PBF - Ścigając samego siebie
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Mówi pan, doktorze, że nie mają dwustu ludzi i ja mogę się z tym zgodzić. Niech mają pięćdziesięciu. Och, niech mają choćby i tylko dwudziestu, co wydaje mi się szacunkami lekko zaniżonymi. Ale to dwudziestu Kajdaniarzy. Dwudziestu bezwzględnych bandytów, wprawionych w wyrządzaniu krzywdy wszelakiej bliźniemu swemu. A tutaj są sami poczciwi ludzie, choć miłujący się wzajemnie i chętnie stający w obronie swoich współbraci, to jednak Kajdaniarze w moim odczuciu mają nielichą przewagę. Są uzbrojeni i dowodzeni, a to ważne. I drugi raz nie nabiorą się na sztuczkę z dynamitem. Tym razem musimy przedsięwziąć zupełnie inne kroki, by poradzić sobie z tymi diabłami. Świta mi w głowie pewien plan, ale nie wiem jak dużo są w stanie poświęcić mieszkańcy Goodsprings. Być może będą musieli opuścić miasteczko i poszukać innego domu.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, obok Prospector Saloon
Przykry obowiązek nie sprawił nikomu z osadników radości, bo rozerwane wybuchami ciała Kajdaniarzy poniewierały się na całej długości szosy i wzdłuż jej poboczy, aż po urwaną rękę wiszącą z krawędzi zadaszenia werandy baru. Obwiązawszy usta i nosy chustami osadnicy zaczęli zbierać ludzkie szczątki w jednym miejscu, ładując je na przyciągnięty przez parę krnąbrnych kozłorogów zaprzęg.
- Zabierajcie wszystko, co może się przydać - przypomniała nie wiadomo który raz Trudi, sortująca na werandzie znoszone tam łupy, w większości przypadków zniszczone bądź mocno uszkodzone siłą detonacji.
Stary Pete z ogromną ostrożnością wykopał z ziemi pięć ładunków, które nie eksplodowały, rozbrajając je bez czekania na pomoc albinosa i natychmiast chowając gdzieś odzyskane laski dynamitu.
- Gdzie przewieziecie zwłoki? - zapytał pastor Gottschalk, który przechadzał się pomiędzy trupami Kajdaniarzy zmawiając za duszę każdego z nich krótką modlitwę.
- Za osadę, za domostwo doktora - odpowiedział Chet oglądający uważnie myśliwski karabin z wygiętą mocno lufą - Wrzucimy ich do jakiegoś dołu i zasypiemy kamieniami, żeby gekony ich nie zeżarły.
[/center]
Przykry obowiązek nie sprawił nikomu z osadników radości, bo rozerwane wybuchami ciała Kajdaniarzy poniewierały się na całej długości szosy i wzdłuż jej poboczy, aż po urwaną rękę wiszącą z krawędzi zadaszenia werandy baru. Obwiązawszy usta i nosy chustami osadnicy zaczęli zbierać ludzkie szczątki w jednym miejscu, ładując je na przyciągnięty przez parę krnąbrnych kozłorogów zaprzęg.
- Zabierajcie wszystko, co może się przydać - przypomniała nie wiadomo który raz Trudi, sortująca na werandzie znoszone tam łupy, w większości przypadków zniszczone bądź mocno uszkodzone siłą detonacji.
Stary Pete z ogromną ostrożnością wykopał z ziemi pięć ładunków, które nie eksplodowały, rozbrajając je bez czekania na pomoc albinosa i natychmiast chowając gdzieś odzyskane laski dynamitu.
- Gdzie przewieziecie zwłoki? - zapytał pastor Gottschalk, który przechadzał się pomiędzy trupami Kajdaniarzy zmawiając za duszę każdego z nich krótką modlitwę.
- Za osadę, za domostwo doktora - odpowiedział Chet oglądający uważnie myśliwski karabin z wygiętą mocno lufą - Wrzucimy ich do jakiegoś dołu i zasypiemy kamieniami, żeby gekony ich nie zeżarły.
Info odnośnie łupów - miejscowi zgarnęli całą nieuszkodzoną broń i amunicję Kajdaniarzy z wyjątkiem noży i maczet, ale jeśli chcecie, możecie wszyscy wejść w posiadanie kamizelek kuloodpornych kalifornijskiej służby więziennej zapewniających +2 Punkty Pancerza na torsie (2 kieszenie, 4 sloty) oraz ciężkich butów z +1 PP na nogach.
[center]
[/center]-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, obok Prospector Saloon
Skończywszy żałobny ceremoniał, kaznodzieja podszedł do Trudi i Cheta ze ściągniętym troską obliczem, najwyraźniej intensywnie nad czymś rozmyślając.
- Słyszałem o szacunkach liczebności tych bandytów - oznajmił zwracając na siebie uwagę uniesioną dłonią. Trudi, Chet, Nick, Sam i Ringo spojrzeli na pastora z zainteresowaniem, najwyraźniej darząc jego opinie sporą estymą - Niech mają pięćdziesięciu. Och, niech mają choćby i tylko dwudziestu, co wydaje mi się szacunkami lekko zaniżonymi. Ale to dwudziestu Kajdaniarzy. Dwudziestu bezwzględnych bandytów, wprawionych w wyrządzaniu krzywdy wszelakiej bliźniemu swemu.
Pastor podniósł nieco głos, by usłyszeli go wszyscy uprzątający zdewastowaną szosę osadnicy, obrzucił słuchaczy charyzmatycznym spojrzeniem.
- A tutaj są sami poczciwi ludzie, choć miłujący się wzajemnie i chętnie stający w obronie swoich współbraci, to jednak Kajdaniarze w moim odczuciu mają nielichą przewagę. Są uzbrojeni i dowodzeni, a to ważne. I drugi raz nie nabiorą się na sztuczkę z dynamitem. Tym razem musimy przedsięwziąć zupełnie inne kroki, by poradzić sobie z tymi diabłami. Świta mi w głowie pewien plan, ale nie wiem jak dużo są w stanie poświęcić mieszkańcy Goodsprings. Być może będziecie musieli opuścić miasteczko i poszukać innego domu.
Przez osadników przebiegł cichy pomruk dezaprobaty, wyrażany również potrząsanymi przecząco głowami.
- Mądry z pana człowiek, pastorze - powiedział Nick - Dużo macie racji, ale my nie mamy dokąd pójść. Nie stać nas na przepustki do Nowego Vegs, a w slumsach na przedmieściach gnieździł się nie będę. Mam wracać do Kalifornii?
- Pastor wspominał coś o jakimś planie - wtrąciła pośpiesznie Trudi, zerkając z ukosa na Gottschalka - Co to za plan?
Skończywszy żałobny ceremoniał, kaznodzieja podszedł do Trudi i Cheta ze ściągniętym troską obliczem, najwyraźniej intensywnie nad czymś rozmyślając.
- Słyszałem o szacunkach liczebności tych bandytów - oznajmił zwracając na siebie uwagę uniesioną dłonią. Trudi, Chet, Nick, Sam i Ringo spojrzeli na pastora z zainteresowaniem, najwyraźniej darząc jego opinie sporą estymą - Niech mają pięćdziesięciu. Och, niech mają choćby i tylko dwudziestu, co wydaje mi się szacunkami lekko zaniżonymi. Ale to dwudziestu Kajdaniarzy. Dwudziestu bezwzględnych bandytów, wprawionych w wyrządzaniu krzywdy wszelakiej bliźniemu swemu.
Pastor podniósł nieco głos, by usłyszeli go wszyscy uprzątający zdewastowaną szosę osadnicy, obrzucił słuchaczy charyzmatycznym spojrzeniem.
- A tutaj są sami poczciwi ludzie, choć miłujący się wzajemnie i chętnie stający w obronie swoich współbraci, to jednak Kajdaniarze w moim odczuciu mają nielichą przewagę. Są uzbrojeni i dowodzeni, a to ważne. I drugi raz nie nabiorą się na sztuczkę z dynamitem. Tym razem musimy przedsięwziąć zupełnie inne kroki, by poradzić sobie z tymi diabłami. Świta mi w głowie pewien plan, ale nie wiem jak dużo są w stanie poświęcić mieszkańcy Goodsprings. Być może będziecie musieli opuścić miasteczko i poszukać innego domu.
Przez osadników przebiegł cichy pomruk dezaprobaty, wyrażany również potrząsanymi przecząco głowami.
- Mądry z pana człowiek, pastorze - powiedział Nick - Dużo macie racji, ale my nie mamy dokąd pójść. Nie stać nas na przepustki do Nowego Vegs, a w slumsach na przedmieściach gnieździł się nie będę. Mam wracać do Kalifornii?
- Pastor wspominał coś o jakimś planie - wtrąciła pośpiesznie Trudi, zerkając z ukosa na Gottschalka - Co to za plan?
Założyłem, że Mitchell i albinos są sami, ale nic nie szkodzi, by towarzyszący osadnikom pastor porozmawiał na temat dalszych poczynań bezpośrednio z nimi.
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Plan to chyba za dużo powiedziane. Mam myśl, lecz w desperacji tonący chwyta się brzytwy. Musimy spowodować, żeby mieszkańcy zniknęli. Ukryć ich wszystkich gdzieś, gdzie przeczekają najazd na Goodsprings. Czy są w pobliżu jakieś jaskinie lub kopalnie? Przed odejściem zaminować salon pozostawiwszy w nim dość alkoholu, by skusić najeźdźców. Myślę, że gdy przybędę i nie zastaną mieszkańców, zdrowo się wkurzą. A potem zaczną plądrować. Salon można zabarykadować, żeby musieli go zdobyć. Niech alkohol, i być może jeszcze jakiś inny cenny łup, będą dla nich nagrodą. Niech zgromadzą się w jednym miejscu, żeby cieszyć się tym swoim łupem. Wtedy zwalić salon na ich głowy. Wiem, mówiłem, że nie nabiorą się drugi raz na dynamit. Ale nie mam innego pomysłu. Dodatkowo do alkoholu można dodać środki odurzające lub truciznę. Zapewne doktor Mitchell znajdzie coś w swoich zapasach. Jest tylko jeden szkopuł. Ktoś będzie musiał pozostać, żeby zainicjować zawał. Plan ryzykowny, kosztowny i bez pewności powodzenia. Nie mamy broni, ludzi ani wyszkolenia w wystarczającej ilości, żeby odeprzeć atak. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, obok Prospector Saloon
Propozycja kaznodziei wywarła na mieszkańcach Goodsprings piorunujące wrażenie, na krótką chwilę wręcz odbierając im mowę.
- Jeśli mamy się stąd na chwilę wynieść, musimy zabrać trzodę i cały dobytek - wyjąkał jakiś osadnik, którego imienia pastor jeszcze nie znał - I niby kiedy mamy to zrobić? Przecież Cobb może tu ściągnąć resztę bandy już przed świtem!
Słysząc te słowa wszyscy pozostali wdali się jednocześnie w dyskusję przekrzykując się wzajemnie i tworząc taki harmider, że kaznodzieja przestał rozumieć cokolwiek z wyrzucanych pośpiesznie ciągów słów.
- Bez urazy, pastorze, ale prędzej umrę niż pozwolę zniszczyć ten bar - powiedziała z niezwykłym zacięciem w głosie Trudi, pociągając Gottschalka za rękaw płaszcza - Włożyłam w to miejsce siedem lat życia, odbudowałam je cegła po cegle. Nie chcę zaczynać od nowa.
- Nie mówiłem, że to będzie łatwy wybór - odparł z powagą kaznodzieja - Czasami decyzje są bardzo trudne, ale czyż życie nie jest najważniejsze?
- Zależy czyje! - oznajmił podniesionym głosem ktoś przeciskający się przez grupę dyskutujących ze sobą osadników. Pastor i barmanka spojrzeli na jasnowłosego strzelca, zmierzającego w stronę werandy z kroplami potu na czole.
- Gdzie jest Sunny? - zapytał zabijaka, wodząc jednocześnie wzrokiem po zgromadzonych przy wózku z trupami ludziach - Jeszcze nie wróciła?
- Już poszła - odpowiedziała ponurym tonem Trudi, wskazując dłonią na wzgórze wznoszące się za blaszakiem Sekuritrona - Joe Cobb zdołał uciec, jako jedyny z całej tej bandy. Poszła jego śladem.
- Nie możemy go jakoś dogonić? - jasnowłosy zmarszczył czoło w wyrazie stonowanej frustracji - Motorem albo konno?
- Nie mamy motoru ani konia - odparł Stary Pete - A na kozłorogach nie da się jeździć, dostają od razu ataku szału.
Propozycja kaznodziei wywarła na mieszkańcach Goodsprings piorunujące wrażenie, na krótką chwilę wręcz odbierając im mowę.
- Jeśli mamy się stąd na chwilę wynieść, musimy zabrać trzodę i cały dobytek - wyjąkał jakiś osadnik, którego imienia pastor jeszcze nie znał - I niby kiedy mamy to zrobić? Przecież Cobb może tu ściągnąć resztę bandy już przed świtem!
Słysząc te słowa wszyscy pozostali wdali się jednocześnie w dyskusję przekrzykując się wzajemnie i tworząc taki harmider, że kaznodzieja przestał rozumieć cokolwiek z wyrzucanych pośpiesznie ciągów słów.
- Bez urazy, pastorze, ale prędzej umrę niż pozwolę zniszczyć ten bar - powiedziała z niezwykłym zacięciem w głosie Trudi, pociągając Gottschalka za rękaw płaszcza - Włożyłam w to miejsce siedem lat życia, odbudowałam je cegła po cegle. Nie chcę zaczynać od nowa.
- Nie mówiłem, że to będzie łatwy wybór - odparł z powagą kaznodzieja - Czasami decyzje są bardzo trudne, ale czyż życie nie jest najważniejsze?
- Zależy czyje! - oznajmił podniesionym głosem ktoś przeciskający się przez grupę dyskutujących ze sobą osadników. Pastor i barmanka spojrzeli na jasnowłosego strzelca, zmierzającego w stronę werandy z kroplami potu na czole.
- Gdzie jest Sunny? - zapytał zabijaka, wodząc jednocześnie wzrokiem po zgromadzonych przy wózku z trupami ludziach - Jeszcze nie wróciła?
- Już poszła - odpowiedziała ponurym tonem Trudi, wskazując dłonią na wzgórze wznoszące się za blaszakiem Sekuritrona - Joe Cobb zdołał uciec, jako jedyny z całej tej bandy. Poszła jego śladem.
- Nie możemy go jakoś dogonić? - jasnowłosy zmarszczył czoło w wyrazie stonowanej frustracji - Motorem albo konno?
- Nie mamy motoru ani konia - odparł Stary Pete - A na kozłorogach nie da się jeździć, dostają od razu ataku szału.
BG Aravena powrócił szczęśliwie do osady, załapując się na rozmowę pastora z osadnikami. To dobra okazja, by i on podzielił się opinią na temat zalecanych dalszych poczynań mieszkańców Goodsprings...