Szóstka jeźdźców dotarła do Langmere godzinę przed zachodem słońca. Grzmociciele lustrowali czujnymi spojrzeniami znane już sobie uliczki i zaułki miasteczka, pełne podchmielonych o tej porze dnia górników, flisaków i obwoźnych handlarzy. Grupka uzbrojonych konnych tutaj akurat nie budziła większego zainteresowania bywalców knajp i burdeli, bo niemal wszyscy pracujący na pogórzu Wyrmwallu górnicy uzbrojeni byli po zęby. Rozległy górski masyw słynął z rozlicznych niebezpieczeństw, wśród których prym wiodły plemiona bogrinów i dzikie trolle, ale które bynajmniej nie ograniczały się do tych tylko stworów.
- Poszukajmy jakiegoś noclegu - rzucił z wysokości siodła Thane oglądając się w stronę Grzmocicieli - Zjemy coś i przenocujemy, a jutro rano pojedziemy w stronę Divinium.
Reynard skinął w odpowiedzi głową, powiódł wzrokiem po zatłoczonej ubitej uliczce szukając wśród wywieszonych nad drzwiami domostw szyldów znaków noclegowni. Poklepując zmęczone całodzienną jazdą konie po szyjach mężczyźni zaczęli zsiadać z siodeł, znienacka jednak powietrzem wstrząsnął przeraźliwy świst, który swym natężeniem niemal rozsadzał uszy.
W głębi uliczki pojawił się jakiś kształt, masywny i kanciasty, sunący poprzez uciekający w panice tłum wprost na spłoszone konie Grzmocicieli.
- Co to kurwa?! - zawył któryś z mężczyzn, walcząc desperacko z uzdą wierzchowca - Co się dzieje?!
Ludzkie krzyki przybrały na mocy, dźwięcząc prawdziwą grozą. Przenikliwy świst wzniósł się ponad ten harmider przeszywając po raz drugi donośnym dźwiękiem wieczorne powietrze.