[center]
Co robią szczury gdy okręt tonie?[/center]
[center]

[/center]
Rekio wraz z Ceenem z zainteresowaniem obserwowali jak reptiliony przechodzą w stan gotowości bojowej. Każdy dokładnie wiedział gdzie jest jego miejsce. Przygotowania do obrony przebiegały szybko i sprawnie.
Dość też szybko okazało się kto przybył z wizytą do Reptilionów. Oczywiście katańskie orki, a dokładniej z legionu Sarana Khuluu . Powodem tak licznej wizyty orków było ponoć morderstwo na siostrzenicy By Rygyna VI, Egrura Sahato, a osoby w nią zamieszane ponoć są w świątyni. Czy to prawda, czy pretekst trudno powiedzieć. W każdym razie wezwano reptilionów do kapitulacji. Zbliżał się wieczór, więc działania wojenne najprawdopodobniej zostaną odroczone do rana, więc i czas ze strony reptilionów na odpowiedź.
Rekio wraz z Ceenem mieli podejrzenia, że to oni są głównym celem orczego najazdu więc zdecydowali, z pewnymi oporami ze strony Ceena, że muszą odejść. Jak dobrze, że wierny sługa Bella odkrył kryjące świątynię tajemne przejścia, które teraz mogły stanowić jedyną drogę ratunku. Bo dodać trzeba, że świątynia została otoczona szczelnym kordonem najeźdźców, a wszystkie wyjścia zostały zablokowane. Co prawda świątynia była tak ufortyfikowana, że mogła stawiać opór miesiącami, a może i latami, jednak co zrobią kapłani, gdy orki zaczną zabijać wieśniaków z pobliskiej wioski? Wielu świątynnych reptilionów pochodziło właśnie stamtąd. Dlatego też Rekio zabrał się, za szybkie opatrywanie swoich ran i "zaopatrzył" w środki opatrunkowe.
Ceen wbrew zdrowemu rozsądkowi wzbraniał się przed natychmiastową ewakuacją i przebąkiwał o stawaniu w pierwszej linii obrońców, ale na szczęście Rekio zdołał go przekonać, że przed takimi heroicznymi czynami pierw należy przygotować plan B, tak na wszelki wypadek. Plan B natomiast zakładał ucieczkę przez zamknięte "golemią magią" wrota. Rekio jako zapoznany ze wspinaczką i znajomością czaru niewidzialności miał także plan C, ale na razie pozostawiał go tylko dla siebie.
Wiedziony honorem i prawidłami postępowania reptiliońskiego Ceen ruszył na rozmowę z naszym opiekunem. W razie gdyby ten nie znalazł dla niego czasu mieliśmy pozostawić po sobie list w który miało być napisane, że idziemy przetrzeć szlaki ucieczki. Rekio nieco zmodyfikował ten list, ale koniec końcem Ceen został przyjęty, więc list się nie przydał. Rozmowy przebiegły pomyślnie i zyskaliśmy oficjalną zgodę na opracowanie dróg ewakuacyjnych, z zastrzeżeniem abyśmy nie otwierali żadnych wrót, które mogły by wpuścić do świątyni wrażą armię.
Uzyskawszy zgodę szybko spakowaliśmy nasze rzeczy, zebraliśmy prowiant i ekwipunek na podróż w zimowej porze i... , a tu niespodzianka. Podczas nieobecności Rekia z reptiliońskiej stolicy przyszła do niego poczta wraz z pokaźną skrzynią. Okazało się, że znajdowały się w niej wszystkie jego rzeczy pozostawione w karczmie, za nim ruszył uwalniać Ceena. Wśród tych rzeczy znalazła się także samozapisująca się księga traktująca o dość kontrowersyjnej magii nekromanckiej. Świetnie!
Nasze świątynne cele zostawiliśmy w takim porządku jakby mieszkał tam bardzo porządny reptilion, a dla poparcia historyjki Rekio pozbył się ofiarowanego mu toporomiecza, który w gruncie rzeczy uważał za zbędne żelastwo.
Ciarki przechodziły po karku półelfa gdy zdał sobie sprawę, że jego uwięzienie w kamiennych lochach być może dobiega końca. Wreszcie wziąć oddech czystym jak kryształ mroźnym powietrzem. Maszerować po skrzypiącym śniegu wśród pokrytych śnieżnymi czapami świerków. I koń, parskający kłębami pary. Późnej karczma i karczmareczka... No, no ale to później, pierwej trzeba stąd się wydostać. Czyli ze świątyni, a później z wyspy. Nie będzie łatwo. Ach gdyby tak mieć gryfa albo pegaza i polecieć niem hen hen, ale przecież taki prezenty nie spadają z nieba.
Pierwsze trudności pojawiły się przy drzwiach prowadzących do tajnych przejść. One otwierały się tylko od środka, a później samoczynne zamykały. Od tej strony nie było ich zupełnie widać, ani żadnych mechanizmów, które mogłyby je otwierać. Ale od czego jest magia. Zadziwiające jaka ilość czarów maga łacnie może przydać się w złodziejskim fachu. A przeszkolony Rekio posiadał ich całką pokaźną liczbę. Szybko sięgnął po księgę z czarami, odnalazł odpowiednią stronę i zaczął skandować słowa zaklęcia "otwarcie drzwi". Psia krew. Coś poszło nie tak. Zamek kliknął ale drzwi ani na minimetr się nie otworzyły. Rekio sięgnął po sztylet i starał się podważyć drzwi aby je nieco uchylić. Tylko jak to zrobić gdy brakuje szpary. I tym razem okazało się, że Bell czuwa nad swym sługą. Jakimś nie do końca wyjaśnionym sposobem udało się rozewrzeć wierzeje. Przejścia do podziemi stało otworem. Napisałem podziemi? W zasadzie to nie najlepsze określenie, bo schody wiodły w górę, w górę i w górę, a później jeszcze trochę w górę. Aż wreszcie znaleźliśmy ukryte drzwi tym razem otwierane od naszej strony. Za nimi zrujnowana baszta i przepastna rozpadlina. Tylko łut szczęścia i zdrowy rozsądek Cenne, który zaraz po opuszczeniu przejścia wygasił swoje magiczne światło, uratowało nas przed wykryciem. Nie byliśmy w baszcie sami. Po drugiej stronie stał, humanoid, bez ogona, więc można było swobodnie założyć, że to wróg. Na nieszczęście (głównie dla niego samego) stanął o krok od kolejnych tajemnych drzwi do których Rekio i Ceen musieli wejść. Rekio zaproponował aby strącić wroga w przepaść. Ceen jednak oponował. Od wrogiego żołdaka można było wyciągnąć sporo informacji. Choćby o tym z jakiego legionu pochodził, jak liczne są wrogie siły i co tu (na szczycie góry) robi. Półelf przystał na ten plan i ustalono, że Rekio rzuci na siebie i Ceena czar niewidzialności, co pozwoli im się podkraść do strażnika i go obezwładnić. Znów w ruch poszła księga czarów a mały wirek wyssał kolejne PM z zapasów Rekia. Błogosławione niech będzie bogactwo ojca cena i jego hojność, która uczyniła z amulety PM Rekia studnię niemal bez dna. I w zasadzie można by rzec, że Rekio wykonał zlecone przez niego zadanie, bo Ceen opuściła przecież Walgar.
Jedak plan należało zmodyfikować. Za strażnikiem dyndała linowa drabina, a z góry dochodziły dźwięki zwiastujące czyjąś obecność. W takich warunkach próby obezwładnienia mogły narobić zbyt wiele hałasu. Rekio zaszedł wroga od tyłu i sprawnie poderżnął mu gardło. Niestety czar niewidzialności przestał działać. Sporo było krwi i pozostały ślady ciągnięcia ciała. Dziwnie było patrzeć jak krew rozmazuje się i wyciera. Widać niewidzialny Ceen zabrał się do zacierania śladów. Tym czasem Rekio po raz kolejny sięgnął po księgę czarów, tym razem pozostawiając na niej liczne odciski zakrwawionych paluchów. Ech, trzeba by było wyuczyć się ich autorytatywnie. Tym razem jednak czar zadziałał bez zastrzeżeń. Zamek nie tylko się otworzył, ale i drzwi odskoczyły. Znowu byli bezpiecznie ukryci. Ceen szybko przeszukał zwłoki. Zainteresowały go insygnia ze znakiem gryfa. Wpadł na pomysł, że ork przyleciał na górę i koniecznie chciał to potwierdzić. Był niewidzialny więc mogło się to udać. Ceen wrócił po chwili z rewelacjami. Na górze rzeczywiście był gryf! Oprócz niego kilka orków, ale to ostatnia postać spowodowała w nim największe wzburzenie. W mroku śnieżnej nocy ujrzał wspinające się coś. Coś tak ogromnego, że prawie nierealnego. Wysokiego jak stuletni dąb i równie szerokiego w barach. Trudno było dociec czym jest owe coś. A stwierdzenie Rekia że, tak wielki to potrafią być jedynie smoki, a skoro u tego nie widać szyi to pewnie bydle było zgarbione, wzbudziło w Ceenie sporą wesołość. Z resztą uzasadnioną bo niby dlaczego smok miał by się wspinać, skoro może latać? Podjęliśmy decyzję, że w czasie gdy Rekio przeniesie cały dobytek skryty w rumowisku za tajemne wrota, Ceen pobiegnie poinformować swoich o "gigancie" i próbie ataku od góry (świątynia w jednym miejscu miała prześwit ku niebu, które Rekio odwiedzał dzień w dzień, aby mieś choć odrobinę kontaktu ze światem zewnętrznym i zobaczyć słońce). Trochę to potrwało, ale w końcu reptilion wrócił.
Droga do magicznie zamkniętej bramy stała otworem. Tylko trzeba było iść w dół, w dół i oczywiście jeszcze trochę w dół. I tym razem przeczucie Rekia nie myliło, kluczem do wrót okazała się płytka odnaleziona w skrzynce z symbolem reptiliońskiego yin i yang. Potężne golemy stojące przy skrzydłach wrót poruszyły się i wydawało się, że wrota się otworzą. Nic bardziej mylnego. Wredny twórca zastosował jeszcze jedno zabezpieczenie. Przewrotną i zawiłą zagadkę. Zagadkę nad którą mędrcy zmitrężyli by całe eony. Jednak Ceen i Rekio nie mieli tyle czasu.
[center]
Czerwone i czarne niebo a ziemia płonie
Żużel i popiół jak kruki za ich inwazjami
Na jakim skrwawionym zasiadają tronie?
Skąd przybyli stając przed Walgaru bramami?[/center]
BG zabrali się ochoczo poszukując odpowiedzi. Z inwazjami gównie kojarzyły im się orki. Na pierwszy ogień poszedł Orkusa Wielki, Ostrogar, Archagasta, Orkus-tan, Trinom-can. I nic. Później wpadli na pomysł smoków. Królestwo czerwonego zmierzchu. I nic. Zaczęli strzelać na oślep. Nic, nic i nic. Zapał osłabł. Pozycje stojące zamieniły się w siedzące, a później w leżące. Wreszcie Rekio nie strzymał i wykorzystał hasło otwierając wszelkie wrota. MELLON - zakrzyknął. Jednak nawet ono nie zadziałało.
Ceen popisując się sprawnością swojego umysłu zaczął rozbijać zagadkę wers po wersie na części pierwsze. Czerwone i czarne niebo, żużel i popiół, skrwawiony tron, inwazje na Walgar. Cóż może po sobie pozostawić żużel i popiół? Przecież nie ludzie. Do zrobienia żużlu trzeba więcej ognia niż dysponują choćby orki. Kto włada potężnym ogniem? Żywiołaki, demony, smoki. Któż czynił inwazje. Smoki. Ale jakie. Czerwone i czarne niebo. Więc czerwone i czarne. Skąd pochodzą czerwone i czarne smoki. I tu zasłużył się Rekio, który z całych sił sięgną na samo dno swojej pamięci i zaczął wymieniać jak leci wszelkie pandemonia smoków o jakich kiedykolwiek słyszał. I w końcu jak wymienił
Kraina Spalonej Ziemi, wrota nie wytrzymały ich natarczywości i majestatycznie, korzystając z siły golemów, otworzyły się...
Postscriptum
One istnieją

[center]

[/center]