Przerażający nietoperz nie powrócił tej nocy do obozowiska Grzmocicieli pomimo ogromnych obaw wartowników. Podsycone suchymi szczapami płomienie strzelały do brzasku wysoko w niebo, roztaczając wokół przyjemne ciepło i przynoszącą poczucie bezpieczeństwa silną poświatę.
Podróżni osiodłali konie o świcie, obudzeni przez Prescotta i Vaina. Zwinięcie derek i przywiązanie do łęków siodeł sakw zajęło krótką chwilę, pośpieszny posiłek jeszcze mniej.
- Nie ma co tkwić tu po próżnicy - rzucił z grzbietu konia przewodnik, rozglądając się jednocześnie uważnie wokół siebie - Panie Thane, macie zamiar jeszcze dzisiaj wracać do Langmere?
- Wszystko zależy od tego, co zastaniemy na miejscu - odparł wymijająco alchemik - Ile czasu potrzebujemy na dotarcie do Turni Sandholma?
- Jeśli zaoszczędzimy na popasach, będziemy na miejscu przed południem - oszacował na głos Prescott, zerkając z ukosa na pogodne niebo. Wyczulony na pewne zachowania Yaros nie potrafił się wyzbyć wrażenia, że w głosie starszego mężczyzny zagościła nowa nutka, dziwnie niewspółgrająca z jego wcześniejszym rubasznym nastrojem, kojarząca się w zamian z głęboko skrywanym niepokojem.