- Panie Ervinie Pana własność na pewno jest przechowywana u doktora, proszę zapytać o to Julię w sekretariacie. - Powiedział Lavasec.
Pascal naprawdę nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Brutalizm sytuacji i abstrakcja tego co mówili ci panowie przekraczała normalność. Przed chwilą ten duży meksykanin odkopnął rękę człowieka porażonego prądem, który co prawda majaczył ale jego stan zdrowotny był bardzo kiepski. Na wszelki wypadek postanowił się zachowywać jak tutejsi doktorzy, czyli słuchać ale nie mówić zbyt wiele żeby ich nie utwierdzać w przekonaniu o prawdziwości swoich "wizji". To wszystko zaczynało wyglądać jakby Baryła, jak nazywał Markova niedowidząc w tych swoich wielkich okularach w piwnicznej ciemności, wstrzyknął im zbyt dużą dawkę wzmacniaczy. A może nawet całkiem pomylił specyfiki... Pascal zadrżał.
- Proszę mi pomóc z tym człowiekiem, przecież chory nie może leżeć tak sobie na zimnej szpitalnej posadzce. - powiedział do Baarta który patrzył za odchodzącymi mężczyznami. - Tutaj obok jest takie pomieszczenie, taka jakby niewielka świetlica dla rehabilitantów. Tam go przeniesiemy. Ja go wezmę za nogi. Proszę chwycić z tamtej strony ale nie za prawe ramię, bo ma całe poczerniałe od poparzeń. Pascal chwycił za nogi Camille i wyczekująco patrzył to na Davida to na Baarta w nadziei na pomoc. W końcu niechętne ale obaj powoli poruszyli się by pomóc.
Baart w głowie miał ciągle słowa Ahmeda. "Coś go wpierdala" Lecz mimo iż wyobraźnia podpowiadał mu wiele chorych wyobrażeń, od critersów ze starych filmów po robale i drobnoustroje to niosąc Camille nie zauważył by cokolwiek poruszało się pod kocem którym był szczelnie otulony. Niosąc Camille raptem te dziesięć metrów zostawiali za sobą na pokrytej pyłem posadzce wyraźne ślady stóp i kropelki krwi.
- To tutaj wysapał Pascal - I podtrzymując nadal chorego przeciągnął magnetyczną kartą przez zamek przy drzwiach.
Pomieszczenie było spore miało nawet zakratowane małe, wąskie okienka ale wysoko poza zasięgiem ramion. Przy wejściu w środku znajdowało się niewielkie pomieszczenie odgrodzone szczelnie pancernym szkłem również z drzwiami na kartę. Kiedyś była tu świetlica ale teraz ktoś naznosił tu trochę nie potrzebnych gratów z różnych pokoi i starych łóżek. Dla Pascala to pomieszczenie było jednak specyficzne. Pamiętał dobrze jeden z jego pierwszych dni tutaj, kiedy trafił właśnie na tą salę. Oglądał z za pancernej szyby całą scenę jaka rozgrywała się w świetlicy gdzie odbywała się właśnie rehabilitacyjna impreza dla pensjonariuszy. Nie potrafił zapomnieć niezwykłego wrażenia jakie wywarł na nim pewien chory mężczyzna...
Odpal wspomnienia Pascala: [youtube]
https://www.youtube.com/watch?v=f3Fzh4JWdWU[/youtube]
- Połóżmy go tam na tym starym łóżku... - rzucił. Kiedy go ułożyli Pascal poprawił chorego otulając go szczelnie kocem i usiadł na łóżku obok strzepując z garnituru kurz i pył.
- Uff... Tutaj w końcu będziemy bezpieczni. Te zabezpieczenia w drzwiach są naprawdę mocne i nie wpuszczą nikogo do środka. Oczywiście jeśli, któryś z panów będzie chciał wyjść to chętnie wypuszczę - dodał z nadzieją w głosie. Nie doczekawszy się jednak odpowiedzi dorzucił zachęcająco - Na przykład by się odświeżyć, czy do łazienki...
Zapadła przyjemna cisza. Słychać było jedynie szum szalejącej na zewnątrz nawałnicy. Przez wąskie okienka co raz migotały błyskawice. Ich światło wdzierało się co chwilę do pomieszczenia i przypominało światła diabelskiego stroboskopu na jakiejś dyskotece z piekła rodem w której tym razem musieli uczestniczyć normalni.
Tym czasem...
[center]***[/center]
Ahmed i Ervin ruszyli korytarzem prowadzącym do głównego budynku. Ahmed do głównego holu skąd już tylko parę kroków od wyjścia na parking a Ervin po spluwę, którą miał nadzieję znaleźć pozostawioną przez Didiera w rekwizycie w sekretariacie. Egipcjanin z ulgą oddalał się od miejsca gdzie leżał Camille oraz od tej przeklętej łazienki.
Korytarz skończył się masywnymi drzwiami odcinającymi to piętro od klatki schodowej oraz od przejścia prowadzącego dalej do głównego holu, do wyjścia. Drzwi jednak były zamknięte. Obok wejścia w panelu pulsowała czerwień sygnalizacyjnego światełka, świadczącego o nadal sprawnie funkcjonującym zamknięciu na kartę magnetyczną.
Ervin po dłuższej chwili przestał się szarpać z klamką i kopać w drzwi i spojrzał przez niewielkie pancerne okienko w drzwiach. Naprzeciw niego były duże ciężki drzwi prowadzące za pewne już do głównego holu. Były jednak zamknięte tak jak i te, a w dodatku na gruby łańcuch i kłódkę którą osobiście zamykał Bertrand, poprzedni kierownik i szef. Zrobił to jak tylko wnieśli cały sprzęt, żeby mu jakiś wariat nie podprowadził czegoś drogiego. Ervin zaklął wyobrażając sobie jak jego szef właśnie odpoczywa na leżaku, pijąc drinka w jakimś ciepłym kraju, a na wieszaku w jego pokoju wiszą spodnie z kluczem od tej kłódki.
W tym czasie Ahmed machał silnie rękami do kamery umieszczonej tuż pod drzwiami w nadziej, że wypatrzy go ktoś siedzący przy monitoringu na kontrolce.
- Przestań. Coś słyszę. - Warknął Ervin - Poza tym. To nie ma sensu dioda w kamerze się nie pali więc kamera nie działa. Nikt cię nie widzi.
Meksykanin przyłożył ucho do pancernego okna by lepiej słyszeć. Na klatce schodowej do którego prowadziły drzwi słychać było ni to jęk ni to krzyk. Przeraźliwy w brzmieniu i niewątpliwie kobiecy.
Sekretariat. Julia! - pomyślał Ervin
Dwie deklaracja Ahmeda i Ervina przyjęte jako, że reszta nic nie mówiła czy się przemieszcza z nimi czy nie więc założyłem, że raczej stoi w miejscu. Jeśli nie proszę o info.
[center]

[/center]