PBF - New Orleans by Night
Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Bertone przeżywał artystyczny orgazm za orgazmem chłonąc wszystkimi zmysłami niewątpliwe dzieło sztuki, jakim był Louis XVI. Na całe szczęście przemiana nie odebrała Degeneratowi zdolności czucia rzeczy pięknych, z czego skrupulatnie korzystał przy każdej niemal okazji.
W pewnym momencie czuł, że nasyca się wrażeniami do tego stopnia, iż zdał sobie sprawę z faktu, że ten materiał w sumie to już kilka razy czuł pod palcami, a same wzory są dosyć powtarzalne, więc z lekkim znudzeniem odwrócił wzrok...
...i zobaczył TO.
Jeśli kiedykolwiek, komukolwiek udało się zwymiotować mentalnie - Silvio właśnie to zrobił na widok Bradley'a.
Toreador natychmiast podparł się ręką o podziwiany wcześniej fotel, by nie upaść z wrażenia. Właściwie to sam nie wiedział, co było gorsze - zdeformowana twarz nosferatu, czy jego modowe bezguście. Nie, to musi być jakaś fatamorgana. Zamknę teraz oczy, a kiedy je otworzę, Bradley zacznie wyglądać normalnie...
Niestety nie wyglądał, więc Silvio jeszcze kilkukrotnie powtórzył ten zabieg, jednak ku swojemu obrzydzeniu z każdym kolejnym razem Wygląd Szczura raził śpiewaka coraz bardziej. Cholera, nie wiem, jak on to robi, ale jest coraz brzydszy! Czy naprawdę już tylko takie ubrania można znaleźć w orleańskich ściekach?!
I na tej myśli na szczęście zmuszony był poprzestać, bowiem do pomieszczenia wszedł Książę, co skutecznie odwróciło jego uwagę.
Skłonił się przed nim w powitalnym geście, wciąż jeszcze wstrząśnięty wyglądem Westwood'a i skorzystał z propozycji Marcela zajmując miejsce na sofie razem z pozostałymi.
Przez chwilę wciąż jeszcze nie mógł dojść do siebie. Czekając na dalszy rozwój wydarzeń, próbował zapomnieć, co przed chwilą ujrzał. Miał wręcz wrażenie, że ta chodząca groteska wypaliła mu się pod powiekami i zastanawiał się, czy uda mu się kiedykolwiek uwolnić od tego widoku.
- Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Dowiedziałem się o pewnym incydencie nieopodal klubu Żądło. Powiedzcie mi, co tam się wydarzyło?
Pytanie Ventrue sprawiło, że Silvio od razu spojrzał na jego pobratymca. Sam wszak nie miał się czym pochwalić, wolał więc, aby przemówił ktoś, kto ma z Marcelem dobre układy, co zbuduje pewien grunt pod dalsze rozmowy. A nuż uda się jakoś ukryć swoją porażkę?
Bertone przeżywał artystyczny orgazm za orgazmem chłonąc wszystkimi zmysłami niewątpliwe dzieło sztuki, jakim był Louis XVI. Na całe szczęście przemiana nie odebrała Degeneratowi zdolności czucia rzeczy pięknych, z czego skrupulatnie korzystał przy każdej niemal okazji.
W pewnym momencie czuł, że nasyca się wrażeniami do tego stopnia, iż zdał sobie sprawę z faktu, że ten materiał w sumie to już kilka razy czuł pod palcami, a same wzory są dosyć powtarzalne, więc z lekkim znudzeniem odwrócił wzrok...
...i zobaczył TO.
Jeśli kiedykolwiek, komukolwiek udało się zwymiotować mentalnie - Silvio właśnie to zrobił na widok Bradley'a.
Toreador natychmiast podparł się ręką o podziwiany wcześniej fotel, by nie upaść z wrażenia. Właściwie to sam nie wiedział, co było gorsze - zdeformowana twarz nosferatu, czy jego modowe bezguście. Nie, to musi być jakaś fatamorgana. Zamknę teraz oczy, a kiedy je otworzę, Bradley zacznie wyglądać normalnie...
Niestety nie wyglądał, więc Silvio jeszcze kilkukrotnie powtórzył ten zabieg, jednak ku swojemu obrzydzeniu z każdym kolejnym razem Wygląd Szczura raził śpiewaka coraz bardziej. Cholera, nie wiem, jak on to robi, ale jest coraz brzydszy! Czy naprawdę już tylko takie ubrania można znaleźć w orleańskich ściekach?!
I na tej myśli na szczęście zmuszony był poprzestać, bowiem do pomieszczenia wszedł Książę, co skutecznie odwróciło jego uwagę.
Skłonił się przed nim w powitalnym geście, wciąż jeszcze wstrząśnięty wyglądem Westwood'a i skorzystał z propozycji Marcela zajmując miejsce na sofie razem z pozostałymi.
Przez chwilę wciąż jeszcze nie mógł dojść do siebie. Czekając na dalszy rozwój wydarzeń, próbował zapomnieć, co przed chwilą ujrzał. Miał wręcz wrażenie, że ta chodząca groteska wypaliła mu się pod powiekami i zastanawiał się, czy uda mu się kiedykolwiek uwolnić od tego widoku.
- Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Dowiedziałem się o pewnym incydencie nieopodal klubu Żądło. Powiedzcie mi, co tam się wydarzyło?
Pytanie Ventrue sprawiło, że Silvio od razu spojrzał na jego pobratymca. Sam wszak nie miał się czym pochwalić, wolał więc, aby przemówił ktoś, kto ma z Marcelem dobre układy, co zbuduje pewien grunt pod dalsze rozmowy. A nuż uda się jakoś ukryć swoją porażkę?
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Nicholas Bertrand wiedział, że najbardziej predysponowanym do złożenia wyjaśnień gościem był Richard Spear. Związany więzami klanowej przynależności, Ventrue stanowił doskonałego rozmówcę i tego właśnie pozostali kainici od niego oczekiwali.
Dlatego też ubiegł Richarda z pełną premedytacją. Książę Marcel słusznie uważany był za przywódcę Spokrewnionych w Nowym Orleanie i jego okolicach, ale to nie dawało mu prawa do bezkarnego szykanowania członków Piramidy.
- Jeśli zostaliśmy wcześniej zaproszeni do wizyty w tym pięknym miejscu, doręczyciele zaproszenia zupełnie się pogubili w kwestiach etykiety - powiedział wyprostowany jak struna Tremere, stojący przed księciem z założonymi za plecy rękami - Ktoś inny niż ja, ktoś pozbawiony dobrej woli i uprzejmości, mógłby wręcz pomyśleć, że był to akt napaści. Wierzę głęboko, że mój regent zrozumie istotę takiego nieszczęśliwego nieporozumienia, jeśli przedstawię mu jasne powody. Wierzę też, że nie będzie się domagał ukarania tej pary ghuli za narażenie na szwank mego zdrowia... w końcu to tylko pomniejsi śmiertelnicy, oni ustawicznie popełniają jakieś błędy.
Nicholas Bertrand wiedział, że najbardziej predysponowanym do złożenia wyjaśnień gościem był Richard Spear. Związany więzami klanowej przynależności, Ventrue stanowił doskonałego rozmówcę i tego właśnie pozostali kainici od niego oczekiwali.
Dlatego też ubiegł Richarda z pełną premedytacją. Książę Marcel słusznie uważany był za przywódcę Spokrewnionych w Nowym Orleanie i jego okolicach, ale to nie dawało mu prawa do bezkarnego szykanowania członków Piramidy.
- Jeśli zostaliśmy wcześniej zaproszeni do wizyty w tym pięknym miejscu, doręczyciele zaproszenia zupełnie się pogubili w kwestiach etykiety - powiedział wyprostowany jak struna Tremere, stojący przed księciem z założonymi za plecy rękami - Ktoś inny niż ja, ktoś pozbawiony dobrej woli i uprzejmości, mógłby wręcz pomyśleć, że był to akt napaści. Wierzę głęboko, że mój regent zrozumie istotę takiego nieszczęśliwego nieporozumienia, jeśli przedstawię mu jasne powody. Wierzę też, że nie będzie się domagał ukarania tej pary ghuli za narażenie na szwank mego zdrowia... w końcu to tylko pomniejsi śmiertelnicy, oni ustawicznie popełniają jakieś błędy.
...
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Może nie opisałem tego zbyt dobrze w poście 56, ale blondyn, który rzucał oskarżeniami, tak naprawdę był Bradley'em, który chwilowo przyjął maskę tysiąca twarzy i zrobił sobie niewybredny żart. O ile Richard mógł nie zauważyć przemiany, tak Westwood zrzucił maskę blondyna przed oczyma Tremere.
Także jak na tę chwilę, to nie ma żadnych dowodów na to że blondyn i laska byli ghulami księcia. To był tylko żart Nosfera i Nick zdaje sobie z tego sprawę (Richard najprawdopodobnie też).
Jak coś to przepraszam za nieścisłość w poście.
Także jak na tę chwilę, to nie ma żadnych dowodów na to że blondyn i laska byli ghulami księcia. To był tylko żart Nosfera i Nick zdaje sobie z tego sprawę (Richard najprawdopodobnie też).
Jak coś to przepraszam za nieścisłość w poście.
Ostatnio zmieniony 02 kwietnia 2016, 00:28 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994[/center]
Chwile wypełnionego napięciem wyczekiwania przerwało pojawienie się na schodach księcia. Dostojnym krokiem schodził w dół, podkreślając swoją władzę i siłę, jednocześnie starając się roztoczyć swój czar wśród zgromadzonych. Richard próbował odczytać emocje z jego twarzy, ale na niewiele się to zdało. Pozostało mu przyjąć pozę dobrotliwego oczekiwania, jak gdyby umówił się na niezobowiązujące spotkanie z przyjacielem. Gra pozorów, jak zwykle...
- Ah witaj Marcelu, wyglądasz dziś dosłownie stunning - skomplementował go na wstępie Ventrue. Krótka wymiana uprzejmości, po czym zasiedli na sofach wskazanych przez księcia. Chwilę później z jego ust padło oczekiwane przez wszystkich pytanie o wydarzenia dzisiejszej nocy. Arystokrata już miał otworzyć usta gdy uprzedził go Tremere:
- Jeśli zostaliśmy wcześniej zaproszeni do wizyty w tym pięknym miejscu, doręczyciele zaproszenia zupełnie się pogubili w kwestiach etykiety - powiedział wyprostowany jak struna Tremere, stojący przed księciem z założonymi za plecy rękami - Ktoś inny niż ja, ktoś pozbawiony dobrej woli i uprzejmości, mógłby wręcz pomyśleć, że był to akt napaści. Wierzę głęboko, że mój regent zrozumie istotę takiego nieszczęśliwego nieporozumienia, jeśli przedstawię mu jasne powody. Wierzę też, że nie będzie się domagał ukarania tej pary ghuli za narażenie na szwank mego zdrowia... w końcu to tylko pomniejsi śmiertelnicy, oni ustawicznie popełniają jakieś błędy.
W te słowa twarz Ventrue ściągnęła się i stężała w wyrazie stłumionego gniewu. Poczuł jak przez jego wnętrze przypływają fale gorąca, po czym zdołał jeszcze posłać Nicolasowi przeszywające spojrzenie, mówiące mniej więcej "co ty odpie*dalasz?" Count to three, count to three! - myślał wampir wykonując 3 głębokie wdechy.
- Gentlemen, easy. Sir Marcel pytał o fatalne zdarzenia we Francuskiej Dzielnicy i zapewne na nich należałoby się skupić - próbował rozładować powstałe napięcie Richard.
- First at all, wypadało by nadmienić, iż w pełnym porządku, tak jak tu widzisz drogi Marcelu, zmierzaliśmy do znanego wszystkim Klubu Zaćmienie. Niespodziewanie, w pobliżu speluny zwanej Sting, spragniona uciech tłuszcza bydła porwała nas i rozdzieliła, wpychając nieomal do tego godnego pogardy przybytku. Wówczas to zauważyłem, że mojego druha, Silvio, jakaś ponętna kobieta w czerwieni prowadzi za sobą prosto do felernego "klubu". Być może nie byłoby w tym nic niezwykłego, przecież mamy Mardi Gras i takie sytuacje mogą się zdarzyć, ale... Wtedy to spostrzegłem się, że z tego tłumu ludzi wyłuskał mnie obecny tu blondyn, przypuszczam że twój służący, i bez słowa, z nadludzką siłą, zaczął ciągnąć mnie w stronę damned black van zaparkowanego na końcu uliczki - rzekł silnie gestykulując Ventrue - od tej chwili wiedziałem już, że to nie przypadek.
- Całość już w tym momencie wygląda parszywie, szczególnie że intruz nie reagował na żądania by mnie uwolnić. Co więcej, gdy zacząłem się szarpać, ten przerzucił mnie przez ramię i jak gdyby nic dalej zmierzał w kierunku swego celu. Ten blondyn dysponował naprawdę nieludzką siłą. Z odsieczą przybył mi obecny tu Nicolas, zmuszając napastnika do uwolnienia mnie i ucieczki. Na odchodne, mój oprawca odbezpieczył jeszcze granat dymny, co kompletnie uczyniło mnie blind i jedyne co słyszałem to kroki biegnących ludzi: jedne oddalające, a jedne zbliżające się. Wtem dwukrotnie odezwał się pistolet mnie trafiając w nogę, Bertranda zaś w klatkę piersiową - to była właśnie ta lady w czerwonej sukience.
- Zimną krwią wykazał się Nosferatu, który po wszystkim błyskawicznie odkręcił pobliski hydrant, zmywając wodą ślady posoki z uliczki. Chwila moment i nas też nie było w tej uliczce, możliwie szybko oddaliliśmy się z miejsca zdarzenia by nie zwracać na siebie uwagi i nie narażać Maskarady. Dopiero w Zaćmieniu odetchnęliśmy z ulgą.
Po tym krótkim streszczeniu wydarzeń Ventrue odetchnął, jakby właśnie zrzucił z serca pewien ciężar.
- Widzisz sam - ciągnął dalej - z czym mamy do czynienia: atak na czterech spokrewnionych, próba uprowadzenia oraz postrzał z broni krótkiej. W mojej opinii i tak łagodnie obeszliśmy się z napastnikami pozwalając im uciec - zbyt dużo ludzi znajdowało się w pobliżu by podejmować ryzyko ujawnienia Maskarady.
Chwile wypełnionego napięciem wyczekiwania przerwało pojawienie się na schodach księcia. Dostojnym krokiem schodził w dół, podkreślając swoją władzę i siłę, jednocześnie starając się roztoczyć swój czar wśród zgromadzonych. Richard próbował odczytać emocje z jego twarzy, ale na niewiele się to zdało. Pozostało mu przyjąć pozę dobrotliwego oczekiwania, jak gdyby umówił się na niezobowiązujące spotkanie z przyjacielem. Gra pozorów, jak zwykle...
- Ah witaj Marcelu, wyglądasz dziś dosłownie stunning - skomplementował go na wstępie Ventrue. Krótka wymiana uprzejmości, po czym zasiedli na sofach wskazanych przez księcia. Chwilę później z jego ust padło oczekiwane przez wszystkich pytanie o wydarzenia dzisiejszej nocy. Arystokrata już miał otworzyć usta gdy uprzedził go Tremere:
- Jeśli zostaliśmy wcześniej zaproszeni do wizyty w tym pięknym miejscu, doręczyciele zaproszenia zupełnie się pogubili w kwestiach etykiety - powiedział wyprostowany jak struna Tremere, stojący przed księciem z założonymi za plecy rękami - Ktoś inny niż ja, ktoś pozbawiony dobrej woli i uprzejmości, mógłby wręcz pomyśleć, że był to akt napaści. Wierzę głęboko, że mój regent zrozumie istotę takiego nieszczęśliwego nieporozumienia, jeśli przedstawię mu jasne powody. Wierzę też, że nie będzie się domagał ukarania tej pary ghuli za narażenie na szwank mego zdrowia... w końcu to tylko pomniejsi śmiertelnicy, oni ustawicznie popełniają jakieś błędy.
W te słowa twarz Ventrue ściągnęła się i stężała w wyrazie stłumionego gniewu. Poczuł jak przez jego wnętrze przypływają fale gorąca, po czym zdołał jeszcze posłać Nicolasowi przeszywające spojrzenie, mówiące mniej więcej "co ty odpie*dalasz?" Count to three, count to three! - myślał wampir wykonując 3 głębokie wdechy.
- Gentlemen, easy. Sir Marcel pytał o fatalne zdarzenia we Francuskiej Dzielnicy i zapewne na nich należałoby się skupić - próbował rozładować powstałe napięcie Richard.
- First at all, wypadało by nadmienić, iż w pełnym porządku, tak jak tu widzisz drogi Marcelu, zmierzaliśmy do znanego wszystkim Klubu Zaćmienie. Niespodziewanie, w pobliżu speluny zwanej Sting, spragniona uciech tłuszcza bydła porwała nas i rozdzieliła, wpychając nieomal do tego godnego pogardy przybytku. Wówczas to zauważyłem, że mojego druha, Silvio, jakaś ponętna kobieta w czerwieni prowadzi za sobą prosto do felernego "klubu". Być może nie byłoby w tym nic niezwykłego, przecież mamy Mardi Gras i takie sytuacje mogą się zdarzyć, ale... Wtedy to spostrzegłem się, że z tego tłumu ludzi wyłuskał mnie obecny tu blondyn, przypuszczam że twój służący, i bez słowa, z nadludzką siłą, zaczął ciągnąć mnie w stronę damned black van zaparkowanego na końcu uliczki - rzekł silnie gestykulując Ventrue - od tej chwili wiedziałem już, że to nie przypadek.
- Całość już w tym momencie wygląda parszywie, szczególnie że intruz nie reagował na żądania by mnie uwolnić. Co więcej, gdy zacząłem się szarpać, ten przerzucił mnie przez ramię i jak gdyby nic dalej zmierzał w kierunku swego celu. Ten blondyn dysponował naprawdę nieludzką siłą. Z odsieczą przybył mi obecny tu Nicolas, zmuszając napastnika do uwolnienia mnie i ucieczki. Na odchodne, mój oprawca odbezpieczył jeszcze granat dymny, co kompletnie uczyniło mnie blind i jedyne co słyszałem to kroki biegnących ludzi: jedne oddalające, a jedne zbliżające się. Wtem dwukrotnie odezwał się pistolet mnie trafiając w nogę, Bertranda zaś w klatkę piersiową - to była właśnie ta lady w czerwonej sukience.
- Zimną krwią wykazał się Nosferatu, który po wszystkim błyskawicznie odkręcił pobliski hydrant, zmywając wodą ślady posoki z uliczki. Chwila moment i nas też nie było w tej uliczce, możliwie szybko oddaliliśmy się z miejsca zdarzenia by nie zwracać na siebie uwagi i nie narażać Maskarady. Dopiero w Zaćmieniu odetchnęliśmy z ulgą.
Po tym krótkim streszczeniu wydarzeń Ventrue odetchnął, jakby właśnie zrzucił z serca pewien ciężar.
- Widzisz sam - ciągnął dalej - z czym mamy do czynienia: atak na czterech spokrewnionych, próba uprowadzenia oraz postrzał z broni krótkiej. W mojej opinii i tak łagodnie obeszliśmy się z napastnikami pozwalając im uciec - zbyt dużo ludzi znajdowało się w pobliżu by podejmować ryzyko ujawnienia Maskarady.
Jeżeli dokładnie wczytać się w Twojego posta 8art, to faktycznie można wywnioskować, że to Bradley podszył się pod blondyna. No ale cóż, słowo się rzekło i nie jestem przekonany czy zmienianie dialogów byłoby na miejscu. A co na to MG?
Ostatnio zmieniony 02 kwietnia 2016, 09:37 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Marcel słysząc kolejne słowa zdawał się być coraz bardziej niedostępny. Po każdym następnym zdaniu przyjazna aparycja Księcia powoli stawała się bardziej niepokojąca. Aura władcy zmieniła się szczególnie w momencie sugestii na temat jego Ghuli.
- Wiec uważacie, że to byli moi słudzy... Macie niezły tupet, to muszę wam przyznać. To nie byli moi ludzie, tylko ktoś inny. Nie wiem niestety kto, ale mam nadzieję, że rozjaśnicie mroki w których się znalazłem. Porównując to co mówicie z moją wiedzą jaką posiadam na ten temat, odnoszę wrażenie, że coś przede mną ukrywacie. To że dałem wam pozwolenia na mieszkanie w moim mieście nie znaczy, że będzie trwało ono wiecznie. Radziłbym zabezpieczyć swoją przyszłość. Czy wyraziłem się jasno panowie?
Marcel słysząc kolejne słowa zdawał się być coraz bardziej niedostępny. Po każdym następnym zdaniu przyjazna aparycja Księcia powoli stawała się bardziej niepokojąca. Aura władcy zmieniła się szczególnie w momencie sugestii na temat jego Ghuli.
- Wiec uważacie, że to byli moi słudzy... Macie niezły tupet, to muszę wam przyznać. To nie byli moi ludzie, tylko ktoś inny. Nie wiem niestety kto, ale mam nadzieję, że rozjaśnicie mroki w których się znalazłem. Porównując to co mówicie z moją wiedzą jaką posiadam na ten temat, odnoszę wrażenie, że coś przede mną ukrywacie. To że dałem wam pozwolenia na mieszkanie w moim mieście nie znaczy, że będzie trwało ono wiecznie. Radziłbym zabezpieczyć swoją przyszłość. Czy wyraziłem się jasno panowie?
Spoiler!
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Gdyby Nicholas wciąż był śmiertelnym człowiekiem, krew pewnie ścięłaby mu się w żyłach. Tremere szybko pojął, że padł ofiarą niewybrednego żartu ze strony Bradleya - żartu stawiającego go w niezwykle trudnym położeniu.
- Niezwykle jasno, książę - Bertrand ponownie zabrał głos, chociaż rozsądek podpowiadał mu, by tego nie czynić w obliczu rozdrażnienia Marcela - Istniały pewne niejasne przesłanki, które wprowadziły mnie w błąd. Tym większa ulga, kiedy poznałem prawdę. W uznaniu dla twego autorytetu i statusu w tym mieście uczynię wszystko, by odkryć prawdziwych zleceniodawców tej napaści, a następnie oddać ich do twej dyspozycji, abyś mógł zadecydować o ich dalszym losie.
Gdyby Nicholas wciąż był śmiertelnym człowiekiem, krew pewnie ścięłaby mu się w żyłach. Tremere szybko pojął, że padł ofiarą niewybrednego żartu ze strony Bradleya - żartu stawiającego go w niezwykle trudnym położeniu.
- Niezwykle jasno, książę - Bertrand ponownie zabrał głos, chociaż rozsądek podpowiadał mu, by tego nie czynić w obliczu rozdrażnienia Marcela - Istniały pewne niejasne przesłanki, które wprowadziły mnie w błąd. Tym większa ulga, kiedy poznałem prawdę. W uznaniu dla twego autorytetu i statusu w tym mieście uczynię wszystko, by odkryć prawdziwych zleceniodawców tej napaści, a następnie oddać ich do twej dyspozycji, abyś mógł zadecydować o ich dalszym losie.
Trzeba go jakoś ugłaskać...
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Jeśli zostaliśmy wcześniej zaproszeni do wizyty w tym pięknym miejscu, doręczyciele zaproszenia zupełnie się pogubili w kwestiach etykiety - powiedział wyprostowany jak struna Tremere, stojący przed księciem z założonymi za plecy rękami - Ktoś inny niż ja, ktoś pozbawiony dobrej woli i uprzejmości, mógłby wręcz pomyśleć, że był to akt napaści. Wierzę głęboko, że mój regent zrozumie istotę takiego nieszczęśliwego nieporozumienia, jeśli przedstawię mu jasne powody. Wierzę też, że nie będzie się domagał ukarania tej pary ghuli za narażenie na szwank mego zdrowia... w końcu to tylko pomniejsi śmiertelnicy, oni ustawicznie popełniają jakieś błędy.
Kurwa, co on wygaduje? Wsysnął jakiegoś ćpuna czy co? - Nosferatu niemal złapał się za głowę, a widząc reakcję księcia zaczął składać w myślach wypowiedź, w której wyjaśni pomyłkę czarodzieja i podkreśli, że punkt widzenia Nicka nie jest wykładną reszty wampirów, ani nawet oficjalnym stanowiskiem klanu Tremere. Na szczęście Bertrand chyba sam zorientował się w końcu, że padł ofiarą niewybrednego żartu, który przez niefortunny zbieg okoliczności posunął się zbyt daleko i zaczął składać wyjaśnienia. Bradley też chciał jak najszybciej zostawić śliski temat, toteż zaraz po czarodzieju odeswał się:
-Decyzję o przeprowadzeniu śledztwa podjęliśmy jednomyślnie, zanim jeszcze zostaliśmy do Ciebie wezwani. Nie mamy wątpliwości, że napastnicy nie wybrali celów przypadkowo i była to dobrze zaplanowana akcja. Takich wypadków nie można lekceważyć, nie wiemy co kieruje mocodawcami ataku.
Ale pewnie wiemy, że to nie pierwsza akcja. Ten Brujah, idę o zakład, że jego capnęli.
Jeśli zostaliśmy wcześniej zaproszeni do wizyty w tym pięknym miejscu, doręczyciele zaproszenia zupełnie się pogubili w kwestiach etykiety - powiedział wyprostowany jak struna Tremere, stojący przed księciem z założonymi za plecy rękami - Ktoś inny niż ja, ktoś pozbawiony dobrej woli i uprzejmości, mógłby wręcz pomyśleć, że był to akt napaści. Wierzę głęboko, że mój regent zrozumie istotę takiego nieszczęśliwego nieporozumienia, jeśli przedstawię mu jasne powody. Wierzę też, że nie będzie się domagał ukarania tej pary ghuli za narażenie na szwank mego zdrowia... w końcu to tylko pomniejsi śmiertelnicy, oni ustawicznie popełniają jakieś błędy.
Kurwa, co on wygaduje? Wsysnął jakiegoś ćpuna czy co? - Nosferatu niemal złapał się za głowę, a widząc reakcję księcia zaczął składać w myślach wypowiedź, w której wyjaśni pomyłkę czarodzieja i podkreśli, że punkt widzenia Nicka nie jest wykładną reszty wampirów, ani nawet oficjalnym stanowiskiem klanu Tremere. Na szczęście Bertrand chyba sam zorientował się w końcu, że padł ofiarą niewybrednego żartu, który przez niefortunny zbieg okoliczności posunął się zbyt daleko i zaczął składać wyjaśnienia. Bradley też chciał jak najszybciej zostawić śliski temat, toteż zaraz po czarodzieju odeswał się:
-Decyzję o przeprowadzeniu śledztwa podjęliśmy jednomyślnie, zanim jeszcze zostaliśmy do Ciebie wezwani. Nie mamy wątpliwości, że napastnicy nie wybrali celów przypadkowo i była to dobrze zaplanowana akcja. Takich wypadków nie można lekceważyć, nie wiemy co kieruje mocodawcami ataku.
Ale pewnie wiemy, że to nie pierwsza akcja. Ten Brujah, idę o zakład, że jego capnęli.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
- To dla mnie oczywiste, że zajmiecie się wyjaśnieniem tej sprawy. Jestem jednak ciekaw jakie to niejasne przesłanki kazały wam myśleć, że mam z tym cokolwiek wspólnego? A co w sytuacji, w której ja miałbym pewne niejasne przesłanki mówiące o tym, że sami za tym stoicie. Że ukartowaliście to wszystko, by oddalić od siebie podejrzenia? - przerywał na chwilę mierząc zebranych przeszywającym stalowym spojrzeniem.
- Ciekaw jestem jak teraz chcecie wyjaśnić swoją sytuację? I uratować twarz... - głos Księcia był przytłaczający. Swoje skupienie przeniósł na siedzących na sofie obok Ventrue i Toreadora.
- Twoje milczenie Richardzie mówi mi więcej niż słowa. A ty śpiewaku zdaje się jesteś wschodzącą gwiazdą w Klanie Róży, i z zaskakujących dla mnie przyczyn dobrałeś sobie takich wspólników. To doprawdy, żenujące.
- Panowie odnoszę wrażenie, że jesteśmy na końcu śledztwa, które jeszcze tuż przed chwilą się rozpoczęło.
Marcel wypowiedział ostatnie zdanie bardzo powoli, dokładnie lustrując siedzących przed nim mieszkańców jego miasta. Jego twarz nawet nie drgnęła, jakby perfekcyjnie był przygotowany na każdy nierozsądny ruch swoich gości.
- To dla mnie oczywiste, że zajmiecie się wyjaśnieniem tej sprawy. Jestem jednak ciekaw jakie to niejasne przesłanki kazały wam myśleć, że mam z tym cokolwiek wspólnego? A co w sytuacji, w której ja miałbym pewne niejasne przesłanki mówiące o tym, że sami za tym stoicie. Że ukartowaliście to wszystko, by oddalić od siebie podejrzenia? - przerywał na chwilę mierząc zebranych przeszywającym stalowym spojrzeniem.
- Ciekaw jestem jak teraz chcecie wyjaśnić swoją sytuację? I uratować twarz... - głos Księcia był przytłaczający. Swoje skupienie przeniósł na siedzących na sofie obok Ventrue i Toreadora.
- Twoje milczenie Richardzie mówi mi więcej niż słowa. A ty śpiewaku zdaje się jesteś wschodzącą gwiazdą w Klanie Róży, i z zaskakujących dla mnie przyczyn dobrałeś sobie takich wspólników. To doprawdy, żenujące.
- Panowie odnoszę wrażenie, że jesteśmy na końcu śledztwa, które jeszcze tuż przed chwilą się rozpoczęło.
Marcel wypowiedział ostatnie zdanie bardzo powoli, dokładnie lustrując siedzących przed nim mieszkańców jego miasta. Jego twarz nawet nie drgnęła, jakby perfekcyjnie był przygotowany na każdy nierozsądny ruch swoich gości.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Nowy Orlean, Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Nosferatu poczuł, że musi zaryzykować. Chciał wybrnąć z sytuacji z tarczą, wywodem godnym Sherlocka. Zaczynał ryzykowną dla siebie grę, ale znał stawkę.
-Jeśli masz książę niejasne przesłanki, że sami za tym stoimy, to z całym szacunkiem, ale byłyby one śmiechu warte, tak samo jak śmiechu warte były przypuszczenia Nicholasa co do Twego udziału w awanturze. I mogę to udowodnić. - zawiesił głos wyczekująco. - Wiem jedno Książe. Wiesz o sprawie więcej niż nasz przypadkowo dobrany kwartet, który stał się celem napaści nieznanych sprawców, którzy wyglądali tak... - Nosferatu skupił się na chwilę, aby zamienić swój odrażający wygląd w kobietę jaka zaatakowała ich w zaułku, a potem w jej blond towarzysza jaki "ukazał się" również w domu Marcela:
-Teraz rozumiesz Nicholas? - syknął cicho do Tremere z rozbrajającym uśmiechem. Maska opadła znowu i przed kaintami stał wstętny nosfer.
-Nie podejrzewasz o to abyśmy stali za tym atakiem książę, bo przecież nie zaprosiłbyś nas tu do siebie lecz wysłał za nami szeryfa lub ogary, czyż nie? My członkowie klanu Nosferatu jesteśmy infobrokerami, cenimy sobie szczerość, ta należy się też tobie. I dlatego powiem Ci książe dlaczego niefortunna wypowiedź Bertranda jest śmieszna. - Nick znów zawiesił głos aby zdobyć w sobie odwagę na to co miał zaraz powiedzieć: - Zażartowałem sobie z niego i z Richarda. Tu w twoim domu. Jeśli ktokolwiek jest winny tej sytuacji, to jestem nim ja książę. Ventrue przejrzał dowcip, ale nie zdążyłem się wyjaśnić przed Nicholasem przed twoim przybyciem. Stąd cała afera. I za to przepraszam. Także myślę książe, że masz całkowitą rację i w istocie, w tej kwestii znaleźliśmy się na końcu śledztwa. Ale pozostaje jeszcze sprawa ataku w twej domenie, lub raczej ataków, bo nie sądzę, żebyśmy zostali tu wezwani jedynie w pojedynczym, odoosobnionym przypadku.
Nosferatu zamknął się i schował ręce w kiesznie jeansów aby ukryć drżenie rąk. Pojechał na ostro i z tupetem. Kosztowało go trochę nerwów, ale był dobrej myśli. Przyznanie mogło na niego ściągnąć gniew, lecz Nicholas nie lubił uciekać od odpowiedzialności i zwalać winy na innych.
Nosferatu poczuł, że musi zaryzykować. Chciał wybrnąć z sytuacji z tarczą, wywodem godnym Sherlocka. Zaczynał ryzykowną dla siebie grę, ale znał stawkę.
-Jeśli masz książę niejasne przesłanki, że sami za tym stoimy, to z całym szacunkiem, ale byłyby one śmiechu warte, tak samo jak śmiechu warte były przypuszczenia Nicholasa co do Twego udziału w awanturze. I mogę to udowodnić. - zawiesił głos wyczekująco. - Wiem jedno Książe. Wiesz o sprawie więcej niż nasz przypadkowo dobrany kwartet, który stał się celem napaści nieznanych sprawców, którzy wyglądali tak... - Nosferatu skupił się na chwilę, aby zamienić swój odrażający wygląd w kobietę jaka zaatakowała ich w zaułku, a potem w jej blond towarzysza jaki "ukazał się" również w domu Marcela:
-Teraz rozumiesz Nicholas? - syknął cicho do Tremere z rozbrajającym uśmiechem. Maska opadła znowu i przed kaintami stał wstętny nosfer.
-Nie podejrzewasz o to abyśmy stali za tym atakiem książę, bo przecież nie zaprosiłbyś nas tu do siebie lecz wysłał za nami szeryfa lub ogary, czyż nie? My członkowie klanu Nosferatu jesteśmy infobrokerami, cenimy sobie szczerość, ta należy się też tobie. I dlatego powiem Ci książe dlaczego niefortunna wypowiedź Bertranda jest śmieszna. - Nick znów zawiesił głos aby zdobyć w sobie odwagę na to co miał zaraz powiedzieć: - Zażartowałem sobie z niego i z Richarda. Tu w twoim domu. Jeśli ktokolwiek jest winny tej sytuacji, to jestem nim ja książę. Ventrue przejrzał dowcip, ale nie zdążyłem się wyjaśnić przed Nicholasem przed twoim przybyciem. Stąd cała afera. I za to przepraszam. Także myślę książe, że masz całkowitą rację i w istocie, w tej kwestii znaleźliśmy się na końcu śledztwa. Ale pozostaje jeszcze sprawa ataku w twej domenie, lub raczej ataków, bo nie sądzę, żebyśmy zostali tu wezwani jedynie w pojedynczym, odoosobnionym przypadku.
Nosferatu zamknął się i schował ręce w kiesznie jeansów aby ukryć drżenie rąk. Pojechał na ostro i z tupetem. Kosztowało go trochę nerwów, ale był dobrej myśli. Przyznanie mogło na niego ściągnąć gniew, lecz Nicholas nie lubił uciekać od odpowiedzialności i zwalać winy na innych.
Bradley jest lekko wystraszony, tym co może go teraz czekać, ale skoro narozlewał piwa, to trzeba mieć trochę odwagi i je wypić
Ostatnio zmieniony 06 kwietnia 2016, 08:45 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Nicholas Bertrand był nawykły do szorstkiego traktowania przez zwierzchników należących do Piramidy; akceptował ów fakt wiedząc, że takie były praktyki przyjęte przez klan Tremere również dla niego, Bertranda, dobra. Lecz dla zagrożenia ze strony Spokrewnianych nie należących do Tremere Nicholas nie żywił akceptacji.
Co nie znaczyło, że był głupcem gotowym za wszelką cenę kwestionować osądy starszego Kainity. Zwalczył w sobie narastający gniew, przyoblekł twarz w bladą obojętną maskę. Każde słowo wypowiedziane w tak ważkiej materii mogło zadecydować o dalszym losie młodego Tremere, a Rubis d'le Nuit znajdowało się poza strefą bezpośrednich wpływów Piramidy.
Nicholas przyjął za pewnik, że teraz lepiej było zachować wieloznaczne milczenie. Sugestie wysuwane przez Marcela były absurdalne... o ile nie tyczyły się któregoś z pozostałych Spokrewnionych. Tremere znał ich względnie dobrze, ale wiedział, że wszyscy posiadali jakieś skrywane głęboko tajemnice.
Jeśli książę tak otwarcie stawiał swe zarzuty, musiał je na czymś oprzeć. Nicholas zerknął z ukosa na Bradleya, natychmiast zyskując na podejrzliwości względem Nosferatu. Jeśli miałby obstawiać w ślepo, wskazałby na Westwooda jako pierwszego potencjalnego spiskowca.
Dowodził tego chociażby sardoniczny żart z iluzją, którego Nosferat dopuścił się chwilę wcześniej podważając w oczach Marcela status i reputację Tremere.
Nicholas Bertrand był nawykły do szorstkiego traktowania przez zwierzchników należących do Piramidy; akceptował ów fakt wiedząc, że takie były praktyki przyjęte przez klan Tremere również dla niego, Bertranda, dobra. Lecz dla zagrożenia ze strony Spokrewnianych nie należących do Tremere Nicholas nie żywił akceptacji.
Co nie znaczyło, że był głupcem gotowym za wszelką cenę kwestionować osądy starszego Kainity. Zwalczył w sobie narastający gniew, przyoblekł twarz w bladą obojętną maskę. Każde słowo wypowiedziane w tak ważkiej materii mogło zadecydować o dalszym losie młodego Tremere, a Rubis d'le Nuit znajdowało się poza strefą bezpośrednich wpływów Piramidy.
Nicholas przyjął za pewnik, że teraz lepiej było zachować wieloznaczne milczenie. Sugestie wysuwane przez Marcela były absurdalne... o ile nie tyczyły się któregoś z pozostałych Spokrewnionych. Tremere znał ich względnie dobrze, ale wiedział, że wszyscy posiadali jakieś skrywane głęboko tajemnice.
Jeśli książę tak otwarcie stawiał swe zarzuty, musiał je na czymś oprzeć. Nicholas zerknął z ukosa na Bradleya, natychmiast zyskując na podejrzliwości względem Nosferatu. Jeśli miałby obstawiać w ślepo, wskazałby na Westwooda jako pierwszego potencjalnego spiskowca.
Dowodził tego chociażby sardoniczny żart z iluzją, którego Nosferat dopuścił się chwilę wcześniej podważając w oczach Marcela status i reputację Tremere.
Luźne dywagacje...
Ostatnio zmieniony 08 kwietnia 2016, 23:52 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994[/center]
Przez chwilę Ventrue siedział w milczeniu przysłuchując się rozmowie pozostałych, niejako ważąc słowa poszczególnych osób i próbując znaleźć dobre wyjście z sytuacji. Sprawy przybrały niekorzystny obrót... Think Richie, think! Młody wampir rozumiał już, że padło kilka słów za wiele i że przez sztubacki żart Nosferatu wpadli w niezły bigos. Wystarczy tylko wyprostować kilka kwestii, tu posłodzić, tam wypolerować i może sprawy wrócą na stare tory - liczył w duchu Ventrue. Jednakże stres wywołany ciężką atmosferą spotkania jak i waga słów Księcia, przebudziły w Arystokracie nerwowy tik lewej stopy, która na wpół pokracznie, na wpół komicznie zaczęła bezwładnie drgać. God damn it, dlaczego teraz?! Wampir starał się ukryć swą ułomność chowając stopę za drugą nogą, jednocześnie przyciskając ją do sofy na której siedział. Czując niepokój ściskający mu gardło, przemówił nieco słabszym głosem niż zazwyczaj:
- Szanowny Marcelu, jakiż interes mielibyśmy w uknuciu takiej intrygi, a później rozgrywaniu jej wobec ciebie? Nie trzeba ukończyć matematyki na UNO*, by móc policzyć, że to kiepski pomysł. Wszystko co tu powiedzieliśmy jest zgodne z prawdą, poza zupełnie fałszywym poglądem jakoby twoi Ghoule mieli coś z tym wspólnego. Niestety, poczucie humoru Szczurów, tak jak ich wygląd i upodobania, jest, eufemistycznie mówiąc, bardzo osobliwe i nieprzystające do naszych standardów, stąd to koszmarne nieporozumienie - rzekł Richard z uśmiechem politowania na twarzy spoglądając na Bradleya.
- Racz przyjąć od nas najszczersze przeprosiny za zarzuty pod twym adresem. Jak już deklarował Westwood, wyjaśnienie zagadki dzisiejszego ataku, zdaje się powiązanego z kilkoma incydentami w mieście, leży nam na sercu. Przypuszczam też, podobnie jak Bradley, że jeżeli podejrzenia wobec nas byłby istotne, to spotykalibyśmy się w innym miejscu i w innych okolicznościach, a nie zostali uhonorowani bezpośrednim zaproszeniem od ciebie, Książę.
Po tych słowach Ventrue zacisnął zęby próbując zdusić wstydliwą przypadłość jego nogi. Jednocześnie z gorącą nadzieją sondował twarz i aurę Marcela, czując że właśnie ważą się ich najbliższe losy.
Przez chwilę Ventrue siedział w milczeniu przysłuchując się rozmowie pozostałych, niejako ważąc słowa poszczególnych osób i próbując znaleźć dobre wyjście z sytuacji. Sprawy przybrały niekorzystny obrót... Think Richie, think! Młody wampir rozumiał już, że padło kilka słów za wiele i że przez sztubacki żart Nosferatu wpadli w niezły bigos. Wystarczy tylko wyprostować kilka kwestii, tu posłodzić, tam wypolerować i może sprawy wrócą na stare tory - liczył w duchu Ventrue. Jednakże stres wywołany ciężką atmosferą spotkania jak i waga słów Księcia, przebudziły w Arystokracie nerwowy tik lewej stopy, która na wpół pokracznie, na wpół komicznie zaczęła bezwładnie drgać. God damn it, dlaczego teraz?! Wampir starał się ukryć swą ułomność chowając stopę za drugą nogą, jednocześnie przyciskając ją do sofy na której siedział. Czując niepokój ściskający mu gardło, przemówił nieco słabszym głosem niż zazwyczaj:
- Szanowny Marcelu, jakiż interes mielibyśmy w uknuciu takiej intrygi, a później rozgrywaniu jej wobec ciebie? Nie trzeba ukończyć matematyki na UNO*, by móc policzyć, że to kiepski pomysł. Wszystko co tu powiedzieliśmy jest zgodne z prawdą, poza zupełnie fałszywym poglądem jakoby twoi Ghoule mieli coś z tym wspólnego. Niestety, poczucie humoru Szczurów, tak jak ich wygląd i upodobania, jest, eufemistycznie mówiąc, bardzo osobliwe i nieprzystające do naszych standardów, stąd to koszmarne nieporozumienie - rzekł Richard z uśmiechem politowania na twarzy spoglądając na Bradleya.
- Racz przyjąć od nas najszczersze przeprosiny za zarzuty pod twym adresem. Jak już deklarował Westwood, wyjaśnienie zagadki dzisiejszego ataku, zdaje się powiązanego z kilkoma incydentami w mieście, leży nam na sercu. Przypuszczam też, podobnie jak Bradley, że jeżeli podejrzenia wobec nas byłby istotne, to spotykalibyśmy się w innym miejscu i w innych okolicznościach, a nie zostali uhonorowani bezpośrednim zaproszeniem od ciebie, Książę.
Po tych słowach Ventrue zacisnął zęby próbując zdusić wstydliwą przypadłość jego nogi. Jednocześnie z gorącą nadzieją sondował twarz i aurę Marcela, czując że właśnie ważą się ich najbliższe losy.
*UNO - University of New Orleans
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
[center]
[/center]
Książę nawet na chwilę nie zmienił wyrazu twarzy. Siedział na fotelu lustrując Nosferatu, który przyznał się do głupiego dowcipu.
- Dowcipkowanie w moim domu uważasz za zgodne ze standardami jakich przestrzegamy w moim mieście? Gdyby nie fakt, iż znam waszych ojców uznałbym, że przyłączyliście się do Anarchistów. No oczywiście po tobie Nicholasie można się było tego spodziewać. Złe drzewo rodzi złe owoce. Wy młodzi nie macie żadnego szacunku dla starszych! - ton głosu Ventrue był miażdżący.
W tym momencie Richard ruszył z odsieczą wygłaszając swoje przemówienie. Marcel widocznie został zaskoczony nagłym wystąpieniem młodego Arystokraty. Postanowił nie przerywać mu i pozwolić dokończyć.
- Brawo Richardzie. Liczyłem na to, że ktoś wreszcie powie coś rozsądnego. Niestety twoi towarzysze mnie rozczarowali. Przykre, że taki facet jak ty, trzyma się z tak niepoważnymi osobami. Bawi was ta sytuacja? A mnie ona nie bawi - spojrzał na nich ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
- I nie znajduje w niej nic, co mogłoby być podstawą do żartów. Ale skoro wy znajdujecie to widocznie nie uważacie jej za tak poważną. Być może więc macie z nią większy związek, niż chcecie się przyznać. I co to też miał być dowcip? Chcieliście sfingować swoje porwanie dla żartu?
Marcel wstał z sofy i kontynuował:
- Opowiedzieliście swoją wersję wydarzeń w Zaćmieniu, a to oznacza że miasto ją pozna. Moim zadaniem jest ukarać was za to niepoważne błaznowanie na moim dworze. Zdajecie sobie sprawę ile zamętu wprowadzają takie sytuacje? A kiedy się rodzi chaos to zyskuje na tym tylko Sabat i Anarchiści. Więc wasze działania osłabiają Camarillę. Pomyśleliście o tym? Zapewne nie... Trudno byłoby od was tego wymagać.
- Kara jaką teraz wymierzę zapobiegnie kolejnym głupotom jakie mogłyby wydarzyć się w Nowym Orleanie.
Młodzi krwią byli przerażeni. Książę właśnie uznał ich za osoby osłabiające Camarillę. Strach byłoby w ogóle pomyśleć co mogło to oznaczać. Stojący przed nimi Marcel uosabiał władzę nad Prawami Kaina i zgodnie z Prawem Destrukcji mógł zażądać nawet ich śmierci. Choć mieli nadzieję, że sprawy nie zaszły aż tak daleko.
W tym momencie do salonu wkroczyło dwóch synów Marcela: Christopher i Anthony. Obrzucili zebranych szybkim spojrzeniem, najwyraźniej orientując się w sytuacji.
Od lewej Christopher i Anthony:
[center]
[/center]
Anthony przemówił pierwszy:
- Ojcze proszę, uspokój się. Ci młodzi Kainici na pewno nie mieli nic z tym wspólnego. Nigdy przecież nie zachowywali się w sposób, który mógłby uchybić twojej władzy. I na pewno teraz też nie chcą tego robić. Pozwól wyjaśnić to fatalne nieporozumienie.
Marcel skinął głową i usiał z powrotem na sofie odprężając się nieco.
- Jeśli nalegasz, to tym razem jestem skłonny uczynić wyjątek. Być może masz rację... - zadumał się na chwilę.
- W takim razie jeżeli naprawdę nie jesteście za to odpowiedzialni, to uważam, że macie obowiązek dowiedzieć się kto za tym stoi. To wykaże, że faktycznie chcecie wspierać Camarillę i być jej istotną częścią.
Wszyscy odetchnęli z ulgą, chociaż nie musieli już oddychać. Książę mówił dalej:
- Istotnie nie tylko was spotkała taka sytuacja. Nie powinno więc was dziwić, że podchodzę do tego problemu nad wyraz poważnie. W istocie od pewnego czasu podejrzewam, iż stoi za tym detektyw Robert Carter, który przewodzi grupie Łowców. Nie mam jednak pewności. Chciałbym byście się tym zajęli. Co wy na to?
[center]
[/center]Książę nawet na chwilę nie zmienił wyrazu twarzy. Siedział na fotelu lustrując Nosferatu, który przyznał się do głupiego dowcipu.
- Dowcipkowanie w moim domu uważasz za zgodne ze standardami jakich przestrzegamy w moim mieście? Gdyby nie fakt, iż znam waszych ojców uznałbym, że przyłączyliście się do Anarchistów. No oczywiście po tobie Nicholasie można się było tego spodziewać. Złe drzewo rodzi złe owoce. Wy młodzi nie macie żadnego szacunku dla starszych! - ton głosu Ventrue był miażdżący.
W tym momencie Richard ruszył z odsieczą wygłaszając swoje przemówienie. Marcel widocznie został zaskoczony nagłym wystąpieniem młodego Arystokraty. Postanowił nie przerywać mu i pozwolić dokończyć.
- Brawo Richardzie. Liczyłem na to, że ktoś wreszcie powie coś rozsądnego. Niestety twoi towarzysze mnie rozczarowali. Przykre, że taki facet jak ty, trzyma się z tak niepoważnymi osobami. Bawi was ta sytuacja? A mnie ona nie bawi - spojrzał na nich ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy.
- I nie znajduje w niej nic, co mogłoby być podstawą do żartów. Ale skoro wy znajdujecie to widocznie nie uważacie jej za tak poważną. Być może więc macie z nią większy związek, niż chcecie się przyznać. I co to też miał być dowcip? Chcieliście sfingować swoje porwanie dla żartu?
Marcel wstał z sofy i kontynuował:
- Opowiedzieliście swoją wersję wydarzeń w Zaćmieniu, a to oznacza że miasto ją pozna. Moim zadaniem jest ukarać was za to niepoważne błaznowanie na moim dworze. Zdajecie sobie sprawę ile zamętu wprowadzają takie sytuacje? A kiedy się rodzi chaos to zyskuje na tym tylko Sabat i Anarchiści. Więc wasze działania osłabiają Camarillę. Pomyśleliście o tym? Zapewne nie... Trudno byłoby od was tego wymagać.
- Kara jaką teraz wymierzę zapobiegnie kolejnym głupotom jakie mogłyby wydarzyć się w Nowym Orleanie.
Młodzi krwią byli przerażeni. Książę właśnie uznał ich za osoby osłabiające Camarillę. Strach byłoby w ogóle pomyśleć co mogło to oznaczać. Stojący przed nimi Marcel uosabiał władzę nad Prawami Kaina i zgodnie z Prawem Destrukcji mógł zażądać nawet ich śmierci. Choć mieli nadzieję, że sprawy nie zaszły aż tak daleko.
W tym momencie do salonu wkroczyło dwóch synów Marcela: Christopher i Anthony. Obrzucili zebranych szybkim spojrzeniem, najwyraźniej orientując się w sytuacji.
Od lewej Christopher i Anthony:
[center]
[/center]Anthony przemówił pierwszy:
- Ojcze proszę, uspokój się. Ci młodzi Kainici na pewno nie mieli nic z tym wspólnego. Nigdy przecież nie zachowywali się w sposób, który mógłby uchybić twojej władzy. I na pewno teraz też nie chcą tego robić. Pozwól wyjaśnić to fatalne nieporozumienie.
Marcel skinął głową i usiał z powrotem na sofie odprężając się nieco.
- Jeśli nalegasz, to tym razem jestem skłonny uczynić wyjątek. Być może masz rację... - zadumał się na chwilę.
- W takim razie jeżeli naprawdę nie jesteście za to odpowiedzialni, to uważam, że macie obowiązek dowiedzieć się kto za tym stoi. To wykaże, że faktycznie chcecie wspierać Camarillę i być jej istotną częścią.
Wszyscy odetchnęli z ulgą, chociaż nie musieli już oddychać. Książę mówił dalej:
- Istotnie nie tylko was spotkała taka sytuacja. Nie powinno więc was dziwić, że podchodzę do tego problemu nad wyraz poważnie. W istocie od pewnego czasu podejrzewam, iż stoi za tym detektyw Robert Carter, który przewodzi grupie Łowców. Nie mam jednak pewności. Chciałbym byście się tym zajęli. Co wy na to?
Richard testuje Autorytet ST:8 = 2 sukcesy. Udaje ci się przenieść ciężar krytyki Księcia na pozostałą część drużyny.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit, Mardi Gras - luty 1994
Bradley obawiał się w swoim nieżyciu kilku rzeczy, ale najbardziej głupoty. Toteż słysząc tyradę Marcela bał się po trzykroć:
Wpierwszej chwili swojego nierozsądnego zachowania, bo zdecydował się na żart, który postawił jego i innych niemal na skraju śmierci ostatecznej.
- Fuck, było do przewidzenia, że ten stary pryk będzie miał poczucie humoru w stylu Vlada Draculi. Najchętniej by nas zakołkował przez dupy prosto w serca...! Co on pieprzy, jakie sfingowanie porwania? Jak ren koleś został Księciem, chyba tylko za ładne oczy... Zaraz chwila... Szczwany lis...
Potem przerażony był przebiegłością strego Ventrue, który zdawał się wygadywac bzdury jakie mu ślina na język przyniosła, ale Westwood szybko zaczął podejrzewać, że cała paplanina ma nie tylko ich zastraszyć, lecz także... Połączyć razem...
Koteria była trzecią rzeczą. I tego bał się najbardziej. Wiedział, że doszłoby do tego niezależnie od tego czy rozmowa z Marcelem poszłaby gładko jak rzadka kupka, czy ciężko jak zatwardzenie. Książe wykorzystał tylko sprzyjającą mu okoliczność i praxis aby dopiąć swego. Nawet wejście jego potomków zdawało się teraz celową grą w dobrego i złego glinę. Ale perspektywa współpracy z trzema nieznanymi mu wampirami była iście przerażająca, szczególnie w perspektywie możliwego spotkania trzeciego stopnia z łowcą.
Holy shit... Ale wdępnąłem. Zdałby się chociaż jakiś Brujah albo Gangrel skory do bitki... Jak przecież dojdzie co do czego, to reakcje Silvio już znam z autopsji. Rick pewnie też zrobi angielskie wyjście, Nick zadzwoni do Wiednia po instrukcje, a mnie nie pozostanie nic innego jak zniknąć... Ale gówno...
Cóż, nie miał wyboru. Stałoby się to tak czy owak. Albo zostaliby zmuszeni do współpracy i uśmiechnęliby się fałszywie przy aprobacie Marcela, albo tak jak teraz, zrobili to w w ramach pokuty i pokiwali tylko spuszczonymi głowami.
- Jak się nie ma ci się lubi, to się lubi co się ma. Będzie dobrze. Jak się do tego trochę przyłożymy to się uda Bradley. Wystarczy trochę chęci i będzie ok
Powinien podziękować za łaskę i posłodzić księciu jakimiś banałami o tym, że nieoficjalnie powołana już do życia koteria będzie zaszczycona wypełniając wolę Marcela i takimi tam pierdołami, ale lizodupstwo było domeną Innych klanów, których reprezentacja stała przed panem miasta, więc uznał, że lepiej będzie jeśli to predystynowane ku temu persona zajmią się oralnym łechtaniem książecego odbytu.
Bradley obawiał się w swoim nieżyciu kilku rzeczy, ale najbardziej głupoty. Toteż słysząc tyradę Marcela bał się po trzykroć:
Wpierwszej chwili swojego nierozsądnego zachowania, bo zdecydował się na żart, który postawił jego i innych niemal na skraju śmierci ostatecznej.
- Fuck, było do przewidzenia, że ten stary pryk będzie miał poczucie humoru w stylu Vlada Draculi. Najchętniej by nas zakołkował przez dupy prosto w serca...! Co on pieprzy, jakie sfingowanie porwania? Jak ren koleś został Księciem, chyba tylko za ładne oczy... Zaraz chwila... Szczwany lis...
Potem przerażony był przebiegłością strego Ventrue, który zdawał się wygadywac bzdury jakie mu ślina na język przyniosła, ale Westwood szybko zaczął podejrzewać, że cała paplanina ma nie tylko ich zastraszyć, lecz także... Połączyć razem...
Koteria była trzecią rzeczą. I tego bał się najbardziej. Wiedział, że doszłoby do tego niezależnie od tego czy rozmowa z Marcelem poszłaby gładko jak rzadka kupka, czy ciężko jak zatwardzenie. Książe wykorzystał tylko sprzyjającą mu okoliczność i praxis aby dopiąć swego. Nawet wejście jego potomków zdawało się teraz celową grą w dobrego i złego glinę. Ale perspektywa współpracy z trzema nieznanymi mu wampirami była iście przerażająca, szczególnie w perspektywie możliwego spotkania trzeciego stopnia z łowcą.
Holy shit... Ale wdępnąłem. Zdałby się chociaż jakiś Brujah albo Gangrel skory do bitki... Jak przecież dojdzie co do czego, to reakcje Silvio już znam z autopsji. Rick pewnie też zrobi angielskie wyjście, Nick zadzwoni do Wiednia po instrukcje, a mnie nie pozostanie nic innego jak zniknąć... Ale gówno...
Cóż, nie miał wyboru. Stałoby się to tak czy owak. Albo zostaliby zmuszeni do współpracy i uśmiechnęliby się fałszywie przy aprobacie Marcela, albo tak jak teraz, zrobili to w w ramach pokuty i pokiwali tylko spuszczonymi głowami.
- Jak się nie ma ci się lubi, to się lubi co się ma. Będzie dobrze. Jak się do tego trochę przyłożymy to się uda Bradley. Wystarczy trochę chęci i będzie ok
Powinien podziękować za łaskę i posłodzić księciu jakimiś banałami o tym, że nieoficjalnie powołana już do życia koteria będzie zaszczycona wypełniając wolę Marcela i takimi tam pierdołami, ale lizodupstwo było domeną Innych klanów, których reprezentacja stała przed panem miasta, więc uznał, że lepiej będzie jeśli to predystynowane ku temu persona zajmią się oralnym łechtaniem książecego odbytu.
taka garść przemyśleń Bradleya. Póki co Westwood stoi pokornie jak chłop miętoszący czapę przed panem. Skruche trzeba okazać.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Niespodziewana wieść o pojawieniu się w mieście łowców zelektryzowała Nicholasa. Istnienie dużej grupy uległych śmiertelników znających tajemnice Camarilli - rzecz jasna te dość błahe, by mogły trafić do uszu ghuli - nie było dla niego żadną niespodzianką, ale niewiele wiedział o tych przedstawicielach trzody, którzy żywili względem Spokrewnionych nieprzejednaną wrogość. Ukryci w cieniu skomplikowanych struktur Kościoła, inkwizytorzy gotowi byli posunąć się do wszystkiego, by tylko zaszkodzić dzieciom Kaina. Nieobce im były słabości wampirów, potrafili posługiwać się kołkami, benzyną i lustrami odbijającymi słoneczne promienie.
Nicholas Bertrand nigdy jeszcze nie spotkał twarzą w twarz łowcy. Jego skąpa wiedza na temat pogromców wampirów pozwalała jednak domniemywać, że był to groźny przeciwnik, którego nigdy nie wolno zlekceważyć. O tak, najbliższych kilka nocy mogło wiele zmienić w nadnaturalnym życiu Tremere.
Zastanowienie budziła jedynie postawa Księcia. Będąc na jego miejscu Bertrand albo starałby się zatuszować wszelkie ślady Spokrewnionych w mieście, by utrwalić łowców w przeświadczeniu, że w Nowym Orleanie Kainitów już nie ma; albo też posłałby w ciemność nocy zabójców ze starszych pokoleń, dysponujących odpowiednim doświadczeniem i mocami. Zlecenie niebezpiecznej misji koterii tak młodych Spokrewnionych mogło mieć kilka powodów, ale żaden z nich nie przypadł Nicholasowi do gustu: albo Marcel chciał nielubianych młodzików rzucić łowcom na pożarcie albo zamierzał poddać ich specyficznej selekcji.
Przez głowę Bertranda przemknęła jeszcze jedna myśl: że to on właśnie był dla Księcia elementem klanowej układanki przeznaczonym do eliminacji, przez wzgląd na pewne skrywane starannie sekrety, które być może jednak weszły w czyjeś niepożądane posiadanie. Nowoorleański klan Gangreli nie wykonał dotąd w stosunku do członka Piramidy żadnego wrogiego posunięcia, ale to o niczym nie świadczyło - być może zamierzali się posłużyć w tej sprawie rękami samego Księcia?
Niespodziewana wieść o pojawieniu się w mieście łowców zelektryzowała Nicholasa. Istnienie dużej grupy uległych śmiertelników znających tajemnice Camarilli - rzecz jasna te dość błahe, by mogły trafić do uszu ghuli - nie było dla niego żadną niespodzianką, ale niewiele wiedział o tych przedstawicielach trzody, którzy żywili względem Spokrewnionych nieprzejednaną wrogość. Ukryci w cieniu skomplikowanych struktur Kościoła, inkwizytorzy gotowi byli posunąć się do wszystkiego, by tylko zaszkodzić dzieciom Kaina. Nieobce im były słabości wampirów, potrafili posługiwać się kołkami, benzyną i lustrami odbijającymi słoneczne promienie.
Nicholas Bertrand nigdy jeszcze nie spotkał twarzą w twarz łowcy. Jego skąpa wiedza na temat pogromców wampirów pozwalała jednak domniemywać, że był to groźny przeciwnik, którego nigdy nie wolno zlekceważyć. O tak, najbliższych kilka nocy mogło wiele zmienić w nadnaturalnym życiu Tremere.
Zastanowienie budziła jedynie postawa Księcia. Będąc na jego miejscu Bertrand albo starałby się zatuszować wszelkie ślady Spokrewnionych w mieście, by utrwalić łowców w przeświadczeniu, że w Nowym Orleanie Kainitów już nie ma; albo też posłałby w ciemność nocy zabójców ze starszych pokoleń, dysponujących odpowiednim doświadczeniem i mocami. Zlecenie niebezpiecznej misji koterii tak młodych Spokrewnionych mogło mieć kilka powodów, ale żaden z nich nie przypadł Nicholasowi do gustu: albo Marcel chciał nielubianych młodzików rzucić łowcom na pożarcie albo zamierzał poddać ich specyficznej selekcji.
Przez głowę Bertranda przemknęła jeszcze jedna myśl: że to on właśnie był dla Księcia elementem klanowej układanki przeznaczonym do eliminacji, przez wzgląd na pewne skrywane starannie sekrety, które być może jednak weszły w czyjeś niepożądane posiadanie. Nowoorleański klan Gangreli nie wykonał dotąd w stosunku do członka Piramidy żadnego wrogiego posunięcia, ale to o niczym nie świadczyło - być może zamierzali się posłużyć w tej sprawie rękami samego Księcia?
Takie tam luźne przemyślenia...
Rezydencja Księcia Rubis d'le Nuit - luty 1994
Toreador siedział na sofie coraz bardziej przerażony tym, co słyszał. Nie wiedział, co było gorsze - sam żart Nosferatu, czy reakcja księcia. Niemniej widząc, jak przebiega rozmowa sam wolał się nie wychylać bardziej niż to konieczne. Jedno wiedział na pewno - jego towarzysze bez wątpienia mieli mało do czynienia z etykietą - co najwyżej tą na etykiecie paczki kawy jeszcze za życia.
Tak bardzo jak chciał się nie odzywać, wiedział również, iż ta wątpliwa w tym momencie przyjemność nie ominie Degenerata. Nawet pomimo wejścia Christopher'a i Antony'ego, co uznał za chwilową ulgę. W końcu to właśnie dzięki ich interwercji sprawy nie poszły za daleko w złym kierunku.
- Chciałbym byście się tym zajęli. Co wy na to?
To był ten moment, którego nie mógł zostawić samemu sobie, patrząc po minach pozostałych kainitów w pokoju. Teraz albo nigdy, wstał zatem, skłonił się nisko i powiedział zgodnie z przewidywaniami Bradley'a:
- Oczywiście, Książę, z przyjemnością zajmiemy tą nie cierpiącą zwłoki sprawą, zgodnie z twoim życzeniem. Wybacz proszę ten niesmaczny żart mający tu miejsce chwilę temu, a który wprowadził tylko zbędne zamieszanie - śpiewak w tym momencie spojrzał karcącym wzrokiem na autora tego obrzydliwego wybryku. - Osobiście dopilnuję, by takie nieporozumienia nie miały więcej miejsca. A kto dopilnuje, bym wyszedł z tego cały? zapytał sam siebie w myślach wiedząc, że całe to zadanie prawdopodobnie stanie się jego własną trumną.
Łowcy?, myślał z niepokojem, pozostaje tylko mieć nadzieję, iż pozosttali przy następnej potyczce wykażą się większą kompetencją, albo tym razem nie skończy się na wymianie garderoby. Sam zaś będę musiał ugryźć zagadnienie od strony społecznej, co chyba nie ulega wątpliwości. Mając nadzieję na ostateczne odwrócenie uwagi od konsekwencji głupiego żartu Nosferatu, Silvio dodał jeszcze:
- Czy w takim razie możemy liczyć na więcej informacji na temat tych ataków, w których jesteś posiadaniu?
Toreador siedział na sofie coraz bardziej przerażony tym, co słyszał. Nie wiedział, co było gorsze - sam żart Nosferatu, czy reakcja księcia. Niemniej widząc, jak przebiega rozmowa sam wolał się nie wychylać bardziej niż to konieczne. Jedno wiedział na pewno - jego towarzysze bez wątpienia mieli mało do czynienia z etykietą - co najwyżej tą na etykiecie paczki kawy jeszcze za życia.
Tak bardzo jak chciał się nie odzywać, wiedział również, iż ta wątpliwa w tym momencie przyjemność nie ominie Degenerata. Nawet pomimo wejścia Christopher'a i Antony'ego, co uznał za chwilową ulgę. W końcu to właśnie dzięki ich interwercji sprawy nie poszły za daleko w złym kierunku.
- Chciałbym byście się tym zajęli. Co wy na to?
To był ten moment, którego nie mógł zostawić samemu sobie, patrząc po minach pozostałych kainitów w pokoju. Teraz albo nigdy, wstał zatem, skłonił się nisko i powiedział zgodnie z przewidywaniami Bradley'a:
- Oczywiście, Książę, z przyjemnością zajmiemy tą nie cierpiącą zwłoki sprawą, zgodnie z twoim życzeniem. Wybacz proszę ten niesmaczny żart mający tu miejsce chwilę temu, a który wprowadził tylko zbędne zamieszanie - śpiewak w tym momencie spojrzał karcącym wzrokiem na autora tego obrzydliwego wybryku. - Osobiście dopilnuję, by takie nieporozumienia nie miały więcej miejsca. A kto dopilnuje, bym wyszedł z tego cały? zapytał sam siebie w myślach wiedząc, że całe to zadanie prawdopodobnie stanie się jego własną trumną.
Łowcy?, myślał z niepokojem, pozostaje tylko mieć nadzieję, iż pozosttali przy następnej potyczce wykażą się większą kompetencją, albo tym razem nie skończy się na wymianie garderoby. Sam zaś będę musiał ugryźć zagadnienie od strony społecznej, co chyba nie ulega wątpliwości. Mając nadzieję na ostateczne odwrócenie uwagi od konsekwencji głupiego żartu Nosferatu, Silvio dodał jeszcze:
- Czy w takim razie możemy liczyć na więcej informacji na temat tych ataków, w których jesteś posiadaniu?
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.