PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 21 października 2015, 23:43

Charleston WV Nyctofilia, Elizjum Pełne Zdrajców. 10.08.1993 Długa Noc

Pomieszczeni zgęstniało od niemal namacalnej atłasowej ciemności. Nie było to zjawisko naturalne ani nawet zbliżone do egipskich ciemności do jakich przywykł chociażby w kanałach. Horacy poczuł dziwny chłód, który w jednej chwil przeniknął jego ciało. Chuchnął i zobaczył swój oddech w wirujących oparach jak gdyby była zima.

Horacy okrył ich swoją mocą ale im dalej odchodzili od Sali tym mniej chętniej poruszał się z nimi. Z każdym krokiem ciążył mu coraz bardziej niepokój. Lecz nie tylko. Było w nim coś jeszcze. Gniew, głęboko podsycony wpierw przez najazd na jego dom, przez utratę jedynej osoby na jakiej tak naprawdę mu zależało, dla jakiej walczył by nadal żyć. Zdrada jego własnego ojca mocno rozbuchały te płomienie nienawiści, które w nim się paliły od śmierci Face-Offa. Do tego doszła fala bojowej pewności siebie jaką zafundował mu koncert. Zaczynał mieć tego wszystkiego dość. Wszystko był dobrze póki wraz koterią zbliżali się do rozwikłania zagadki zniknięcia Otta. Teraz wyglądało na to, że musiał odpuścić całe poszukiwania. I to kiedy był tak blisko.

Przecież gdzieś w tym elizjum mógł być jego syn lub być może informacja o nim. Toreador mógł być kluczem do rozwiązania tej zagadki, znał wszystkich. Na pewno wiedział kim jest ten człowiek za jakim miał się spotkać jego syn. Jeśli on zginie, po cóż ratować ten świat? A co jeśli on tu gdzieś jest przetrzymywany? Przecież ten dziki tłum barbarzyńców gotów go rozszarpać na kawałki jeśli go przez przypadek znajdzie. Nie ja nie mogę stad tak po prostu wyjść.

- Namtar, gdzie jest Lshandt? Czy... mówił coś o Ottonie? - zapytał niespokojnie.

- Kto to jest Lshandt? - zapytał obojętnie Morderca.

Horacy się wzdrygnął. Czyżby wszystkich ich tak szybko zapominał?

- No kurwa, przecież to ten bambus co trzymał Sidonie, co pisze te bzdurne, krzywdzące i obrzydliwe paszkwile o wybitnej sztuce cichych i skromnych artystów... rzeźbiarzy, na przykład.

- Nic nie mówił - Namtar wzruszył ramionami. - Nie zdążył. Trafiłem go dwa razy w plecy. Pewnie poszedł w torpor. Jakiś Tremer powiedział, że musi odpowiedzieć za swoje zbrodnie przeciw Camarilli i że się tym zajmie. Więc go zostawiłem. Skąd wiesz, że on mógł wiedzieć, gdzie jest Otto?
Ostatnio zmieniony 22 października 2015, 13:19 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 22 października 2015, 14:05

Charleston WV Nyctofilia, Napad Anarchistów na Elizjum. 10.08.1993 Długa Noc

Ravnos zabrał się za rozbrajanie ładunku wybuchowego. Wyciągnął z podręcznej torby małą lutownicę na baterie i kilka kabli, z odsłoniętymi końcówkami. Nasmarował ich miedziane żyły pastą lutowniczą, po czym uchyli delikatnie drzwi od rozdzielni.

- Weź cynę i pomóż przy lutowaniu - odezwał się spokojnie do Terrego, wskazując wzrokiem małe metalowe pudełko, przypominające opakowanie od pasty do butów.

Spokrewnienie zajęli się lutowaniem dłuższego obwodu, by mogli otworzyć wejście do szachtu na oścież. Wtem usłyszeli, że krzyki i wrzaski nabierają na sile, a ludziom udało się w jakiś sposób dostać do wnętrza budynku. Nikt na szczęście nie wszedł ukrytym wejściem, którym się tutaj dostali, jednak hałasy dość szybko zaczęły dobiegać z korytarza. Domyślili się więc, że muszą tam znajdować się wejścia do magazynów i innych pomieszczeń socjalnych, które posiadały okna.

Po minucie obwód był gotowy. Darshan natychmiast zabrał się za rozbrajanie podłączonego do sieci elektrycznej ładunku wybuchowego. Zadanie okazało się prostsze niż myślał. Wystarczyło zwiększyć rezystancję na potencjometrze, przekroczyć standardowe 110V i zmienić w ten sposób wartość prądu zwarcia. Gdy skończył, tuż nad jego głową, w odległości pół metra zaledwie odezwał się głos:

- Sssnakomicie. Jessstem pod wrażeniem pańssskich sssdolnossssci. Dziękuję ssssaa pomoc... Ssss... - powiedział ktoś, skryty między kablami elektrycznymi.

Zaskoczony Ravnos zdążył jedynie wyostrzyć wzrok, dzięki mocy Nadwrażliwości, aby móc dostrzec tego, kto doń znienacka przemówił, nim ogromna, czarna kobra, znikła mu całkiem z pola widzenia, wspinając się niezwykle sprawnie piętro wyżej. I nagle wyczuł, że coś się zmieniło...

W tym czasie Terry wyjrzał ostrożnie na korytarz, starając się być mniejszy niż zwykle. Ujrzał pierwszych dwóch Anarchistów, którym udało się dostać do środka przez główny magazyn. Zamknięte na klucz drzwi nie były dla nich przeszkodą, zamki puściły już po pierwszym porządnym kopniaku. Po sile, z jaką drzwi magazynu uderzyły o ścianę, otwierając się, Świr pojął natychmiast iż nie ma do czynienia z ludźmi. Z pozostałych pomieszczeń dobiegały równie niepokojące dźwięki, świadczące o nadciągającym szturmie rozwścieczonych Anarchistów. Już miał uciekać, gdy nagle zobaczył ich. Na końcu korytarza pojawił się Horacy i Namtar. Morderca niósł na rękach nieprzytomną Sidonię. Na ten widok Terry poczuł nagły przypływ odwagi i rezygnując z ucieczki postanowił pomóc w ratowaniu Primogena klanu Malkavian.
Proszę o deklaracje na PW. Przeciwników na korytarzu obecnie jest 2. W następnej rundzie będzie 8, a w następnej jeszcze więcej...
Anarchiści są uzbrojeni w noże, pałki, pięści oraz broń palną. Zdecydowanie są to inni Spokrewnieni. Namtar zgasi oświetlenie w korytarzu przełącznikiem, ale światło będzie docierać także z pomieszczeń po lewej i prawej stronie.
Spoiler!
Test umiejętności Awerness ST:7 = 1 sukces. Wyczuwasz działanie magii, ale nie jesteś w stanie określić jaki to rodzaj i na co konkretnie działa.
Test Na rozbrojenie ładunków wybuchowych ST: 6 = 7 sukcesów. Bez problemu rozbrajasz ładunek i jesteś pewien, że detonacja miała nastąpić przez wyłączenie prądu "z zewnątrz" np. najbliższa stacja obsługująca budynki w okolicy.
Użycie Ścieżki Taumaturgii Focused Mind 3 kosztuje cię 1 Punkt Krwi i 1 Siły Woli.
Na prośbę graczy stworzyłem mapkę:

[center]Obrazek[/center]
Na fioletowo zaznaczyłem Was, a na czerwono przeciwników.
Ostatnio zmieniony 22 października 2015, 20:47 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 22 października 2015, 19:17

Charleston WV Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

- Nie wiem. Odkąd wyszli z domu jeszcze nie wrócili. Darshan i Horacy pojechali do Księcia. - Rzeczowa odpowiedź Strażnika Sanktuarium zaniepokoiła Lasombrę.

- Rozumiem. Dziękuję.

Przestępując próg ciemnej i ponuro cichej posiadłości miała wrażenie, że napięcie i strach skumulowane w jej ciele ostatnimi przeżyciami w tej chwili ustępuje, wylewając się falami skrywanych emocji. Było cicho i Victoria wdzięczna była za tę chwilę samotności. Spojrzała na drżącą dłoń, wyciągniętą przed siebie... Połamane i zakrwawione paznokcie konwulsyjnie zaciskały się w szponiaste pazury. Strzępy ubrań oblepione błotem i stęchłymi liśćmi, odkrywały granatowe wylewy pod zmaltretowaną skórą, opadając na podłogę wraz z zakrzepłymi płatami krwi, przywołując na nowo grozę i paniczny czerwony strach... Otrząsnęła się z ponurych myśli, lecz pomimo tego, ziarenko to niczym cierń, znalazło swoje miejsce w jej umyśle, wędrując w najgłębsze zakamarki i zapuszczając tam korzenie...

Łazienka... muszę zmyć z siebie te wspomnienia, póki nie wróci reszta...

Szła cicho przez korytarz, zważając na każdy krok. Nie chciała mącić tej chwili. Ból pojawiał się rytmicznie, choć rany już nie krwawiły. Ból w ciele był dobry. Jego rozumiała i akceptowała. Jednak ten w psychice... Victoria po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że całe zadanie i przedsięwzięcie będzie ją kosztowało o wiele więcej. Po raz pierwszy od lat tak blisko, w tak krótkim czasie ocierała się o śmierć. Każdego to czekało i rozumiała to doskonale. Jednak siła tych granicznych doznań i emocji, które wywoływały, wstrząsały jej istotą coraz bardziej. Zmieniały i kształtowały na nowo. I pomimo przerażenia, które odczuwała, cieszyły ją... Bardziej niż wszystko inne, co kochała...

Wchodząc do najbliższej łazienki na piętrze, odruchowo spojrzała w lustro. Przyzwyczajenie, że być może tym razem zobaczy w nim cokolwiek? Klątwa Klanu Nocy mogła być dla niektórych błogosławieństwem. Starsi tak uważali, uzurpując sobie władze absolutną nad resztą Spokrewnionych. Jednak dla Victorii wyjaśnienie owej tajemnicy leżało o wiele głębiej, w najciemniejszych odmętach Czarnych Wód. Bo cóż dla Ciemności mogły znaczyć gry śmiertelnych i nieśmiertelnych? Dla wszystkiego co istnieje, kiedyś nadejdzie koniec. A Ona? Ona pozostanie Ciemnością. Zawsze... Odkręciła kurek z gorącą wodą.

Kiedy ciepły strumień spłynął na jej ciało, powoli i ostrożnie zaczęła zdejmować z siebie zakrwawione odzienie, odrzucając je w kąt łazienki. Brudna i zaprawiona krwią woda spływała do wylotu kratki ściekowej, tworząc dziwne wzory strachu i przerażenia na białych kafelkach. Długo przyglądała się im w milczeniu, pustym i odległym wzrokiem. Nie potrafiła płakać. Nawet gdyby chciała, nie potrafiła. Już nie. I ta świadomość poruszyła ją bardziej, niż mogła przypuszczać. Szum i para po chwili wypełniły kabinę prysznicową, otaczając wampirzycę gorącą mgłą i zmywając resztki makabrycznych wspomnień. Mimo to nawet gorąca woda nie potrafiła jej rozgrzać...

Wychodząc z łazienki, skierowała się do swojej sypialni. Zostawiając za sobą rozterki, skupiła się na bieżących sprawach.
Skoro Horacy i Darshan są u Księcia, powinni wkrótce wrócić. Minęło sporo czasu. A pozostali?.. Hmmm Ciekawe jak wypadło spotkanie z Lucjanem i kiedy go dostarczą. Mam nadzieję, że ojczulek nie wywinie kolejnego numery z tym złodziejaszkiem. Choć przyznaję, użyteczny był, jeśli rzeczywiście odzyskał bęben. - uśmiechnęła się na myśl, co mógł zaoferować swoim ciałem, gdy wbijałaby w nie...

- Pani? - pytanie Lucasa sprowadziło ją do rzeczywistości. Stojąc w korytarzu, oświetlonego skąpo dobiegającym lśnieniem z kuchni wydawał się jej tak stary i kruchy.

- Zaraz do was przyjdę. - Powiedziała spokojnie, jak mówi się do starego przyjaciela. - Pozwól mi się najpierw ubrać, Lucas. Nie chciałabym doprowadzać cię do konsternacji widokiem krwiaków na tym ciele. Zanim wróci reszta koterii, chce wiedzieć co dzieje się w mieście. Telefony i elektronika wariują i coś się stało, to pewne. Sprawdźcie z Cleo sieć. Może w telewizji coś pokazują. Hmmm... i przygotuj samochód. Na wszelki wypadek.

Ruszyła szybkim i energicznym krokiem przez korytarz, zostawiając na nim mokre ślady stóp.
Ostatnio zmieniony 22 października 2015, 19:27 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 22 października 2015, 20:51

Charleston WV Nyctofilia, Napad Anarchistów na Elizjum. 10.08.1993 Długa Noc
Spoiler!
Przed walką Horacy i Namtar słyszą, że ktoś jest w korytarzu. Assamita podaje Sidonię Horacemu i aktywuje sztylet (1 Punkt Krwi).
[center]RUNDA I[/center]
Dwójka Anarchistów nie zauważyła nikogo z członków koterii.
Assamita odpala Akcelerację (1 PK).
Akcja 1: Przycelowanie w głowę.
Akcja 2: Strzał 6 trafienie + 7 obrażeń - 2 wyparowanie = 11 obrażeń. Anarchista martwy.
Akcja 3: Zmiana celu.
Akcja 4: Przycelowanie w głowę.
Akcja 5: Strzał 3 trafienie + 7 obrażeń - 6 wyparowanie = 4 obrażenia. Anarchista oberwał w głowę, ale stoi.

Horacy rzuca na utrzymanie Niewidoczności poziomu 4, ponieważ Namtar zawiązał walkę. Wypada 0 sukcesów, tak więc Niewidzialność przestaje działać na Namtara.

Ranny Anarchista odpala Akcelerację i strzela:
Pierwszy strzał: 2 trafienie + 5 obrażeń - 4 wyparowanie = 3 obrażenia dla Namtara.
Drugi strzał: 0 sukcesów. Pudło.

[center]RUNDA II:[/center]
Do korytarza wbiega 6 kolejnych Anarchistów.
Inicjatywa:
Namtar: 6
Anarchiści: 3

Namtar używa mocy Dur-An-Ki = 5 sukcesów (nie otrzymuje kar za modyfikatory obrażeń na 5 rund). Koszt 1 Punkt Siły Woli.
Assamita leczy 2 obrażenia i odpala Akcelerację. Razem koszt = 3 Punkty Krwi.
Akcja Namtara:
Akcja 1: Atak sztyletem 10 trafienie - 3 parowanie bronią Anarchisty = 7 +1 Broń + 3 Potencja 3 Siła - 4 wyparowanie = 10 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja 2: Atak sztyletem 5 trafienie - 5 parowanie bronią Anarchisty = 0. Anarchista sparował cios.
Akcja 3: Atak sztyletem 9 trafienie - 0 parowanie bronią Anarchisty = 9 +1 Broń + 3 Potencja 2 Siła - 4 wyparowanie = 11 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja 4: Namtar podbija krwią Wytrzymałość + 1. Koszt 1 Punkt Krwi.
Akcja 5: Atak sztyletem 8 trafienie - 2 unik Anarchisty = 6 +1 Broń + 3 Potencja 3 Siła - 5 wyparowanie = 8 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja Anarchistów:
Anarchista 1 używa Prezencji 2 i wyrzuca 2 sukcesy. Namtar wydaje punkt Siły Woli, by oprzeć się tej mocy.
Anarchista 2 odpala Akcelerację i atakuje olbrzymim kluczem francuskim:
Pierwszy atak:
2 trafienie + 3 Siła + 3 Potencja + 3 Broń = 11 - 8 wyparowanie - 2 pancerz = 1 obrażenie dla Namtara.
Drugi atak:
2 trafienie + 1 Siła + 3 Potencja + 3 Broń = 9 - 9 wyparowanie - 2 pancerz = Wyparowane obrażenia Namtara.
Anarchista 3 odpala Akcelerację i atakuje gipsem na ręce:
Pierwszy atak:
2 trafienie + 3 Siła + 2 Potencja + 2 Broń = 9 - 4 wyparowanie - 2 pancerz = 3 obrażenia dla Namtara.
Drugi Atak:
3 trafienie + 2 Siła + 2 Potencja + 2 Broń = 9 - 7 wyparowanie - 2 pancerz = Wyparowane obrażenia Namtara.

[center]RUNDA III[/center]

Inicjatywa:
Namtar: 8
Darshan: 3
Horacy: 3
Anarchiści: 2
Terry: 0

Akcja Namtara:
Akcja 1: Atak sztyletem tego z kluczem francuskim. 6 trafienie - 2 parowanie bronią Anarchisty = 4 + 1 Broń + 3 Potencja 4 Siła - 4 wyparowanie = 8 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja 2: Atak sztyletem tego z gipsem. 9 trafienie - 4 parowanie bronią Anarchisty = 5 + 1 Broń + 3 Potencja + 3 Siła - 3 wyparowanie = 9 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja 3: Atak sztyletem Anarchisty z Prezencją. 10 trafienie - 5 parowanie bronią Anarchisty = 5 + 1 Broń + 3 Potencja + 3 Siła - 3 wyparowanie = 9 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja 4: Namtar wypija flakon z krwią i otrzymuje 5 Punktów Krwi.
Akcja 5: Przeniesiona na koniec rundy.

Horacy podąża za Asasmitą niosąc Sidonię mijając kolejne ciała Anarchistów.
Darshan wyłącza prąd i zapada ciemność. Słysząc biegnących w ich kierunku Anarchistów używa Akceleracji i wyjmuje broń.

Pozostali Anarchiści biegną w kierunku Terrego.
Malkavian używa Demencji 4 ST:7 = 3 sukcesy. Obu Anarchistów zostaje objętych mocą i testują Odwagę, by nie wpaść w Rotschreck. Anarchiści powstrzymują Bestię przez 2 rundy i stoją w miejscu.

Namtar:
Akcja 5: Namtar aktywuje Osłonę Tiamat. Asbu Ilat 4 = 2 sukcesy.

[center]RUNDA IV:[/center]

Inicjatywa:
Horacy: 7
Namtar: 6
Darshan: 3
Terry: 2
Anarchiści: Stoją i się ogarniają

Horacy rusza z Sidonią do pokoju z rozdzielnią.
Namtar odpala Akcelerację.
Akcja 1: Namtar biegnie do pozostałych dwóch Anarchistów.
Akcja 2: Atak sztyletem 5 trafienie + 1 Broń + 3 Potencja + 3 Siła - 0 wyparowanie = 12 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja 3: Atak sztyletem 10 trafienie + 1 Broń + 3 Potencja + 3 Siła - 2 wyparowanie = 15 obrażeń. Anarchista Martwy.
Akcja 4 i 5. Namtar pije krew z trupa pod nogami. Otrzymuje 1 Punkt Krwi.

Darshan mija w przejściu Horacego i wygląda na korytarz z bronią gotową do strzału. Jednak nie widząc przeciwników w ciemności rezygnuje z działań. Terry idzie za Horacym patrząc na Sidonię.

[center]RUNDA V:[/center]

Na korytarz wchodzi Christian Pain. Odpala Transformację 1, by widzieć w ciemności. Widząc martwych Anarchistów mówi:
- Co do chuja?!?

Namtar wypija flakon z krwią (otrzymuje 5 Punktów Krwi) i regeneruje 4 obrażenia (Ma teraz jedno obrażenie). Tylko Namtar widzi przeciwnika, reszta w ciemności nie jest w stanie go dostrzec. Assamita ostrzega członków koterii, by się oddalili.

[center]RUNDA VI:[/center]
Christian Pain zdając sobie sprawę z masakry jaka się tutaj wydarzyła, nie zdaje testu na Samokontrolę i wpada w Szał. Natychmiast wyczuwa Assamitę w korytarzu i rzuca się na niego.
Inicjatywa:
Namtar 6 + 1 za wydaną Siłę Woli = 7
Pain: 6

Namtar oraz Pain odpalają Akcelerację i Assamita atakuje pierwszy.

Akcja 1:
Pain wykorzystuje specjalny manewr, który pozwala na zadawanie ciosów podczas ataku przeciwnika. Mając zdecydowaną przewagę fizyczną z łatwością paruje ciosy Assamity zadając mu przy okazji obrażenia.
Atak sztyletem 3 trafienie - 6 Atak Paina. Atak nieudany i Brujah zadaje 2 Siła + 5 Potencja = 7 obrażeń - 7 wyparowanie Namtara = 0.
Akcja 2:
Atak sztyletem 4 trafienie - 6 Atak Paina. Atak nieudany i Brujah zadaje 4 Siła + 5 Potencja = 9 obrażeń - 9 wyparowanie Namtara = 0.
Akcja 3:
Atak sztyletem 7 trafienie - 6 Atak Paina. Atak Udany = 1 + 1 Broń + 3 Potencja + 5 Siła - 8 wyparowanie - 1 pancerz = Pain otrzymuje 1 Obrażenie Prawdziwe.
Akcja 4:
Atak sztyletem 8 trafienie - 8 Atak Paina = 0. Atak nieudany, ale bez możliwości dodatkowych obrażeń zadawanych przez Paina.
Akcja 5:
Atak sztyletem 7 trafienie - 5 Atak Paina. Atak Udany = 2 + 1 Broń + 3 Potencja + 3 Siła - 6 wyparowanie - 1 pancerz = Pain otrzymuje 2 Obrażenia Prawdziwe.
Akcja 6:
Namtar nie ma więcej Akcji. Pain: Atak pięścią 4 trafienie + 5 Potencja + 3 Siła = 12 - 10 wyparowanie - 2 pancerz = 0 obrażeń dla Namtara.

Pozostali członkowie koterii opuszczają budynek.

[center]RUNDA VII:[/center]

Inicjatywa:
Pain: 6
Namtar 5 + 1 za Siłę Woli = 6

Obaj działają równocześnie odpalając Akcelerację.

Akcja 1:
Pain:
Atak pięścią 8 trafienie + 5 Potencja + 5 Siła = 18 - 4 wyparowanie - 2 pancerz = 12/2 (pięść zadaje tylko połowę obrażeń) = 6 obrażeń dla Namtara. Assamita chroniony jest tylko przez Asbu Ilat 4. Nie ma kar za rany i może walczyć dalej dopóki jest w całkowitej ciemności.
Namtar:
Atak sztyletem 9 trafienie + 1 Broń + 3 Potencja + 1 Siła - 11 wyparowanie - 1 pancerz = Pain otrzymuje 2 Obrażenia Prawdziwe.
Akcja 2:
Pain postanawia znów atakować korzystając z manewru.
Namtar: Atak sztyletem 8 trafienie - 8 Atak Paina = 0. Atak nieudany, ale bez możliwości dodatkowych obrażeń zadawanych przez Paina.
Akcja 3:
Atak sztyletem 5 trafienie - 5 Atak Paina = 0. Atak nieudany, ale bez możliwości dodatkowych obrażeń zadawanych przez Paina.
Akcja 4:
Atak sztyletem 8 trafienie - 6 Atak Paina. Atak Udany = 2 + 1 Broń + 3 Potencja + 5 Siła - 11 wyparowanie - 1 pancerz = Pain wyparował cios.
Akcja 5:
Atak sztyletem 3 trafienie - 1 Atak Paina. Atak Udany = 2 + 1 Broń + 3 Potencja + 3 Siła - 9 wyparowanie - 1 pancerz = 0. Pain wyparował cios.
Akcja 6:
Namtar nie ma więcej Akcji. Pain Atak pięścią 5 trafienie + 4 Siła + 5 Potencja - 8 wyparowanie - 2 pancerz = 4/2 (pięść zadaje tylko połowę obrażeń) = 2 obrażeń dla Namtara. Assamita już dawno jest poniżej poziomu Zmasakrowany.

Na korytarz wbiegają kolejni Anarchiści, którzy pomagają sobie w ciemnościach latarkami. Na szczęście żadne światło nie pada na Namtara.
Assamita widzi w totalnych ciemnościach jak na końcu korytarza obok wejścia do kuchni stoi Great EyE. Nagle siła kinetyczna odrzuca Namtara i Paina odrywając ich od walki z sobą. Sufit obrywa się zawalając całkowicie wejście oddzielając Anarchistów od Assamity. Nagle zrobiło się cicho...

Namtar pożywia się na 3 trupach jakie tutaj zostały, po czym zamyka się w rozdzielni barykadując drzwi. Rozpoczyna medytację ( 9 minut), by zregenerować rany jakie otrzymał w ciemności od ciosów Brujaha. Koteria jest na zewnątrz. Horacy okrywa wszystkich Niewidocznością i wydostają się niepostrzeżenie z pola walki.
W mechanice walki są informacje opisujące, co robią wasze postacie. Proszę o posty związane z walką Namtara. Jak będą pytania to proszę PW.
Spoiler!
Odzyskujesz 1 Punkt Siły Woli związany za odegraniem swojej natury.
Spoiler!
Odzyskujesz 1 Punkt Siły Woli związany za odegraniem swojej natury. Zająłeś się Sidonią...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 23 października 2015, 10:04

Charleston WV Nyctofilia, Napad Anarchistów na Elizjum. 10.08.1993 Długa Noc

Usłyszał ich, zanim przeszli przez drzwi. Trzask, uderzenie drzwi o ścianę i stłumione przekleństwo. Nie starali się być cicho.

- Weź ją - powiedział półgłosem do Horacego, podając mu nieprzytomną Malkaviankę. - Trzymaj się blisko. Musimy się przedrzeć.

Szczur przyjął od niego zakrwawione brzemię. I Morderca sięgnął lewą ręką po sztylet.

- Bismikhaqimumma* - szepnął, poruszając samymi wargami. Dobył broni i poczuł, jak święta fraza budzi moc ukrytą w zakrzywionym ostrzu. Później cicho pchnął drzwi.

Dwójka znajdujących się na korytarzu zakapiorów nie zwróciła na nich najmniejszej uwagi. Znak odwróconej anarchii, naszyty na ich kurtkach, informował większość świata o ich klanowej przynależności. Napastnicy szerokim, swobodnym krokiem zmierzali w kierunku trójki niewidocznym spokrewnionych, nie zauważając ich i mając najwyraźniej ochotę przejść przez drzwi. Morderca nie tracił czasu. Czarny Desert Eagle wypalił dwukrotnie, posyłając jednego z Brujahów na ziemię. Drugi przyjął postrzał, lecz ustał na nogach, stróżka krwi z rany na głowie pociekła mu za koszulę.

- Co to kurwa, jest? - wrzasnął punk i błyskawicznie podniósł broń. Morderca mógł zrobić tylko jedno. Stanął tak, by osłonić znajdującego się za nim Nosferatu i niesioną przez niego kobietę. Poczuł uderzenie, gdy kula z ciężkiego pistoletu trafiła go w ramię i ugrzęzła w ciele zanim zdołała przebić łopatkę. Ból pojawił się tylko na mgnienie, i zniknął niemal natychmiast, gdy cienie mieszkające w mroku jego serca poczęły wysysać źródło cierpienia. Wiedział, że przez jakiś czas ochronią go przed słabością. A przynajmniej do czasu gdy nasycą swój głód... Kolejny strzał minął jego skroń zaledwie o kilka milimetrów i Anarchista zaklął ponownie. Morderca przerzucił sztylet do drugiej ręki, słysząc jak pęka zamek w drzwiach z prawej strony. Dwóch następnych Krzykaczy wypadło na korytarz, ściskając w ręku noże. W drzwiach, za plecami tego z gnatem, pojawiło się kilku kolejnych. Assamita przeciął gardło stojącego najbliżej Niewiernego i zaatakował niskim pchnięciem drugiego.

- Rzeczywistość, kurwa. - warknął, odpowiadając na zadane wcześniej pytanie.

Brujah odskoczył, parując cios z zadziwiającą szybkością. Nie zdołał jednak uniknąć drugiego cięcia, które praktycznie odcięło mu głowę. Ściana za nim pociemniała od krwi.

Zanim oba ciała zdążyły upaść na ziemię, Morderca był już przy Krzykaczu z bronią. Szybkim ciosem wbił mu sztylet w serce, przebijając klatkę piersiową na wylot. Tamten próbował sparować cios, trzymanym w ręku pistoletem, nie miał jednak zbyt wiele szczęścia. Jego towarzysze nie zamierzali wszakże bezczynnie obserwować sytuacji..

- Zapierdolę cię chuju! - wrzasnął potężny osiłek i biorąc szeroki zamach uderzył tym, co miał w ręce - ciężkim kluczem francuskim. Morderca poczuł jak pęka mu żebro. Przynajmniej jedno. Ból jednak wciąż był nieobecny. Drugie uderzenie ześlizgnęło się po twardych jak stal mięśniach, nie czyniąc większej szkody. Jednocześnie kolejny napastnik, metalowiec, uzbrojony w nabijany fragmentami butelek gips zaatakował Assamitę, mierząc w twarz. Odłamki szkła rozorały skórę Łowcy, ukazując żuchwę i kość policzkową, i Namtar poczuł żelazisty smak własnej vitae.

- Dobrze, że wpadliście - charknął. - Będę potrzebował krwi...

W odpowiedzi, stojąca za kolegami, chuda, wytatuowana panna, zasyczała na niego ukazując kły. Jej krew była jednak zbyt słaba i moc Prezencji nie zrobiła na Mordercy wrażenia. Uderzył z szybkością atakującej kobry, przechodząc przez przeciwników niczym pustynny wicher, niosący zniszczenie i śmierć. Nie miał litości. Nigdy zresztą nie rozumiał znaczenia tego słowa. Zatrzymał się dopiero, gdy cała trójka była martwa, a ściany, sufit i podłoga pokryte były lepkimi rozbryzgami, wciąż jeszcze ciepłej krwi. W półmroku wyglądały jak osobliwe hieroglify - tajemne pismo śmierci.

[center]Obrazek[/center]
Aczkolwiek to, co powiedział tym niewiernym kundlom było prawdą. Potrzebował krwi... I nie miał czasu, aby spić ją z trupów. Kilka metrów dalej, w końcu korytarza dwójka pozostałych przy życiu Brujahów trzymała się za głowy słuchając modłów Malkavianina. Łowca sięgnął do pasa wydobywając zapieczętowany flakon. Wyrwał korek zębami i wychylił zawartość. To nie była krew, lecz coś o wiele cenniejszego - Esencja Krwi, wydestylowana dzięki wiedzy i sztuce uczonych z Alamut. Pozwolił, aby energia zaklęta w magicznym eliksirze wzmocniła czerwień w jego żyłach, zmieniając jej wysychający strumień w rzekę karmazynu. I wtedy zgasły światła. I zapadła ciemność.

Morderca wyszczerzył zęby. A szalona ciemność wyszczerzyła się wraz z nim.

- Mumu Tiamatu elu! - zaśmiał się maniakalnie, czując, jak noc obejmuje go swymi ramionami. - Eli lukuri tapputu me!

Ruszył do przodu, szybko jak myśl. Uliczne psy nie wiedziały nawet, kiedy umarły. Dwoma ciosami wygiętego ostrza posłał ich dusze w ostateczny mrok. Uklęknął na ziemi przy najbliższym trupie i wbił zęby w jego krtań, pijąc żywą jeszcze krew. Horacy minął go, przechodząc pod przeciwległą ścianą. Był cały. Wszyscy, których miał ochraniać byli cali. I tylko to się liczyło, tak naprawdę. Pomyślał, że może jeszcze mają szansę stąd wyjść. Ból poszarpanych mięśni i złamanego żebra niedługo powróci, ale przecież pił teraz krew... A tajne przejście było tak blisko...

I wtedy do korytarza wszedł Christian Pain. I wszystkie plany Assamity legły w gruzach.

- Co, do chuja!? - wrzasnął przywódca Anarchistów, potykając się o leżące na ziemi ciało jednego z żołnierzy rewolucji.

- To Christian Pain - powiedział Namtar półgłosem do wybrańców Arta-hasisa. - Uciekajcie. Nie macie z nim szans. Załatwię wam trochę czasu.

Chciał jeszcze dodać, by nie czekali na niego, ale powstrzymał się. Emocje nie były tutaj nikomu potrzebne. Wstał powoli, pozwalając by vitae zaleczyła jego rany. Sięgnął po ostatni flakon i usłyszał, jak kula wypada z jego ramienia i dźwięczy, turlając się po podłodze. Wiedział, że nie ma już więcej krwi. Miał jej zresztą zbyt mało na to, by uleczyć ciało całkowicie. Oczy Christiana zalśniły krwawo, a jego spojrzenie skupiło się na Assamicie:

- Już nie żyjesz, arabskie ścierwo! - ryknął Pain i ruszył biegiem w kierunku Łowcy.

Starli się na środku korytarza. Morderca ciął nisko, lecz tamten odepchnął go korzystając z przewagi fizycznej jaką dawał mu rozpęd i masa. Assamita uderzył ramieniem o ścianę i poczuł, jak sypią się na niego fragmenty tynku. Ustał jednak na nogach i ciął ponownie, atakując ze śmiercionośną precyzją. To jednak nie wystarczyło. Pain zablokował cios i ostrze jedynie drasnęło go, przecinając koszulkę na piersi. Z gardła Anarchisty wydobył się ryk wściekłości. Morderca wyprowadził jeszcze dwa ciosy, z których zaledwie jeden dosięgnął celu, rozcinając rękaw skórzanej kurtki Chrisa i przecinając mięsień dwugłowy lewego ramienia. Opętany szałem Brujah zdawał się jednak zupełnie na to nie zważać. Jego kolejny cios znów pchnął Assamitę na ścianę. Wysoki kopniak, zadany od tyłu w kark, wtłoczył jego ciało w cegły, sprawiając, że kilka z nich posypało się na ziemię. Zapewne posłałby Mordercę w torpor, gdyby nie opieka Matki. Namtar zerwał się błyskawicznie i stanął na nogach, tnąc z półobrotu. Ostrze dosięgło żeber napastnika. Pain ryknął ponownie, po czym z jego ust dobył się trudny do zrozumienia stek obelg i bluzgów. Assamita wyprowadził jeszcze trzy błyskawiczne ciosy, nie dbając o własne bezpieczeństwo. Za każdym razem jednak ostrze khanjar ześlizgiwało się po ciele tamtego.

- Yebnen kelp, yaqta' 'omrak!*** - zaklął. Kolejny cios Paina odrzucił go do tyłu, posyłając na kolana.

Gdzieś, za plecami Anarchisty usłyszał głosy i zobaczył kątem oka lśnienie latarki. W tej samej sekundzie dotarło do niego, że to już koniec. Mógł walczyć z szalonym Brujahem, nawet jeśli tamten przewyższał go wytrzymałością i siłą. Nie mógł jednak walczyć ze światłem. Poza tym prawie nie miał już krwi.

- 'Isz hamiidan ła mut szahiidan**** - szepnął chrapliwie i wstał na nogi, zaciskając dłoń na rękojeści sztyletu. Jego włosy i kurtka były białe od tynku sypiącego się z sufitu na obu walczących. Wiedział, że ten korytarz stanie się jego grobowcem, nie zamierzał jednak umierać na kolanach.

W tym momencie poczuł, jak jakaś potężna, niewidzialna siła odrzuca go w tył. Zanim znów uderzył o ścianę, ujrzał przez sekundę drobną postać Tremera z monoklem, stojącego na drugim końcu korytarza. A później sufit runął na Anarchistów, grzebiąc Paina i jego kolegów go pod stertą gruzu i cegieł. Zapadła cisza.

Morderca zebrał się w podłogi klnąc cicho. Żałował, że nie wypruł Czarodziejowi flaków, gdy miał okazję. Pies pozbawił go możliwości honorowej śmierci. Choć z drugiej strony... Uratował mu życie. Być może tak miało być... Mektub, Haqimu 'alam.***** Miał przecież Kontrakt do wykonania...

Wyszarpnął spod gruzu najbliższe dwa ciała i zaciągnął je do pokoju z rozdzielnią. Kolejny trup leżał na progu. Zabrał go także. Przesunął biurko blokując drzwi i dla pewności, obciążył je jeszcze zwłokami. Potrzebował czasu. Potrzebował krwi. Wgryzł się w kark pierwszego Anarchisty dziękując Haqimowi, że tamten okazał się na tyle młody, by jego ciało zachowało po śmierci swą strukturę. I by jego krew pozwoliła Mordercy odnowić siły. Pił długo, odrzucając kolejne, wysuszone trupy, zanim poczuł, że jego żyły ponownie wypełniają się. Wtedy uklęknął na betonowej podłodze.

Horacy zapytał go kiedyś "Kto opiekuje się tobą?". Morderca nie odpowiedział mu tamtej nocy, zresztą teraz także nie zrobiłby tego. Nie mógł. Poza tym nikt z Niewiernych nie umiałby tego zrozumieć. Jednak istniały takie siły, starsze niż czas, starsze niż światło. Siły, które pozwoliły mu kroczyć w formie z mięsa, kości i krwi. Siły, które wzywał teraz, aby uchroniły go od śmierci:

- Mumu Tiamat, esussun me...*

Szepnął. I Matka usłyszała swego syna. I Ciemność powstała, aby mu dopomóc...

[center]Obrazek[/center]

* arab. W Twoje imię Haqimie!
** sumer. Matko Tiamat, powstań! Osłoń mnie przed wrogami!
*** arab. Sukinsyn, niech cię śmierć spotka!
**** arab. Żyj godnie i umrzyj jako męczennik.
***** arab. Tak było zapisane, Haqim wiedział najlepiej.
***** sumer. Matko Tiamat, pomóż mi...
Ostatnio zmieniony 23 października 2015, 17:42 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 24 października 2015, 13:15

Charleston WV Nyctofilia, Napad Anarchistów na Elizjum. 10.08.1993 Długa Noc

Wszystko działo się zbyt szybko. Kiedy Terry wyjrzał na korytarz, zobaczył, że Łowcy udało się ocalić Sidonię. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że zrobił to zanim zmusili ją do mówienia. Miał już puścić się biegiem w ich stronę, kiedy drzwi pośrodku długiego korytarza z hukiem rozwarły się na oścież. Cofnął się natychmiast, by napastnicy go nie zauważyli. Doskonale wiedział, co za chwilę się będzie tam działo. Wiedział też, że ta dwójka wściekłych kainitów to dopiero początek.

Nie był pewien co dalej. Milion myśli kłębiło mu się w głowie, a wszystkie krążyły wokół jednego pytania. Co może zrobić, im pomóc? Spojrzał w stronę Darshana, który właśnie sięgał do przełącznika odcinającego zasilanie. Terry uśmiechnął się, wiedział bowiem, że ciemność wspomoże Mrocznego Jedi.

Na korytarzu padły strzały, na dźwięk których Malkavian nerwowo podskoczył. Przeżegnał się, zacisnął pięści, po czym ponownie wyjrzał na korytarz. Ponownie nie zapanował nad swymi odruchami i podskoczył lekko w przestrachu, kiedy ujrzał biegnącą w jego kierunku dwójkę napastników. Jednak strach w ułamku chwili zamienił się w modlitwę. Żarliwą, pełną skruchy i modlitwę, w której prosił Pana by przepędził zło szarżujące w kierunku Jego sługi. A Pan wysłuchał modlitw jego i nie pozwolił się zbliżyć wysłannikom Złego.

I wtedy właśnie zgasły światła, a Morderca zaczął się modlić dzikim krzykiem. Nie czekał więc ni chwili dłużej i wycofał się z powrotem do pomieszczenia z którego wcześniej się wychylił. A po bardzo krótkiej chwili dołączył doń Horacy, niosący na rękach zmasakrowaną Sidonię. W pierwszym odruchu Terry chciał zabrać ją od Nosferatu, ale wiedział, że czas jest kluczowy, a jemu targanie nieprzytomnej Primogenki zajmie go znacznie więcej. Przepuścił więc ich w przejściu, odsuwając się lekko na bok. Zaraz za nimi pojawił się Assamita, który nie znoszącym sprzeciwu tonem ostrzegł ich przed kolejnym, dużo groźniejszym przeciwnikiem i kazał natychmiast uciekać.

Kimże był, by dyskutować z ochroniarzem w obliczu takiego rozwoju sytuacji? Nie czekając ni chwili, ruszył w kierunku ukrytego przejścia, ściszonym głosem ponaglając resztę.

Kiedy wszyscy już zbliżali się do wyjścia z tunelu, obejrzał się jeszcze, lecz Darth Namtar nie podążał za nimi.
Spoiler!
Nie dałem żadnych dialogów, by nie narzucać innym swojej wizji wydarzeń. Jednak zastrzegam sobie prawo do edycji postu, gdyby ktoś uważał, że jednak postąpiłby inaczej niż to zasugerowałem. Więc proszę PW, gdyby cośkiedyśktoś.
Ostatnio zmieniony 24 października 2015, 13:22 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 25 października 2015, 16:14

Charleston WV Nyctofilia, Napad Anarchistów na Elizjum/Droga do Sanktuarium 10.08.1993 Długa Noc

Horacy okrył wszystkich mocą Niewidoczności, podczas gdy Darshan otworzył na oścież drzwi prowadzące na zewnątrz budynku, aby niosący Primogenkę Nosferatu bez problemu mógł je przekroczyć. Zanim wyszli na trawnik usłyszeli ryk wkurwionego Brujaha, dobiegający gdzieś z głębi budynku:

- Już nie żyjesz, arabskie ścierwo!

Terry zamknął szybko drzwi ozdobione ulicznym graffiti i dołączył do pozostałych. Wszędzie wokół leżały kamienie, szkło, fragmenty płyt chodnikowych i cegły. W oddali płonęły zniszczone samochody stojące na ulicach, a także kilka sklepów z bardziej ekskluzywnym asortymentem.

- Nasze auto zapewne padło już ofiarą tłumu. Zbyt niebezpiecznie będzie teraz iść przez miasto - zauważył filozoficznie Ravnos.

Horacy skinął głową:

- Chodźcie, znam inną drogę - rzucił krótko.

Pozostali ruszyli za Nosferatu, który starał się jak najszybciej wydostać ze zdewastowanego kompleksu. Po kilkunastu krokach mogli w końcu zobaczyć, co dzieje się przed głównym wejściem do Elizjum. Tłum młodzieży rozproszył się, zmieniając w małe, kilkuosobowe grupki, które demolowały to co jeszcze pozostało całe. Oprócz ludzi, która przyszli na koncert, Horacy natychmiast rozpoznał jedną z trzech grup uderzeniowych jaką dysponowała Camarilla. Ekipa była w komplecie, rozmieszczona w układzie stosowanym przy najazdach Sabatu. Żołnierze walczyli z niedobitkami przedstawicieli Ruchu Anarchistycznego. Camarilla zdobywała przewagę nad słabo zorganizowaną i chaotyczną bandą rewolucjonistów, spychając ich powoli lecz skutecznie pod budynek Nyctofilii.

Horacy znalazł wejście do kanałów i całą trójka zagłębiła się w duszny, wionący zgnilizną mrok. Woda chlupotała pod ich butami gdy przemierzali kanały. Po kilku minutach drogi niezmordowany Nosferatu, który wciąż dźwigał ciało nieprzytomnej Sydonii oraz magiczny bębenek Wilkołaków, odezwał się:

- To tutaj, na górę...

A gdy wydostali się, dodał:

- Wejdziemy na ten pagórek. Za nim jest droga... Potrzebujemy samochodu.

W tym momencie zgasły wszystkie światła w okolicy, spowijając ulicę w atramentowe ciemności. Brak światła księżyca, i słońca zakrytego za gęstymi chmurami spotęgował ten efekt. Darshan zrozumiał, że była to chwila, w której Elizjum powinno przejść do historii w dość wybuchowy sposób. Pomyślał, że jego ingerencja ocaliła tego dnia wiele istnień, nie tylko Nieumarłych ale i śmiertelników. Uśmiechnął się lekko i poprawił torbę, wypchaną materiałami wybuchowymi.

Gdy wydostali się w końcu na wzniesienie ujrzeli, iż ta część miasta, która pozbawiona była elektryczności w niczym już nie przypominała starego, spokojnego Charleston jakie znał i kochał Horacy. Ogień płonął nie tylko przed Elizjum i w jego okolicy. Rewolta rozprzestrzeniła się dalej kierując się w stronę centrum. W oddali słychać było strzały i krzyki. Wszystkie służby ratownicze były na miejscu, a migające niebieskie koguty wskazywały lokacje, gdzie zniszczenia były największe. Jedynie łuna płonących budynków rozświetlała tą dantejską scenę, a grube słupy dymu wznosiły się nad miastem niczym milczący aniołowie zagłady.

[center]Obrazek[/center]
Malkavianin przyjrzał się zniszczonemu miastu, po czym wzrok jego powrócił do nieprzytomnej Sidoni. Wtem poczuł dziwny dreszcz i zdał sobie sprawę, że nie są tutaj sami. Coś ich obserwowało, odwrócił lekko głowę wyostrzając wzrok i nagle to uczucie zniknęło. Był prawie pewien, że to coś zorientowało się, iż Terry o nim wie.

- Mam złe przeczucia i przeraża mnie to miejsce. Coś tutaj jest. Czuję obecność złego oka. Znajdźmy samochód - rzucił do towarzyszy.

Po krótkiej wymianie zdań, Świr wziął Sidonię od Horacego i ruszyli na dół, kierując się w stronę drogi. Darshan udał się za nim. Gdy zeszli ze skarpy, ich humory poprawiły się nieco, ujrzeli bowiem, że szosa zapchana jest jadącymi powoli samochodami. Prawie wszystkie były wypełnione po brzegi bagażami i zdążały w kierunku prowadzącym po za granice miasta. Drugi pas był praktycznie pusty.

Darshanowi udało się zatrzymać jadącą taksówkę, która najwidoczniej wracała z kursu. Terry zbliżył się do okna od strony kierowcy, a widząc jego pytające spojrzenie rzekł z Dominacją:

- Zabierzesz na 1017 Edgewood, pod dom Tuckwiller'a.

- Się robi Ojczulku - odpowiedział uśmiechnięty szeroko murzyn w podkoszulku w paski, przyciszając głośną muzykę.

Po chwili obaj byli w środku, a samochód kierował się w stronę upragnionego Sanktuarium. Coś nie dawało spokoju Terremu, lecz nie mógł określić źródła swych obaw. Może obawiał się o Sidonię, a może przyczyną jego obaw była nieobecność Łowcy... Miał jednak uporczywe wrażenie, że chodzi o coś więcej... Jechali chwilę w milczeniu, każdy zajęty swoimi sprawami, gdy nagle kierowca wyłączył muzykę i powiedział:

- Nic do was nie mam panowie, ale dziś w Elizjum wyszliście poza swoje kompetencje. Ostrzegam was. Zajmijcie się sprawą jakie zlecił wam stary Brujah i nie wchodźcie mi kolejny raz w drogę.

Zaskoczeniu obrotem sytuacji Nieumarli na moment zastygli w bezruchu.

[center]Obrazek[/center]
[center]***[/center]
Assamita leczył rany medytując w ciemności. Po kilku minutach pod sterta gruzu z korytarza wydobył się stłumiony ryk:

- Aaahrrr! kurwa mać, ale mnie wszystko napierdala! Gdzie ja do chuja jestem? Ale mnie boli łeb... To arabski sukinsyn tak mnie załatwił. Zajebie gnoja, niech go tylko zobaczę...! Pierdolić to wszystko...! Co za meta... Dobra, tu jest ściana...

Gruz poruszył się, a z jego wnętrza dobył się głuchy dźwięk. Ściana w korytarzu nie wytrzymała ciosów Brujaha pozwalając mu wydostać się z zawalonego korytarza. Namtar usłyszał jeszcze kilka niezrozumiałych przekleństw, które padły z ust Anarchisty, a potem zapadła cisza. Christian najwyraźniej oddalił się.

Assamita dalej medytował w mroku czując, jak zebrana wkoło czerń leczy jego martwe ciało. Na zewnątrz trwała walka, jednak po zawaleniu się korytarza, wewnątrz Elizjum zrobiło się śmiertelnie cicho. Łowca cieszył się, że może mieć tą chwilę wytchnienia, nie będąc niepokojonym przez kolejnych intruzów. Miał już zbierać się do wyjścia, w jedna z ścian zmieniła swą strukturę, ukazując za sobą postać Tremera z monoklem. Zanim Niewierny zdążył wejść do pomieszczenia Namtar miał już przygotowaną broń w ręku. Tremer natychmiast odezwał się:

- A jednak jeszcze tutaj jesteś, Assamito. Przynoszę wieści, które pomogą w wypełnieniu twojego Kontraktu.
Morderca powoli opuścił rękę i schował sztylet. Dłoń jego jednak pozostała na rękojeści noża.

- Kallemni,* mów - powiedział.

- Nazywam się Loran Dewy, zwany też Great EyE - przedstawił się tamten. - Jestem pod wielkim wrażeniem twoich zdolności bojowych oraz odwagi, którą masz w sercu. To co zobaczyłem tylko potwierdza to, co mówi się o waszym Klanie. Pozwól jednak, że przejdę do rzeczy...

- Wieści szybko się rozchodzą i w ciągu godziny każdy starszy będzie wiedział, że koteria Red'a była w Elizjum. Jeżeli ty tu byłeś, to znaczy że oni też. Twoje wejście do Elizjum, a w szczególności otwarcie tej czarnej dziury w jego centrum, jest pogwałceniem podstawowych praw jakie rządzą w Camarilli. To bardzo nie spodobało się to Primogenowi klanu Toreador. Lizelotta Viger uważa, że klan Tremere powinien zając się ochroną Elizjum, a twoja obecność zniszczy reputację tego miejsca. Uważa także, że to przez czarną dziurę zabezpieczenia przestały działać, a bez dowodów na ingerencję z zewnątrz nie mogłem przekonać jej, że jest w błędzie. Max Damage wściekł się, gdy opowiedziałem mu czego dokonałeś, a gdy dodałem, że głównie tobie zawdzięczamy obronę Elizjum, nawet próbował mnie uderzyć. Teraz chce twojej głowy i będzie naciskał na Księcia w tej sprawie. Nie wiem jak inni członkowie Primogenu zareagują na tą sytuację, ale musicie założyć, że najpotężniejsza koteria w Charleston może być przeciwko wam. Zabezpieczania jakie wykonałem, by zapobiec wejściu do Elizjum zostały w jakiś sposób złamane w pewnym momencie. To pozwoliło tym Anarchistom wejść do środka. Był to ktoś z zewnątrz i na pewno nie był to uliczny magik.

- Naqal.** - Morderca wzruszył ramionami. - Jeśli Max chce mojej głowy, niech ją sobie weźmie. Możesz mu przekazać, że będę czekał. Poza tym wasza polityka nie interesuje mnie. Maa-i-khussni.*** Wypełniam Kontrakt.

- Rozumiem - uśmiechnął się lekko Tremer. - Nie omieszkam mu tego przekazać.

- Jeśli przyszedłeś tutaj tylko po to, by mówić o moich wrogach, to tracisz czas, czarodzieju. Mój i swój. Nie obawiam się waszych Starszych i mam obowiązki do wykonania.

- Nie o to mi chodziło - Loran wzniósł dłoń w uspokajającym geście. - Posłuchaj, to dzięki tobie pozostałe Harpie, czyli Angie Braun oraz Dellon Wels żyją i mają się dobrze. W zamian za uratowanie życie oferują wsparcie dla koterii Red'a. Możecie mieć wrogów w Radzie Primogen, ale słowo zjednoczonych Harpii znaczy więcej. Nawet Democritus nie jest tak głupi, by je podważać. Wasza koteria ma tylko jednego wampira z Charleston, którego możemy poprzeć. Horacy jest kluczem, do waszego sukcesu. Gdy nadejdzie odpowiedni moment Harpie powiedzą miastu prawdę o waszym zaangażowaniu, a wtedy Primogeni nie będą mogli sprzeciwić się temu, co mówi miasto. Mamy wojnę, więc mogą pojawić się próby zabójstwa, ale póki tutaj jesteś, nie mają szans.

Namtar skinął powoli głową. Nie odezwał się, słuchał dalej.

- Kolejna sprawa, tyczy się Opiekuna Elizjum, Garibalda Lshandta. Facetowi odbiło kompletnie, gdy pojawiła się Sidonia. Nie było mnie przy tym, ale wiem że wpierw poturbował Harpie, a potem zabrał się za Sidonię. Chwilę później pojawiłeś się ty. Pozostałe wampiry, które siedziały na scenie są uzależnione od jakiś magicznych narkotyków i są podatne na proste sugestie. Garibald jest obecnie przesłuchiwany przez Maxa Damage, który wydobył z niego kilka informacji. Garibalt uważa, że należy do klanu Setytów, ale gdy sprawdziłem jego krew okazał się Toreadorem siódmej generacji. W jego prywatnym pokoju odkryłem coś bardzo niepokojącego. Otóż znajdowały się tam łóżka na których leżały ważniejsze osobistości mające wpływ na świat ludzi, oraz kilku Spokrewnionych. Wszyscy byli nieprzytomni i faszerowani jakimś dziwnym narkotykiem.

- Istanna,**** był tam jakiś karzeł? - przerwał mu Namtar.

- Tak, a dlaczego pytasz?

- To... - Morderca zawahał się, nie chciał mówić Czarodziejowi całej prawdy. - ...jeden z ghuli Horacego. Zobowiązałem się go odnaleźć.

- Rozumiem - Loran szybko pokiwał głową. - On jest teraz pod opieką klanu Teremere, którzy badają tą substancję i jej wpływ na organizm. Obiecuję, że ktoś z Fundacji skontaktuje się z Horacym w tej sprawie.

- Dobrze. Kiedy? Zależy mi na czasie.

- Nie potrafię powiedzieć teraz, decyzja w tej sprawie należy do Regenta.

- Zrozumiałem. Przekażę informacje. Jeśli to wszystko, to wrócę do swoich obowiązków.

- Tak, to wszystko. W imieniu swoim i pozostałych Harpii dziękuję za uratowanie życia. Będziemy pamiętać o tym, co tutaj zrobiłeś. Gdybyście potrzebowali skontaktować się z nami... - Tremer sięgnął do wewnętrznej kieszeni kamizelki i wyjął białą, prostokątną wizytówkę. - Tutaj znajdziecie telefon i adres mailowy.

Morderca skinął głową i przyjął karteczkę.

- Shukran***** - powiedział, chowając ją do kieszeni kurtki. - Zapamiętam twoje słowa.

Po czym odwrócił się i wyszedł.



* arab. Mów
** arab. Bękart.
*** arab. To nie mój problem.
**** arab. Poczekaj,
***** arab. Dziękuję
Ostatnio zmieniony 25 października 2015, 21:21 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 25 października 2015, 20:53

Charleston WV Droga do Sanktuarium 10.08.1993 Długa Noc

Kiedy byli w korytarzu Horacy przez chwile pomyślał, że już po nich. Ale już po chwili uprzytomnił sobie z kim biegnie. Assamita. Prawdziwie zabójcza maszyna, nawet ja na standardy nieumarłych drapieżników. Bez wahania złapał Sidonię, zrozumieli się bez słów. A potem nastąpiła ta masakra.

Horacy dobiegł do przejścia popychając przed sobą wszystkich z koteri.

"...Uciekajcie. Nie macie z nim szans. Załatwię wam trochę czasu."

Kilka zdań zmroziło serce starego Nosferatu bardziej niż ta nieludzka czerń przed chwilą. Dodało mu to jeszcze większego animuszu. Okrył raz jeszcze niewidzialnością całą koterię i wyprowadził na zewnątrz. Wbiegł do jakiejś pobliskiej uliczki i otworzył właz do kanałów.

- Musimy przejść kawałek dołem, wiem że chujowo ale jest za duża szansa że ktoś nas jednak wypatrzy i da po mordach. Szybko, szybko mówię! - zeskoczył w ciemność z Sidonią. Na dole odpalił latarkę i szedł tak szybko jak na to pozwalał mu "ogon" w postaci Terrego i Darshana. Biegnąc korytarzem zastanawiał się nad sytuacją w korytarzu Nyctofilli.

Czemu Namtar, dużo szybszy od niego nie pomknął korzystając z mocy akceleracji wraz z Sidonią. Może, może bym dał radę sam jakoś.... A może, nie... Kurwa, Otto. Wygląd ana to, że i tak będę musiał tam wrócić.

- To tutaj, na górę... wysapał wspinając się z ciałem Sidoni przewieszonym, przez ramię. Dalej szybko, ruszajcie się... Ja ją niosę a nadal jestem szybszy od was, zagęszczać ruchy, no już! - stalowa pokrywa wyłazu wyleciała jakby była plastikową przykrywką do kosza na śmiecie. Horacy zaczął sprawnie wspinać się na górę używając obu rąk. Sidonia wisiała na barku. Z kanałów wychynęła głowa Nosferatu który wstępnie zbadał otoczenia potem sprawnie wyskoczył na zewnątrz i dokładnie rozejrzał się po okolicy kiedy pozostali wychodzili. - Wejdziemy na ten pagórek. Za nim jest droga... Potrzebujemy samochodu.

Horacy wbiegł na pagórek i się obrócił. Niepotrzebnie.

- O rzesz kurwa!

Rzym płonął. Miasto w którym mieszkał Horacy przez całe swoje życie i nieżycie stało w płomieniach. Tak je sobie wyobrażał w najgorszych koszmarach kiedy w zastanawiał się jak może wyglądać miasto zdobyte przez Sabat. Ten obraz był nawet gorszy. Rozruchy, strzały, a nade wszystko ogień! Stary Szczur czuł jakby mu ktoś wyciął kawałek własnego serca. Mimowolnie poczuł jak oczy stają się wilgotne...

- Dobra, słuchajcie! Mieliśmy się spotkać z Namtarem w najbliższym bezpiecznym miejscu, to jest w starej przepompowni w kanałach. Ale biorąc pod uwagę, że pół miasta płonie, najbezpieczniej będzie zrobić tak jak mówi Terry. Wsiadacie w pierwszą lepszą brykę i zapierdalacie do sanktuarium i byle nie przez centrum. Ja muszę wrócić na miejsce, poczekam w przepompowni z piętnaście minut, bo może jak tam dotrze będzie w takim stanie, że będzie potrzebował pomocy czy coś... Jeśli przeżył. Jak się nie pojawi to w zależności od tego jak będzie wyglądała sytuacja, albo poszukam ciała Namtara, albo jak będzie za gorąco wrócę do sanktuarium. Dzwońcie do Victorii.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 25 października 2015, 22:58

Charleston WV, Okolice Klubu Nyctofilia, 10.08.1993 Długa Noc

Szedł szybko, mijając grupki skandujących, pijanych lub szarpiących się ludzi. Gwizdał cicho: Children of the Revolution. Nie dlatego, by go to cokolwiek obchodziło. Raczej z nudów po prostu. Nikt go nie zatrzymywał, ani nie zwracał na niego uwagi. Większość po prostu schodziła mu z drogi, a później zapominała o tym. To nie była Niewidoczność, ani starożytna Magia Krwi. Zdolność tę posiadał od kiedy pamiętał. Wydawała mu się tak naturalna, że nie umiałby wyobrazić sobie egzystencji bez niej. Tak, jakby był tylko cieniem, pośród żywych. Nikt z nich nigdy nie pamiętał jego twarzy. Nikt nie umiał go opisać. Po prostu w jakiś sposób nie istniał dla nich, omijając świadomość i znikając z pamięci niczym strzęp koszmaru, topniejący w ciepłym uścisku dnia. Być może dlatego również nigdy nie czuł, aby oni byli do końca realni w jego świecie. Tak, jak on nie należał do ich królestwa, tak i oni byli dla niego tylko zjawami, barwnymi motylami iluzji, które roztrzaskiwały swe skrzydła o bramy Ciemności... Czasami krzyczeli przy tym, a on lubił słuchać jak ich wrzaski i modlitwy zamarzają w próżni, niczym szron zdobiący włosy Bogini Bez Twarzy...

[center]But you won't fool the children of the revolution
No you won't fool the children of the revolution
No no no[/center]

Roześmiał się cicho. W ustach wciąż smak krwi Paina, którą zlizał z ostrza po walce...

[center]Obrazek[/center]
[center]***[/center]
- Zak, pospiesz się i spierdalajmy stąd... Za długo się z tym grzebiesz, stary... - powiedział młody murzyn, poprawiając nerwowo czapkę w kolorach rasta. W ustach miętosił niedopalonego i wilgotnego skręta, z resztką marihuany.

- Zaraz Slim, zaraz, kurwa - odpowiedział Zak, odrzucając machnięciem głowy długie włosy sprzed oczu. - Jak uruchomię to cudo, to będziemy stąd spierdalać z klasą. I wszystkie cipki w okolicy będą nasze. Kapujesz czarnuchu?

Obaj młodzieńcy próbowali właśnie odpalić nowocześnie wyglądający, czarny ścigacz, stojący na podwórku jednej z kamienic. Szło im niesporo, elektronika w motorze wydawała się jakaś dziwna i Zak już pięć minut biedził się, by coś na to poradzić.

- Co do kurwy... - mruczał, dłubiąc w kablach.

- Zak...? - w głosie jego kolegi dało się nagle wyczuć jakieś napięcie i Zak podniósł głowę, dokładnie na czas, by ujrzeć przysypaną szarym pyłem postać w ciemnych okularach, która złapała go za koszulkę i bez wysiłku podniosła nad ziemię. A później jednym ruchem ręki, wbiła mu nóż w serce.

Ciało młodego złodzieja upadło bezwładnie na bruk, niczym marionetka, której ktoś przeciął wszystkie sznurki. Stojący obok murzyn o mało nie udławił się trzymanym w ustach skrętem i zaczął cofać się powoli, na ugiętych i drżących nogach. Chciał uciekać, lecz natrafił plecami na chropowaty mur kamienicy i skulił się tylko, podobny do przerażonego i rozpłaszczonego zwierzątka. Ramiona drgały mu spazmatycznie.

- Nie powinniście dotykać mojej maszyny - powiedział spokojnie mężczyzna w ciemnych okularach, gładząc jedną ręką kierownicę motoru.

Slim pokiwał głową rozpaczliwie zastanawiając się co powinien teraz zrobić. Zauważył, że twarz i ubranie tamtego pokryte jest krwią. Generalnie wyglądał jakby wyszedł z rzeźni. Z rzeźni, która właśnie się zawaliła, albo wybuchła - poprawił się w myślach. Z noża, który trzymał w ręku nieznany napastnik kapała gęsta i ciemna krew... Krew Zaka.

- Ej człowieku... - powiedział, a właściwie chciał powiedzieć. Nerwowy ścisk krtani sprawił, że głos przypominał pisk małej dziewczynki, brzmiąc jak jakieś "Iii wieku..." Nie mógł odwrócić wzroku od krwi kapiącej z ostrza.

- To był twój kumpel? - zainteresował się nożownik.

Murzyn pokiwał nerwowo głową i przełknął ślinę.

- Przyjaciel... - wychrypiał. A później zamknął oczy czekając na cios.

Ale cios nie nastąpił. Zamiast tego Slim usłyszał po chwili ryk odpalanego silnika i pisk opon ruszającej gwałtownie Hondy. Otworzył jednak oczy dopiero wtedy gdy policzył do stu. Dwa razy, tak dla pewności. Był sam na zaśmieconym podwórku. Sam, jeśli nie liczyć biednego sukinsyna Zaka... Poczuł łzy pod powiekami. Klękając nad przyjacielem z głupią i nieśmiała nadzieją, uświadomił sobie nagle, iż nie pamięta nawet jak wyglądał morderca...
Po morderstwie zapieprzam do Przepompowni, zobaczyć, czy będzie tam ktoś z koterii.
Ostatnio zmieniony 26 października 2015, 10:48 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 26 października 2015, 22:13

Charleston WV, kanały, stara przepompownia ścieków 10.08.1993 Długa Noc

Stara przepompowania był miejscem, gdzie ponad pięćdziesiąt lat temu znajdowało się jedno z serc kanałów. Stare, plugawe serce, które tłoczyło cały brud tego miasta, arteriami podziemnych tuneli, by wypluć je daleko, poza jego obrębem. Choć stare pompy tłoczące zostały już dawno zdemontowane, a wszystkie części które posiadały choćby najmniejszą wartość już dawno rozkradziono, to nadal znajdowało się tu kilka charakterystycznych elementów. Zbyt nieciekawych, aby je wynieść lub też na stałe wspawanych w konstrukcję. Stało tu też kilka starych betonowych zbiorników do gromadzenia nieczystości, oraz rozdrabniacz, składający się z pordzewiałych, nachodzących na siebie śrub.

[center]Obrazek[/center]

W ciemności siedział stary Szczur i czekał. Od czasu do czasu włączał kontrolnie latarkę, kiedy tylko uznał, że czerń jest podejrzanie gęsta lub kiedy wydawało mu się, że wyczuwa dziwny nienaturalny chłód.

W pewnym momencie usłyszał kroki. Ciche kroki kogoś, kto przywykł do chodzenia w taki sposób, aby nie być słyszanym. Bystre ucho Starego Szczura natychmiast jednak wyłowiły je z zalegającej w przepompowni ciszy. Zapalił latarkę oświetlając zakapturzoną postać w szarym, poszarpanym ubraniu, które teraz było ciemne od krwi i poznaczone białymi plamami tynku. Przybysz natychmiast odwrócił głowę i cofnął się w ciemność. Nosferatu zrozumiał ten gest i skierował światło pionowo w dół, oświetlając kawałek podłogi upstrzony szczurzymi odchodami.

Morderca obrzucił wzrokiem pomieszczenie.

- Gdzie reszta? - zapytał szybko, nie tracąc czasu na powitania.

- Bezpieczna - odrzekł Horacy. - Wyprowadziłem ich przejściem poza ta rozpierduchę i wsadziłem do auta. Poradzą sobie. Pewnie już są w Sanktuarium. Tylko tam bezpiecznie. Tu byśmy nie dali rady dotrzeć.

- Jai'yed*. - Mimo zwykłego mechanicznego tonu w głosie Mordercy można było rozpoznać ulgę. - Wiem, co się stało z Otto. Żyje. Dostał jakieś narkotyki od opiekuna Elizjum. Tremerzy się nim teraz zajmują. Mają się z nami skontaktować niedługo.

Horacy słysząc te słowa odetchnąłby z ulgą. Gdyby tylko potrafił. W widoczny sposób poruszyło go to przed chwilą usłyszał. Przysiadł na krawędzi wielkiego czarnego od brudu zbiornika. Wyglądał jakby w jednej chwili zeszło z niego całe powietrze. Ręce mu drżały.

- Co za szczęście.... No to w takim razie jestem ci winny realizację Kontraktu. Skoro znalazłeś mojego chłopaka. Nawet nie wiesz ile dla mnie Otto... jak bardzo... - wstał z zamiarem złapania Namtara w ramiona, ale zbliżając się pomiarkował jak to się mogłoby skończyć. Ostatecznie wyciągnął otwartą rękę.

Morderca popatrzył na niego przez chwilę, jakby coś rozważał. A później ostrożnie podał mu pokrwawioną dłoń.

-Więc... zabiłeś samego Christiana Paina. Jesteś ranny czy coś? Mogę jakoś ci pomoc? - dopytywał się Nosferatu.

- Jestem cały - odparł cicho Namtar siadając obok Horacego. Mimo wszystko stary Szczur miał wrażenie, że ostatnia walka kosztowała Assamitę dużo więcej, niż chciałbym przyznać. Odzienie Łowcy gdzieniegdzie wisiało w strzępach. Prawa połowa jego twarzy zaś pokryta była zaskorupiałą krwią, co nadawało jej wygląd egzotycznej wojennej maski.

- Pain prawie mnie zabił... - odezwał się po chwili Morderca a dziwnym uśmiechem, w którym obecna była nuta jakiejś mrocznej i gorzkiej satysfakcji. - Gdyby nie ciemność, nie rozmawialibyśmy teraz... Pociąłem go, ale jest twardy... Yebnen kelp.** Minie sporo czasu nim stanie na nogi...

Zamilkł na moment patrząc w zwiniętą w rurach ciemność i powracając myślą do walki w Elizjum. Dawno już nie był tak blisko śmierci. To uczucie było w pewien sposób bolesne, a zarazem wyzwalające. Słodko gorzka mieszanka o błękitnym posmaku stali. Taniec na ostrzu noża... Otrząsnął się z zamyślenia przypominając sobie, że nie jest tutaj sam.

- A co do Otta... - Kontynuował po chwili - To jeszcze go nie znalazłem, mam tylko informacje. Zapłacisz mi, kiedy będzie bezpieczny. Gdyby Tremerzy coś kombinowali, zajmę się nimi. Nie ufam tym zdradzieckim psom.

-To chyba nie za dobrze - mruknął Horacy myśląc wciąż o Liderze Anarchistów. - Bo teraz ci nie odpuści. Będzie szukał okazji żeby się odegrać... Poszuka koterii. Chyba... chyba musisz to dokończyć Namtar...

- Wiem - powiedział krótko Assamita. - Dokończę go. Nie będę was narażać. Mogę go dostać na odległość. Rozwalić mu łeb. Poza tym Max Damage i niektórzy z waszych Starszych też chcą mojej śmierci.

Horacy westchnął ciężko jakby robił coś przekór sobie:

- Myślałem że będziesz ranny, że może będziesz potrzebował krwi - Nosferatu przechylił się na moment za barierę zbiornika i wyciągnął stamtąd mężczyznę, z kawałkiem kija od szczotki tkwiącym w sercu. To był ten słodki zapach krwi który delikatnie falował w powietrzu, drażniąc nozdrza Assamity kiedy wszedł. Maskował go jednak i przytłumiał wszechobecny odór.

- Możesz z nim zrobić co chcesz. Poczekam. Bo... jest jeszcze.. sprawa Rustyego...

Merde, niech się stanie. Potrzebujemy go silnego. Mam nadzieję, że mi tego oszczędzi i nie będzie chociaż ciamkał i mlaskał. Pomyślał Horacy.

Zęby Assamity błysnęły w drapieżnym uśmiechu, który był jednocześnie wyrokiem śmierci dla unieruchomionego wampira:

- Shukran jaziilan.** Nie zmarnuje się - szepnął ochryple, pochylając się nad ciałem.

Horacy obrócił się i ruszył w ciemny kąt. Nie chciał tego ani widzieć ani słyszeć. Jednakże wiedział, że ta krew będzie ciążyć na jego barkach już do ostatniej nocy jego nieżycia. Po chwili, koszmarnie długiej i pełnej dźwięków, których znaczenia nie pragnął odgadnąć, z ciemności odezwał się głos.

- Skończyłem. Jego krew płynie w moich żyłach i wspomoże naszą sprawę. Czego jeszcze chcesz ode mnie?

- Ja też muszę dokończyć jedną sprawę - odezwał się ostrożnie. - Którą co prawda nie ja zacząłem ale Rusty. To proste czego bym oczekiwał od twojego klanu. Chcę... byście go nie zabijali, chcę was wynająć by Rusty został zakołkowany. Zdaje sobie sprawę, że to może być dosyć nietypowa usługa jak na wasz klan ale... ja, muszę się upewnić, muszę wiedzieć dlaczego tak postąpił. Inaczej będzie się to za mną wlekło przez całą wieczność. Nie zrozum mnie źle, po prostu... Rusty to mój ojciec. Nie rozumiałem do tej pory jak można podnieść rękę na swego syna albo na ojca, cały ten Jyhad... Nie chcę popełniać tego samego błędu co wieki temu starożytni. On musi mi odpowiedzieć na kilka pytań i... nie chcę żeby zginął, jest po prostu zagubiony w bestii, robi błędy... Kiedyś był inny. Czy zapytasz się, czy twój klan się podejmie?

- Nie mogę - odpowiedział Assamita. - Mamnúa,**** dopóki mój Kontrakt jest aktywny. Rusty może być zamieszany w sprawę i odpowiedzialny na śmierć mojego Klienta. Może być osobą, która będzie stanowić dla was zagrożenie. Wtedy... Alayhi Assam.***** Ostrzeżono mnie, że w najbliższym czasie Wasi Starsi będą próbować zamachu na ciebie. Więc mój kontrakt może go objąć w tym przypadku. Dopiero po jego wygaśnięciu można byłoby negocjować nową umowę.

- Dobrze możemy zatem zrobić stosowne zastrzeżenia do kontraktu. Poza tym wcale nie jest pewne czy to będzie kontrakt dla ciebie. Z tego co zrozumiałem decyduje o tym ktoś inny...

Horacy podniósł z łatwością ciało martwego anarchisty i wrzucił je w tryby pordzewiałych śrub przeznaczonych do miażdżenia odpadów. Stanął przy kole służącym do ręcznego obracania maszynerią.

- To jak, pomożesz mi? - zapytał i naparł z wysiłkiem na korbę.

- Nie rozumiesz - odezwał się spokojnie Assamita, obserwując beznamiętnie wysiłki Nosferatu. Zardzewiała korba przesunęła się nieco z chropowatym zgrzytem.

- Klan Łowców nie przyjmie żadnego Kontraktu, który mógłby wchodzić w konflikt z moim. Niezależnie od tego, kto miałby go wykonać. - kontynuował Morderca w swój zwykły, mechaniczny sposób, jak gdyby recytował wyuczoną na pamięć, niezmienną formułę. Równie dlań wiarygodną i stabilną jak Prawo Grawitacji. - A tu istnieje takie ryzyko. Umowy, zawartej z Arta-hasisem, nie jesteś w stanie zmienić, ani nic sobie zastrzec. To nie jest coś, co podlega jakimkolwiek negocjacjom. Dopiero gdy wykonam zadanie, Klan zdecyduje czy przyjąć Kontrakt od ciebie... - przerwał na chwilę zastanawiając się czy powinien dodać coś jeszcze. Jednak nie lubił ukrywać prawdy, jeżeli nie musiał... Nawet przed Niewiernymi.

- Jeśli ja wywiążę się z zadania a Rusty przeżyje, możesz spróbować złożyć moim przełożonym propozycję. To nie będzie robota dla mnie. Nie stać cię, by mnie wynająć... Poza tym...- uśmiechnął się lekko, samymi wargami. - Mój Klan zapyta mnie o opinię...

Cisza, która zapadła w pomieszczeniu po wypowiedzi Mordercy mówiła więcej, niż słowa.

- Skoro się nie da, to się nie da - stary Szczur wzruszył ramionami. - Niech tak będzie zatem. Pomóż mi w takim razie z tym mieleniem. Strasznie pordzewiał mechanizm i opornie idzie... - naparł na korbę jeszcze raz. - ...a nie chce spalić dobrej miejscówy... jednym... głupim.... trupem... hyyppp... - sapnął Nosferatu.

Po chwili wspólnymi siłami poruszyli korbą. Rozległ się głośny chrzęst łamanych kości i ciała mielonego przez stare, zardzewiałe śruby. Kiedy razem kręcili męłły z pełną prędkością coś, co jeszcze przed chwilą było rozumną istotą...


* arab. Dobrze.
** arab. Sukinsyn
*** arab. Dziękuję bardzo.
**** arab. To zabronione
**** arab. Śmierć dla niego
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 27 października 2015, 21:04

Charleston, Droga do Sanktuarium, Bardzo Zła Taksówka. 10.08.1993 Długa Noc

Muzyka nagle ucichła, co w pewien sposób zmartwiło Malkaviana. Przez cały czas dręczyło go to dziwne, bliżej nieokreślone przeczucie. A teraz miało się okazać, co było tego powodem.

- Nic do was nie mam panowie, ale dziś w Elizjum wyszliście poza swoje kompetencje. Ostrzegam was. Zajmijcie się sprawą jakie zlecił wam stary Brujah i nie wchodźcie mi kolejny raz w drogę.

Zaskoczeniu obrotem sytuacji Nieumarli na moment zastygli w bezruchu. Terry powoli spojrzał na nieprzytomną Sidonię. Potem z powrotem na kierowcę. Chwilę patrzył się na niego zaskoczony, nie mogąc odnaleźć właściwych słów. I wcale nie miał pewności, czy te które płyną z jego ust są właściwe.

- Witaj. Jam jest frater Terry, sługa Pana na Wysokościach, w Trójcy jedynego, zrodzony z Krwi Malkava. Cieszę się z słów twych, że to ostrzeżenie, a nie groźba. Rodzi to nadzieje, że będziemy mogli rozstać się w pokoju. Co niewątpliwie nastąpi, o ile będziemy mogli całą naszą trójką, w spokoju udać się w naszą stronę. I oczywiście obiecujemy więcej nie wchodzić w twoje kompetencje - powiedział, przez cały czas się przyjaźnie uśmiechając.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 28 października 2015, 22:45

Charleston, Droga do Sanktuarium, Bardzo Zła Taksówka. 10.08.1993 Długa Noc

Do słów Terrego, Ravnos dorzucił swoje pytanie:

- Rozumiem co powiedziałeś, w obliczu tego co usłyszeliśmy muszę jednak zapytać, czy zamierzasz zawieść nas na wskazany adres?

Murzyn wyszczerzył swoje białe zęby, słysząc odpowiedź Terrego. Po pytaniu Darshana kierowca wrzucił czwarty bieg i nacisnął pedał gazu. Silnik zawył, a pojazd nabrał większej prędkości.

- Trzymam cię za słowo Terry. Bóg, by ci nie wybaczył, gdybyś mnie oszukał - opowiedział nie kryjąc śmiechu, po czym odwrócił głowę w stronę Darshana.

- Nie widziałem cię na pogrzebie Red'a, więc musisz być zastępcą Gavina. Wnoszę, że klan Ravnos podniósł poziom, bo ten poprzedni Oszust, faktycznie nadawał się na zderzak. Odpowiem więc na twoje pytanie mistyczny Darshanie. Otóż ja niebawem wysiadam, a was na miejsce odwiedzie nasz wspólny przyjaciel Samuel Banks. Chyba, że zrobicie coś głupiego, a tego Malkavianka już raczej nie przeżyje...

Terry i Darshan spojrzeli na plakietkę informującą o tożsamości kierowcy, która potwierdzała słowa, które przed chwilą padły. Na niej oprócz zdjęcia i aktualnej licencji znajdowało się imię i nazwisko czarnoskórego kierowcy. Samochód już dawno przekroczył 100km/h, mijając na drugim pasie auta cywilów uciekających z miasta.

- Widzicie... Lubię Sidonię za jej przekaz i prawdę jaką głosi, więc tym bardziej nie chcę zjechać na drugi pas. Czasami tak robię, a wtedy wiem jak to jest, gdy się umiera naprawdę... Ale do sedna, panowie skoncentrujcie się na zadaniu i wszyscy będą zadowoleni, nawet Democritus. Stary zostawił wam wskazówki, więc do dzieła. Czy wyraziłem się jasno? - pytanie zawisło w powietrzu.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 29 października 2015, 15:46

Charleston, Droga do Sanktuarium, Bardzo Zły Motor. 10.08.1993 Długa Noc

[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=i0uj1d7sCA4[/center]
Gdy wyszli na zewnątrz, Morderca skręcił w ciemny zaułek, gdzie za starym kontenerem na śmieci ukrył motor. Chodnik pokryty był tutaj szkłem i płatami tynku, które odpadły od trędowatych ścian. Wyrwane strony gazet bielały w mroku niczym pióra aniołów, upadłych w to królestwo cierni i iluzji. Honda stała przyczajona pod ścianą, połyskując lakierem w kolorze tytanu. W jej milczącym kształcie czaiło się coś drapieżnego i złowieszczego zarazem. Zdecydowanie nie pasowała do tego miejsca.

- Wskakuj - powiedział Namtar, dosiadając stalowego rumaka. - Sugeruję byś się trzymał. Dla własnego bezpieczeństwa. Tylko nie połam mi żeber.

[center]Obrazek[/center]
Poczekał, aż Horacy zajmie miejsce za nim. Chciał już odpalić silnik, gdy do głowy przyszła mu nowa, elektryzująca myśl:

- Mógłbyś nas objąć Niewidocznością? - zapytał, z dziwnym błyskiem w oku, którego na szczęście Stary Szczur nie mógł widzieć.

- Jasne... nie ma problemu - Odparł Nosferatu i spełnił prośbę Łowcy.

Morderca wyszczerzył zęby i motor skoczył do przodu, przy wtórze ryku odpalanego silnika. Osiągnął setkę w ciągu niecałych 4 sekund i prawie położył się na wirażu, gdy Assamita skręcił gwałtownie, wjeżdżając na drogę główną. Za nimi kładła się smuga błękitnego dymu, w której wirowały przez chwilę strzępki papieru i czyjeś strzaskane sny. Przed nimi płonęło miasto. Wiatr niósł zapach dymu, rebelii i krwi. Namtar zaśmiał się, spoglądając w zębate oblicze wojny. Pochylił się i przyśpieszył do dwustu kilometrów na godzinę. Mknął środkiem jezdni, wymijając sunącą powoli procesję samochodów osobowych. Gdy przerywana linia zmieniła się w ciągły wektor prędkości, zaczął gwizdać. I nie przeszkadzał mu huk silnika, który całkowicie zagłuszał melodię:

[center]Nightride, it's nightride, now -
Try to catch my taillights
So sad, I'm so sad
But you won't ever suck my steel bride
[/center]
Reszta drogi mija w tym samym stylu, co w czasie jazdy z Terrym. Staram się możliwie szybko dostać do domeny.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 29 października 2015, 22:57

Charleston WV Droga do Sanktuarium 10.08.1993 Długa Noc

Ten dzień, który w istocie równie dobrze mógł być nocą, chociaż nie. Gdyby był nocą nikt nie robił z tego powodu całego tego dodatkowego zamieszania. Ten nietypowy więc dzień, dla Hindusa nie różnił się specjalnie od innych spędzanych w zachodniej kulturze zagubienia i obłudy. Okoliczności jakimi był brak światła słonecznego zwyczajnie wyciągnął z nich wszystkich to co na co dzień sączyło się leniwie przez ich nieprawdziwie życia. Ten "dzień" był ekstraktem całego ich zepsucia. W pewien sposób obnażał część prawdy o nich samych, nie wielu jednak potrafiło to dostrzec w chaosie i zniszczeniu dookoła.

Płonące miasta i tłumy przypomniały mu oczywiście ulice Lahore. To co się działo w Charlestone było jak banda rozwrzeszczanych dzieciaków w porównaniu z tamtymi wściekłymi tłumami, lecz Darshan daleki był od lekceważenia zaistniałej sytuacji. Współczuł tym, którzy na to zasługiwali i rozumiał tych, którzy nigdy sami nie byli w stanie zrozumieć. Poznał lękliwe i ciemne zakamarki duszy jeszcze na długo zanim został Darshanem Vimalem. Poznał je i postrzegał świat z ich perspektywy, kiedy je zrozumiał nie był już ich niewolnikiem. Mógł wybierać inaczej i często wybierał, nigdy jednak nie zapomniał.

- Piekło i niebo to tylko stany umysłu. Tak samo jak doświadczenie śmierci, ciekaw jestem czy doświadczasz także tego co istota, której ciało przenikasz w takich chwilach. Co do Twojego ostatniego pytania to pozwolisz, że się powtórzę. Rozumiem co mówisz. Rozumiem także, że to krótkie stwierdzenie nie jest dla Ciebie wystarczające, dlatego będę przemawiał trochę dłużej.

- Z przyjemnością pozwolę sobie na szczerość, fakt że postanowiłeś dać nam ostrzeżenie świadczy dla mnie o tym, że stać Cię na przejawy przynajmniej elementarnego szacunku wobec nas. W związku z tym odpłacę Ci się tym samym.

- W związku z charakterem mojej misji w Charlestone, zdecydowanie nie pragnąłem nigdy wykraczać poza swoje kompetencje. Z drugiej strony obawiam się, że przypadkowe otarcie się czy jak to miało miejsce dzisiaj przekroczenie tej granicy, mimo że absolutnie nie zamierzone, wydaje się prawdopodobne. Ten stan rzeczy nie wynika ze złej woli a jest konsekwencją niezwykle zawiłej, chaotycznej i dynamicznie rozwijającej się sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Nie ukrywam także, że kultura zachodu jest dla mnie absolutnie nie zrozumiała, jak umysł zdrowego człowieka dla artysty dotkniętego szaleństwem. Gdyby zawsze było odpowiednio dużo czasu do namysłu, jestem pewien, że do takich przekroczeń kompetencji by nie doszło, tego luksusu jednak obecnie zdecydowanie nam brakuje. Wybacz więc, jeśli przez pomyłkę i w sposób niezamierzony zdarzy się, że ponownie znajdziemy się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie.

- Oczywiście, każda nowa informacja pozwoliłaby nam trafniej dokonywać oceny sytuacji a co za tym idzie, łatwiej by nam było skierować nasze kroki we właściwe miejsca a co za tym idzie, ominęli byśmy te niewłaściwe.

- Rozumiem także, że jesteś kimś kto potrafi ocenić co leży w naszych kompetencjach. Musisz sobie więc także zdawać sprawę, że sami będziemy nie koniecznie jesteśmy w stanie dokonać takiej oceny. Wydaje się, że ze śmiercią Red'a w taki czy inny sposób związanych jest wiele spraw. Niektóre z nich najprawdopodobniej związane są tylko pozornie, jednak dług honoru wobec mędrca wymaga od nas rzetelności i dociekliwości, dlatego niejako musimy, chociaż jest to w istocie wyraz naszej woli, sprawdzać każdy z tych wątków. Zanim nie trafimy na właściwy, jesteśmy skazani na poruszanie się po omacku a to kończy się tak jak dzisiejszy dzień.

- Jeśli zechcesz może więc nam pomóc a wtedy łatwiej będzie nam trzymać się własnych kompetencji.

Darshan był w istocie już zmęczony. Zbyt wiele zamętu, strachu nie koniecznie, umiał sobie radzić ze strachem, który roznosił się w powietrzu jak szarańcza, elektryzując instynkty każdej istoty. Przede wszystkim zbyt dużo kłamstw i hipokryzji. Anarchiści używający mocy prezencji by zawładnąć tłumem. Zniewolić w walce o wolność. Książę w pałacu obłudy czy też ten niedojrzały emocjonalnie chłopiec pożyczający ciała innych istot dla swoich urojonych, bez sensownych celów, które prędzej czy później okażą się tylko zamkami z piasku. Nie potrafiłby się zdecydować, które z powyższych zmęczyło go bardziej. Tęsknił do chwili spokoju i medytacji.

Śmieszna i prymitywna próba zastraszenia jego i Terrego wzbudziła w Darshanie tylko potrzebę odizolowania się od całego tego idiotyzmu. Dlatego jego wypowiedź byłą może zbyt rozwlekła, może nie dość dobra. Trudno, nie zawsze jesteśmy w stanie zrobić więcej niż jesteśmy w stanie zrobić. Ten chłopiec - jak nie mógł o nim nie myśleć Darshan, powiedział jednak kilka ciekawych drobiazgów. Sergio jako zderzak. Niewiele osób o tym słyszało, czy zwróciłoby na to uwagę. Darshan roboczo nazwał typa: Richard. Głównie przez londyńczyków, którzy w minionych już czasach używali tego imienia w bardzo nieprzystojnym znaczeniu.
Ostatnio zmieniony 30 października 2015, 10:35 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 29 października 2015, 23:33

- Wskakuj - powiedział Namtar, dosiadając stalowego rumaka. - Sugeruję byś się trzymał. Dla własnego bezpieczeństwa. Tylko nie połam mi żeber.

Oczywiście, że nie zamierzam ci nic zrobić nie jestem głupce. Toć przecież nie przeżył bym tego...

Zamiast tego powiedział tylko.
- Jasne, nawet nie będę cię trzymał.

Kiedy jednak Namtar ruszył, te cztery sekundy do setki momentalnie zmieniły jego podejście do sprawy. Chwycił mocno Namtara, bowiem nie był niczego bardziej motywującego dla starego Szczura jak obawa o utratę własnego nieśmiertelnego życia.

Jeszcze kiedy był młodym wampirem przesuwanie kilkuset kilogramowych przedmiotów nie stanowiło dla Horacego problemu. Z czasem wyrobił się jeszcze bardziej i potrafił podnieść ciężary z jakim czasem nie radził sobie wózek widłowy. Był to wynik notorycznego taszczenia cholernie ciężkich kadzi z woskiem. Teraz to wszystko okazało się niezwykle przydatne, chwycił Namtara niczym imadło, który pewnie zaklął by szpetnie po swojemu,gdyby tylko udało mu się chwycić powietrza w płuca. Kiedy się zorientował co uczynił od razu zluzował uścisk.

Przyłapywał się jednak na tym, że co chwila znów chwyta go mocniej kiedy widzi co się zbliża na ich drodze. Postanowił za wszelką cenę nie prowokować bardziej Assamity, a jedynym na to sposobem było wtulić się w niego niczym kochanek. Przylgnął więc do Mordercy a nozdrza momentalnie wychwyciły uspokajający odór kanałów, którym obaj musieli solidnie przejść w przepompowni.

Teraz to jesteśmy jak kulka gówna pędząca a prędkością dwustu kilometrów na godzinę. A właściwie jak niewidzialna kulka gówna. - stwierdził z przerażeniem, po czym postanowił niezwłocznie nadać ima jakikolwiek wygląd by nie doszło do dramatu na drodze.

[center]Obrazek[/center]

Taka niemal intymna bliskość była na swój sposób podniecająca dla Nosferatu, który już dawno nie miał okazji do tego typu zbliżeń z inną istotą. Prócz picia krwi oczywiście. Czas zacierał skutecznie orientację z czasów śmiertelności... Namtar chyba nagle musiał poczuć, że coś twardego zaczyna go uwierać z tyłu ponieważ poruszył się starając poprawić pozycję i przestał śpiewać.

Kiedy się zatrzymali Horacy chciał śpiesznie wyjaśnić Namtarowi, że to co go uwierało, to nie była twarda męska przyjaźń... jeno trzonek od siekiery, którą Nosferatu nosił pod płaszczem, a która i jego uwierała równo ale grzmiące spojrzenie zabójcy osadziło go w miejscu.
Ze spuszczoną głową zsiadł z motocykla, postanawiając zostawić sprawę do wyjaśnienia na później.

Może za mocno go ściskałem... To mogła by być głębsza przyjaźń ale znowu spierdoliłem. Nosferatu pokręcił głową z dezaprobatą karcąc samego siebie.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

ODPOWIEDZ