PBF - Charleston by Night

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 30 października 2015, 09:03

Charleston, Droga do Sanktuarium, Bardzo Zła Taksówka, w czasie Długiego Monologu Nowego Ravnosa. 10.08.1993 Długa Noc

- Czy wyraziłem się jasno?

Terry miał już potwierdzić, że owszem, całkiem przejrzyście i że nie ma potrzeby zastraszania i...

I wtedy odezwał się Darshan. Malkavian słuchał jak Ravnos w sposób łopatologiczny naświetla rozmówcy logikę swych słów, używając ich w tym celu więcej i więcej. I więcej. Dopiero po chwili zorientował się, że to raczej próba wydobycia informacji, niźli nieporadne tłumaczenie. Nie przerywał więc.

Spojrzał na trzymaną w ramionach, nieprzytomną Sidonię. Nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby zrobić, by jej pomóc. Bardzo wyraźnie słyszał w pamięci przestrogę Atrahasisa, by nie ufać NIKOMU spoza Koterii. Rozumiał zatem, że kiedy tylko dojdzie do siebie, no i może naświetli im ostatnie wydarzenia, będzie musiała szukać pomocy gdzie indziej.

Ktokolwiek opętał kierowcę, ma trochę racji. Tym razem nam się udało i zdążyliśmy. W ostatniej chwili. Jednak musimy się zająć naszym zadaniem, a wtedy nie będziemy w stanie ci pomóc na zawołanie, jak to miało miejsce dzisiaj. Będziesz musiała na siebie bardziej uważać. Szczególnie, jeśli jesteś Strażniczką takiej relikwii... - podniósł głowę, kierując wzrok na drogę. Wciąż jechali z zawrotną szybkością. Przypomniało mu to niedawną przejażdżkę z... - Mroczny Jedi. Ciekaw, czy mu się udało... O czym ja myślę, oczywiście, że mu się udało. Pan sprowadził go na moją ścieżkę, Ducha wprost z Otchłani. Takie rzeczy nie dzieją się bez powodu, a jestem pewien, że jeszcze nie wszystko zostało między nami powiedziane. Kto wie, może będzie już na nas czekał, kiedy dojedziemy na miejsce? Jeśli dojedziemy na miejsce...

Szczerze pragnął, by pasażer na gapę już sobie poszedł. Chciał jak najszybciej dotrzeć do Schronienia, a każda chwila rozmowy z nim, oddalała to w czasie. Dlatego z ulgą przywitał ciszę, jaka nastała po ostatnich słowach Ravnosa. Zapowiadała bowiem rychły koniec rozmowy, a co za tym idzie, szybki powrót do Sanktuarium.
Ostatnio zmieniony 30 października 2015, 09:38 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 30 października 2015, 16:46

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Długa Noc

Gdzieś od połowy drogi zaczął mieć uporczywe wrażenie, że inni użytkownicy dróg jednak go widzą. Nie spodobało mu się to, więc przestał gwizdać. Praktycznie psuło całą zabawę w niewidzialny motor... Do tego Nosferatu okazał się wyjątkowo znerwicowanym pasażerem. Pomyślał, że gdyby nie Odporność, miałby już połamanych kilka żeber. 'Innah yumaris aljins.* Poza tym coś cholernie piło go w nerki. Wszystkie te drobiazgi jednak starał się usuwać na bok, koncentrując się przede wszystkim na prędkości, wietrze na twarzy i radości, która go wypełniała. Dawno już nauczył się wykorzystywać maksymalnie te krótkie chwile wolności, które dostawał od losu. I nie zamierzał zmarnować kolejnej z powodu drobnych niewygód. Zwolnił jedynie odrobinę, wjeżdżając na Edgewood i zahamował gwałtownie przed domem.

- Mogłeś zostawić tą Niewidzialność - odezwał się do Horacego, gasząc silnik. - Było o wiele zabawniej, gdy działała...

Przez chwilę lustrował wzrokiem okolicę. Nic się nie zmieniło. Światło palące się na piętrze uspokajało, będąc dowodem na to, iż pozostali dotarli do schronienia. Przynajmniej większość... Miał taką nadzieję. Zsiadł z motoru i rozmasował bolące krzyże. Nie miał pojęcia co Horacy nosi pod tym płaszczem. Młotek? Siekierę? Ten kij od szczotki, którego fragment wystawał z serca Anarchisty? W sumie jednak pomyślał, że nie chce wiedzieć. Złapał za kierownicę, by zaprowadzić maszynę do garażu.

- Saakunu fi l baiyt baada qalel** - odezwał się jeszcze. - Muszę się ogarnąć. Zmyć krew i w ogóle... Później pogadamy. Mam dla was sporo ważnych informacji...
Namtar wydaje się totalnie nie zauważać seksualnego kontekstu sytuacji. Możliwe, że udaje - choć Horacy zna go na tyle, że powinien wiedzieć, że nie udaje... Ale zaraz, zaraz... Czy ten gość czasami nie miał amnezji? Ponoć nie pamięta jak to jest być żywym... Hmmm.. W tym przypadku to chyba dobrze dla Nosferatu, prawda? ;)
Na razie piszę tyle, bo nie wiem czy my będziemy przed czy po towarzystwie z taksówki? Chyba powinniśmy dojechać po nich, ale niech MG to ustali.

* arab. Jebać to.
** arab. Będę za chwilę
Ostatnio zmieniony 30 października 2015, 18:50 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 30 października 2015, 20:37

Charleston, Droga do Sanktuarium, Bardzo Zła Taksówka. 10.08.1993 Długa Noc

Przez całą wypowiedź Darshana, z twarzy murzyna nawet na chwilę nie zniknął szeroki uśmiech. Kierowca, co chwila spoglądał w stronę Ravnosa i słuchał z zainteresowaniem, czekając na swoją kolej.

- Po cóż miałbym doświadczać tego, co Samuel? To bez sensu i do niczego mnie nie prowadzi. Czy podczas posiłku myślisz o tym, co czuje twoja ofiara? Drapieżnik zjada innych i taka jest jego natura, a my jesteśmy nieumarłymi drapieżnikami. Można to zaakceptować lub nie, ale jedno jest pewne: Każdy radzi sobie z tym na swój własny sposób. Ty musisz tłumaczyć sobie wiele wiedzą mistyczną...

Murzyn zrobił krótką pauzę, by wejść bezpiecznie w zakręt. Przyhamował delikatnie i płynnie skręcił w prawo, po czym znów znalazł się na prostej.

- Obserwując cię doszedłem do wniosku, że takiemu wybuchowemu mistykowi jak ty, przyda się kopniak od rzeczywistości. Może nie będziesz uciekał w medytację i odosobnienie, udając przed sobą, że jesteś wolny. W Charleston trwa Wielki Jyhad i jesteś jego integralną częścią. Oni nie pozwolą ci odejść... Cały czas wypełniasz wolę starszych, czy tego chcesz czy nie. Możesz medytować lub znaleźć sobie inny iluzoryczny sposób na ucieczkę, ale i tak prawda jest oczywista. Od krwi nigdy nie możesz się odwrócić...

- Nazwałem cię wybuchowym mistykiem, bo to ja kazałem podłożyć ładunki wybuchowe które rozbroiłeś, a potem ukradłeś. Zatrzymaj je, przydadzą się w medytacji zapewne - powiedział z pewną dozą uszczypliwości.

- Edgewood Country Club to wylęgarnia Węży, a ty uratowałeś ich od zagłady. Do tego mieli tam zginąć przywódcy rebelii, których także uratowałeś rozbrajając ładunek. To był bardzo kiepski ruch w waszym wydaniu, wynikający z niewiedzy. Dlatego postanowiłem dać wam ostrzeżenie i jeszcze jedną szansę. Wydajecie się zdawać sprawę z powagi sytuacji...

Zwrócił się jeszcze raz bezpośrednio do Ravnosa:

- Następnym razem zanim zaczniesz myśleć i gadać jak typowy prawnik, przejrzyj na oczy i zobacz czyją wolę wykonujecie. Przecież powinno wam zależeć na wypełnieniu woli Red'a, prawda? Czas podjąć właściwą decyzję panowie, zanim będzie za późno. Każdy ruch ma swoje konsekwencje...

- Dodam od siebie, że nie miałem zamiaru zabijać Sidoni oraz członków waszej koterii. Niestety nawet ja nie widzę wszystkiego, ale jestem pewien, że za kurtyną jest ktoś kto przewidział mój atak na Elizjum i wysłał tam osoby, które miały zostać zniszczone. Życie Sidonii, za życie Setytów i liderów rebelii...

Zwrócił się do Terrego:

- Uratowałeś swoją księżniczkę, jednak cena jaką Charleston zapłaci za to jest ogromna. Coś mi mówi, że jeszcze się spotkamy, a teraz żegnam i życzę bezpiecznej podróży.

Po tych słowach kierowca pogłośnił muzykę w radiu i zapytał siedzącego obok Darshana:

- Trochę głupia sprawa, ale muszę się jeszcze raz zapytać. Gdzie jedziemy?

Ravnos odparł:

- 1017 Edgewood, pod dom Tuckwiller'a.

- No tak, oczywiście.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 30 października 2015, 21:22

[center]Rozdział II[/center]

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Po zaskakujących wydarzeniach w jakich uczestniczyli członkowie koterii Red'a, udało im się spotkać razem w jednym miejscu. Pokój bym oświetlony słabym światłem jednej lampki nocnej, przy której tłukła się spora, kosmata ćma. Jej cień przybierał dziwaczne rozczapierzone kształty kładąc się na regałach z książkami. W tej części miasta było cicho, najwyraźniej fala rebelii nie dotarła tutaj jeszcze. Szum przejeżdżających drogą pojazdów, dobiegał do nich znacznie stłumiony odległością i ciężkimi zasłonami w oknach. Sidonia leżała na kanapie, wydawała się niezwykle blada. Siedzący obok na krześle chusteczką Terry zmywał krew z twarzy Primogenki.

[center]Obrazek[/center]
Drodzy gracze, zakończyliśmy właśnie Rozdział I, który nosi tytuł "Gniazdo Węży". Gratuluję przejścia dalej i życzę sukcesów w kolejnej części przygody. Z oczywistych powodów nie podam tytułu jaki ma Rozdział II.

Wasza koteria dociera do domu Red'a. Terry i Darshan wniósł Primogenkę do domu. Jest dalej nieprzytomna i uznaję, że Terry położy ją na kanapie i przykryje kocem. Namtar weźmie prysznic, po czym dołączy do reszty. Victoria przebierze się i zejdzie na dół. Horacy czeka na wieści od klanu Tremere.

Podsumowując jesteście razem w pokoju muzycznym na parterze domu.
Ostatnio zmieniony 13 października 2016, 13:45 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 31 października 2015, 14:08

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Morderca wszedł do pomieszczenia ubrany jedynie w czarne bojówki i podkoszulek. Wilgotne włosy opadały mu na kark i plecy. Jak zwykle zajął miejsce w najciemniejszym kącie pokoju, rozkładając przed sobą, na stoliku, świeżo wyczyszczoną kurtkę. Nie zaszczycając Kuffrów większą ilością uwagi, niż było to koniecznie, zaczął reperować rozdarcie po kuli.

- Mam dla was informacje - odezwał się po chwili, nawlekając igłę na kawałek dratwy. - Wolę, żebyście posłuchali teraz. Zanim ją poskładam - ruchem głowy wskazał nieprzytomną Sidonię. - Nie chcę mówić przy kimś z zewnątrz.

Oszczędnymi i precyzyjnymi ruchami zaczął zszywać materiał.

- Rozmawiałem z Loranem, z klanu Tremere. Powiedział, że wielu waszych Starszych jest przeciwko nam. Kbirt lkhab,* Torreadorce nie spodobało się, co zrobiłem w Elizjum. Obwinia mnie za zniszczenie zabezpieczeń. El Khara Dah?** Ponoć złamałem jakieś zasady Camarilli czy coś... - wzruszył ramionami podkreślając jak niewiele obchodzą go urojenia Niewiernych. - Naqal,*** Max Damage chce mojej śmierci. Będzie musiał się postarać... Czarodziej powiedział jeszcze, że zabezpieczenia zneutralizował ktoś z zewnątrz. Ktoś, kto zna się na Magii Krwi... Nie ma jednak dowodów na to i nie może tego wykazać.

- Ci, których nazywacie Harpiami są mi jednak wdzięczni za uratowanie życia. Jayed**** - uśmiechnął się krzywo, jakby sam ten fakt nieco go rozbawił. - Loran powiedział, że Horacy może liczyć na ich poparcie. Ponoć nawet wasz Amir nie będzie mógł tego zignorować. Poza tym zamierzają powiedzieć, co się naprawdę stało w Elizjum. Prawdę o tym, co zrobiłem... Czarodziej twierdzi, że Opiekun tego miejsca uważa się za Setytę. Węże zrobiły mu z głowy śmietnik. Karmił znajdujących się tam ludzi i członków Camarilli dziwnymi narkotykami, czyniąc ich podatnymi na sugestie. Mabaraf...***** Nie znam się na waszej polityce. Streszczam wszystko tak, jak zrozumiałem. Ale dla waszej informacji przedstawię to, jak pamiętam wydarzenia. I to samo powtórzę każdemu, bo taka jest prawda.

Sprawdził szarpnięciem wytrzymałość szwu i przeszedł do reperowania kolejnego rozdarcia. Jego głos nie zmienił się nawet na jotę i przypominał teraz recytację telegramu.

- Wezwałem Ciemność i okryłem nią główną salę, żeby móc działać. Garibalda Lshandt zaczął uciekać, zabierając Malkaviankę. Postrzeliłem go dwukrotnie. Bezapt kidda.****** Nie zabiłem go, było za mało czasu. Loran był na miejscu. Wyniosłem Sidonię. Na korytarzu walczyłem z Anarchistami. Nie pamiętam, ilu zabiłem. Siedmiu a może dziewięciu? Później pojawił się Pain. Kazałem się wam wycofać, z uwagi na bezpieczeństwo. Walczyłem z nim, żebyście zdołali uciec. Przeciorał mnie po ścianach. Właściwie prawie mnie zabił. Nasze starcie naruszyło wytrzymałość budynku. Pod koniec pojawił się Loran. Odepchnął mnie za pomocą telekinezy. Na Paina zawalił się sufit. Gdy leczyłem się, ten nayaak ghbar******* wydostał się spod gruzu i odszedł. Nie dokończyłem go wtedy. Nie mogłem. Byłem poważnie ranny.

[center]Obrazek[/center]
Ostatnie słowa nie zawierały żadnych emocji i może właśnie dlatego wyrażały więcej, niż gdyby towarzyszyła im nuta goryczy lub fatalizmu. Dłonie Assamity jednak znieruchomiały na chwilę, zaciskając się konwulsyjnie. Igła przeszła przy tym na wylot przez śródręcze. Wyciągnął ją zębami, z drugiej strony, a później przegryzł dratwę. Poczuł ulgę. Ból pozwolił mu się nieco uspokoić. Przynajmniej na chwilę. Kontynuował więc beznamiętnie, jakby nic się nie stało:

- Wśród ludzi, których znaleziono w Elizjum był Otto. Obecnie znajduje się u Tremerów. Regent ma podjąć decyzję co dalej. Loran powiedział, że Czarodzieje skontaktują się z nami. Nie powiedziałem mu kim jest Otto. Powiedziałem mu tylko, że jest ghulem Horacego.

Schował nici i iglę, i podniósł głowę, spoglądając na zebranych zza jednolicie ciemnych szkieł okularów:

- Pain będzie chciał się zemścić. Aasif******** - Powiedział obojnie. Nie chciał by wiedzieli, jak bardzo gryzło go, że nie zabił lidera Anarchistów. - Postaram się do usunąć zanim wam zagrozi. Loran ostrzegał także, że może dojść do próby zabójstwa na Horacym. Jest jedyną osobą stąd i jedyną, która mogą poprzeć Harpie. Jeśli chcecie, bym poskładał Sydonię, będzie trzeba wlać w nią krwi. Nie chcę, że wpadła w torpor. I niech lepiej ktoś ją przytrzyma... - uśmiechnął się lekko - Bo to będzie bolało...

Drogi MG, pamiętaj o tym, że zreperowałem uszkodzenia w moim pancerzu.
* arab. Królowej Dziwek
** arab. Że co, kurwa?
*** arab. Bękart
**** arab. To dobrze.
***** arab. Nie wiem...
****** arab. Dokładnie tak.
******* arab. Jebaniec
******** arab. Przepraszam
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 01 listopada 2015, 14:11

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc
Spoiler!
Idziesz medytować w Sanktuarium. Test Medytacji ST:7 = 3 sukcesy. Wchodzisz w trans bardzo szybko. Pierwsza godzina ST:9 = 1 sukces i 2 pechy = Tracisz 1 punkt Siły Woli. Druga godzina ST:9 = 2 sukcesy i 1 pech = Odzyskujesz 1 punkt Siły Woli. Czyli wychodzisz na zero. Obecnie masz 6 Siły Woli.
Spoiler!
Test Empatii ST:6 = 4 sukcesy. Widzisz, że Namtara walka w Elizjum bardzo dużo kosztowała. Dał z siebie wszystko i był pewien, że tam zginie. Nie przejmuje się tym może w taki sposób, jak robiłby to ktoś na posiadający Ścieżkę Człowieczeństwa, ale sam moment otarcia się o śmierć miał dla niego pewne znaczenie. Był chwilą, w której mógł się wykazać odwagą, lojalnością względem was i ofiarnością jeśli idzie o Kontrakt. Nie powie Wam jednak nic na ten temat, bo uważałby to za nieprofesjonalne. Poza tym uważa Was za osoby na tyle egocentryczne, że nie spodziewa się by to kogokolwiek obchodziło. Mocno też gryzie go, że nie udało mu się zabić Paina, chociaż stara się to ukryć.
Spoiler!
Test Empatii ST:6 = 1 sukces. Namtara gryzie fakt, że nie udało mu się zabić Paina. Stara się to ukryć.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 03 listopada 2015, 02:37

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Jeszcze przed powrotem koterii Lasombra wiedziała, że w mieście rozpoczęła się wojna. Informacje podawane w dziennikach telewizji jasno i wyraźnie ukazywały chaos i zniszczenie, które niczym pełzająca zagłada rozlewało się po całym Charlestone. Płonące budynki, wszechobecny zgiełk i dźwięki syren policji i karetek pogotowia nadawały tym obrazom dodatkowego wymiaru. Jednak o wiele istotniejszym niż ludzkie zmagania wydawały się wewnętrzne rozgrywki starszych, którzy niewątpliwie pociągali za sznurki. A więc jawnie miasto jest w stanie wojny...Jyhad... a my wdepnęliśmy w sam jego środek... Kiedy Victoria zeszła na dół, do pokoju muzycznego, pozostali członkowie koterii byli już w środku. Leżąca na kanapie nieprzytomna Sidonia i czuwający przy niej Terry zwrócili jej uwagę. Powstrzymała się jednak od zadawania jakichkolwiek pytań, zatrzymując jedynie spojrzenie na nieruchomym ciele Malkavianki. Jej stan wyraźnie wskazywał, iż tej nocy wielu z nich otarło się o śmierć. Mimowolnie spojrzała na swoje pozrywane paznokcie i nabiegłe fioletem palce rąk, chowając je w kieszenie marynarki. Ból w klatce piersiowej nie pozwalał na swobodne poruszanie się i robiła to ostrożnie i z rozmysłem. Ruszyła wolnym krokiem i zajęła miejsce w jednym z foteli, obserwując pozostałych.

Kiedy Assamita rozpoczął swoje sprawozdanie beznamiętnym i wypranym jak zwykle z emocji głosem, nie przerywała, zapamiętując każdy szczegół. Na analizę przyjdzie czas, a kolejne porcje informacji wbijały ją w fotel coraz bardziej, przygniatając ciężarem odpowiedzialności. Kiedy igła w rękach Namtara przebiła dłoń, gdy opowiadał o walce stoczonej z Painem, Victoria mimowolnie zacisnęła zęby w bezsilnej złości. Chwila, w której jego ciało znieruchomiało, połączona z brakiem reakcji na przebitą dłoń powiedziały jej więcej, niż cokolwiek innego. Stan, w którym umysł skupia się na obrazach i doświadczeniach tak mocno, że odcina od zmysłowych bodźców docierających do ciała. Lasombra podniosła się z fotela i wolnym krokiem ruszyła w kierunku Zabójcy. Zatrzymała się na środku sali, patrząc w czarne szkła okularów i nieruchomą twarz Assamity, odezwała się:

- Jeśli twoje starcie z Painem zostało przerwane ingerencją z zewnątrz, widocznie taka jest wola tych, którym służysz. I nie miałeś na to wpływu. Wasze ścieżki ponownie się skrzyżują, to pewne... - zamilkła na chwilę, odwracając się do pozostałych, po czym znów zwróciła się do Namtara.

- Po raz kolejny udowodniłeś, że honor i lojalność Klanu Łowców nie podlegają żadnym dyskusjom. I w imieniu wszystkich dziękuję za to... Za twoje poświęcenie i gotowość oddania swojego nieżycia, by chronić pozostałych. Każdy z nas wie, że na mocy Kontraktu traktujesz to jako swój obowiązek i rolę, jaką masz do wypełnienia. Niemniej jednak, jeśli mogę mówić w imieniu pozostałych, dla nas to znaczy o wiele więcej. Dziękuję. - wypowiadając ostanie słowo pochyliła głowę.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 03 listopada 2015, 14:35

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Właściwie nie wiedział, jak powinien zareagować w tej sytuacji. Nie czuł się z nią dobrze. Wolałby już chyba korytarz pełen Anarchistów, z Christianem Painem na wyjściu. To był jego świat. Rozmowy z Kufframi, o czymkolwiek poza pracą, zbyt często sprawiały, że czuł się nieco skołowany. Zwykle odnosił wrażenie, że jest w nich pewna sztuczność, zastępująca szczerość. Owszem, pewne rzeczy należało powiedzieć, ale nie rozumiał do końca sposobu w jaki odzywała się do niego Victoria. Może dlatego, że była kobietą. Wszystkie te dziwaczne, rozbuchane uczucia, których nie ogarniał, połączone z wyobrażeniami o sprawach, o których nie miała najbledszego pojęcia... Nie było jej tam, więc czemu mówiła za innych? Emocjonalna egzaltacja nie mogła zastąpić zwykłego szacunku... Poza tym jak miał właściwie zrozumieć słowa o "woli tych, którym służy"? Czy ta batroun* powiedziała właśnie, że służy komuś poza Haqimem? Czy była to ukryta sugestia odnośnie Lasombry i jego mieszanej krwi? A może chodziło jej o klątwę Tremerów... Neik.** Byłaby aż tak głupia, by dawać mu do zrozumienia, że wola tych psów miała wpływ na jego działania...? Przekrzywił głowę spoglądając na nią i zastanawiając się, czy nie powinien wyrwać jej serca. Najlepiej od razu... Z drugiej strony jednak... Zapewne sama nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, o czym mówi... Była przecież tylko kobietą. Jej słowa nie miały większej wartości. Przejmowanie się nimi było poniżej godności wojownika na Ścieżce Krwi. Pozwolił więc im przepłynąć i odejść, nie przywiązując do nich więcej uwagi. Pył pustyni niesiony wiatrem...

- Nie wiesz komu służę i nie rozumiesz mojej Ścieżki. Więc nie ma sensu byś mówiła o tym - uciął temat. - Walka z Painem zakończyła się w sposób jaki wybrał los. Mektub. Resztę twych słów przyjąłem i zrozumiałem. 'afwan.***

Miał nadzieję, że to wystarczy, aby zakończyć tą kłopotliwą wymianę zdań.
Jak zwykle w takich sytuacjach Namtar zacznie wyglądać na nieco spiętego wewnętrznie.
* Arab. Córa burdelu.
** arab. Kurwa (przekleństwo)
*** arab. grzecznościowe podziękowanie.
Ostatnio zmieniony 03 listopada 2015, 16:43 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 03 listopada 2015, 17:11

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

- Masz rację... - odpowiedziała Zabójcy, spoglądając na jego postać. - Nie wiem, komu służysz i nie uzurpuję sobie prawa do zrozumienia twojej Ścieżki. Jeśli moje słowa tak odebrałeś, przepraszam. Nie to było moim zamiarem...- Na chwilę w jej głosie odzwierciedlenie znalazły skumulowane emocje, kłębiące się w niej od kilku godzin. Odwróciła oczy, kierując wzrok na podłogę i na ułamek sekundy przygryzając wargę zębami. - Ja też... ja po prostu ... cieszę się, że widzę znów was wszystkich... - odpowiedziała cicho. Niezręczna i krępująca cisza trwała krótko i Lasombra nie chciała jej przedłużać. Ruszyła ostrożnie z powrotem na swoje miejsce, pewnym i opanowanym już głosem zadając kolejne pytanie Zabójcy.

- Dzisiejsze zdarzenia w elizjum niewątpliwie ustawiły naszą koterię na szachownicy w tej rozgrywce i zyskaliśmy sprzymierzeńców jak i wrogów. - Patrzyła na Sidonię, kontynuując. - Wspomniałeś, że Max będzie chciał twojej śmierci. Skąd to przypuszczenie? Czy był tam obecny? I o co właściwie chodzi z Sidonią? Co tam się stało?
Emocjonalne reakcje Victorii wynikają z faktu, iż kolejny raz otarła się o śmierć. Choć o tym nie mówi, ostrożność w jej ruchach i dłuższy czas, zanim je opanowuje, świadczą o silnych przeżyciach, które stara się odsunąć na bok.
Ostatnio zmieniony 04 listopada 2015, 00:00 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 03 listopada 2015, 20:35

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, Koteria Red'a Ponownie Razem, plus jedna Malkavianka. 11.08.1993 Długa Noc

Terry słuchał rozmowy wciąż doglądając nieprzytomnej Sidonii. Udało mu się doprowadzić ją do względnego ładu, jedyne co tak naprawdę pozostało, to napoić ją krwią, by Łowca mógł zrobić swą Mroczną sztuczkę i wyrwać ją z objęć śmierci. Sięgał już kłami do swego nadgarstka, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili. Mroczny Jedi miał rację, powinni porozmawiać zanim Sidonia odzyska przytomność.

Następnie wstał i odwrócił się do zebranych. Krótką wymianę słów pomiędzy Assamitą a LaSombra puścił mimo uszu.

- Czyli z tego co mówi Darth Namtar, wynika, że tak naprawdę mamy niemal całe miasto przeciwko sobie. No bo, skoro Pain będzie chciał nas dorwać, to znaczy, że wszyscy anarchiści też. Wielu z naszych starszych... Całe szczęście, że wciąż możesz liczyć na poparcie części z nich - ostatnie słowa skierował do Horacego, po czym kontynuował, ponownie zwracając się do wszystkich - Co do Sabatu, w ciemno obstawiam, że źle nam życzą. Są Przebudzeni, którzy zabijają takich jak my, są Garou, które w większości zabijają takich jak my... A do tego wszystkiego, miasto ogarnęła wojna. A my teraz w środku tego wszystkiego, musimy odnaleźć pozostałe kruki. Dziwnymi się jawią ścieżki Pana.

- Co do Sidonii - odwrócił się teraz do Mrocznego Jedi, tak by stanąć z nim twarzą w twarz - to po tym co tam przeszliśmy, chyba jestem ci winny wyjaśnienia. Kiedy wcześniej zacząłem nalegać, byśmy jak najszybciej dotarli do Nyctofilii, to było to spowodowane wizją, którą zesłał na mnie Pan.

Na słowo "Pan", Terry rozłożył delikatnie ręce i posłał pełne wiary spojrzenie ku niebu.

- Wiedziałem, że Sidonia będzie nas potrzebować. Na miejscu zobaczyłem wiadomość od niej, która wyjaśniła mi, dlaczego było tak ważnym, by uratować ją nim jej wola pęknie i powie swym oprawcom to, co tak bardzo chcieli od niej wyciągnąć. Chodziło o potężny i prastary Relikt Klanu, który napastnicy chcieli jej odebrać. Było by bardzo źle, gdyby im się udało i sprawy miały by się teraz znacznie gorzej. Dlatego właśnie prosiłem cię, byś zareagował zanim uda im się ją złamać. Przepraszam, że nie powiedziałem ci od razu, ale w pierwszej chwili wiedziałem tylko, że musimy się spieszyć, a nie byłem pewien, czy argument "przeczucia" zaakceptujesz. Przez to wszystko znaleźliśmy się w tamtym miejscu i dlatego właśnie doszło do tej jatki. Chociaż za to cię akurat nie przepraszam, bo nie wiem czy bardziej cię to martwi, czy jednak cieszy - uśmiechnął się lekko wraz z ostatnim słowem.

- Wolałbym wiedzieć - stwierdził krótko Łowca. - Nie mówię, żeby mi się to podobało. Ale wolę znać sytuacje. To wpływa na moją efektywność. Poza tym Terry, jestem twoim ochroniarzem, nie Primogenem - wzruszył ramionami. - Sam decydujesz, co robić. Jednak... Na przyszłość wolałbym, żeby to miało większy związek z misją powierzoną ci przez mojego Klienta.

- Ależ to włąśnie ma dużo wspólnego z naszą misją. To właśnie próbowałem ci powiedzieć, mówiąc, że było by znacznie gorzej gdyby to znaleźli. Posłuchaj.

Terry zamknął oczy, pozwolił swojej pamięci odnaleźć odpowiedni moment w czasie. Następnie wsłuchał się w przywołane słowa swego Mentora i naśladując ton i emocje swego Mistrza, wykrzyczał z wciąż zaciśniętymi powiekami.

- O Święty Mężu, prawdziwa wojna o RZECZYWISTOŚĆ zaczyna się w Charleston! Zegar odmierza czas! Władca Albionu otworzył swe martwe oczy! Jego sługi czekają na ruch! Mithras nie umarł! Tremere są ślepi! Relikwia Malkavian jest w Charleston! Upadek Jerozolimy i płacz! On przełamał Klątwę Kaina! Pęknięte Lustro jest strzaskane na wieczność, Umysł jest ograniczony! PRADAWNE ZŁO pragnie Relikwii Malkavian! Pieczęcie zostaną strzaskane, więzi zerwane, bariery przerwane! Życie umrze a wraz z nim my!

Malkavian otworzył oczy i spoglądając na Assamitę pokiwał głową, na potwierdzenie prawdziwości swych słów. Bardziej jednak, żeby przekonać samego siebie, bowiem część tekstu zmuszony był zmienić. Nie czuł się dobrze z decyzją by poinformować wszystkich o jaką relikwię chodzi. Wolał poczekać z tym na Sidonię. Z drugiej strony, zdawał sobie sprawę, jak bardzo nieudolny był jego zabieg i szczerze liczył na brak dociekliwości zebranych. Na wszelki wypadek zmienił temat.

- A jeszcze z ciekawych wiadomości, ja i Darth Namtar mieliśmy przyjemność poznać Magnusa Wielkołapego, Strażnika Lasu z plemienia Numuzoho. Był naprawdę niesamowity, wyglądał jak góra i miał taki ciężki, huczący głos. Miał bardzo miłe usposobienie i wiedział kim jesteśmy, co akurat było trochę niespodziewane. Nigdy wcześniej nie spotkałem Faerie, zdarzyło mi się tylko o nich czytać. Było to zaprawdę niezwykłe spotkanie. Prawda Duchu z Otchłani?

W odpowiedzi Namtar mruknął coś niezrozumiale i ponownie zainteresował się swoją kurtką, najwyraźniej zapominając, że już ją zaszył i szukając kolejnego rozdarcia.
Terry będzie chciał poczekać aż wstępna wymiana informacji się zakończy, i wtedy napoi Sidonię, poświęcając na to 5 PK.
Spoiler!
Walnąłem se czerwony kolorek, bo zwyczajnym pogrubieniem mamy robić Dominację. Więc żeby nie było nieporozumień, macie Krwawą Przepowiednię :D
Ostatnio zmieniony 03 listopada 2015, 23:17 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 04 listopada 2015, 18:55

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

- Adhi. To, jakich macie wrogów, nie ma znaczenia - odezwał się po chwili Morderca, ponownie odkładając kurtkę na stolik. - Nie spodziewałem się, że będzie inaczej.

Rozejrzał się po pomieszczeniu żałując poniewczasie, że nie wziął ze sobą broni. Miałby czym zając ręce. Nie lubił rozmawiać z Kufframi bez żadnego dodatkowego zajęcia. W takich wypadkach nieodmiennie towarzyszyła mu świadomość marnowania wszystkich tych cennych chwil, które mógł wykorzystać na coś pożytecznego. Przydałoby się przeczyścić snajperkę... I gnata... Neik, mogłem je zabrać na dół... Koncentracja na czymś co znał i lubił stanowiła zawsze wygodną odskocznię, pozwalała odseparować się... Nie myśleć o tym, że jest wśród Niewiernych... Brakowało mu teraz tej niewidzialnej kurtyny. Bez niej musiał patrzyć im w oczy i miał wrażenie, że oni także patrzą na niego... Ciemne okulary pomagały tylko odrobinę... Nagle zaczął żałować, że w pokoju było tak jasno... Zdecydowanie za jasno. Cholera, nie lubił o tym myśleć. Świadomość tego, że inni - obcy - zwracają na niego uwagę, sprawiała zawsze, że zaczynał się spinać i miał wrażenie, że nie udaje mu się do końca tego ukryć.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z ciszy, która zapadła po jego słowach. Tak, jakby wszyscy czekali, by rozwinął temat. W końcu Terry zapytał:

- Co masz na myśli?

Morderca przeklął w myślach Świra i jego diabolicznego ojca. Po chwili zastanowienia dodał do tego jeszcze całą linię Klanu Księżyca i jej założyciela. A także samego Khayyina. Odezwał się dopiero, gdy cała ta niezwykle długa, barwna i rozbudowana procesja inwektyw w jego głowie, dobiegła końca.

- Arta-hasis przewidział taki rozwój sytuacji - powiedział obojętnie. - Inaczej nie wynająłby kogoś mojego pokroju. Jestem przede wszystkim saffah,** mordercą i na tym się znam. Na zabijaniu. Musiał więc wiedzieć, że będzie wojna... Chyba więc nie był tak niewinny, jak uważacie - zaśmiał się cicho i nieprzyjemnie. - Poza tym mówił, by nikomu nie ufać...

Przerwał i potrząsnął głową, odrzucając włosy, które opadły mu na twarz. Spojrzał na jedyną włączoną lampkę, która rozświetlała pomieszczenie miodowym blaskiem o konsystencji żywicy. Dla niego jednak wciąż była zbyt jasna. Oparł się jednak pokusie pożarcia jej światła. Cień ćmy zatańczył niespokojnie na ścianie. Wyglądał obco i dziwnie. Niczym zjawa, nazbyt koszmarna by zamieszkiwać królestwo jawy, wygnana na peryferia snów... Obserwował go przez chwilę nieruchomym wzrokiem. Oczywiście, to była Trupia Główka. Cóż, w tym przypadku spóźniła się***. W domu było już pięć trupów i Morderca, równie martwy jak reszta... Czasami, czuł się nawet bardziej...

- Odnośnie naqal**** Maxa - Zmienił nagle temat, wyrywając się z zamyślenia i odpowiadając na wcześniejsze pytanie Victorii. Musiał przyznać, że prawie zapomniał o nim... - To nie są przypuszczenia. Nie stać mnie na nie. Mówiłem, że złamałem jakieś zasady Camarilli i ten Niewierny Pies, obwinia mnie za wtargnięcie Anarchistów do Elizjum. 3a'lu daarib.***** Czarodziej mi to powiedział i tu akurat mu wierzę. To tyle na ten temat.

[center]Obrazek[/center]

* arab. To normalne (wyraża zgodę na jakąś sytuację).
** arab. mordercą
*** w ludowych wierzeniach Trupia Główka zwiastuje śmierć kogoś z domowników.
**** arab. bękarta
***** arab. Jest idiotą
Ostatnio zmieniony 05 listopada 2015, 11:27 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 04 listopada 2015, 20:42

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, Matuzalem Time, 11.08.1993 Długa Noc

- Co masz na myśli, mówiąc, że nie ważne kto będzie naszym wrogiem? Czyżbyś nie słyszał, co przed chwilą powiedziałem? - Terry spojrzał zdziwiony na Łowcę, teatralnie rozkładając ręce. - Nie chodzi mi o osoby typu Max Damage, czy inni Primogeni, czy ten straszliwy Hoqax, czy nawet sam Democritus. Z nimi wiem, że sobie poradzimy. Wszak mamy też wsparcie części z nich, prawda? Ale jeśli w istocie Mithras jest w Charleston, to mamy problem rozmiarów matuzalema. I przyznaj, że wtedy niedobrze mieć w takim wroga.

Morderca wzruszył ramionami. Nie wydawało się, by ta informacja robiła na nim jakiekolwiek wrażenie. Powstrzymał się jednak od dalszego komentarza.

Terry odwrócił się więc przodem do reszty. Jego spojrzenie przez chwilę spoczęło na Nowym Ravnosie. Co zapaliło kolejną lampkę w jego głowie.

- Lucjusz nie żyje. Mamy bębenek, udało nam się go przechwycić... - przerwał na chwilę, przez ramię spoglądając na Assamitę - znaczy Darthowi Namtarowi się udało. Ale Lucjusz nie żyje. Jego nie udało się uratować. Wielka to szkoda i niepowetowana strata. Mimo iż nie był jednym z nas. Jednak miał swój wkład w powodzenie naszej misji. Dlatego też proponuję zmówić modlitwę w jego intencji. - Malkavian złożył dłonie z głośnym klaśnięciem, jakby chcąc ponaglić pozostałych, po czym, nie czekając zbyt długo, zaczął recytować. Mroczny Jedi wzdrygnął się i natychmiast opuścił pomieszczenie, kiedy tylko usłyszał pierwsze słowa modlitwy. Nie zdziwiło to Terry'ego, było oczywistym, że Duch z Otchłani się nie przyłączy, oraz że Święte Słowa zadziałają nań odpychająco. Nie zamierzał jednak przerywać.

[center]Boże, który zawsze się litujesz i przebaczasz, pokornie Cię błagamy, nie oddawaj w moc nieprzyjaciela i nie zapominaj na wieki duszy Twojego sługi Lucjusza z klanu Ravnos, której dzisiaj kazałeś odejść z tego świata, lecz rozkaż Świętym Aniołom wprowadzić go do niebieskiej ojczyzny, niech nie ponosi kar piekielnych, lecz posiądzie szczęście wieczne.

Zmiłuj się, Panie, nad Twoim sługą Lucjuszem, który umiłował Czarną Victorię, za którego duszę się modlimy, pokornie błagając Twego miłosierdzia, aby oczyszczona osiągnęła odpoczynek wieczny.

Przyjmij, Panie, nasze modlitwy za duszę Twojego sługi Lucjusza, brata Gavina, jeżeli pozostała w niej jeszcze zmaza popełnionych na ziemi grzechów, niech ją łaskawie zgładzi Twoje miłosierdzie.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
[/center]
Namtar weźmie z góry broń i po chwili wróci do pokoju. Zdecydowanie jednak ominie go modlitwa Terrego. :P
Ostatnio zmieniony 05 listopada 2015, 11:28 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 04 listopada 2015, 21:54

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc
Spoiler!
Test Wiedzy o Rodzinie ST:6 = 4 sukcesy. Wiesz kim jest Mithras. Każdy kto żyje dostatecznie długo, albo ma starego Mentora wie kim jest Mithras. To Książę Londynu, który rządził całą Anglią od samego średniowiecza. Mithras obecnie jest uznany za martwego. Ślad po nim zaginął po niemieckim bombardowaniu Londynu, podczas II Wojny Światowej. To Ventrue, który podobno jest synem samego założyciela klanu. Jedno jest pewne, był niskiej Generacji. Camarilla nigdy nie rozmawia o pokoleniach swoich członków, a sam Mithras woli być uznany za kogoś o mniejszej potędze. Ty jednak masz wiedzę o Historii Rodziny i znasz prawdę. Dodatkowo wiesz jeszcze kilka ciekawostek o Mithrasie:
- za panowania Mithrasa obywatelstwo w Londynie dostawało się dopiero po 50 latach zamieszkania;
- był zaangażowany w wojnę o kontrolę Wysp Brytyjskich, głownie z klanem Tremere;
- Tremere uważają, że prastary Ventrue sfingował swoją śmierć i czeka, aż klan Tremre ujawni się w Londynie i spróbuje siegnąć po włądzę;
- Małżonka Mithrasa Anne Bowesley obecnie rządzi Londynem;
Spoiler!
Test Wiedzy o Rodzinie ST:6 = 4 sukcesy. Wiesz kim jest Mithras. Każdy kto żyje dostatecznie długo, albo ma starego Mentora wie kim jest Mithras. To Książę Londynu, który rządził całą Anglią od samego średniowiecza. Mithras obecnie jest uznany za martwego. Ślad po nim zaginął po niemieckim bombardowaniu Londynu, podczas II Wojny Światowej. To Ventrue, który podobno jest synem samego założyciela klanu. Jedno jest pewne, był niskiej Generacji. Camarilla nigdy nie rozmawia o pokoleniach swoich członków, a sam Mithras woli być uznany za kogoś o mniejszej potędze. Ty jednak masz wiedzę o Historii Rodziny i znasz prawdę. Dodatkowo wiesz jeszcze kilka ciekawostek o Mithrasie:
- za panowania Mithrasa obywatelstwo w Londynie dostawało się dopiero po 50 latach zamieszkania;
- był zaangażowany w wojnę o kontrolę Wysp Brytyjskich, głownie z klanem Tremere;
- Tremere uważają, że prastary Ventrue sfingował swoją śmierć i czeka, aż klan Tremre ujawni się w Londynie i spróbuje siegnąć po włądzę;
- Małżonka Mithrasa Anne Bowesley obecnie rządzi Londynem
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 04 listopada 2015, 22:53

Horacy przeglądał numer w komórce z uporem maniaka dzwoniąc po tych nieco mniej wpływowych. A właściwie próbując się do nich dodzwonić.

/ sieć chwilowo zajęta... sieć chwilowo zajęta... sieć chwilowo zajęta... /

Nieustanny komunikat doprowadzał go niema do szału. Mimo to czuł się równocześnie dużo lepiej wiedząc, że jego pociecha żyje. Werwy przydawały mu jeszcze dźwięki z koncertu toteż walcząc z komórką stukał sobie butem w nogę od stołu przy którym siedział wystukując rytm.

Przestał stukać wsłuchując się w pochwalne słowa Lasombra. Musiał przyznać, że coś w tym było. Włączył mu się jakiś rodzaj respektu dla tego zamkniętego w sobie zabójcy. Zapewne przez wzgląd na odnalezienie Otta, choć nadal uważał, że jego mordercze zapędy są przesadne w stosunku do porządnych obywateli tego miasta. Lecz cóż znaczyło miasto? Teraz zostawały z niego jedynie zgliszcza.

- No, dałeś radę chłopie z Painem. Poprawki się w życiu zdarzają. Tak jest często, kiedy spotkasz kogoś, kto w końcu jest jakimś wyzwaniem. Stawiam fiolkę krwi, że następnym razem będzie miał z tobą istne urwanie głowy.

Do cholery trzeba być nieźle kopniętym by ryzykować życie dla wiaderka czyjejś krwi. Takich oszołomów to tylko na pustyni znajdziesz. Pewnie jako człowiek został znaleziony na jej środku z solidnym udarem. Trzeba jednak przyznać że zna się na tym co robi.

Morderca spojrzał nieco zaskoczony na starego Szczura, tak jakby tego rodzaju słowa ze strony Nosferatu były ostatnią rzeczą, którą spodziewał się usłyszeć. Później skinął głową i wyszczerzył zęby. Nie musiał nic mówić, wystarczył błysk kłów w ciemności, który był zarazem oczekiwaniem i groźbą. Tym razem jednak ta ostatnia tyczyła się Christiana Paina, a nie członków koterii. I Horacy wiedział, że udało mu się przemówić do Assamity w języku, który tamten potrafił zrozumieć.

Wrócił więc do zabawy ze swoją komórką jednym uchem przysłuchując się temu co mówi reszta.

- Mithras to były Książę Londynu, który rządził całą Anglią od samego średniowiecza. Mithras obecnie jest uznany za martwego. Ślad po nim zaginął po niemieckim bombardowaniu Londynu, podczas II Wojny Światowej. To Ventrue, który podobno jest synem samego założyciela klanu. Jedno jest pewne, był niskiej Generacji. Camarilla nigdy nie rozmawia o pokoleniach swoich członków, a sam Mithras woli być uznany za kogoś o mniejszej potędze. - Rzucił od niechcenia nie odwracając wzroku od komórki, chwilę później kiedy skończyły mówić swoje objawienia Terry - Był mocno zaangażowany w wojnę o kontrolę Wysp Brytyjskich, głownie z klanem Tremere. Klan Czarodziei uważa, że prastary Ventrue sfingował swoją śmierć i czeka, aż klan Tremre ujawni się w Londynie i spróbuje sięgnąć po władze. Podobno Londynem włada nadal małżonka Mithrasa Ann...

/ sieć chwilowo zajęta... sieć chwilowo zajęta... sieć chwilowo zajęta... /

- No w mordę jeża, kiedyż to cholerstwo w końcu zadziała! - z wyraźną niechęcią pyrgnął telefonem na stół i zaczął z nerwów bębnić palcami o oparcie swojego fotela. Przez chwilę patrzył na ten piekielny wynalazek walcząc z olbrzymią chęcią zmiażdżenia go jednym uderzeniem pięści. Ale już po chwili porwał go w dłonie ponownie wpadł w zaklęty cykl nieudanych prób smsowania i dzwonienia na przemian.
Ostatnio zmieniony 05 listopada 2015, 12:51 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 06 listopada 2015, 02:06

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Po powrocie do sanktuarium Darshan bez chwili zwłoki udał się pod szybki prysznic. Następnie, z ręcznikiem zawiązanym na biodrach udał się do sanktuarium aby skorzystać z chwili, przed powrotem reszty koterii. Nie zastanawiał się nad tym czy Assamita żyje. Skoro wróżba tak bezpośrednio mówiła o zabójcy było jasnym, że ścieżki jego losu nie urwą się tak szybko. Nie przejmował się także Horacym, stary szczur, jeśli tylko posłucha swojego instynktu wyjdzie z jeszcze większego bajzlu.

Teraz chciał chwili dla siebie. Czuł się pobudzony całym tym chaosem i destrukcją. Takie siły nie były mu obce. Wiele razy obcował z nimi, dawno temu w Indiach, na polach krematoryjnych. Przynosiły zniszczenie i obłęd, były nieodłączną częścią wszechświata. Przywracały równowagę tam gdzie statyka zmieniała rzeczywistość w więzienie. To był piękny poranek.

W sanktuarium usiadł w pozycji medytacyjnej i pozwolił sobie otworzyć się na wszystkie wrażenia, które docierały do niego w tym momencie. Spodziewał się takiego efektu i miał szczęście, że się na to przygotował. Energie uderzyły w niego jak wielka fala. Gdyby nie lata treningu zalałyby jego świadomość i pewnie doszedłby do siebie po kilku godzinach spontanicznych inwokacji, wyczerpany i krwawiący.

Obrazy ludzi ginących na różne sposoby. Kości łamane przez wściekły tłum. Skóra zrywana z czaszki, kości i tkanki miażdżone przez samochody i gruzy. Śmierć w płomieniach. Śmierć od kul. Strach, furia i cierpienie. Ślepe okrucieństwo i zagubienie. Ekstaza pomieszana z przerażeniem. Bezmyślne zagubione postacie. Nikt z nich nie był prawdziwy. Dzisiaj wreszcie mogli doświadczyć swojej nieprawdziwości kiedy groza i agresja rwały ich iluzje na krwawe strzępy. Patrzyli oczami na śmierć i zniszczenie przed sobą a widzieli tylko bezdenną ciemność, którą mieli w sobie. A nad tym wszystkim widział Kali, która tańczyła do rytmu trzasku kości i melodii krzyków agonii. Chciał stać się tym całym swoim jestestwem, czuć jak duch uwalnia się z rozrywanego ciała, jak wznosi się na oparach bólu i przekracza ograniczenia umierającej duszy.

Poczuł jak jego ciało także zrywa się do tańca, nie mógł jednak pozwolić sobie na podążenie za pierwszym odruchem. Zacisnął więc zęby i kilkakrotnie uderzył głową o ziemię. Musiał się opanować, oni by nie zrozumieli, gdyby pozwolił porwać się tym siłom. Ale nie mógł zablokować tej gwałtowności, nie dlatego, że nie był w stanie ale dlatego, że była ona słuszna. Jednym zwinnym ruchem wstał. Musiał pokierować tą energię innymi ścieżkami. Zwrócił się więc do Agni:
[center]
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=ETxQIjhQmTc[/youtube][/center]

Siedząc na dole z pozostałymi Darshan milczał jak grób. Nie miał ochoty się odzywać. Cisza dawała mu wytchnienie. Cały czas czuł w niej delikatne harmonie sił kosmicznych, które działały w Charlestone. To co słyszał nie robiło na nim większego wrażenia. Nie okłamywał siebie, że ma jakiś wpływ na to co się dzieje dookoła. Widział, że jest tam w wyniku wyborów podjętych dawno temu i że i tak zrobi to co zrobi a wszechświat potoczy się swoim torem. Musiał jednak w końcu się odezwać. Zanim mu się to udało musiał kilka minut skupić się na tym aby przypomnieć sobie jak używa się angielskiego. Miał nadzieje, że wyjdzie mu dość komunikatywnie.

- Kiedy wracaliśmy taksówką do sanktuarium, nad kierowcą przejął kontrolę ktoś kto był na pogrzebie Athra Hasisa. Twierdził, że podłożył ładunki wybuchowe, aby zgładzić przywódców anarchistów. Powiedział także, że elizjum należało w istocie do Setytów. Co do ładunków, istotnie były tam, zamontowane w taki sposób aby eksplozja nastąpiła w momencie odłączenia prądu. Niedługo po opuszczeniu elizjum w dzielnicy zgasło światło, wtedy miała nastąpić eksplozja. Natomiast co do hetytów, to był tam jeden, dał się poznać jedynie po głosie. Do tego wykonał jakąś operację magiczną a stało się to mniej więcej w tym czasie kiedy anarchiści wdarli się do budynku.

- Osoba z którą rozmawialiśmy chciała nas ostrzec abyśmy więcej nie mieszali się do jej planów. Uważał, że przekroczyliśmy swoje kompetencje.

- Skoro mamy więc ten bęben, jeśli nie macie nic przeciwko, poproszę jakiegoś ptaka aby poinformował Wild Heart'a o tym, że chcemy go oddać. Jeśli Sidonia potrzebuje krwi, mogę jej trochę oddać a niedługo będę musiał się pożywić. No i pozostaje ten stary wampir na dnie jeziora.

Chciał powiedzieć jeszcze coś Terremu na temat jego przeczuć ale angielskie słowa stawiały opór, który zwyczajnie zmęczył Ravnosa. Pozwolił sobie zamilknąć na chwilę.

ODPOWIEDZ