Mikulas leżał pośrodku gościńca rozpaczając nad swoim losem. Wzywał pomocy u wszystkich znanych mu świętych w obawie, by usłyszanym nie zostać szeptem wypowiadając ich imiona. Słyszał ryk potworów i szczęk broni, lecz nie ważył się podnieść wzroku.
Mroźny wiatr, niby w w zimowe kleszcze zacisnął jego serce tłumiąc oddech. Gdzieś pośród chaosu usłyszał ludzki głos. Spokojny ton męża, ledwie kilkanaście krokó od niego. Rozczapierzył palce zerknąwszy okiem pomiędzy nimi. Oto rycerz na wzór wschodni ubrany z mieczem obnażonym pochylał się nad drugim zbrojnym wzywając go po niemiecku.
W nich dostrzegł Mikulas swoje wybawienie. Cud przez swą gorliwą modlitwę spowodowany. Czuwającą opatrzność.
Noga zygfrydowego rycerza okrutnie okaleczona biel kości ukazywała, jakby w kłusownika żeleźce wpadła. Konrad szybko ocenił, że niewiele mu pomóc obecnie zdoła, spojrzał ponad mrocznymi cieniami rzucanymi na trakt w bladym świetle pełni księżyca. Leniwie sunąca przy ziemi mgła spowiła jego nogi unosząc się ku kolanom, w górę.
Wówczas, w ostatniej chwili poczuł ową obecność złowrogą, ohydny, krwawy oddech głodnego demona.
Lata spędzone nad opasłymi księgami, lata poszukiwań i zgłębiania wiedzy w ciągu jednego tchnienia stały się niczym. Wątłym pyłem w bezmiarze wieczności.
Mikulas dostrzegł na własne oczy diabła, który uwił się w żywym ciele spośród mglistych cieni. Zjawił się tuż za jego wybawicielem. Chciał krzyknąć, by go ostrzec, lecz lęk sparaliżował jego język i serce trwogą niezmierzoną zmroził.
Rycerz spod Ciechanowa znalazł w sobie dość woli, by stawić czoła piekielnej istocie. Odskoczył ciął na odlew natrafiając w pustkę. Usłyszał śmiech mroczny, pomieszany z warknięciem jakoby. Nim spostrzegł bestia znalazła się przy nim rękę jego silną wykręcając w tył. Oprzeć się nie zdołał, spojrzawszy w ponure, czerwone ślepia demona.
Ból. Potworny, nieludzki uścisk. Ostre kły zakosztowały jego szyi wpijając się głęboko.
Coraz głębiej.
Sięgnęły duszy Konrada i wciąż wpychały się dalej. Nie mógł oprzeć się nieznośnej myśli. Myśli dręczącej i haniebnej.
Uświadomił sobie bowiem, że diabelski pocałunek zaczyna sprawiać mu przyjemność. Błogie uniesienie, przy którym zbladły uroki małżeńskiego łoża.
I któremu haniebnie, lecz posłusznie chciał się oddawać.
Chciał krzyczeć w proteście, gdy demon porzucił swe sodomickie praktyki cisnąwszy go brutalnie pomiędzy drzewa. Zbyt słaby był jednak, by protestować, ledwie trzymawszy się resztek uchodzącego zeń żywota.
Gasnącym spojrzeniem dostrzegł Rycerza Światłego, Zygfryda von Feuchtwangen jak na diabła natarł swą prawicą niemalże pozbawiając go upiornego łba. Zadrżało powietrze od siły ciosu owego, lecz potwór wciąż rześkwo trzymał się na nogach. Zwarli się w starciu, zatańczyli na wietrze, zafalowali.. chmury przesłoniły księżyc, a gdy ciało odmówiło Nałęczowi służby, świat Konrada spoczął w ciemnościach.
[center]***[/center]
Spojrzał Alfonso po towarzyszach, gdy rozum jego powoli pojął rzecz, której wciąż nie dawał wiary. Postąpił krok ku Zygfrydowi, który chwilę ledwie wcześniej, przed walki końcem oderwał jednemu z wilków łeb rękami gołymi. Niejeden cud Buonafiori na wyprawach widział, niejeden męstwa przejaw to jednak poza możliwości prawego człeka występowało.
To nie koniec. Nie traćcie ducha! Karocy strzeżcie! -krókie spojrzenie i słowa proste przeogromny zachwyt nad osobą Feuchtwangena w templariuszach wzbudziły. Rozstąpili się nieco zadziwieni z jak wielką mocą do nich przemówił. Niechybnie człek ten samemu bogu był miły.
Pobiegł ów tajemniczy mąż, boga powiernik i wysłannik niechybny z odsieczą kamratom swym i Konradowi. Wielki odczuł Alfonso smutek, że Zygfryd nakazał pozostać mu przy wozie miast pozwolić za sobą na odsiecz ruszyć.
Wtem wrzask nieludzki, trwożny, w dziczy rosnący przywrócił mu chłodny, bitewny osąd. Spojrzeli po sobie z Sigwaldem rozpoznawszy krzyki brata Alaina, co męki straszliwej niechybnie zaznawał. Z głębi lasu owe cierpiętnicze nawoływanie dochodziło, wydawać by się mogło, że nigdy się nie skończy, gdy krzyk urwał się gwałtownie.
Konary pobliskich drzew zatrzeszczały odwracając ku rycerzom swe powykręcane gałęzie. Wszędy naraz dało się wyczuć odór przeklęty, jakoby wyziew nagromadzonych z biegiem pokoleń trupów. Ciemność spowiła oczy obrońców, a piersi ich wypełniło zwątpienie, gdy najlichsze nawet światło wbrew naturze poczęło wygasać pośród narastającego mroku. Alfonso szaleńczo zamajaczył pochodnią z topniejącą ulgą zatapiając wzrok w jej płomieniu.
Nie sposób orzec, jak długo to trwało, gdy dudnienie mocarne posłyszeli od strony karocy dobiegające.
Coś waliło ze środka w ciężkie, okute żelazem drzwi. Tuż przed Alfonsem zamajaczył rycerz zygfrydowy, którego zaskoczony templariusz niemalże ostrzem nie potraktował.
Pomóż.. szybko! Nim powrócą. Inaczej nasi .... - nim skończył głowa jego w potężnych szczęk utonęła uścisku.
...drzwiii... otwórzcie...- przerażony mąż przez moment jedynie zdołał powtsrzymać nadludzko silne ociekające śliną i krwią kły wpijające się w jego skronie. Twarz rycerza zniknęła z trzaskiem pękających kości czaszki ochlapując Alfonsa krwistą fontanną.
Konrad- z wolna umiera.
Mikulas- przerażony, sparaliżowany.
Erchardt- bez przytomności.
Alfonso- otwierasz drzwi, czy stawiasz czoła bestii?
Sigwald i jeden zbrojny Zygfrydowy wciąż na nogach.
Prócz nich nie wiadomo co się stało ze służbą Mikulasa i zwiadowcą von Feuchtwangena.
Araven- czy Hlava podróżował wraz z Tobą?
[offtopic]Araven:
Tak, Hlava podróżuje wraz ze mną, ale został w naszym obozie, do walki ruszyłem obok 2 ludzi Zygfryda.[/offtopic]