Czy mam zrozumieć, że Nina zostanie z Moreau i Steinbachem?
PBF - Bournemouth after Midnight
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rezydencja Furstenhof; 22/11/14; Wieczór
Steinbach przespał noc spokojnie. Pierwszy raz od wielu dni w nocy nie mordowała go Czarna Matka. Wstał, obmył sie i ubrał. Chwilę potem do drzwi zapukał służący.
- Pan Rundstedt chce się z panem widzieć panie Steinbach.
***
Price stał przed drzwiami Rhino, ale jego podwoje były zamknięte na cztery spusty. Żaden z kluczy ciążących w kieszeni garnituru nie pasował do zamków, a ochroniarz twardo obstawał przy tym, że nigdy nie widział Xaviera i lokal jest dla niego zamknięty. W końcu załamany odwrócił się. Nie mógł dostać się do środka, tam zostal jej portet. Wszystko co łączyło go z człowieczeństwem. Czy teraz zamieni się w krwiożerczą bestię? Bez niej był nikim... Ona nadawała mu sens egzystencji, a teraz? Miała zostać zamknięta w podwojach klubu w tajnym pomieszczeniu, do którego tylko on miał dostęp.
Ktoś od tyłu lekko puknął palcami ramię Ventrue. Odwrócił się najszybciej jak potrafił, równocześnie skupiając swą wolę na legendarnej wręcz odporności jaką dysponowali bracia klanowi. Cina sylwetka stała w mroku, a Price był w stanie dostrzec tylko gorejące w mroku czerwone ślepia:
- Mówiłem ci, że jeśli mnie oszukasz to będą tego konsekwencje...
Xavier obudził się momentalnie i usiadł na łóżku. To był tylko koszmar...
***
Miała może dwanaście lat... Podrostek, wciąż jeszcze dziecko. A Moreau z coraz większą desperacją próbował ją ratować. Postrzał snajpera jeszcze nie zabrał młodego życia, ale uciekało przez palce Toreadora.
Żarówki co chwilę gasły, utrudniając niesienie pomocy. Siostra trzymała słabnącą latarkę, ale gdy główne zasilanie gasło, Achile był niemal pogrążony w ciemnościach. Ostrzał Serbów nie słabł, a szpitalny generator prądu już ledwo zipiał.
- Siostro, podamy jej jeszcze sulfamidów i morfiny... Może dożyje do rana...
Gdzies z tyłu głowy lekarza rozległ się głos mężczyzny z niemieckim akcentem:
- "Podaj jej wyciągu z pokrzywy i wilkomlecza zebranego o północy. Zakrop bandaż krwią nietoperza..."
Nie wiedział, ale skądś w jego ręku pojawił się moździerz niosący charakteystyczny zapach pokrzyw. W rogu sali zwisał nietoperz spokojnie wpatrujący się w ranną dziewczynkę. Nie zastanawiał się. Podał wyciąg i ukręcił głowę nietoperza. Krople zwierzęcej krwi skapnęły na bandaż...
Następnej nocy już jej nie było. Dowiedział się tylko, że zabrali ją krewni. Żywą...
Achile, prawie nie pamiętał snu. Obudził się czując podniecającą ekscytację. To co pokazał mu wczoraj Gerhard było w istocie po stokroć bardziej niesamowite, od tego co widział dotychczas w klinice. Stary diabeł zaczynał go intrygować coraz bardziej.
Dosłyszał parsknięcie konia. Moreau zaciekawiony wyjrzał przez okno. Przed wejściem ogromny, czarny, osiodłany rumak dyszał ciężko z chrap i co chwilę rył kopytami pokryty śniegiem podjazd. Nie dostrzegł jednak jeźdźca. Musiał już zdążyć wejść do rezydencji. Toreador wyślizgnął się na korytarz w nadzieji, że z galerii dostrzeże przybysza. Obcy jakby wyczuł ciekawość Achile i wyglądało jakby to on oczekiwał wzrokiem Toreadora. Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę i Moreau szybko pożałował swojej decyzji. Wolałby nie dostrzec postaci jaka zagościła w domu Rundsteda. Cofnął się w pośpiechu do pokoju, odprowadzany niekudzkim spojrzeniem obcego. Zamknął drzwi, definitywnie uznając, że ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła.
Chwilę później usłyszał ciche pukanie do swoich drzwi. Zerwał się szybko z fotela i chciał sięgnąć po broń, ale szybko zmitygował się, że przecież Rundstedt gwarantował im bezpieczeństwo w swojej siedzibie. Powinien czuć się bezpiecznie.
Napewno?
Gryząc się z myślami podszedł do drzwi. Nie podejrzewał, żeby pukał przybysz. Służący czy może ktoś z koterii? Marcus lub Xavier. Steinbacha zabrał Rundstedt kilkanaście minut temu...
Biedny Thomas... - pomyślał jeszcze i otworzył ostrożnie drzwi:
- Widziałeś to?! - zapytał cicho, stojący w wejściu Price. Toreador nie miał wątpliwości o kogo pytał Brytyjczyk i wiedział, że tajemniczy przybysz wywarł na Ventrue równie wielkie wrażenie jak na nim samym.
Steinbach przespał noc spokojnie. Pierwszy raz od wielu dni w nocy nie mordowała go Czarna Matka. Wstał, obmył sie i ubrał. Chwilę potem do drzwi zapukał służący.
- Pan Rundstedt chce się z panem widzieć panie Steinbach.
***
Price stał przed drzwiami Rhino, ale jego podwoje były zamknięte na cztery spusty. Żaden z kluczy ciążących w kieszeni garnituru nie pasował do zamków, a ochroniarz twardo obstawał przy tym, że nigdy nie widział Xaviera i lokal jest dla niego zamknięty. W końcu załamany odwrócił się. Nie mógł dostać się do środka, tam zostal jej portet. Wszystko co łączyło go z człowieczeństwem. Czy teraz zamieni się w krwiożerczą bestię? Bez niej był nikim... Ona nadawała mu sens egzystencji, a teraz? Miała zostać zamknięta w podwojach klubu w tajnym pomieszczeniu, do którego tylko on miał dostęp.
Ktoś od tyłu lekko puknął palcami ramię Ventrue. Odwrócił się najszybciej jak potrafił, równocześnie skupiając swą wolę na legendarnej wręcz odporności jaką dysponowali bracia klanowi. Cina sylwetka stała w mroku, a Price był w stanie dostrzec tylko gorejące w mroku czerwone ślepia:
- Mówiłem ci, że jeśli mnie oszukasz to będą tego konsekwencje...
Xavier obudził się momentalnie i usiadł na łóżku. To był tylko koszmar...
***
Miała może dwanaście lat... Podrostek, wciąż jeszcze dziecko. A Moreau z coraz większą desperacją próbował ją ratować. Postrzał snajpera jeszcze nie zabrał młodego życia, ale uciekało przez palce Toreadora.
Żarówki co chwilę gasły, utrudniając niesienie pomocy. Siostra trzymała słabnącą latarkę, ale gdy główne zasilanie gasło, Achile był niemal pogrążony w ciemnościach. Ostrzał Serbów nie słabł, a szpitalny generator prądu już ledwo zipiał.
- Siostro, podamy jej jeszcze sulfamidów i morfiny... Może dożyje do rana...
Gdzies z tyłu głowy lekarza rozległ się głos mężczyzny z niemieckim akcentem:
- "Podaj jej wyciągu z pokrzywy i wilkomlecza zebranego o północy. Zakrop bandaż krwią nietoperza..."
Nie wiedział, ale skądś w jego ręku pojawił się moździerz niosący charakteystyczny zapach pokrzyw. W rogu sali zwisał nietoperz spokojnie wpatrujący się w ranną dziewczynkę. Nie zastanawiał się. Podał wyciąg i ukręcił głowę nietoperza. Krople zwierzęcej krwi skapnęły na bandaż...
Następnej nocy już jej nie było. Dowiedział się tylko, że zabrali ją krewni. Żywą...
Achile, prawie nie pamiętał snu. Obudził się czując podniecającą ekscytację. To co pokazał mu wczoraj Gerhard było w istocie po stokroć bardziej niesamowite, od tego co widział dotychczas w klinice. Stary diabeł zaczynał go intrygować coraz bardziej.
Dosłyszał parsknięcie konia. Moreau zaciekawiony wyjrzał przez okno. Przed wejściem ogromny, czarny, osiodłany rumak dyszał ciężko z chrap i co chwilę rył kopytami pokryty śniegiem podjazd. Nie dostrzegł jednak jeźdźca. Musiał już zdążyć wejść do rezydencji. Toreador wyślizgnął się na korytarz w nadzieji, że z galerii dostrzeże przybysza. Obcy jakby wyczuł ciekawość Achile i wyglądało jakby to on oczekiwał wzrokiem Toreadora. Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę i Moreau szybko pożałował swojej decyzji. Wolałby nie dostrzec postaci jaka zagościła w domu Rundsteda. Cofnął się w pośpiechu do pokoju, odprowadzany niekudzkim spojrzeniem obcego. Zamknął drzwi, definitywnie uznając, że ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła.
Chwilę później usłyszał ciche pukanie do swoich drzwi. Zerwał się szybko z fotela i chciał sięgnąć po broń, ale szybko zmitygował się, że przecież Rundstedt gwarantował im bezpieczeństwo w swojej siedzibie. Powinien czuć się bezpiecznie.
Napewno?
Gryząc się z myślami podszedł do drzwi. Nie podejrzewał, żeby pukał przybysz. Służący czy może ktoś z koterii? Marcus lub Xavier. Steinbacha zabrał Rundstedt kilkanaście minut temu...
Biedny Thomas... - pomyślał jeszcze i otworzył ostrożnie drzwi:
- Widziałeś to?! - zapytał cicho, stojący w wejściu Price. Toreador nie miał wątpliwości o kogo pytał Brytyjczyk i wiedział, że tajemniczy przybysz wywarł na Ventrue równie wielkie wrażenie jak na nim samym.
Potrzymam Was trochę w niepewności nim napiszę któż to taki zawiatał w skromne progi rezydencji...
Ostatnio zmieniony 13 kwietnia 2015, 16:55 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rezydencja Furstenhof; 22/11/14; Wieczór
Steinbach w napięciu czekał na kogoś, kto miał z dziecinną łatwością pozbyć się klątwy Czarnej Matki. W końcu drzwi uchyliły się. Za Rundstedtem do gabinetu weszła groteskowa postać.
A więc jednak, mogłem się tego spodziewać... - Thomas aż otrząsnął się.
Mężczyzna był sporo wyższy od Gerharda i nienaturalnie szczupły. Za odzienie służył mu idealnie spasowany, pyszny, purpurowy wams, pludry i jeździeckie buty. Na szyi nosił piękny krucyfiks na złotym łańcuchu, a przy boku stary miecz. Ale nie strój ani sylwetka stanowiły o tym kim był obcy. Twarz nieumarłego niemal zatraciła ludzkie oblicze. Była nienaturalnie wydłużona, przydając mu elfiego wyglądu. Tremere dostrzegał rzędy śnieżnobiałych kłów, gdy usta otowerały się w niemych gestach. Nos i czoło przykryte były kostną naroślą, której każdy skrawek pokryty był misternymi symbolami. Narośl z tyłu głowy przechodziła w cztery grube, pozwijane rogi. Najgorsze były oczy. Choć ich kształt był identyczny jak Rundstedta, to te obcego dawno zatraciły ludzkie oblicze. Były tajemnicze niczym piekielna głębia Abbysu, czarne jak noc i nieludzkie...
Steinbach wzdrygnął się drugi raz, gdy tylko spojrzał w oczy przybysza. Poczuł się jakby zerknął w bezdenną studnie, w której dostrzegł swoje koszmarnie wypaczone oblicze.
Co to jest? - zapytał sam siebie w myślach, choć dobrze wiedział, że stary diabeł, jaki zjawił się w domu był tym, który miał zdjąć klątwę. Steinbach jednak patrząc na Tzimisce wolałby zaufać pierwszemu napotkanemu Ravnosowi.
Nieumarły podszedł bez słowa do Steinbacha i obwąchał go niczym pies. Zaskoczony Thomas siedział bez ruchu, wodząc jedynie wzrokiem po obcym i dostrzegając coraz więcej tajemniczych symboli, które przewijały się nie tylko na czaszce potwora, ale też na jego okryciu i broni. W końcu diabeł zakończył swój dziwaczny rytuał i ignorując zupełnie obecność Thomasa odezwał się do Gerharda niskim, ponurym głosem:
- Na Świętego Idziego! Ośmieliłeś się mnie wezwać do przeklętego czarodzieja? Każę go Szlachcie pędzić przez śnieg i kańczugami traktować, a to co się ostanie psom rzucę. Będą chłeptać jego juchę.
- Nie śmiałbym. - Gerhard pokornie się ukłonił: - Sprawdź jego krew. Ona jest kluczem.
Stary Tzimisce bez słowa schwycił dłoń przerażonego Thomasa:
- Siedź spokojnie na rzyci. - rozkazał. Naciął przedramię pazurem. Pozwoliwszy skapnąć kilku kroplom na swoją dłoń oblizał ją. Twarz doabła zamarła w bezruchu kilkanaście centymetrów przed oczyma nieruchomego Steinbacha. Wieczność byłaby najlepszym określeniem tego, jak długo Tremere wpatrywał się w maskę i zamknięte powieki Tzimisce.
Bezdenne czarne oczy nagle spojrzały znów prosto w przerażone oczy Steinbacha, ale teraz czarodziej dostrzegł w nich tlące się pokłady człowieczeństwa:
- Na Świętą Maryję Pannę zawsze dziewicę, zaprawdę krew Rundstedtów płynie w twych żyłach. Ukaż swoją ranę młodzieńcze. Gerhardzie czy wszystko gotowe?
- Tak Ojcze. - Rundstedt podstawił tacę z kilkoma ptasimi piórami, bordowym inkaustem i martwym, białym, nieco śmierdzącym już szczurem.
Obcy zaostrzył pazurem i jedno z piór i zamoczył w inkauście. Spojrzał na Steinbacha:
- Nie trwóż się młodzieńcze. Będzie bolało, ale nic ci nie będzie...
Tzimisce zaczął mamrotać śpiewnym głosem słowa w nieznanym języku. Nostalgiczna pieśń uspokoiła Thomasa, nawet wtedy gdy ostre jak brzytwa pióro zaczynało nacinać delikatnie skórę wokół jątrzącej się rany. Spod wprawnej ręki przybysza, na skórze Steinbacha zaczęły wykwitać krwiste kaligraficzne symbole. W końcu niemal całą, bladą klatkę piersiową czarodzieja pokrywała purpurowa mozaika. Wtedy Tzimisce odrzucił pióro i sięgnął po truchło białego szczura. Niewiele myśląc wepchnął martwe zwierzę w ranę Steinbacha. Czarodziej zawył czując nagle, jak szczur zaczyna miotać się w jego wnętrznościach. Tzimisce przytrzymał go lewą ręką z łatwością z jaką ojciec przytrzymuje dziecko. Tzimisce znów zanurzył dłoń w ranie i wyciągnął z niej oblepionego czarną, ohydną substancją szczura, który konwulsyjnie rzucał się we wszystkie strony. Przyjrzał mu się przez krótką chwilę, a potem sięgnął przypasany miecz. Przez chwilę Tremere pomyślał, że to koniec, ale diabeł podrzucił szczura i rozpłatał go na pół szybkim cięciem.
- Rzecz skończona. Użyj vitae aby ranę zagoić.
Steinbach w napięciu czekał na kogoś, kto miał z dziecinną łatwością pozbyć się klątwy Czarnej Matki. W końcu drzwi uchyliły się. Za Rundstedtem do gabinetu weszła groteskowa postać.
A więc jednak, mogłem się tego spodziewać... - Thomas aż otrząsnął się.
Mężczyzna był sporo wyższy od Gerharda i nienaturalnie szczupły. Za odzienie służył mu idealnie spasowany, pyszny, purpurowy wams, pludry i jeździeckie buty. Na szyi nosił piękny krucyfiks na złotym łańcuchu, a przy boku stary miecz. Ale nie strój ani sylwetka stanowiły o tym kim był obcy. Twarz nieumarłego niemal zatraciła ludzkie oblicze. Była nienaturalnie wydłużona, przydając mu elfiego wyglądu. Tremere dostrzegał rzędy śnieżnobiałych kłów, gdy usta otowerały się w niemych gestach. Nos i czoło przykryte były kostną naroślą, której każdy skrawek pokryty był misternymi symbolami. Narośl z tyłu głowy przechodziła w cztery grube, pozwijane rogi. Najgorsze były oczy. Choć ich kształt był identyczny jak Rundstedta, to te obcego dawno zatraciły ludzkie oblicze. Były tajemnicze niczym piekielna głębia Abbysu, czarne jak noc i nieludzkie...
Steinbach wzdrygnął się drugi raz, gdy tylko spojrzał w oczy przybysza. Poczuł się jakby zerknął w bezdenną studnie, w której dostrzegł swoje koszmarnie wypaczone oblicze.
Co to jest? - zapytał sam siebie w myślach, choć dobrze wiedział, że stary diabeł, jaki zjawił się w domu był tym, który miał zdjąć klątwę. Steinbach jednak patrząc na Tzimisce wolałby zaufać pierwszemu napotkanemu Ravnosowi.
Nieumarły podszedł bez słowa do Steinbacha i obwąchał go niczym pies. Zaskoczony Thomas siedział bez ruchu, wodząc jedynie wzrokiem po obcym i dostrzegając coraz więcej tajemniczych symboli, które przewijały się nie tylko na czaszce potwora, ale też na jego okryciu i broni. W końcu diabeł zakończył swój dziwaczny rytuał i ignorując zupełnie obecność Thomasa odezwał się do Gerharda niskim, ponurym głosem:
- Na Świętego Idziego! Ośmieliłeś się mnie wezwać do przeklętego czarodzieja? Każę go Szlachcie pędzić przez śnieg i kańczugami traktować, a to co się ostanie psom rzucę. Będą chłeptać jego juchę.
- Nie śmiałbym. - Gerhard pokornie się ukłonił: - Sprawdź jego krew. Ona jest kluczem.
Stary Tzimisce bez słowa schwycił dłoń przerażonego Thomasa:
- Siedź spokojnie na rzyci. - rozkazał. Naciął przedramię pazurem. Pozwoliwszy skapnąć kilku kroplom na swoją dłoń oblizał ją. Twarz doabła zamarła w bezruchu kilkanaście centymetrów przed oczyma nieruchomego Steinbacha. Wieczność byłaby najlepszym określeniem tego, jak długo Tremere wpatrywał się w maskę i zamknięte powieki Tzimisce.
Bezdenne czarne oczy nagle spojrzały znów prosto w przerażone oczy Steinbacha, ale teraz czarodziej dostrzegł w nich tlące się pokłady człowieczeństwa:
- Na Świętą Maryję Pannę zawsze dziewicę, zaprawdę krew Rundstedtów płynie w twych żyłach. Ukaż swoją ranę młodzieńcze. Gerhardzie czy wszystko gotowe?
- Tak Ojcze. - Rundstedt podstawił tacę z kilkoma ptasimi piórami, bordowym inkaustem i martwym, białym, nieco śmierdzącym już szczurem.
Obcy zaostrzył pazurem i jedno z piór i zamoczył w inkauście. Spojrzał na Steinbacha:
- Nie trwóż się młodzieńcze. Będzie bolało, ale nic ci nie będzie...
Tzimisce zaczął mamrotać śpiewnym głosem słowa w nieznanym języku. Nostalgiczna pieśń uspokoiła Thomasa, nawet wtedy gdy ostre jak brzytwa pióro zaczynało nacinać delikatnie skórę wokół jątrzącej się rany. Spod wprawnej ręki przybysza, na skórze Steinbacha zaczęły wykwitać krwiste kaligraficzne symbole. W końcu niemal całą, bladą klatkę piersiową czarodzieja pokrywała purpurowa mozaika. Wtedy Tzimisce odrzucił pióro i sięgnął po truchło białego szczura. Niewiele myśląc wepchnął martwe zwierzę w ranę Steinbacha. Czarodziej zawył czując nagle, jak szczur zaczyna miotać się w jego wnętrznościach. Tzimisce przytrzymał go lewą ręką z łatwością z jaką ojciec przytrzymuje dziecko. Tzimisce znów zanurzył dłoń w ranie i wyciągnął z niej oblepionego czarną, ohydną substancją szczura, który konwulsyjnie rzucał się we wszystkie strony. Przyjrzał mu się przez krótką chwilę, a potem sięgnął przypasany miecz. Przez chwilę Tremere pomyślał, że to koniec, ale diabeł podrzucił szczura i rozpłatał go na pół szybkim cięciem.
- Rzecz skończona. Użyj vitae aby ranę zagoić.
Steinbach juz jest w zasadzie zdrów jak ryba. A jak się można domysleć tego osobnika widzieli wcześniej Achile i Xavier.
Wstrzymuje PBF do około środy. Suriela nie ma, Oggy wróci w połowie tygodnia. Koszal gdzieś przepadł znowu. A ja też do poniedziałku będę bez mozliwości pisania.
Wesołych świąt.
Wstrzymuje PBF do około środy. Suriela nie ma, Oggy wróci w połowie tygodnia. Koszal gdzieś przepadł znowu. A ja też do poniedziałku będę bez mozliwości pisania.
Wesołych świąt.
Ostatnio zmieniony 13 kwietnia 2015, 16:56 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
"- Na Świętą Maryję Pannę zawsze dziewicę, zaprawdę krew Rundstedtów płynie w twych żyłach. Ukaż swoją ranę młodzieńcze. Gerhardzie czy wszystko gotowe?"
Mam nadzieję, że wiedza jak niebezpieczną dla mnie jest ujawnienie tej tajemnicy wszystkim w pokoju. Tak po prostu.
Mówią że oczy są zwierciadłem duszy. Tremer nie był w stanie oderwać wzroku od bezdennych źrenic Tzimisce, utonął w nich zupełnie. Były cudnie czarne niczym grz
Mam nadzieję, że wiedza jak niebezpieczną dla mnie jest ujawnienie tej tajemnicy wszystkim w pokoju. Tak po prostu.
Mówią że oczy są zwierciadłem duszy. Tremer nie był w stanie oderwać wzroku od bezdennych źrenic Tzimisce, utonął w nich zupełnie. Były cudnie czarne niczym grz