Trzymając strzelbę w zgięciu ręki, John Flanagan ześlizgnął się wzdłuż przeciwnej do obozu strony zbocza wzniesienia. Starając się nie uczynić żadnego hałasu i samemu bacznie nadstawiając uszu, jasnowłosy kurier poczołgał się wzdłuż wzgórza do miejsca, gdzie jego uskok umożliwiał przedostanie się do wąskiego jaru.
Prześlizgując się od jednego dużego kamienia do drugiego i próbując zignorować palące plecy oraz kark promienie słońca, John dotarł do skraju namiotowego miasteczka legionistów. Jego zmrużone oczy otaksowały bacznie siedzących przy ogniskach więźniów i strzegących ich wartowników. Chociaż już wcześniej był tego pewien, Flanagan raz jeszcze utrwalił się w przeświadczeniu, że Boxcara w obozie nie było. Wszystko wskazywało na to, że oglądani przez blondyna jeńcy należeli w całości do populacji nieszczęśników, którzy w trakcie rzezi Nipton wyciągnęli na loterii wyrok niewolnictwa.
Skupiony na obserwacji obozowiska John drgnął, kiedy na jego ramię osypały się znienacka spadające z wyższej partii jaru kamyki. Spoglądając w bok kurier ujrzał znienacka schodzącego w dół mężczyznę w dziwacznej skórzni Legionu, niosącego w jednej dłoni myśliwski karabin, w drugiej zaś trzymając przytkniętą do ust butelkę.
Legionista nie spostrzegł jeszcze leżącego między kamieniami obcego, ubrudzonego skalnym pyłem i zastygłego w całkowitym bezruchu - ale odkrycie obecności intruza było kwestią kilku sekund...