PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Procjon rozumiem brak czasu.
Ale chciałbym aby Twoje posty zawierały jedno, dwa lub kilka zdań w trybie fabularnym, a nie niemal tylko i wyłącznie krótkie jednozdaniowe, wzmianki w trybie technicznym.
Ale chciałbym aby Twoje posty zawierały jedno, dwa lub kilka zdań w trybie fabularnym, a nie niemal tylko i wyłącznie krótkie jednozdaniowe, wzmianki w trybie technicznym.
Ostatnio zmieniony 20 marca 2014, 18:41 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Kilka dni później.
Czarne wybrzeże.Zielonkawe fale rozbijały się na poszarpanych skałach, przypominających zęby morskiego potwora toczącego pianę z pyska. Wulfrede stał przy kole sterowym. Nie ufał nikomu na tyle, by złożyć w cudze ręce sterowanie Tygrysem Morskim podczas tego niebezpiecznego przejścia. Chen Shu stał na dziobie z doświadczonym marynarzem. Obaj trzymali poznaczone węzłami linki z ołowianymi ciężarkami, i za pomocą tych prostych przyrządów mierzyli głębokość wody. Robili to na przemian; gdy jeden wyciągał swoją sondę, drugi rzucał, dzięki czemu przerwy między pomiarami były niewielkie.
- Dwa sążnie - zakrzyknął śpiewnie marynarz. Pochodził z Czarnego Wybrzeża i twierdził, że zna te wody. Wzięli go wraz z paroma innymi, aby zastąpić ludzi poległych w potyczce z piratami. Nowi marynarze należeli do plemienia Lua, w porównaniu z Kushytami stosunkowo pokojowego, i cieszyli się reputacją zręcznych żeglarzy. Zwyczajowo zaciągali się na zmierzające na południe statki, które opuszczali w drodze powrotnej.
- Sążeń i pół - zawołał Chen Shu.
Marynarze stojący przy relingu zachowywali milczenie. Majaczące w pobliżu skały były groźniejsze od piratów. Tygrys Morski miał mniej niż sążeń zanurzenia, ale nawet niewielka skalista ostroga, stercząca z dna na dwie czy trzy stopy, mogłaby rozpruć poszycie statku od dziobu do rufy i spowodować natychmiastowe zatonięcie. Nawet dobry pływak nie miałby szans na uratowanie się z idącego na dno okrętu.
Drżenie przebiegło przez statek. Linka z ciężarkiem wypadła z rąk marynarza, jak gdyby została uwięziona między dnem statku i czymś poniżej. Żeglarze i pasażerowie zacisnęli zęby. Po chwili drżenie ustało.
- To tylko piaszczysta łacha - powiedział Wulfrede. - Poznalibyśmy, gdyby to była skała. - Mówił lekkim tonem, ale twarz miał zlaną potem wcale nie z powodu upalnego poranka.
Chen Shu wyciągnął sondę.
- Sześć sążni! - krzyknął z szerokim uśmiechem.
Wszyscy zaczęli znowu normalnie oddychać. Minęli skalną barierę i wpłynęli na głębokie wody laguny. Wulfrede otarł pot z czoła i przekazał ster marynarzowi.
- Nie powtórzę takiego przejścia za żadne pieniądze!
- Będziesz musiał, przynajmniej jeszcze raz - zauważył Springald. - Jak inaczej chciałbyś opuścić to miejsce?
- Będziemy tutaj przez jakiś czas - rzekł Wulfrede. - Wyślę szalupę z sondą i znajdę bezpieczniejszą drogę. Tutaj mogłaby nas zabić niewielka skała.
Szeroka i spokojna laguna graniczyła z plażą białego piasku, za którą wyrastała ściana gęstej dżungli. Zielona roślinność błyskała w porannym słońcu. Wokół panowała cisza, ale Chen Shu wiedział, że to jedynie z powodu odległości dzielącej ich od brzegu. Dżungla nigdy nie milczy, zawsze rozbrzmiewa śpiewem ptaków, bzyczeniem owadów i krzykiem ofiar drapieżników. Znad laguny dobiegał cichy szum fal rozbijających się o odległe rafy.
Aquilończycy przyłączyli się do Drussa, który przyglądał się linii brzegowej.
- Nie widzę oznak życia - zagadnął Springald. - Nie ma łodzi na brzegu, nie ma chat ani śladu dymu nad dżunglą.
- Nie dajcie się zwieść - ostrzegł Druss. - Borana są tutaj, i nawet w tej chwili nie spuszczają nas z oka. Wygasili ogniska, gdy tylko zobaczyli statek. Teraz nas oceniają.
- Pod jakim względem? - zapytała Malia.
Druss uśmiechnął się do niej.
- Jako kolację.
- Wielu z tej bandy jest zbyt łykowatych i żylastych - rzekł ze śmiechem uczony. - Chociaż Malia na pewno jest smakowita.
- Nie myśl o mnie jak o pożywieniu dla ludożerców - oburzyła się dziewczyna.
- To nie jest stosowne - zgodził się Ulfilo.
- Na Ymira - wtrącił Wulfrede - nie chcieliśmy być niestosowni, prawda?
- Jak dostaniemy się na ląd? - zapytał Springald.
- Najpierw wyślemy łódź z paroma ludźmi, uzbrojonymi po zęby, ale z towarem - odparł kapitan. - Krajowcy muszą zobaczyć, że jesteśmy silni, ale nie chcemy, aby brali nas za piratów czy łowców niewolników.
- Będziesz w pierwszej łodzi? - zapytał Ulfilo.
Van pokręcił głową.
- Przede wszystkim liczy się okręt.
- Tak - potwierdził Chen Shu. - Na brzegu może czyhać niebezpieczeństwo i kapitan musi pozostać na statku, dopóki nie upewni się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ja popłynę w pierwszej łodzi.
- Będę ci towarzyszył - zadeklarował Springald. - Chciał- bym poznać tych ludzi i ich kraj.
- Jak chcesz, ale bądź przygotowany na kłopoty.
- Jestem, od czasu opuszczenia Aquilonii.
Kiedy żaglowiec stanął na kotwicy, wybrani marynarze zabrali broń i popłynęli w stronę plaży. W dalszym ciągu nie było ani śladu tubylców. Na dziobie Chen Shu i Springald usadowili się na skrzyni z towarem na handel. Aquilończyk jak zwykle zabrał sakwę z księgami. Sześciu doświadczonych marynarzy siedziało przy wiosłach, siódmy przy sterze. Wszyscy byli uzbrojeni.
- Tam jest rzeka. - Springald wskazał przerwę między drzewami, skąd leniwy strumień wynosił zielone błoto do zatoki. - Nie wygląda to zachęcająco.
- Lepiej niż w czasie mojego ostatniego pobytu - oznajmił Chen Shu. - Wtedy był niższy poziom wody. Być może będziemy mogli pić bez konieczności wielokrotnego filtrowania.
- Mam nadzieję, Chen Shu - powiedział sternik. - Beczułki są już prawie puste.
Ktoś chce popłynąć na brzeg z Chen Shu, Springaldem i kilkoma marynarzami?
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:26 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Pora rozprostować kości. -zamorianin wyprężył się niczym kot szelmowsko uśmiechając się przy tym. Puścił oko do Malii, po czym gwizdnął na trójkę swych ochroniarzy.
Vasquez- tym razem zostaniesz. -oświadczył głośno, nachyliwszy się do ucha najemnika dodał: Dopilnuj, by w razie awantury nie zostawili nas na brzegu.
Wy zaś nareszcie się rozerwiecie, przy okazji zobaczę coście warci. -rzucił ku dwójce zamaskowanych najemników.
Miał nadzieję, że tym sprytnym kłamstwem uśpił czujność reszty, w głowie jego bowiem kłebiły się całkiem odmienne myśli.
To dzika ziemia, więc i niewolnicy byliby sporo warci, a i użyteczni. Najlepiej będzie ocenić ich siłę i umiejętności handlu z bliska. -myślał spoglądając się ku lądowi.
A i nie zaszkodzi wziąć paru świecidełek na wymianę. -rzucił ku kompanom.
Vasquez- tym razem zostaniesz. -oświadczył głośno, nachyliwszy się do ucha najemnika dodał: Dopilnuj, by w razie awantury nie zostawili nas na brzegu.
Wy zaś nareszcie się rozerwiecie, przy okazji zobaczę coście warci. -rzucił ku dwójce zamaskowanych najemników.
Miał nadzieję, że tym sprytnym kłamstwem uśpił czujność reszty, w głowie jego bowiem kłebiły się całkiem odmienne myśli.
To dzika ziemia, więc i niewolnicy byliby sporo warci, a i użyteczni. Najlepiej będzie ocenić ich siłę i umiejętności handlu z bliska. -myślał spoglądając się ku lądowi.
A i nie zaszkodzi wziąć paru świecidełek na wymianę. -rzucił ku kompanom.
Ostatnio zmieniony 21 marca 2014, 02:11 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.