Karczma "Spokojna Przystań", o świtaniu
Nie potrafiąc się powstrzymać Huskun ziewnął potężnie, rozwierając gębę tak szeroko, że omal mu nie pękła skóra w kącikach ust. Z środka zębatej paszczęki buchnął wyjątkowo nieświeży oddech, będący w przeważającej mierze odorem spożytych poprzedniego wieczoru trunków. Karczmarz i towarzyszący mu człowiek natychmiast cofnęli się o krok, porażeni cuchnącym oddechem zaklinacza.
Goblin pozbierał się z drewnianej podłogi, wciąż usłanej kawałkami ogryzionych wołowych kości i skrawków przeżutego niechlujnie chleba. Otrzepawszy z wyniosłą miną rękawy spojrzał na górujących ponad nim przybyszów, siląc się na równie wyniosły co mina ton.
- Wszyscy żywi, panie gospodarzu - oznajmił wysuwając dumnie podbródek i wydymając wargi w sposób jeszcze bardziej uwydatniający przerośnięte kiełki - A co lepsiejsze, wasza zmora precz poszła. Była tu, wszelako poległa sromotnie, bośmy ją chwacko oporządzili.
Karczmarz i jego kompan wymienili między sobą wyraźnie zdumione spojrzenia, jakby nie dowierzając słowom goblina albo też ich nie rozumiejąc. Ta druga ewentualność bardzo strapiła Huskuna, który po pobycie w zamku Nieulękłych gotów był dowodzić, że zjadł wszystkie rozumy i w ramach tej konsumpcji poznał też wszelkie niuanse asseryjskiej mowy.
- Moja chcieć powiadać, zmoraka dawałta drapaka - oświadczył niepewnie unikając doboru zbyt skomplikowanych wyrażeń, przeciągając nadmiernie każde słowo i zasadniczo robiąc z siebie pośmiewisko w stylu wiejskiego głupka - Insze druhaki śpikają, ale zara tukej zlezają.
Mam nadzieję, że karczmarz zacznie skakać z radości!