PBF - Góra Szeptów
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brzeg jeziora, zniszczona osada
Cichy wysłuchał szeptanych gorączkowo podpowiedzi i opinii, ale na dźwięk sugestii tyczących się natychmiastowego odwrotu tylko potrząsnął przecząco głową. Blizna, Zadzior i Rzeźnik zaczęli posykiwać złowrogo i cmokać, toteż łowca przekręcił się na plecy i zmierzył swych towarzyszy ponurym wzrokiem.
- Póki co, tutaj jesteśmy bezpieczni - wyszeptał - Musimy tylko pilnować, żeby nikt nas nie podszedł od tyłu. Ci na dole czują się bezpieczni i pewnie nawet nie pomyślą, że ktoś im się przygląda.
- A co, jeśli nas zauważą? - wysyczał Zadzior.
- A co, jeśli nas zauważą na szlaku do Enklawy? - odparł pytaniem Cichy - W tej chwili najważniejsze jest to, żebyśmy nie wskazali im drogi do bazy. Jeśli zaczniemy się stąd wycofywać, ktoś może nas dostrzec, a tak siedzimy za kamieniami.
- Oj, nie wiem, sama nie wiem - pokręciła głową Blizna, z nutą zwątpienia w głosie - Oni mają karabiny, a my twój rewolwer. Nie będziemy mieli żadnych szans...
- Nie zauważyli nas i nie zauważą - uciął rodzącą się ponownie dyskusję Cichy, wychylając się ponownie ostrożnie zza osłony i przykładając do twarzy lornetkę. Blizna poszła w jego ślady, bez trudu wyczuwając targające łowcą emocje, przede wszystkim zaś ogromną ciekawość.
Sama w zupełności ją podzielała, mimo swego niepokoju wręcz zafascynowana obcymi.
Starając się poruszać jak najwolniej, dziewczyna dołączyła do obserwacji spoglądając w dół przez własne szkła. Początkowo odniosła wrażenie, że mężczyźni nosili jakieś hermetyczne kaski, ale szybko pojęła, że były to zwyczajne hełmy z podwieszonymi metalowymi maskami, najpewniej wytwarzane w równie chałupniczy sposób jak nieporęczne zbroje. Wszyscy zachowywali się jakby starszyzna sprezentowała im dzień wolny od pracy, leniuchując i strojąc z siebie nawzajem niewybredne żarty.
Do uszu dziewczyny dobiegały czasami dźwięki ich rozmów, ale nie rozumiała ani jednego słowa.
Cichy wysłuchał szeptanych gorączkowo podpowiedzi i opinii, ale na dźwięk sugestii tyczących się natychmiastowego odwrotu tylko potrząsnął przecząco głową. Blizna, Zadzior i Rzeźnik zaczęli posykiwać złowrogo i cmokać, toteż łowca przekręcił się na plecy i zmierzył swych towarzyszy ponurym wzrokiem.
- Póki co, tutaj jesteśmy bezpieczni - wyszeptał - Musimy tylko pilnować, żeby nikt nas nie podszedł od tyłu. Ci na dole czują się bezpieczni i pewnie nawet nie pomyślą, że ktoś im się przygląda.
- A co, jeśli nas zauważą? - wysyczał Zadzior.
- A co, jeśli nas zauważą na szlaku do Enklawy? - odparł pytaniem Cichy - W tej chwili najważniejsze jest to, żebyśmy nie wskazali im drogi do bazy. Jeśli zaczniemy się stąd wycofywać, ktoś może nas dostrzec, a tak siedzimy za kamieniami.
- Oj, nie wiem, sama nie wiem - pokręciła głową Blizna, z nutą zwątpienia w głosie - Oni mają karabiny, a my twój rewolwer. Nie będziemy mieli żadnych szans...
- Nie zauważyli nas i nie zauważą - uciął rodzącą się ponownie dyskusję Cichy, wychylając się ponownie ostrożnie zza osłony i przykładając do twarzy lornetkę. Blizna poszła w jego ślady, bez trudu wyczuwając targające łowcą emocje, przede wszystkim zaś ogromną ciekawość.
Sama w zupełności ją podzielała, mimo swego niepokoju wręcz zafascynowana obcymi.
Starając się poruszać jak najwolniej, dziewczyna dołączyła do obserwacji spoglądając w dół przez własne szkła. Początkowo odniosła wrażenie, że mężczyźni nosili jakieś hermetyczne kaski, ale szybko pojęła, że były to zwyczajne hełmy z podwieszonymi metalowymi maskami, najpewniej wytwarzane w równie chałupniczy sposób jak nieporęczne zbroje. Wszyscy zachowywali się jakby starszyzna sprezentowała im dzień wolny od pracy, leniuchując i strojąc z siebie nawzajem niewybredne żarty.
Do uszu dziewczyny dobiegały czasami dźwięki ich rozmów, ale nie rozumiała ani jednego słowa.
Cichy zabronił Wam opuszczania kryjówki, zamierza przez następne godziny obserwować skrycie osadę i jej gości. Rzecz jasna możecie dalej protestować...
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brzeg jeziora, zniszczona osada
Uzbrojonych mężczyzn było pięciu, po ciągnącej się w nieskończoność godzinie obserwacji przybysze z Enklawy byli już całkowicie tego pewni. Śmiejąc się co chwila i trącając nawzajem z pewną dozą złośliwości, ludzie w metalowych maskach odłożyli naczynia i zajęli się wypoczynkiem, paląc jakieś używki, drzemiąc lub grając w jakąś grę na planszy wyrysowanej nożem wprost na ziemi. Zadzior nie potrafił się wyzbyć poczucia przemożnego obrzydzenia widząc ich bezceremonialny stosunek do martwych mieszkańców, ale mógł jedynie dusić w sobie wściekłość, skazany na bezradne przyglądanie się obcym.
- Spotkaliście kiedykolwiek kogoś, kto byłby do nich podobny? - wyszeptał mężczyzna zerkając z ukosa na Cichego. Łowca tkwił w bezruchu ze zmarszczonym czołem, myśląc nad czymś intensywnie od dłuższej chwili.
- Ja znam tylko tę wioskę - przyznał niechętnie przywódca grupy, mówiąc ledwie słyszalnym szeptem - Ale Rzemień i Ostry natrafili kiedyś na jakąś wędrowną rodzinę na północ od góry. Był wśród tamtych ktoś, kto znał trochę nasz język. Podobno mieszkali w miejscu, które nazywali Kurdanią, ale uciekli z powodu prześladowań.
- Kurdania? - Zadzior wydawał się smakować egzotyczne słowo, obracając je na języku - Co to takiego, jakieś miasto?
- Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami Cichy, świadomy skupionych na sobie spojrzeń reszty obserwatorów - Rzemień twierdzi, że wspominali coś o morzu, ale nie byli gadatliwi.
- Ale wy przynajmniej mogliście kogoś zobaczyć - Blizna pociemniała znienacka po twarzy, zacisnęła dłonie w pięści - A nam nawet nie pisnęliście słowa. Całe lata starszyzna łgała w żywe oczy. Na górze nie ma rozumnego życia, na górze skażenie jest śmiertelnie niebezpieczne. Mieszkamy o pół dnia drogi od tego jeziora i ludzkiej osady, a myśmy o niczym nie wiedzieli, Cichy. Dlaczego?
Łowca przekręcił głowę w bok, z premedytacją unikając kontaktu wzrokowego z dziewczyną. Jego lewa dłoń zdawała się drżeć ledwie zauważalnie, być może pod wpływem przemożnego stresu.
- To sprawa Mędrca i Ostrego - powiedział po chwili - Twierdzą, że to dla waszego bezpieczeństwa. Im mniej ludzi na górze i na dole wie o sobie nawzajem, tym lepiej. Popatrz sama na tę wioskę, pomyśl. Chciałabyś zobaczyć tych drani w Enklawie?
Uzbrojonych mężczyzn było pięciu, po ciągnącej się w nieskończoność godzinie obserwacji przybysze z Enklawy byli już całkowicie tego pewni. Śmiejąc się co chwila i trącając nawzajem z pewną dozą złośliwości, ludzie w metalowych maskach odłożyli naczynia i zajęli się wypoczynkiem, paląc jakieś używki, drzemiąc lub grając w jakąś grę na planszy wyrysowanej nożem wprost na ziemi. Zadzior nie potrafił się wyzbyć poczucia przemożnego obrzydzenia widząc ich bezceremonialny stosunek do martwych mieszkańców, ale mógł jedynie dusić w sobie wściekłość, skazany na bezradne przyglądanie się obcym.
- Spotkaliście kiedykolwiek kogoś, kto byłby do nich podobny? - wyszeptał mężczyzna zerkając z ukosa na Cichego. Łowca tkwił w bezruchu ze zmarszczonym czołem, myśląc nad czymś intensywnie od dłuższej chwili.
- Ja znam tylko tę wioskę - przyznał niechętnie przywódca grupy, mówiąc ledwie słyszalnym szeptem - Ale Rzemień i Ostry natrafili kiedyś na jakąś wędrowną rodzinę na północ od góry. Był wśród tamtych ktoś, kto znał trochę nasz język. Podobno mieszkali w miejscu, które nazywali Kurdanią, ale uciekli z powodu prześladowań.
- Kurdania? - Zadzior wydawał się smakować egzotyczne słowo, obracając je na języku - Co to takiego, jakieś miasto?
- Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami Cichy, świadomy skupionych na sobie spojrzeń reszty obserwatorów - Rzemień twierdzi, że wspominali coś o morzu, ale nie byli gadatliwi.
- Ale wy przynajmniej mogliście kogoś zobaczyć - Blizna pociemniała znienacka po twarzy, zacisnęła dłonie w pięści - A nam nawet nie pisnęliście słowa. Całe lata starszyzna łgała w żywe oczy. Na górze nie ma rozumnego życia, na górze skażenie jest śmiertelnie niebezpieczne. Mieszkamy o pół dnia drogi od tego jeziora i ludzkiej osady, a myśmy o niczym nie wiedzieli, Cichy. Dlaczego?
Łowca przekręcił głowę w bok, z premedytacją unikając kontaktu wzrokowego z dziewczyną. Jego lewa dłoń zdawała się drżeć ledwie zauważalnie, być może pod wpływem przemożnego stresu.
- To sprawa Mędrca i Ostrego - powiedział po chwili - Twierdzą, że to dla waszego bezpieczeństwa. Im mniej ludzi na górze i na dole wie o sobie nawzajem, tym lepiej. Popatrz sama na tę wioskę, pomyśl. Chciałabyś zobaczyć tych drani w Enklawie?
Obcych jest pięciu, teraz już jesteście tego pewni. Każdy nosi prowizoryczny pancerz i hełm z maską zasłaniającą większą część twarzy, każdy ma własny karabin oraz rozmaite przedmioty zawieszone na taktycznych uprzężach i przy pasach.
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Cichy, a może by tak urządzić zasadzkę gdzieś w okolicach bramy wjazdowej do osady? - Zadziorowi marzyło się zdobycie broni palnej, umiał trochę posługiwać się nią, ale nigdy nie mógł nawet śnić o posiadaniu własnej sztuki. - Jakbyśmy tak się na nich zaczaili i rzucili się na nich kupą, wtedy karabiny na nic by im się zdały. Nie wyglądają na ostrożnych, moglibyśmy ich zaskoczyć. Jakbyśmy złapali jakiegoś żywcem, to może coś by wiedział o tych wstrząsach. Cichy, jak sądzisz?
Wyglądają na dzikusów, mimo posiadanej broni i wyposażenia. Mamy szansę ich zaskoczyć. Trzeba by było się podkraść do bramy, zaczaić i sprytnie rozbroić. Szczegóły do ustalenia. Jakieś pomysły? Czy raczej wciąż obstajecie za odwrotem?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brzeg jeziora, zniszczona osada
Łowca przekręcił się na bok przesłaniając oczy dłonią, spojrzał z ukosa na swych podopiecznych gładząc jednocześnie palcami drugiej dłoni rewolwer. Jego wąskie usta krwawiły w miejscu, gdzie bladoskóry mężczyzna przygryzł sobie nieopacznie wargę.
- Chodzi mi po głowie coś podobnego - wyszeptał - I mam ku temu różne powody. Pomyślcie tylko. Jest ich pięciu, każdy lepiej uzbrojony niż tuzin naszych z Enklawy. Zabili tych nieszczęśników, ale przecież nie sami. Mieliby to zrobić w piątkę? Przeciwko setce? Nawet jeśli strzelaliby bez przerwy, wieśniacy w końcu by ich zarżnęli. Nie, ta piątka to tylko ułomek całej bandy.
Blizna, Zadzior i Rzeźnik milczeli, słuchając uważnie słów łowcy.
- Musimy się dowiedzieć o nich czegoś więcej, dużo więcej. Skąd przybyli, dokąd zmierzają, ilu ich jest. Czy mają w ogóle pojęcie o istnieniu w okolicy podziemnej bazy. Czy zamierzają w okolicy osiąść.
- Chcesz to z któregoś wydusić? - odparł ściszonym głosem Rzeźnik, czując na karku dreszcz emocji - Weźmiemy więźnia?
- Myślę, że musimy zlikwidować wszystkich pozostałych - oznajmił Cichy pochylając niżej głowę, jakby obawiając się, że mimo dzielących go od obcych dystansu któryś z nich mógłby usłyszeć jego szept - Jeśli złapiemy jednego, a zostawimy resztę, mogą pójść naszym śladem. Jeśli wykończymy całą grupę, reszta bandy nigdy się nie dowie, co ich spotkało.
- Jak chcesz to zrobić? - wysyczała Blizna - Wystarczy, że jeden wystrzeli i będzie masakra. Chyba, że spróbujemy nocą...
- Zaczekamy do zmierzchu - kiwnął głową Cichy, spoglądając z ukosa na oślepiającą wszystkich swym blaskiem słoneczną tarczę - Załatwimy ich ukradkiem i zabierzemy wszystkie cenne rzeczy.
- Jeden karabin dla mnie - Zadzior oblizał bezwiednie usta, unosząc się lekko na łokciach i spoglądając w dół zbocza na obcych w maskach. Dziwaczni mężczyźni sprawiali wrażenie skłóconych, wyrzucających z siebie chrapliwe okrzyki i wygrażając sobie pięściami.
- Co tam się dzieje? - zapytał Rzeźnik zerkając w stronę podnoszących się z kucek technobarbarzyńców. Gwałtowna sprzeczka najwyraźniej dobiegła końca, bo krzyki ucichły, a najbardziej zawzięty uczestnik kłótni okręcił się na pięcie i ruszył w kierunku czegoś, co przywodziło na myśl przesłoniętą kawałkiem brezentu klatki.
- Chyba się poprztykali... - oznajmił niepewnie Zadzior - O kurwa!
Mężczyzna w żelaznej masce zerwał z klatki płachtę, odsłaniając jej wnętrze i otwierając osadzone na wielkich zawiasach drzwiczki. Wywleczona za włosy ze środka istota, w szkłach lornetki jawiąca się niezaprzeczalnie sponiewieraną nieludzko, ale wciąż żywą młodą kobietą, próbowała stawiać oprawcy niemrawy opór, nie mając najmniejszych szans na zniweczenie jego planów.
Śmiejąc się głośno mężczyzna przydeptał jej z rozmysłem stopę, wydzierając z ust dziewczyny głośny krzyk cierpienia i budząc ewidentne rozbawienie swych kompanów. Nie zwalniając chwytu człowiek w masce powlókł ofiarę po zakurzonej ziemi w kierunku jednego z częściowo zawalonych budynków.
- Ktoś ocalał - wydyszał oniemiały Zadzior, mimowolnie zaciskając dłonie w pięści - Cichy, oni kogoś złapali żywcem...
Łowca przekręcił się na bok przesłaniając oczy dłonią, spojrzał z ukosa na swych podopiecznych gładząc jednocześnie palcami drugiej dłoni rewolwer. Jego wąskie usta krwawiły w miejscu, gdzie bladoskóry mężczyzna przygryzł sobie nieopacznie wargę.
- Chodzi mi po głowie coś podobnego - wyszeptał - I mam ku temu różne powody. Pomyślcie tylko. Jest ich pięciu, każdy lepiej uzbrojony niż tuzin naszych z Enklawy. Zabili tych nieszczęśników, ale przecież nie sami. Mieliby to zrobić w piątkę? Przeciwko setce? Nawet jeśli strzelaliby bez przerwy, wieśniacy w końcu by ich zarżnęli. Nie, ta piątka to tylko ułomek całej bandy.
Blizna, Zadzior i Rzeźnik milczeli, słuchając uważnie słów łowcy.
- Musimy się dowiedzieć o nich czegoś więcej, dużo więcej. Skąd przybyli, dokąd zmierzają, ilu ich jest. Czy mają w ogóle pojęcie o istnieniu w okolicy podziemnej bazy. Czy zamierzają w okolicy osiąść.
- Chcesz to z któregoś wydusić? - odparł ściszonym głosem Rzeźnik, czując na karku dreszcz emocji - Weźmiemy więźnia?
- Myślę, że musimy zlikwidować wszystkich pozostałych - oznajmił Cichy pochylając niżej głowę, jakby obawiając się, że mimo dzielących go od obcych dystansu któryś z nich mógłby usłyszeć jego szept - Jeśli złapiemy jednego, a zostawimy resztę, mogą pójść naszym śladem. Jeśli wykończymy całą grupę, reszta bandy nigdy się nie dowie, co ich spotkało.
- Jak chcesz to zrobić? - wysyczała Blizna - Wystarczy, że jeden wystrzeli i będzie masakra. Chyba, że spróbujemy nocą...
- Zaczekamy do zmierzchu - kiwnął głową Cichy, spoglądając z ukosa na oślepiającą wszystkich swym blaskiem słoneczną tarczę - Załatwimy ich ukradkiem i zabierzemy wszystkie cenne rzeczy.
- Jeden karabin dla mnie - Zadzior oblizał bezwiednie usta, unosząc się lekko na łokciach i spoglądając w dół zbocza na obcych w maskach. Dziwaczni mężczyźni sprawiali wrażenie skłóconych, wyrzucających z siebie chrapliwe okrzyki i wygrażając sobie pięściami.
- Co tam się dzieje? - zapytał Rzeźnik zerkając w stronę podnoszących się z kucek technobarbarzyńców. Gwałtowna sprzeczka najwyraźniej dobiegła końca, bo krzyki ucichły, a najbardziej zawzięty uczestnik kłótni okręcił się na pięcie i ruszył w kierunku czegoś, co przywodziło na myśl przesłoniętą kawałkiem brezentu klatki.
- Chyba się poprztykali... - oznajmił niepewnie Zadzior - O kurwa!
Mężczyzna w żelaznej masce zerwał z klatki płachtę, odsłaniając jej wnętrze i otwierając osadzone na wielkich zawiasach drzwiczki. Wywleczona za włosy ze środka istota, w szkłach lornetki jawiąca się niezaprzeczalnie sponiewieraną nieludzko, ale wciąż żywą młodą kobietą, próbowała stawiać oprawcy niemrawy opór, nie mając najmniejszych szans na zniweczenie jego planów.
Śmiejąc się głośno mężczyzna przydeptał jej z rozmysłem stopę, wydzierając z ust dziewczyny głośny krzyk cierpienia i budząc ewidentne rozbawienie swych kompanów. Nie zwalniając chwytu człowiek w masce powlókł ofiarę po zakurzonej ziemi w kierunku jednego z częściowo zawalonych budynków.
- Ktoś ocalał - wydyszał oniemiały Zadzior, mimowolnie zaciskając dłonie w pięści - Cichy, oni kogoś złapali żywcem...
Jakieś wstępne deklaracje?
-
Kargan
- Reactions:
- Posty: 1420
- Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
- Has thanked: 8 times
- Been thanked: 7 times
Ile zostało do zmierzchu ? Zaatakować musimy gdzieś 3h po zachodzie - jak już będzie całkiem ciemno, albo o świcie - kiedy sen jest najmocniejszy.
Podkraść się naraz z kilku kierunków. Zlikwidować wartownika i z nożami rzucić się na pozostałych. Cichy z pistoletem bu nas ubezpieczał. Dziewczyny może i szkoda,
ale Bliźnie bardziej zależy na własnym tyłku i zdrowiu własnych towarzyszy więc na ratunek w tej chwili rzucać się nie zamierza.
Jak wygląda teren wokół ich obozowiska ? Jakieś drzewa, głazy, nierówności terenu ? Da się od strony budynków podejść skrycie ?
Podkraść się naraz z kilku kierunków. Zlikwidować wartownika i z nożami rzucić się na pozostałych. Cichy z pistoletem bu nas ubezpieczał. Dziewczyny może i szkoda,
ale Bliźnie bardziej zależy na własnym tyłku i zdrowiu własnych towarzyszy więc na ratunek w tej chwili rzucać się nie zamierza.
Jak wygląda teren wokół ich obozowiska ? Jakieś drzewa, głazy, nierówności terenu ? Da się od strony budynków podejść skrycie ?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brzeg jeziora, zniszczona osada
Cichy był wyraźnie zdenerwowany, chociaż widać było, że starał się tego nie okazywać. Łowca spojrzał w górę ku słońcu, mrużąc pozbawione osłony gogli oczy, potem uniósł się wyżej na łokciach zerkając ponownie ku ruinom wioski. Wlekący dziewczynę oprawca zniknął w jednym z budynków, ścigany szyderczymi okrzykami kompanów. Czterej pozostali obcy ponownie zajęli się swoją grą, ścierając planszę obcasami i wyrysowując ją na nowo niżami.
- Zmieniłem zdanie - powiedział znienacka Cichy - Nie będziemy czekali, nie możemy. Te dranie są bardzo pewne siebie. Za duże ryzyko, że czekają na powrót reszty grupy. Dopiero teraz do mnie dotarło, że do zmroku może się tu zwalić setka albo więcej podobnych im skurczybyków.
- Setka? - westchnął mimowolnie Rzeźnik, zatrwożony taką perspektywą.
- A choćby i pół - żachnął się Cichy - Pół setki też wystarczy.
- Jak ty chcesz załatwić ich wszystkich za dnia? - wysyczała Blizna - Odbiło ci? A może chodzi ci o tą dziewczynę?
- To jeden z powodów - odpowiedział natychmiast Cichy, zaskakując Bliznę szczerością - Musimy ją uwolnić.
- Kosztem własnego zdrowia? - cedziła przez zęby Blizna, lodowatym tonem - Nie zrozumcie mnie źle, ale nie będę za nią nadstawiała karku.
Cichy wbił w swą towarzyszkę bezwzględne spojrzenie, marszcząc czoło w grymasie poirytowania.
- Musimy ją zabrać ze sobą - oznajmił łowca nie odrywając wzroku od zmrużonych oczu Blizny - Potrzebujemy jej.
Zawzięta nożowniczka zesztywniała znienacka, a na jej ładnej na co dzień twarzy - teraz wykrzywionej w wyjątkowo paskudny sposób - pojawił się znienacka wyraz zrozumienia.
Zrozumienia i złości.
- Już rozumiem, o co ci chodzi - prychnęła opryskując Cichego kropelkami śliny - Już wiem, po co ci ona, ty draniu.
- Bredzisz - Cichy niemal zagotował się z gniewu, wbijając palce obu dłoni w stwardniałą ziemię - Bredzisz jak potłuczona. Nie chcę jej dla siebie. Enklawa jej potrzebuje. To świeża krew, a my musimy krew mieszać, inaczej wymrzemy... inaczej za parę pokoleń wszyscy będziemy jak ci tam...
Spojrzenie łowcy pobiegło w górę wzniesienia, ku oddalonej o kilkadziesiąt metrów kryjówce pary mutantów.
Cichy był wyraźnie zdenerwowany, chociaż widać było, że starał się tego nie okazywać. Łowca spojrzał w górę ku słońcu, mrużąc pozbawione osłony gogli oczy, potem uniósł się wyżej na łokciach zerkając ponownie ku ruinom wioski. Wlekący dziewczynę oprawca zniknął w jednym z budynków, ścigany szyderczymi okrzykami kompanów. Czterej pozostali obcy ponownie zajęli się swoją grą, ścierając planszę obcasami i wyrysowując ją na nowo niżami.
- Zmieniłem zdanie - powiedział znienacka Cichy - Nie będziemy czekali, nie możemy. Te dranie są bardzo pewne siebie. Za duże ryzyko, że czekają na powrót reszty grupy. Dopiero teraz do mnie dotarło, że do zmroku może się tu zwalić setka albo więcej podobnych im skurczybyków.
- Setka? - westchnął mimowolnie Rzeźnik, zatrwożony taką perspektywą.
- A choćby i pół - żachnął się Cichy - Pół setki też wystarczy.
- Jak ty chcesz załatwić ich wszystkich za dnia? - wysyczała Blizna - Odbiło ci? A może chodzi ci o tą dziewczynę?
- To jeden z powodów - odpowiedział natychmiast Cichy, zaskakując Bliznę szczerością - Musimy ją uwolnić.
- Kosztem własnego zdrowia? - cedziła przez zęby Blizna, lodowatym tonem - Nie zrozumcie mnie źle, ale nie będę za nią nadstawiała karku.
Cichy wbił w swą towarzyszkę bezwzględne spojrzenie, marszcząc czoło w grymasie poirytowania.
- Musimy ją zabrać ze sobą - oznajmił łowca nie odrywając wzroku od zmrużonych oczu Blizny - Potrzebujemy jej.
Zawzięta nożowniczka zesztywniała znienacka, a na jej ładnej na co dzień twarzy - teraz wykrzywionej w wyjątkowo paskudny sposób - pojawił się znienacka wyraz zrozumienia.
Zrozumienia i złości.
- Już rozumiem, o co ci chodzi - prychnęła opryskując Cichego kropelkami śliny - Już wiem, po co ci ona, ty draniu.
- Bredzisz - Cichy niemal zagotował się z gniewu, wbijając palce obu dłoni w stwardniałą ziemię - Bredzisz jak potłuczona. Nie chcę jej dla siebie. Enklawa jej potrzebuje. To świeża krew, a my musimy krew mieszać, inaczej wymrzemy... inaczej za parę pokoleń wszyscy będziemy jak ci tam...
Spojrzenie łowcy pobiegło w górę wzniesienia, ku oddalonej o kilkadziesiąt metrów kryjówce pary mutantów.
Cichy chce działać od razu, powodowany chęcią "przejęcia" uwięzionej przez obcych dziewczyny...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rzut taktyczny
Jesteście na zboczu wzniesienia górującego ponad osadą, naprzeciwko brzegu jeziora. Bez trudu możecie w taki sposób ześlizgnąć się na dół, by obcy Was nie zauważyli ze swej pozycji na placyku - dopóki tkwią w miejscu, a nie łażą po wiosce, możecie zbliżyć się do nich na krótki dystans.
Dziewczyna i jej prześladowca znajdują się w budynku, do którego możecie podejść skrycie od swojej strony, a w ścianach jest dość dziur, by ktokolwiek mniejszy od cargo przedostał się po cichu do środka.
Z obecnego stanowiska widzicie też drogę dojazdową do wioski, biegnącą wzdłuż jeziora i podstawy masywu górskiego skrywającego Enklawę.
Jesteście na zboczu wzniesienia górującego ponad osadą, naprzeciwko brzegu jeziora. Bez trudu możecie w taki sposób ześlizgnąć się na dół, by obcy Was nie zauważyli ze swej pozycji na placyku - dopóki tkwią w miejscu, a nie łażą po wiosce, możecie zbliżyć się do nich na krótki dystans.
Dziewczyna i jej prześladowca znajdują się w budynku, do którego możecie podejść skrycie od swojej strony, a w ścianach jest dość dziur, by ktokolwiek mniejszy od cargo przedostał się po cichu do środka.
Z obecnego stanowiska widzicie też drogę dojazdową do wioski, biegnącą wzdłuż jeziora i podstawy masywu górskiego skrywającego Enklawę.