedycji wojskowych. Przybądź do Ultramaru i stań się kowalem swego losu. Zbuduj nowe życie na Calthu. Osiądź na Octavii. Nowe światy, nowe przeznaczenie!

Jeśli człowiek decyduje się zainwestować swą odprawę w kolonizację nowych światów, imperialna administracja opłaca mu koszty podróży. Oll przybywa na Calth z tysiącem ludzi, którzy mają się stać jego sąsiadami. Kiedy dociera do celu, znany jest już jako Oll, a o jego żołnierskiej przeszłości wiedzą tylko ci, którzy mieli sposobność zauważyć wyblakły tatuaż zdobiący lewe przedramię mężczyzny.

Elektrownie fuzyjne na Neride zapewniają energię dla Numinusa i Kalkas Fortalice. Ich wielkie turbiny obmywane są wodami rzeki, przez co Neride staje się przyjemnie ciepła, a jej rzeczna dolina staje się tym samym jednym z najżyźniejszych miejsc na całej planecie. To dobra ziemia, przesiąknięta zapachem rolnych upraw.

Oll nie ma żony i zna tylko znojne życie człowieka roli. Hoduje barwne kwiaty, które trafiają później na stoły i do waz możnych mieszkańców Numinusa. Oprócz tego sezonowo urządza sianokosy. W obu przypadkach korzysta z najemnych pracowników. Zatrudnia młodych mężczyzn i kobiety z mieszkających po sąsiedzku rodzin: kobiety do cięcia i pakowania kwiatów, mężczyzn do koszenia i zbierania trawy. Zarządza nimi wszystkimi za pomocą zdemobilizowanego wojskowego serwitora towarowego o imieniu Graft. Mimo wielu wysiłków Olla Graft nie przestaje zwracać się do właściciela per szeregowiec Persson.

Oll nosi na łańcuszku na szyi katherycki wisiorek, prezent od żony, którą ledwie zdążył poznać przed jej śmiercią i która zastąpiona została wojskową służbą. Ten wisiorek, a także wiara Olla były dwoma powodami, dla których mężczyzna zdecydował się przybyć do Ultramaru. Ma się wrażenie, że tutaj, na krańcu poznanego wszechświata, łatwiej jest wierzyć w pewne rzeczy.

A przynajmniej tak mu się wydaje.

Niektórzy z sąsiadów Olla - mieszkający wokół niego od osiemnastu lat, będący rodzicami młodych ludzi, których Oll zatrudnia - śmieją się z pobłażaniem z jego religijnych przekonań. Nazywają go pobożnym człowiekiem.

Inni chadzają wraz z nim do niewielkiej kapliczki zbudowanej na skraju uprawnych pól.

Jest środek sezonu sianokosów i mężczyźni znajdują się teraz na polach. Przed nimi dwa tygodnie ciężkiej pracy.

Wysoko na nieboskłonie można dostrzec tego dnia mnóstwo obiektów. Okręty transportowe. Barki amunicyjne. Przesłaniając oczy dłonią Oll śledzi je uważnie wzrokiem. Rozpoznaje typy i przeznaczenie. Farmer, kolonista, człowiek wierzący - pod wszystkim tym wciąż skrywa się były żołnierz.

Rozpoznaje wszystkie unoszące się w powietrzu maszyny.

Nie potrafi się odpędzić od dziwnego wrażenia, które natrętnie kieruje jego myśli ku staremu laserowi zawieszonemu na ścianie nad kominkiem.

ODPOWIEDZ