Balin stał przez chwilę przy drzwiach. Chwila przeciągała się, ale nic się nie działo. Gdy już miał odejść, drzwi uchyliły się i wyszedł z nich niski i grubawy człowiek. Człowiek ów sam wyglądał jakby potrzebował pomocy medycznej. Twarz miał pożółkłą i pobladłą. Pod oczami wisiały mu sinawe worki, a samie oczy był usiane czerwonymi żyłkami. Poruszał się wolno i niezgrabnie, wspierając się na drewnianym kosturze. Od czasu do czasu pokaszliwał. Z pod płaszcza wystawała koszula nocna, głowę nadal zdobiła szlafmyca. Kapłan wydawał się być w kondycji schorowanego starca, a tymczasem Balin oceniał jego wiek na trzydzieści kilka lat.
- Co jest za tym płotem - zagaił rozmowę Balin - dlaczego pilnują go straże.
Kapłan nawet nie obrócił głowy w tamtą stronę i odkaszlnąwszy rzekł.
- To zgliszcza świątyni Morglihta. Świątyni już niema, ale zło pozostało i wysysa siły życiowe z mieszkańców - odrzekł krótko.
Dopiero teraz krasnolud przypomniał sobie, że sam gasił ten budynek. A w zasadzie ludzie jakoś nie palili się do jego gaszenia. Dbali jedynie, aby ogień nie przeszedł na faktorię krasnoludzkiego kupca, niejakiego Fraki Asady.
- Nie gwarantuję, że uda mi się pomóc twojemu towarzyszowi skoro ci się nie udało kapłanie Gotam-gora - powiedział zbliżając się do karczmy - Jestem el Hirmin Arus kapłan Arianny i nie zamierzam narażać życia bez potrzeby. Nie pozostawię moich owieczek bez pasterza - dodał siadając na ławie pod karczmą - Dalej nie wchodzę. Przynieście go tutaj.
Szybki rzut na charyzmę Balina i odporność na sugestię kapłana i już wiem, że kapłan nie odmówi Tan Balinowi.