Chociaż po Przemianie większość większość fizjologicznych niedogodności w życiu Bertranda znikła bez śladu, nawet kainita nie był całkowicie odporny na efekty uboczne czynników takich jak choćby zbyt bliska eksplozja. W uszach wampira coś dziwnie dźwięczało, a poszarpane odłamkami metalu i kawałkami budulca ciało wysyłało do martwego mózgu sygnały mogące przypominać znany Nicholasowi ze śmiertelnego życia ból.
Tremere pozbierał się niezgrabnie z usłanej drobinami tynku podłogi korytarza, oparł ciężar ciała na mniej pokiereszowanej nodze spoglądając jednocześnie w kierunku wiodących piętro niżej schodów. Jeśli ktoś podłożył ładunek w mieszkaniu kainity z zamiarem jego trwałego unicestwienia, musiał czaić się w pobliżu, by w razie potrzeby dokończyć dzieła zniszczenia. Nicholas obstawił w mig, że skrytobójcy zajęli pozycje poniżej, na parterze lub wokół budynku. Z sąsiednich mieszkań zaczęły dobiegać pierwsze przerażone krzyki, toteż świadomy zagrożenia ze strony przypadkowych świadków Bertrand zrozumiał, że musi czym prędzej czmychnąć z niebezpiecznego obszaru.
Lecząc siłą woli wyrządzone granatem rany, Spokrewniony ruszył czym prędzej na wyższą kondygnację budynku. Na ulicy lada chwila mogła się pojawić policja, a w ślad za nią karetki służb medycznych. O ile konfrontacji ze zwyczajnymi gliniarzami Nicholas wcale się nie lękał, o tyle nawet krótki kontakt z ratownikami groził przypadkowym zdemaskowaniem prawdziwej natury zakrwawionego Tremere - krew nieśmiertelnych istot nie miała niczego wspólnego z vitae rozumnej trzody i pojąłby to bardzo prędko nawet średnio rozgarnięty technik laboratoryjny.
Bertrand poczuł prócz substytutu ludzkiego bólu również autentyczną wściekłość, rodzaj rzadko odczuwanej przez Tremere emocji. Atak z użyciem materiału wybuchowego wyrządził Spokrewnionemu daleko bardziej niepowetowaną stratę niż niewielki krwotok.
Jeśli nie permanentnie, to przynajmniej na bardzo długi czas Nicholas stracił kryjówkę, do której był przywiązany i którą szybko polubił. Będąc Spokrewnionym nie mógł ryzykować udziału w policyjnym śledztwie, prędzej czy później dostałby bowiem wezwanie na spotkanie w normalnych godzinach urzędowania śledczych, czyli w trakcie przeklętego dnia. Zmuszony do zniknięcia z mieszkania, automatycznie ściągał na siebie podejrzenia policji.
Ktokolwiek podłożył ten granat, zyskał w osobie Tremere bardzo wkurzonego nieprzyjaciela.