PBF - Charleston by Night
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium 12.08.1993, docieranie się Koterii
Terry wpatrywał się w Horacego z nieskrywanym zdziwieniem i nawet odrobiną oburzenia. Ze zdziwieniem, bo słowa Nosferatu ukłuły boleśnie, a nie spodziewał się ciosu z tej strony. Z oburzeniem bo pewne świętości zostały naruszone. Słowa starał się wymawiać powoli i bez żalu. Szybko jednak zrozumiał, że zbyt silne emocje zostały w nim wyzwolone by to się udało.
- Aż nie wiem co ci powiedzieć. Czy ty w ogóle słuchałeś co przed chwilą mówiłem? Właśnie dlatego, że łatwo nim manipulować doszło do tej konfrontacji. Paul do niej doprowadził, ale został tak samo użyty jak ja, Belshatzaar czy Darth Namtar. Impuls przyszedł z zewnątrz, dlatego pomysł Mrocznej Pani jest tak dobry. - bardziej wycedził, niż powiedział.
- Co do zaś kpienia z mojej straty w godzinę śmierci mojego nauczyciela... - zacisnął usta i mocno przemielił w nich słowa nim wypuścił je z siebie. - Jest to podłe a ty byłeś ostatnią osobą w tej koterii od której bym się tego spodziewał. Dlatego, że również masz kogoś kogo śmierć byś opłakiwał. Prawdziwie zabolały mnie twoje słowa. Nie zrobiłbym czegoś takiego nawet największemu wrogowi.
Terry wpatrywał się w Horacego z nieskrywanym zdziwieniem i nawet odrobiną oburzenia. Ze zdziwieniem, bo słowa Nosferatu ukłuły boleśnie, a nie spodziewał się ciosu z tej strony. Z oburzeniem bo pewne świętości zostały naruszone. Słowa starał się wymawiać powoli i bez żalu. Szybko jednak zrozumiał, że zbyt silne emocje zostały w nim wyzwolone by to się udało.
- Aż nie wiem co ci powiedzieć. Czy ty w ogóle słuchałeś co przed chwilą mówiłem? Właśnie dlatego, że łatwo nim manipulować doszło do tej konfrontacji. Paul do niej doprowadził, ale został tak samo użyty jak ja, Belshatzaar czy Darth Namtar. Impuls przyszedł z zewnątrz, dlatego pomysł Mrocznej Pani jest tak dobry. - bardziej wycedził, niż powiedział.
- Co do zaś kpienia z mojej straty w godzinę śmierci mojego nauczyciela... - zacisnął usta i mocno przemielił w nich słowa nim wypuścił je z siebie. - Jest to podłe a ty byłeś ostatnią osobą w tej koterii od której bym się tego spodziewał. Dlatego, że również masz kogoś kogo śmierć byś opłakiwał. Prawdziwie zabolały mnie twoje słowa. Nie zrobiłbym czegoś takiego nawet największemu wrogowi.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna; 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Lasombra słuchała uważnie wypowiedzi jej współtowarzyszy notując w pamięci wszystko co mówili. Zastanawiała się też co stało się z Darshanem... jego nagłe zniknięcia wprawiło ją w niemałe zakłopotanie. Nikt jednak specjalnie się tym nie przejął i to tez ją martwiło. Oczywiście, że zaraz po jego zniknięciu stało się wiele innych zajmujących rzeczy... ale w końcu był jednym z nich! Czyżby był to znak tego, jak im na sobie zależało?
- Słuchajcie - zaczęła - nie chodzi o to, żeby Namtara kontrolować... raczej rozumieć i nie dopuszczać do sytuacji, w których puszczają mu nerwy! Mieliśmy okazje go trochę poznać. Wiemy już o nim trochę, prawda? Działajmy tak by mógł skupić się na naszym bezpieczeństwie i ochronie co zdaje się go najbardziej relaksować. My gadamy, on stoi stylu i obserwuje. Jak ktoś próbuje do niego zagadać lub zmanipulować, musimy szybko przerwać kulturalnie ów konwersacje. Ufam, że znamy go już go dość dobrze i myślę, że jesteśmy w stanie rozsądnie wyjść z takiej sytuacji odwróceniem uwagi naszego przypuszczalnego rozmówcy od Assamity. Wiemy już, że nie został wybrany przez przypadek. Może to w nim co teraz w pewien sposób jest dla nas niekontrolowanym problemem, okaże się najlepsza bronią przeciw temu z czym mamy się zmierzyć. Szacunek, nie próba kontroli na siłę... To nam z nim nigdy nie wyjdzie!
- Po drugie, Horacy, właśnie rozmawiamy o wzmacnianiu więzi w koterii, próbie zawiązania chociaż cienia przyjaźni... co wydaje się wciąż dość trudne. Powiedz mi co na wszystkich bogów więc tobą kieruje żeby zwracać się tak do Terrego po tym co się właśnie wydarzyło! i to takim tonem? Czemu to ma służyć!? Jeżeli nawet masz takie przypuszczeni i chciałbyś je wyjaśnić... nie mógł byś chociaż użyć trochę mózgu i swojej empatii? Przepraszam ale nie wiem jak inaczej skomentować twoje zachowanie przed chwilą wobec Terrego... Właśnie o takich sytuacjach mówię... nie ufamy sobie wiec podrzucamy sobie na wzajem podejrzenia i zachowujemy się dwuznacznie zamiast stanowić jedność ! Nie wiem co się stało też z Darshanem. Jest częścią koterii jednak nikt jakoś nie przejął się jego nagłym zniknięciem. Zupełnie nie wiem co się z nim stało... bardzo mnie to martwi - powiedziała szczerze.
- Ten kamień, który otrzymał... był jego i tylko on miał odpowiednie predyspozycje by go używać. To był Dar dla Niego. Kolejna rzecz będąca kwestią szacunku w grupie. Myślę Horacy, że nie powinniśmy się tak przykolegowywać do rzeczy naszego współ-kompana prawda? Nie wiemy czy do nas nie wróci za chwilę... nie wiemy co się stało. Jak by się poczuł gdyby zobaczył swój prezent w twojej kieszeni?
- Nie ukrywam nic związanego z obrazem i grupą zwaną Kruki. Jeśli chcesz badaj sobie go do woli. Trochę zmartwiło mnie to po prostu, może nie słusznie. Chodzi o nasze bezpieczeństwo. Wiem również, że nasze stosunki z Goratrixem to stąpanie po cienkim lodzie... mam jednak nadzieje, że ryzyko jakie podejmujemy nam się opłaci. Musimy być jednak bardzo uważni...
- Nie wiem czy ja mam coś do ukrycia, co ktoś mógłby wykorzystać, żeby podkopać wasze zaufanie do mnie... Wiecie, że zabito mi ojca i mentora, że zrobił to sabat ale prawdopodobnie camarilla przymknęła na to oczy... Również ktoś, kogo bardzo kiedyś kochałam jest teraz w sabacie... jednak jego decyzje i wybory oddaliły moje serce i myśli od niego... Mam nadzieje, że nie spotkamy go na ziemiach sabatu. Jeśli zaś tak i zauważycie, że mój umysł staje się słaby i emocje przejmują kontrolę, pozbierajcie mnie proszę z powrotem jak przyjaciele i pomóżcie przetrwać konfrontacje... to jedyne co może mi się chyba przydarzyć na naszej misji. O niczym innym świadomie nie wiem... I jeżeli cokolwiek innego się wydarzy, będzie to dla mnie równo zaskakujące jak dla was.
Lasombra zakończyła swoją wypowiedź wyraźnie pogrążając się w myślach i wspomnieniach. Lekko nieobecnym wzrokiem omiotła sanktuarium wypatrując w swoim umyśle duchów przeszłości...
Lasombra słuchała uważnie wypowiedzi jej współtowarzyszy notując w pamięci wszystko co mówili. Zastanawiała się też co stało się z Darshanem... jego nagłe zniknięcia wprawiło ją w niemałe zakłopotanie. Nikt jednak specjalnie się tym nie przejął i to tez ją martwiło. Oczywiście, że zaraz po jego zniknięciu stało się wiele innych zajmujących rzeczy... ale w końcu był jednym z nich! Czyżby był to znak tego, jak im na sobie zależało?
- Słuchajcie - zaczęła - nie chodzi o to, żeby Namtara kontrolować... raczej rozumieć i nie dopuszczać do sytuacji, w których puszczają mu nerwy! Mieliśmy okazje go trochę poznać. Wiemy już o nim trochę, prawda? Działajmy tak by mógł skupić się na naszym bezpieczeństwie i ochronie co zdaje się go najbardziej relaksować. My gadamy, on stoi stylu i obserwuje. Jak ktoś próbuje do niego zagadać lub zmanipulować, musimy szybko przerwać kulturalnie ów konwersacje. Ufam, że znamy go już go dość dobrze i myślę, że jesteśmy w stanie rozsądnie wyjść z takiej sytuacji odwróceniem uwagi naszego przypuszczalnego rozmówcy od Assamity. Wiemy już, że nie został wybrany przez przypadek. Może to w nim co teraz w pewien sposób jest dla nas niekontrolowanym problemem, okaże się najlepsza bronią przeciw temu z czym mamy się zmierzyć. Szacunek, nie próba kontroli na siłę... To nam z nim nigdy nie wyjdzie!
- Po drugie, Horacy, właśnie rozmawiamy o wzmacnianiu więzi w koterii, próbie zawiązania chociaż cienia przyjaźni... co wydaje się wciąż dość trudne. Powiedz mi co na wszystkich bogów więc tobą kieruje żeby zwracać się tak do Terrego po tym co się właśnie wydarzyło! i to takim tonem? Czemu to ma służyć!? Jeżeli nawet masz takie przypuszczeni i chciałbyś je wyjaśnić... nie mógł byś chociaż użyć trochę mózgu i swojej empatii? Przepraszam ale nie wiem jak inaczej skomentować twoje zachowanie przed chwilą wobec Terrego... Właśnie o takich sytuacjach mówię... nie ufamy sobie wiec podrzucamy sobie na wzajem podejrzenia i zachowujemy się dwuznacznie zamiast stanowić jedność ! Nie wiem co się stało też z Darshanem. Jest częścią koterii jednak nikt jakoś nie przejął się jego nagłym zniknięciem. Zupełnie nie wiem co się z nim stało... bardzo mnie to martwi - powiedziała szczerze.
- Ten kamień, który otrzymał... był jego i tylko on miał odpowiednie predyspozycje by go używać. To był Dar dla Niego. Kolejna rzecz będąca kwestią szacunku w grupie. Myślę Horacy, że nie powinniśmy się tak przykolegowywać do rzeczy naszego współ-kompana prawda? Nie wiemy czy do nas nie wróci za chwilę... nie wiemy co się stało. Jak by się poczuł gdyby zobaczył swój prezent w twojej kieszeni?
- Nie ukrywam nic związanego z obrazem i grupą zwaną Kruki. Jeśli chcesz badaj sobie go do woli. Trochę zmartwiło mnie to po prostu, może nie słusznie. Chodzi o nasze bezpieczeństwo. Wiem również, że nasze stosunki z Goratrixem to stąpanie po cienkim lodzie... mam jednak nadzieje, że ryzyko jakie podejmujemy nam się opłaci. Musimy być jednak bardzo uważni...
- Nie wiem czy ja mam coś do ukrycia, co ktoś mógłby wykorzystać, żeby podkopać wasze zaufanie do mnie... Wiecie, że zabito mi ojca i mentora, że zrobił to sabat ale prawdopodobnie camarilla przymknęła na to oczy... Również ktoś, kogo bardzo kiedyś kochałam jest teraz w sabacie... jednak jego decyzje i wybory oddaliły moje serce i myśli od niego... Mam nadzieje, że nie spotkamy go na ziemiach sabatu. Jeśli zaś tak i zauważycie, że mój umysł staje się słaby i emocje przejmują kontrolę, pozbierajcie mnie proszę z powrotem jak przyjaciele i pomóżcie przetrwać konfrontacje... to jedyne co może mi się chyba przydarzyć na naszej misji. O niczym innym świadomie nie wiem... I jeżeli cokolwiek innego się wydarzy, będzie to dla mnie równo zaskakujące jak dla was.
Lasombra zakończyła swoją wypowiedź wyraźnie pogrążając się w myślach i wspomnieniach. Lekko nieobecnym wzrokiem omiotła sanktuarium wypatrując w swoim umyśle duchów przeszłości...
Ostatnio zmieniony 13 marca 2017, 23:00 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
Charleston WV, gdzieś na ulicy; 12.08.1993, po zmierzchu
Charleston podnosiło się z popiołów, z szybkością i determinacją, która mogłaby zadziwić wszystkich, którzy go nie znali. Jego wielkie, mechaniczne serce poczynało tętnić ponownie, błyskając światłem latarni, grzmiąc rytmem ruchu ulicznego, szepcząc w krokach przechodniów. Wiatr rozwiał zapach krwi i popiołu. Uprzątnięto szkło i spalone wraki samochodów. Budynki, które jeszcze wczoraj przypominały procesję wynędzniałych rozbitków, kuląc się pod naporem rewolucji i szczerząc zęby potrzaskanych okien -stały teraz prosto, rozjarzone światłem i wypełnione muzyką rozmów. Ciemność krwawiła w nielicznych zaułkach bramach, wypędzona z głównych ulic miasta. Skulona niczym żebraczka obserwowała samotny cień, polujący na tych, którzy sądzili, że udało im się przetrwać najgorsze...
Tym razem nie zabijał. Nie musiał. Zemsta, której dokonał na Belshatzzarze uciszyła głód. Wracając do domu wybrał jedną z nielicznych uliczek, w której latarnie nie paliły się jeszcze. Szedł spokojnie, pogwizdując. Obliczając w myślach, że ma jeszcze ponad pół godziny wolnego. Właściwie czuł się dziwnie lekko. Jakby te wszystkie rzeczy: upadki mitycznych miast, ukryte pod ziemią korytarze, spiski Starszych i ich kłamstwa nie miały znaczenia. Czuł obecność nocy, okrywającej miasto niczym wielki całun. Z tej perspektywy gwiazdy wydawały się tak bardzo odległe... Jakby nigdy nie miały znaczenia... Jakby nigdy nie istniały naprawdę...
Czy istnieje gdzieś wyjście z labiryntu tego szalonego i samotnego snu...? Miejsce, gdzie umierają gwiazdy...
[center]
[/center]
Niespodzianie w głowie Namtara odezwał się znajomy głos, przerywając rozmyślania Łowcy:
- Witaj Aqrab, mam dla ciebie dobre wieści. Barakhaqimu fik!* Obecnie znajduje się w 'Ushshu Al'aqrabi** i razem z silsila Dahirem ustalamy plan działania na najbliższe noce. Członkowie twego bloodline'u zostali poinformowani o tym co dzieje się w Zachodniej Wirginii. Klan liczy na ciebie i modli się o twe zwycięstwo. Nie trać więc wiary. Bracia z twierdzy w Nowym Yorku są pod wrażeniem i radują się z każdej przelanej kropli krwi Niewiernych.
- Cieszę się, że to słyszę Silsila. Dobrze wiedzieć, że jesteś tak blisko. Wiele się wydarzyło, od czasu, gdy rozmawialiśmy wczoraj...
Otworzył umysł, pozwalając by informacje z ostatnich kilkunastu godzin przepłynęły pomiędzy nim a Akramahem. Ponownie ujrzał twarz Tariqa i Goratrixa, Usłyszał swój głos, gdy zawierał umowę z Terrym. Napiął lekko mięśnie, gdy przed oczyma jego ducha jeszcze raz rozegrała się rozmowa z Belshatzzarem. I uśmiechnął się lekko, gdy wspomnienie jego śmierci pozwoliło mu ponownie się rozluźnić. Silsila milczał przez dłuższą chwilę, analizując to, co ujrzał. Wreszcie przemówił za pomocą myśli:
- Mektub. Zemsta w tym przypadku jest równie istotna jak wypełnienie kontraktu dla tak poważanego klienta. Haqim 'alam.*** - rzekł z namysłem. - Po rozmowie z silsila Dahirem i rafiq Vizareshem doszliśmy do wniosku, że jest ona w tej chwili najwyższym priorytetem. Ahraman Yela'an Paul!**** Odnajdź tego psa i zgładź go. Spij jego krew i pożryj jego duszę! Niech Niewierni wiedzą, co spotyka tych, którzy nie szanują świętości naszego Domu.
- Ma sza' Haqim!***** - Morderca wyszczerzył zęby, nie dbając o to, iż każdy kto zobaczyłby go teraz, na tej samotnej, ciemnej uliczne, wziąłby go z pewnością za niebezpiecznego szaleńca. I zapewne, nie pomyliłby się wiele... - Silsila Akramah anta 'adudii, ła anta nasiirii, bika adżuulu ła bika asuulu, ła bika uqaatil!****** Nie wiem tylko, co powiedzą Kuffrowie. Oni kochają komplikować najprostsze sprawy.
- Nie martw się. Członkowie koterii nie sprzeciwią się, gdyż bez ciebie nie przeżyją - odpowiedział szybko Silsila. - W naszej ocenie pójdą za tobą. Poinformuj ich, że nie mają prawa mieszać się w tą sprawę, nawet aktywnie pomagając. To kwestia honoru.
- Afham, raa'irh******* - uśmiech Mordercy stał się jeszcze szerszy.
- Jai'yed.******** Mam zresztą informację, która dla nich także będzie cenna - kontynuował Wezyr. - Dotyczy polityki, którą Niewierni tak lubią. Mamy niepotwierdzone wieści, że Democritus zaprosił do Charleston najbardziej wpływowych Amirów z otaczających ziem. Mam tu na myśli...
W głowie Namtara pojawiły się obrazy przedstawiające kolejne postacie, wraz z informacjami dotyczącymi ich imion i piastowanych godności.
- Na tą chwilę nic więcej nie wiem, ale powinieneś mieć rękę na pulsie. Jeżeli to prawda, będziesz mógł zebrać dane o powstaniu potężnej koterii na szczycie Camarilli. Dahir i ja podejrzewamy, iż w ten sposób Democritus zamierza utrzymać kontrolę nad regionem. Wspólna polityka tak ważnych Amirów oraz obecność Critiasa na pewno odbije swe piętno w szeregach Camarilli. Pozwoli im umocnić się. Miej to na uwadze.
- Labbaika wa sadaika.*********- Morderca skinął głową - Silsila, ten robak, Belshatzzar wypluł z siebie dużo jadu, nim zginął. Powiedział mi, że ktoś zmanipulował ciebie, byś mnie tutaj wysłał... I że ten ktoś może władać Ciemnością, która jest we mnie. Wiem, że Niewierni łżą jak psy i nie ma sensu ufać ich słowom. Jak ktoś miałby zmanipulować ciebie, który wypełniasz wolę Haqima? Chciałem jednak wiedzieć, co mam myśleć, by te kłamstwa nie splamiły mej duszy...
- Nie przejmuj się majaczeniami Niewiernych - uspokoił go Akramah. - W obliczu zagłady jedyne co im zostaje to puste słowa, w których na próżno szukać prawdy. Spojrzałem w gwiazdy i ujrzałem w nich twoje przeznaczenie. To wola Haqima skierowała twe stopy na te ziemie, a nie sztuczki bękartów Khayina. Dopóki zachowasz wiarę, nic nie będzie w stanie cię zranić. Zważ na me słowa, gdyż w gwiazdach zapisane były również próby twego oddania i czystości, której wojownik powinien strzec w swym sercu. Mektub!
- Shukran jaziilan, Silsila. Twoje słowa są zawsze pełne mądrości. Dżazaka'haqimu chajran.********** Wiedziałem, że ten kundel próbuje mnie osłabić... Niech będzie zapomniany na wieki! Zastanawiam się jeszcze, co z ciemnością skrytą pod tą ziemią? Te czarne drzwi... Mogą być kluczem, a to co leży za nimi... Jeśli naprawdę jest tym samym, co mrok w mojej krwi, być może mogłoby nakarmić me cienie, abym stał się silniejszy. Nie wiem. Nie sądzisz, że powinienem tam zejść?
- Masz moją zgodę, ale najpierw musisz wypełnić Kontrakt - przypomniał Silsila. - Oczywiście może zdarzyć się, że on sam cię tam pokieruje. W wielu sytuacjach będziesz musiał zdecydować, tak mówią gwiazdy. Prowadzi cię wiara, skupienie i koncentracja. Mektub. Gwiazdy wiedzą tylko o tym, co pod niebem. To co leży pod miastem jest skryte przed ich spojrzeniem. Wszelako powiedziane jest, że jeżeli ci się uda, wzmocnisz klan na tych ziemiach.
Namtar milczał przez chwilę zastanawiając, się, czy powinien zadać kolejne pytanie. W końcu jednak przełamał się. Zresztą komu innemu mógłby je zadać, jeśli nie Akramahowi? Silsila znał go lepiej, niż on sam znał siebie. Właściwie, to on sprawił, że Morderca stał się tym, kim był, kształtując jego okaleczoną psychikę na nowo. Przekuwając ból, szaleństwo i poszarpane wspomnienia w doskonałe ostrze...
- Mistrzu, myślisz, że to co jest tam na dole może mieć na mnie jakiś wpływ...? - zaczął ostrożnie. - Inny niż wola Haqima? Nie chcę wierzyć, że powinienem bać się ciemności. Jestem nią. A wszystko, czym jestem oddałem Ścieżce. Ale czuję strach wzbierający w sercach Niewiernych. Mam dziwne sny... I ostatnio zastanawiam się, czy na pewno powinienem tu być... Wiem co mówią o Linii Skorpiona. Więc jeśli uważasz, że jest jakakolwiek słabość w mym sercu, czy klątwa w mych żyłach powiedz mi to teraz. Zanim będzie za późno, bym mógł się wycofać. Nie chcę sprowadzić hańby na Klan.
- Takie myśli są jedyną słabością jaka zatruwa twoje serce - odparł spokojnie Wezyr. - Sny i emocje wynikają jedynie z trudnych warunków, w jakich przyszło ci wypełniać Kontrakt. Wielkie zwycięstwa nigdy nie przychodzą łatwo. Gdyby miało cię tam nie być, na pewno zdecydowałbym inaczej. Jestem przekonany że odniesiesz zwycięstwo, a krew Klanu pozwoli ci zniszczyć każdego, kto staje na drodze woli Haqima...
- Dziękuję Mistrzu, zawsze umiesz wskazać mi to, co powinienem czynić i myśleć...- odrzekł Morderca nie kryjąc ulgi. - Wybacz mi tą chwilę słabości, ale zbyt długo już przebywam z Niewiernymi. Brakuje mi Klanu i smaku twej krwi...
- I w takich chwilach wiesz dlaczego masz moją krew w pobliżu. Zadbałem o to. Crimson Rain, da ci to, o co prosisz...
- Shukran Raishi. Ma sza' Haqim! - Namtar ponownie wyszczerzył zęby. W gruncie rzeczy, noc zaczynała się całkiem dobrze. - Bez tego czasem ciężko pracować wśród tych przeklętych Bękartów Khayina. Wallah.***********
- Nie przejmuj się tym. Moja krew da ci siłę, której potrzebujesz - odparł Akramah. - Skup się na zemście i wypełnij swój święty obowiązek. Pamiętaj także o Kontrakcie. Posłuszeństwo Khabar przyniesie ci chwałę. Muszę już kończyć, Aqrab. fi amani Haqim.************ Będę się modlił za twe zwycięstwo.
- I ciebie także, Mistrzu. Eshtaktoulaka.*************
I to było wszystko. Kontakt urwał się. Morderca nie przejął się tym jednak zbytnio. Sama świadomość, że Akramah jest tak blisko napełniała go mieszaniną radości i ekscytacji. Przyspieszył kroku, myśląc o perspektywach, które czekały go już za chwilę...
* arab. Haqim cię pobłogosławił.
** arab. Gnieździe Skorpiona (nazwa twierdzy)
*** arab. Haqim wie lepiej.
**** arab Niech Aryman przeklnie Paula!
***** arab. Dobrodziejstwo Haqima (formułą oznaczająca, że coś się komuś podoba)
****** arab. Silsila Akramah, jesteś moją podporą i wsparciem, przez ciebie wyruszam, przez ciebie walczę, przez ciebie atakuję.
******* arab. Rozumiem, świetnie.
******** arab. Dobrze.
********* arab. Słyszę i jestem posłuszny twym rozkazom.
********** arab. Oby Haqim wynagrodził cię dobrem.
*********** arab. Serio.
************ arab. Niech Haqim ma cię w opiece.
************* arab. Brakuje mi ciebie.
Charleston podnosiło się z popiołów, z szybkością i determinacją, która mogłaby zadziwić wszystkich, którzy go nie znali. Jego wielkie, mechaniczne serce poczynało tętnić ponownie, błyskając światłem latarni, grzmiąc rytmem ruchu ulicznego, szepcząc w krokach przechodniów. Wiatr rozwiał zapach krwi i popiołu. Uprzątnięto szkło i spalone wraki samochodów. Budynki, które jeszcze wczoraj przypominały procesję wynędzniałych rozbitków, kuląc się pod naporem rewolucji i szczerząc zęby potrzaskanych okien -stały teraz prosto, rozjarzone światłem i wypełnione muzyką rozmów. Ciemność krwawiła w nielicznych zaułkach bramach, wypędzona z głównych ulic miasta. Skulona niczym żebraczka obserwowała samotny cień, polujący na tych, którzy sądzili, że udało im się przetrwać najgorsze...
Tym razem nie zabijał. Nie musiał. Zemsta, której dokonał na Belshatzzarze uciszyła głód. Wracając do domu wybrał jedną z nielicznych uliczek, w której latarnie nie paliły się jeszcze. Szedł spokojnie, pogwizdując. Obliczając w myślach, że ma jeszcze ponad pół godziny wolnego. Właściwie czuł się dziwnie lekko. Jakby te wszystkie rzeczy: upadki mitycznych miast, ukryte pod ziemią korytarze, spiski Starszych i ich kłamstwa nie miały znaczenia. Czuł obecność nocy, okrywającej miasto niczym wielki całun. Z tej perspektywy gwiazdy wydawały się tak bardzo odległe... Jakby nigdy nie miały znaczenia... Jakby nigdy nie istniały naprawdę...
Czy istnieje gdzieś wyjście z labiryntu tego szalonego i samotnego snu...? Miejsce, gdzie umierają gwiazdy...
[center]
[/center]Niespodzianie w głowie Namtara odezwał się znajomy głos, przerywając rozmyślania Łowcy:
- Witaj Aqrab, mam dla ciebie dobre wieści. Barakhaqimu fik!* Obecnie znajduje się w 'Ushshu Al'aqrabi** i razem z silsila Dahirem ustalamy plan działania na najbliższe noce. Członkowie twego bloodline'u zostali poinformowani o tym co dzieje się w Zachodniej Wirginii. Klan liczy na ciebie i modli się o twe zwycięstwo. Nie trać więc wiary. Bracia z twierdzy w Nowym Yorku są pod wrażeniem i radują się z każdej przelanej kropli krwi Niewiernych.
- Cieszę się, że to słyszę Silsila. Dobrze wiedzieć, że jesteś tak blisko. Wiele się wydarzyło, od czasu, gdy rozmawialiśmy wczoraj...
Otworzył umysł, pozwalając by informacje z ostatnich kilkunastu godzin przepłynęły pomiędzy nim a Akramahem. Ponownie ujrzał twarz Tariqa i Goratrixa, Usłyszał swój głos, gdy zawierał umowę z Terrym. Napiął lekko mięśnie, gdy przed oczyma jego ducha jeszcze raz rozegrała się rozmowa z Belshatzzarem. I uśmiechnął się lekko, gdy wspomnienie jego śmierci pozwoliło mu ponownie się rozluźnić. Silsila milczał przez dłuższą chwilę, analizując to, co ujrzał. Wreszcie przemówił za pomocą myśli:
- Mektub. Zemsta w tym przypadku jest równie istotna jak wypełnienie kontraktu dla tak poważanego klienta. Haqim 'alam.*** - rzekł z namysłem. - Po rozmowie z silsila Dahirem i rafiq Vizareshem doszliśmy do wniosku, że jest ona w tej chwili najwyższym priorytetem. Ahraman Yela'an Paul!**** Odnajdź tego psa i zgładź go. Spij jego krew i pożryj jego duszę! Niech Niewierni wiedzą, co spotyka tych, którzy nie szanują świętości naszego Domu.
- Ma sza' Haqim!***** - Morderca wyszczerzył zęby, nie dbając o to, iż każdy kto zobaczyłby go teraz, na tej samotnej, ciemnej uliczne, wziąłby go z pewnością za niebezpiecznego szaleńca. I zapewne, nie pomyliłby się wiele... - Silsila Akramah anta 'adudii, ła anta nasiirii, bika adżuulu ła bika asuulu, ła bika uqaatil!****** Nie wiem tylko, co powiedzą Kuffrowie. Oni kochają komplikować najprostsze sprawy.
- Nie martw się. Członkowie koterii nie sprzeciwią się, gdyż bez ciebie nie przeżyją - odpowiedział szybko Silsila. - W naszej ocenie pójdą za tobą. Poinformuj ich, że nie mają prawa mieszać się w tą sprawę, nawet aktywnie pomagając. To kwestia honoru.
- Afham, raa'irh******* - uśmiech Mordercy stał się jeszcze szerszy.
- Jai'yed.******** Mam zresztą informację, która dla nich także będzie cenna - kontynuował Wezyr. - Dotyczy polityki, którą Niewierni tak lubią. Mamy niepotwierdzone wieści, że Democritus zaprosił do Charleston najbardziej wpływowych Amirów z otaczających ziem. Mam tu na myśli...
W głowie Namtara pojawiły się obrazy przedstawiające kolejne postacie, wraz z informacjami dotyczącymi ich imion i piastowanych godności.
- Na tą chwilę nic więcej nie wiem, ale powinieneś mieć rękę na pulsie. Jeżeli to prawda, będziesz mógł zebrać dane o powstaniu potężnej koterii na szczycie Camarilli. Dahir i ja podejrzewamy, iż w ten sposób Democritus zamierza utrzymać kontrolę nad regionem. Wspólna polityka tak ważnych Amirów oraz obecność Critiasa na pewno odbije swe piętno w szeregach Camarilli. Pozwoli im umocnić się. Miej to na uwadze.
- Labbaika wa sadaika.*********- Morderca skinął głową - Silsila, ten robak, Belshatzzar wypluł z siebie dużo jadu, nim zginął. Powiedział mi, że ktoś zmanipulował ciebie, byś mnie tutaj wysłał... I że ten ktoś może władać Ciemnością, która jest we mnie. Wiem, że Niewierni łżą jak psy i nie ma sensu ufać ich słowom. Jak ktoś miałby zmanipulować ciebie, który wypełniasz wolę Haqima? Chciałem jednak wiedzieć, co mam myśleć, by te kłamstwa nie splamiły mej duszy...
- Nie przejmuj się majaczeniami Niewiernych - uspokoił go Akramah. - W obliczu zagłady jedyne co im zostaje to puste słowa, w których na próżno szukać prawdy. Spojrzałem w gwiazdy i ujrzałem w nich twoje przeznaczenie. To wola Haqima skierowała twe stopy na te ziemie, a nie sztuczki bękartów Khayina. Dopóki zachowasz wiarę, nic nie będzie w stanie cię zranić. Zważ na me słowa, gdyż w gwiazdach zapisane były również próby twego oddania i czystości, której wojownik powinien strzec w swym sercu. Mektub!
- Shukran jaziilan, Silsila. Twoje słowa są zawsze pełne mądrości. Dżazaka'haqimu chajran.********** Wiedziałem, że ten kundel próbuje mnie osłabić... Niech będzie zapomniany na wieki! Zastanawiam się jeszcze, co z ciemnością skrytą pod tą ziemią? Te czarne drzwi... Mogą być kluczem, a to co leży za nimi... Jeśli naprawdę jest tym samym, co mrok w mojej krwi, być może mogłoby nakarmić me cienie, abym stał się silniejszy. Nie wiem. Nie sądzisz, że powinienem tam zejść?
- Masz moją zgodę, ale najpierw musisz wypełnić Kontrakt - przypomniał Silsila. - Oczywiście może zdarzyć się, że on sam cię tam pokieruje. W wielu sytuacjach będziesz musiał zdecydować, tak mówią gwiazdy. Prowadzi cię wiara, skupienie i koncentracja. Mektub. Gwiazdy wiedzą tylko o tym, co pod niebem. To co leży pod miastem jest skryte przed ich spojrzeniem. Wszelako powiedziane jest, że jeżeli ci się uda, wzmocnisz klan na tych ziemiach.
Namtar milczał przez chwilę zastanawiając, się, czy powinien zadać kolejne pytanie. W końcu jednak przełamał się. Zresztą komu innemu mógłby je zadać, jeśli nie Akramahowi? Silsila znał go lepiej, niż on sam znał siebie. Właściwie, to on sprawił, że Morderca stał się tym, kim był, kształtując jego okaleczoną psychikę na nowo. Przekuwając ból, szaleństwo i poszarpane wspomnienia w doskonałe ostrze...
- Mistrzu, myślisz, że to co jest tam na dole może mieć na mnie jakiś wpływ...? - zaczął ostrożnie. - Inny niż wola Haqima? Nie chcę wierzyć, że powinienem bać się ciemności. Jestem nią. A wszystko, czym jestem oddałem Ścieżce. Ale czuję strach wzbierający w sercach Niewiernych. Mam dziwne sny... I ostatnio zastanawiam się, czy na pewno powinienem tu być... Wiem co mówią o Linii Skorpiona. Więc jeśli uważasz, że jest jakakolwiek słabość w mym sercu, czy klątwa w mych żyłach powiedz mi to teraz. Zanim będzie za późno, bym mógł się wycofać. Nie chcę sprowadzić hańby na Klan.
- Takie myśli są jedyną słabością jaka zatruwa twoje serce - odparł spokojnie Wezyr. - Sny i emocje wynikają jedynie z trudnych warunków, w jakich przyszło ci wypełniać Kontrakt. Wielkie zwycięstwa nigdy nie przychodzą łatwo. Gdyby miało cię tam nie być, na pewno zdecydowałbym inaczej. Jestem przekonany że odniesiesz zwycięstwo, a krew Klanu pozwoli ci zniszczyć każdego, kto staje na drodze woli Haqima...
- Dziękuję Mistrzu, zawsze umiesz wskazać mi to, co powinienem czynić i myśleć...- odrzekł Morderca nie kryjąc ulgi. - Wybacz mi tą chwilę słabości, ale zbyt długo już przebywam z Niewiernymi. Brakuje mi Klanu i smaku twej krwi...
- I w takich chwilach wiesz dlaczego masz moją krew w pobliżu. Zadbałem o to. Crimson Rain, da ci to, o co prosisz...
- Shukran Raishi. Ma sza' Haqim! - Namtar ponownie wyszczerzył zęby. W gruncie rzeczy, noc zaczynała się całkiem dobrze. - Bez tego czasem ciężko pracować wśród tych przeklętych Bękartów Khayina. Wallah.***********
- Nie przejmuj się tym. Moja krew da ci siłę, której potrzebujesz - odparł Akramah. - Skup się na zemście i wypełnij swój święty obowiązek. Pamiętaj także o Kontrakcie. Posłuszeństwo Khabar przyniesie ci chwałę. Muszę już kończyć, Aqrab. fi amani Haqim.************ Będę się modlił za twe zwycięstwo.
- I ciebie także, Mistrzu. Eshtaktoulaka.*************
I to było wszystko. Kontakt urwał się. Morderca nie przejął się tym jednak zbytnio. Sama świadomość, że Akramah jest tak blisko napełniała go mieszaniną radości i ekscytacji. Przyspieszył kroku, myśląc o perspektywach, które czekały go już za chwilę...
Post pisany wraz z M.G.
* arab. Haqim cię pobłogosławił.
** arab. Gnieździe Skorpiona (nazwa twierdzy)
*** arab. Haqim wie lepiej.
**** arab Niech Aryman przeklnie Paula!
***** arab. Dobrodziejstwo Haqima (formułą oznaczająca, że coś się komuś podoba)
****** arab. Silsila Akramah, jesteś moją podporą i wsparciem, przez ciebie wyruszam, przez ciebie walczę, przez ciebie atakuję.
******* arab. Rozumiem, świetnie.
******** arab. Dobrze.
********* arab. Słyszę i jestem posłuszny twym rozkazom.
********** arab. Oby Haqim wynagrodził cię dobrem.
*********** arab. Serio.
************ arab. Niech Haqim ma cię w opiece.
************* arab. Brakuje mi ciebie.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna; 12.08.1993, tuż po zmierzchu
- Macie rację. Nie taktowne to było. Kto by się mógł spodziewać takiego zachowania po mnie. Ja sam się nie spodziewałem. To chyba przez te wszystkie zdrady i knowania co się mi opatrzyły zeszłej nocy w sali sępów. - potarł czoło - Wiecie... czasem sam już nie wiem w co kto gra. Świat jest pełen manipulacji, dlatego nie zdziwiłbym się gdyby Terry planował zrzucić jakoweś jarzmo. Ale teraz klarownie widzę, że to nie nic innego jak szczere uczucie było. Przykro mi Terry, źle cię osądziłem najwyraźniej.
- Co zaś się tyczy sarkofagu to źle się zrozumieliśmy. Ja tylko przepatruję czy moich rzeczy tu przypadkiem nie ma. Spinka do włosów mi się zawieruszyła. - Nosferatu przeczesał długimi palcami jedną jedyną kępkę, złożoną z kilkunastu włosów z tyłu głowy. - Poza tym porządki robiłem, coś mi się wydaję, że to miejsce będzie spoczynku dla naszego nowego przyjaciela. Wszak nie możemy pozwolić by spał na podłodze, ktoś ustąpić mu musi z racji jego pochodzenia. A skoro cygana chwilowo nie ma, to został wylosowany metodą naturalną na ochotnika. - To mówiąc odstawił flkony z krwią na stole i wskazał miejsce BJ-owi. - Proszę, czujcie się niemal jak u siebie.
- Co zaś się tyczy tego kamulca, to myślę że nasz przyjaciel w ręczniku na głowie będzie szczęśliwy wiedząc że znajdzie go u mnie. Oddam mu go jak tylko o niego zapyta. Nie patrzcie tak na mnie, przecież go jedynie zabezpieczyłem a nii ukradłem. Nie jestem jakimś podłym Ravnoskim... o przepraszam zapomniałem się. Stare przyzwyczajenia, he he...- Horacy spoważniał. - Myślę, że będzie zadowolony że choć kamień odzyska, bo skoro nikt z was nie wziął księgi to gdzie ona jest. Namtar?
Zamyślił się przez chwilę zamierając w bezruchu.
- No dobra dawaj ten obraz, obejrzymy go sobie, gdzie on a tutaj... - oczy Horacego błysnęły ciekawością.
- Macie rację. Nie taktowne to było. Kto by się mógł spodziewać takiego zachowania po mnie. Ja sam się nie spodziewałem. To chyba przez te wszystkie zdrady i knowania co się mi opatrzyły zeszłej nocy w sali sępów. - potarł czoło - Wiecie... czasem sam już nie wiem w co kto gra. Świat jest pełen manipulacji, dlatego nie zdziwiłbym się gdyby Terry planował zrzucić jakoweś jarzmo. Ale teraz klarownie widzę, że to nie nic innego jak szczere uczucie było. Przykro mi Terry, źle cię osądziłem najwyraźniej.
- Co zaś się tyczy sarkofagu to źle się zrozumieliśmy. Ja tylko przepatruję czy moich rzeczy tu przypadkiem nie ma. Spinka do włosów mi się zawieruszyła. - Nosferatu przeczesał długimi palcami jedną jedyną kępkę, złożoną z kilkunastu włosów z tyłu głowy. - Poza tym porządki robiłem, coś mi się wydaję, że to miejsce będzie spoczynku dla naszego nowego przyjaciela. Wszak nie możemy pozwolić by spał na podłodze, ktoś ustąpić mu musi z racji jego pochodzenia. A skoro cygana chwilowo nie ma, to został wylosowany metodą naturalną na ochotnika. - To mówiąc odstawił flkony z krwią na stole i wskazał miejsce BJ-owi. - Proszę, czujcie się niemal jak u siebie.
- Co zaś się tyczy tego kamulca, to myślę że nasz przyjaciel w ręczniku na głowie będzie szczęśliwy wiedząc że znajdzie go u mnie. Oddam mu go jak tylko o niego zapyta. Nie patrzcie tak na mnie, przecież go jedynie zabezpieczyłem a nii ukradłem. Nie jestem jakimś podłym Ravnoskim... o przepraszam zapomniałem się. Stare przyzwyczajenia, he he...- Horacy spoważniał. - Myślę, że będzie zadowolony że choć kamień odzyska, bo skoro nikt z was nie wziął księgi to gdzie ona jest. Namtar?
Zamyślił się przez chwilę zamierając w bezruchu.
- No dobra dawaj ten obraz, obejrzymy go sobie, gdzie on a tutaj... - oczy Horacego błysnęły ciekawością.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993, przed powrotem Darth'a Namtara
Lekkim ukłonem zaakceptował przeprosiny Horacego. Korciło go, by dodatkowo je skomentować, jednak miał pełną świadomość, że wspomniane wcześniej przez Nosferatu relacje wewnątrz Koterii są wystarczająco napięte. Nie miał zamiaru do tego dorzucać swoich trzech groszy.
Przynajmniej do chwili, kiedy Horacy wytłumaczył dlaczego wziął kamień. I wspomniał o księdze.
- Mam nadzieję, że po tym co spotkało Nowego Ravnosa, ktokolwiek ruszył tą księgę będzie miał na tyle zdrowego rozsądku by ukryć ją między innymi tomami w bibliotece. Nie wiemy wciąż co się z nim stało, trochę głupio tykać się zabawek które go zniknęły, tak od razu i bez przygotowania się do tego. Nadmienić również trzeba, że chociaż nikt cię o to nie oskarża, to jednak zapał z jakim "opiekujesz" się takimi przedmiotami, zakrawa o łamanie Siódmego z przykazań Pańskich. A nawet jeśli nie, to sprawia takie wrażenie. - Starał się dobierać słowa w taki sposób, by Nosferatu nie poczuł się atakowany, wszak nie o to mu chodziło. Nie chciał też za bardzo owijać w bawełnę, tak by mieć pewność, że jego słowa w istocie zawrą informację, którą chciał nimi przekazać.
- Darth Namtar... - dodał po chwili z zagadkową miną i palcem wskazującym wyciągniętym ku górze, zwracając się do Czarnej Victorii. - Masz rację, o czcigodna. Nie o kontrolę tu chodzi, a o umiejętne obchodzenie się z narzędziem. Ciężko mieć pretensje do młotka za zbite palce, jeśli nie umie się tego młotka obsługiwać. I dlatego właśnie...
Rozejrzał się nerwowo, upewniając się, że tego o którym mówi, wciąż nie ma pośród nich. Z miną pełną wyczekiwania rozglądał się po zebranych, chyba licząc na jakiś pochlebny komentarz. Ale nikt nic nie powiedział, czekając na ciąg dalszy.
Terry spoważniał. Zanim padły następne słowa, starł z twarzy wszelkie resztki emocji.
- Chcę wiedzieć co się stało w Labolatorium Lasombrytów. Cokolwiek bowiem to było, uczyniło z Łowcy demona jakim się jawi. A my wszyscy usłyszeliśmy o tym plugawym przybytku już zbyt wiele razy, by dalej to ignorować. Chcę wiedzieć, dlaczego mój Mentor musiał umrzeć. I dlaczego umrze Paul. Bo gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości, on jest następny na liście Mordercy. - zamyślił się na krótką chwilkę, po czym nieco ściszonym głosem dodał, ponownie się rozglądając, - Swoją drogą, możemy to wykorzystać, żeby pokazać mu, że jesteśmy po jego stronie. Zaproponować mu, że pomożemy mu go znaleźć, zanim on sam nam oznajmi, że robi sobie przerwę na Paula. A według mnie, powie nam to jeszcze nim dziś słońce wstanie. Dlatego myślę, że jak tylko do nas wróci, powinniśmy.... Ktoś z nas, powinien z nim o tym porozmawiać. Jacyś chętni?
Pytanie zawisło w powietrzu, a Malkavian wyczekiwał odpowiedzi, co rusz nerwowo rozglądając się po sanktuarium, w obawie, że Mroczny Jedi pojawi się, zanim zostanie mu ona udzielona.
Lekkim ukłonem zaakceptował przeprosiny Horacego. Korciło go, by dodatkowo je skomentować, jednak miał pełną świadomość, że wspomniane wcześniej przez Nosferatu relacje wewnątrz Koterii są wystarczająco napięte. Nie miał zamiaru do tego dorzucać swoich trzech groszy.
Przynajmniej do chwili, kiedy Horacy wytłumaczył dlaczego wziął kamień. I wspomniał o księdze.
- Mam nadzieję, że po tym co spotkało Nowego Ravnosa, ktokolwiek ruszył tą księgę będzie miał na tyle zdrowego rozsądku by ukryć ją między innymi tomami w bibliotece. Nie wiemy wciąż co się z nim stało, trochę głupio tykać się zabawek które go zniknęły, tak od razu i bez przygotowania się do tego. Nadmienić również trzeba, że chociaż nikt cię o to nie oskarża, to jednak zapał z jakim "opiekujesz" się takimi przedmiotami, zakrawa o łamanie Siódmego z przykazań Pańskich. A nawet jeśli nie, to sprawia takie wrażenie. - Starał się dobierać słowa w taki sposób, by Nosferatu nie poczuł się atakowany, wszak nie o to mu chodziło. Nie chciał też za bardzo owijać w bawełnę, tak by mieć pewność, że jego słowa w istocie zawrą informację, którą chciał nimi przekazać.
- Darth Namtar... - dodał po chwili z zagadkową miną i palcem wskazującym wyciągniętym ku górze, zwracając się do Czarnej Victorii. - Masz rację, o czcigodna. Nie o kontrolę tu chodzi, a o umiejętne obchodzenie się z narzędziem. Ciężko mieć pretensje do młotka za zbite palce, jeśli nie umie się tego młotka obsługiwać. I dlatego właśnie...
Rozejrzał się nerwowo, upewniając się, że tego o którym mówi, wciąż nie ma pośród nich. Z miną pełną wyczekiwania rozglądał się po zebranych, chyba licząc na jakiś pochlebny komentarz. Ale nikt nic nie powiedział, czekając na ciąg dalszy.
Terry spoważniał. Zanim padły następne słowa, starł z twarzy wszelkie resztki emocji.
- Chcę wiedzieć co się stało w Labolatorium Lasombrytów. Cokolwiek bowiem to było, uczyniło z Łowcy demona jakim się jawi. A my wszyscy usłyszeliśmy o tym plugawym przybytku już zbyt wiele razy, by dalej to ignorować. Chcę wiedzieć, dlaczego mój Mentor musiał umrzeć. I dlaczego umrze Paul. Bo gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości, on jest następny na liście Mordercy. - zamyślił się na krótką chwilkę, po czym nieco ściszonym głosem dodał, ponownie się rozglądając, - Swoją drogą, możemy to wykorzystać, żeby pokazać mu, że jesteśmy po jego stronie. Zaproponować mu, że pomożemy mu go znaleźć, zanim on sam nam oznajmi, że robi sobie przerwę na Paula. A według mnie, powie nam to jeszcze nim dziś słońce wstanie. Dlatego myślę, że jak tylko do nas wróci, powinniśmy.... Ktoś z nas, powinien z nim o tym porozmawiać. Jacyś chętni?
Pytanie zawisło w powietrzu, a Malkavian wyczekiwał odpowiedzi, co rusz nerwowo rozglądając się po sanktuarium, w obawie, że Mroczny Jedi pojawi się, zanim zostanie mu ona udzielona.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993, początek nocy.
Eucharystię przyjął w ciemności, klęcząc na jednolicie czarnej posadzce w komnacie, ukrytej w piwnicy. Modląc się w ciszy czuł, jak smak krwi Silsila przepływa przez jego zmysły szkarłatną falą, przypominającą jednocześnie stal i aksamit. To był jedyny nałóg, któremu był oddany bez reszty. Oczywiście oprócz zabijania... Nie próbował z nim walczyć. W zasadzie, głęboko wewnątrz wierzył, że jest to najpiękniejsza część jego egzystencji. I zawsze gdy ekstaza osiągała apogeum w tej krwawej komunii miał wrażenie, że rozumie... Że przez chwilę może dotknąć tej wielkiej tajemnicy, której blask widział w oczach swych ofiar...
A później powracała Ciemność. A głód, zaspokojony na chwilę, stawał się ukrytym płomieniem w jego żyłach: siłą, która prowadziła do na Ścieżce Zemsty. Z głęboką wdzięcznością wyszeptał ostatnie słowa modlitwy: Haqimumma at'im man at'amanii, łasqi man saqaanii.*
A później schował pustą teraz fiolkę i wstał.
Nastał czas, by wrócić do świata Niewiernych...
[center]***[/center]
Jego wejście do Sanktuarium musiało przerwać jakąś ważną dysputę. Świadczyła o tym cisza i spojrzenia, które przyciągnął zaraz po tym, jak pojawił się w Umbrze. Nie, żeby go to obchodziło. Nie dbał specjalnie o sprawy Kuffrów. Miał im jednak kilka rzeczy do przekazania, a to nie mogło czekać:
- Dwie sprawy - odezwał się na wstępie, zanim ktokolwiek zdołał zareagować. - Pierwsza: mój Klan uznał, że Zemsta ma aktualnie wyższy priorytet niż Kontrakt. Mektub. Moim nadrzędnym zadaniem stało się zabicie Paula. Nie chcę jednak narażać naszej misji, błądząc po mieście i szukając tego psa. Nie mamy na to czasu. Jestem tego cholernie świadom. Zamierzam dogadać się Goratrixem, by wskazał mi, gdzie przebywa ten kanith ibn haram**. Wykończę Paula i wrócę do pracy. Entak seflo***. To nie powinno zająć wiele czasu, wallah. Jako Wasz ochroniarz sugerowałbym współpracę. Ale jeśli nie zechcecie mi pomóc, zajmę się tym sam. W takim przypadku Kontrakt zostanie zerwany i zostaniecie bez ochrony.
- Druga sprawa, w Charleston znaleźli się obecnie ważni Amirowie z okolicznych ziem. Są to: Isaac Goldwin, Ventrue - Książę Baltimore, Claire Winters, Toreador - Księżna Pittsburgha, Evander Killian, Nosferatu - Książę Columbus, Critias, Brujah - Primogen Chicago, Bjorn Jagnow, Malkavian - Książę Charlotte, Emily McCabe, Tremere - Książę Nashville. Wiem, jak wygląda każde z nich. Democritus pragnie zaproponować im stworzenie wspólnej koterii. Pomyślałem, że może wam się przydać ta informacja. Jeśli chcecie zadziałać przeciwko niemu, radziłbym zrobić to, nim zyska potężnych sojuszników.
Przerwał i podszedł do sarkofagu, skąd wyciągnął bojowy pancerz i torbę z bronią. Zakładając kurtkę spojrzał na zebranych. Odbłysk światła zatańczył chwilę na powierzchni ciemnych okularów, a później zatonął w ich głębi.
- Czekam na waszą decyzję - powiedział tylko.
* arab. Haqimie nakarm tego, kto mnie nakarmił i napój tego, kto napoił mnie.
** arab. Zjeb, syn występku.
*** arab. On już ma przejebane.
Eucharystię przyjął w ciemności, klęcząc na jednolicie czarnej posadzce w komnacie, ukrytej w piwnicy. Modląc się w ciszy czuł, jak smak krwi Silsila przepływa przez jego zmysły szkarłatną falą, przypominającą jednocześnie stal i aksamit. To był jedyny nałóg, któremu był oddany bez reszty. Oczywiście oprócz zabijania... Nie próbował z nim walczyć. W zasadzie, głęboko wewnątrz wierzył, że jest to najpiękniejsza część jego egzystencji. I zawsze gdy ekstaza osiągała apogeum w tej krwawej komunii miał wrażenie, że rozumie... Że przez chwilę może dotknąć tej wielkiej tajemnicy, której blask widział w oczach swych ofiar...
A później powracała Ciemność. A głód, zaspokojony na chwilę, stawał się ukrytym płomieniem w jego żyłach: siłą, która prowadziła do na Ścieżce Zemsty. Z głęboką wdzięcznością wyszeptał ostatnie słowa modlitwy: Haqimumma at'im man at'amanii, łasqi man saqaanii.*
A później schował pustą teraz fiolkę i wstał.
Nastał czas, by wrócić do świata Niewiernych...
[center]***[/center]
Jego wejście do Sanktuarium musiało przerwać jakąś ważną dysputę. Świadczyła o tym cisza i spojrzenia, które przyciągnął zaraz po tym, jak pojawił się w Umbrze. Nie, żeby go to obchodziło. Nie dbał specjalnie o sprawy Kuffrów. Miał im jednak kilka rzeczy do przekazania, a to nie mogło czekać:
- Dwie sprawy - odezwał się na wstępie, zanim ktokolwiek zdołał zareagować. - Pierwsza: mój Klan uznał, że Zemsta ma aktualnie wyższy priorytet niż Kontrakt. Mektub. Moim nadrzędnym zadaniem stało się zabicie Paula. Nie chcę jednak narażać naszej misji, błądząc po mieście i szukając tego psa. Nie mamy na to czasu. Jestem tego cholernie świadom. Zamierzam dogadać się Goratrixem, by wskazał mi, gdzie przebywa ten kanith ibn haram**. Wykończę Paula i wrócę do pracy. Entak seflo***. To nie powinno zająć wiele czasu, wallah. Jako Wasz ochroniarz sugerowałbym współpracę. Ale jeśli nie zechcecie mi pomóc, zajmę się tym sam. W takim przypadku Kontrakt zostanie zerwany i zostaniecie bez ochrony.
- Druga sprawa, w Charleston znaleźli się obecnie ważni Amirowie z okolicznych ziem. Są to: Isaac Goldwin, Ventrue - Książę Baltimore, Claire Winters, Toreador - Księżna Pittsburgha, Evander Killian, Nosferatu - Książę Columbus, Critias, Brujah - Primogen Chicago, Bjorn Jagnow, Malkavian - Książę Charlotte, Emily McCabe, Tremere - Książę Nashville. Wiem, jak wygląda każde z nich. Democritus pragnie zaproponować im stworzenie wspólnej koterii. Pomyślałem, że może wam się przydać ta informacja. Jeśli chcecie zadziałać przeciwko niemu, radziłbym zrobić to, nim zyska potężnych sojuszników.
Przerwał i podszedł do sarkofagu, skąd wyciągnął bojowy pancerz i torbę z bronią. Zakładając kurtkę spojrzał na zebranych. Odbłysk światła zatańczył chwilę na powierzchni ciemnych okularów, a później zatonął w ich głębi.
- Czekam na waszą decyzję - powiedział tylko.
* arab. Haqimie nakarm tego, kto mnie nakarmił i napój tego, kto napoił mnie.
** arab. Zjeb, syn występku.
*** arab. On już ma przejebane.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993, powrót Darth'a Namtara
Kiedy Darth Namtar do nich dołączył, w pomieszczeniu natychmiast spadła temperatura odczuwalna. Zawieszone w powietrzu pytanie Malkaviana spadło na podłogę i narobiło huku. Pozornie nikt nie zwrócił na to uwagi, ale też nikt się nie łudził, że mogło to umknąć uwadze Łowcy. On sam zdawał się nie zwracać na ten fakt uwagi, ale Terry wiedział, że on wie.
Nikt się nie odezwał. Nie było chętnych. Assamita przedstawił swoje priorytety, zgodne z przewidywaniami Malkaviana. Dodał informacje o narodzinach Amirzej Koterii. Chętnych dalej nie było.
Ostatni raz przebiegł spojrzeniem po twarzach Koterii, nim zdecydował, że nikt się nie odezwie. Sam też nie był specjalnie chętny, szczególnie po ostatnich wydarzeniach, ale ktoś musiał to zrobić.
- Zabawne, że o tym wspominasz, ponieważ pod twoją nieobecność uzgodniliśmy, że powinniśmy pomóc ci rozwiązać sprawę z Paulem. - nie oglądał się, ale po cichu modlił by nikt go nie sprostował. W jak piękne słowa by tego nie ubrał, ich rozmowę trudno było nazwać "uzgadnianiem" czegokolwiek.
- Raa'irh* - Morderca skinął głową. Na jego twarzy nie drgnął najmniejszy mięsień. - Przyjąłem.
- Wyszliśmy z założenia, że będziesz znacznie skuteczniejszy a my bezpieczniejsi, jeśli nie będzie ci to musiało zawracać głowy. Tak. Co prawda nie zdążyliśmy jeszcze ustalić jak się do tego zabierzemy, bo przerwałeś nam swoim powrotem, ale twój plan wydaje się całkiem całkiem.
Musiał pilnować swoich emocji mówiąc do Assamity. Był na niego zły i był zły, że to on musi z nim rozmawiać. Miał mu wiele do powiedzenia, ale nie sądził by to był ten właściwy temu moment. Nie był też pewien swojego doboru słów, a bardzo nie chciał by zaowocował on obojętnym wzruszeniem ramion Assamity.
- Taka jest właśnie nasza decyzja. Ale zanim wcielimy ją w życie, chcę wiedzieć, co takiego miało miejsce w laboratorium LaSombra. Ten temat wraca natrętnie i chcę wiedzieć.
- Jeśli idzie o mnie, może nie wracać - odparł spokojnie Assamita, poprawiając ułożenie kabury pod kurtką. - Załatwię sprawę z Paulem i będziecie mogli o tym zapomnieć. Mashy?**
Malkavian zadrżał, słysząc odpowiedź Łowcy. Powoli zamrugał oczami, jakby nie dowierzając. Dłonie zwinęły mu się w pięści, ale rozluźnił je zaraz. Uniósł podbródek spoglądając w ciemne jak noc szkła.
- Nie, nie mashy. Zabiłeś dzisiaj mojego wieloletniego mistrza i przyjaciela, i zabiłeś go przez to co tam się stało. Chcę wiedzieć, dlaczego Belshatzaar musiał umrzeć.
Morderca w pierwszym odruchu chciał zignorować Świra. W słowach Terrego brzmiał jednak jakiś nowy ton, coś, co nie pozwalało wrzucić tej wypowiedzi do worka z "narzekaniami Niewiernych" i co sprawiło, że Łowca na chwilę podniósł głowę znad torby z bronią i spojrzał na ojczulka.
- Nie lubię o tym mówić - powiedział spokojnie. - I wolałbym nie musieć. Nie wiem, czy to coś wnosi do sprawy. Martwi pozostają martwi. A przeszłości nie da się zmienić - wzruszył ramionami. W głębi serca jednak podejrzewał, że nie uda mu się wykręcić tak łatwo i że ta rozmowa, której chciałby uniknąć za wszelką cenę zbliża się wielkimi krokami.
- Przyprowadziłem go do ciebie. Dałem ci twoją zemstę, a sam straciłem nauczyciela. Chcę wiedzieć dlaczego. Powiedz mi. - stanowczo odparł Terry, nie przestając patrzeć na swoje odbicie w okularach Mrocznego Jedi. Nie miał zamiaru tym razem ustąpić. W obliczu mordu którego dopuścił się tego wieczoru ich ochroniarz, informacje o które pytał mogły być zbyt istotne, by ustąpić.
** arab. OK?
Kiedy Darth Namtar do nich dołączył, w pomieszczeniu natychmiast spadła temperatura odczuwalna. Zawieszone w powietrzu pytanie Malkaviana spadło na podłogę i narobiło huku. Pozornie nikt nie zwrócił na to uwagi, ale też nikt się nie łudził, że mogło to umknąć uwadze Łowcy. On sam zdawał się nie zwracać na ten fakt uwagi, ale Terry wiedział, że on wie.
Nikt się nie odezwał. Nie było chętnych. Assamita przedstawił swoje priorytety, zgodne z przewidywaniami Malkaviana. Dodał informacje o narodzinach Amirzej Koterii. Chętnych dalej nie było.
Ostatni raz przebiegł spojrzeniem po twarzach Koterii, nim zdecydował, że nikt się nie odezwie. Sam też nie był specjalnie chętny, szczególnie po ostatnich wydarzeniach, ale ktoś musiał to zrobić.
- Zabawne, że o tym wspominasz, ponieważ pod twoją nieobecność uzgodniliśmy, że powinniśmy pomóc ci rozwiązać sprawę z Paulem. - nie oglądał się, ale po cichu modlił by nikt go nie sprostował. W jak piękne słowa by tego nie ubrał, ich rozmowę trudno było nazwać "uzgadnianiem" czegokolwiek.
- Raa'irh* - Morderca skinął głową. Na jego twarzy nie drgnął najmniejszy mięsień. - Przyjąłem.
- Wyszliśmy z założenia, że będziesz znacznie skuteczniejszy a my bezpieczniejsi, jeśli nie będzie ci to musiało zawracać głowy. Tak. Co prawda nie zdążyliśmy jeszcze ustalić jak się do tego zabierzemy, bo przerwałeś nam swoim powrotem, ale twój plan wydaje się całkiem całkiem.
Musiał pilnować swoich emocji mówiąc do Assamity. Był na niego zły i był zły, że to on musi z nim rozmawiać. Miał mu wiele do powiedzenia, ale nie sądził by to był ten właściwy temu moment. Nie był też pewien swojego doboru słów, a bardzo nie chciał by zaowocował on obojętnym wzruszeniem ramion Assamity.
- Taka jest właśnie nasza decyzja. Ale zanim wcielimy ją w życie, chcę wiedzieć, co takiego miało miejsce w laboratorium LaSombra. Ten temat wraca natrętnie i chcę wiedzieć.
- Jeśli idzie o mnie, może nie wracać - odparł spokojnie Assamita, poprawiając ułożenie kabury pod kurtką. - Załatwię sprawę z Paulem i będziecie mogli o tym zapomnieć. Mashy?**
Malkavian zadrżał, słysząc odpowiedź Łowcy. Powoli zamrugał oczami, jakby nie dowierzając. Dłonie zwinęły mu się w pięści, ale rozluźnił je zaraz. Uniósł podbródek spoglądając w ciemne jak noc szkła.
- Nie, nie mashy. Zabiłeś dzisiaj mojego wieloletniego mistrza i przyjaciela, i zabiłeś go przez to co tam się stało. Chcę wiedzieć, dlaczego Belshatzaar musiał umrzeć.
Morderca w pierwszym odruchu chciał zignorować Świra. W słowach Terrego brzmiał jednak jakiś nowy ton, coś, co nie pozwalało wrzucić tej wypowiedzi do worka z "narzekaniami Niewiernych" i co sprawiło, że Łowca na chwilę podniósł głowę znad torby z bronią i spojrzał na ojczulka.
- Nie lubię o tym mówić - powiedział spokojnie. - I wolałbym nie musieć. Nie wiem, czy to coś wnosi do sprawy. Martwi pozostają martwi. A przeszłości nie da się zmienić - wzruszył ramionami. W głębi serca jednak podejrzewał, że nie uda mu się wykręcić tak łatwo i że ta rozmowa, której chciałby uniknąć za wszelką cenę zbliża się wielkimi krokami.
- Przyprowadziłem go do ciebie. Dałem ci twoją zemstę, a sam straciłem nauczyciela. Chcę wiedzieć dlaczego. Powiedz mi. - stanowczo odparł Terry, nie przestając patrzeć na swoje odbicie w okularach Mrocznego Jedi. Nie miał zamiaru tym razem ustąpić. W obliczu mordu którego dopuścił się tego wieczoru ich ochroniarz, informacje o które pytał mogły być zbyt istotne, by ustąpić.
Sigil cooperation
* arab. Świetnie** arab. OK?
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993, powrót Darth'a Namtara
Viktoria bardziej odruchowo niż z prawdziwej potrzeby gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby. Wejście Assamity w takim momencie oczywiście wróżyło nadejście rozmowy, której każdy się chyba obawiał. Wiedziała, że prawdopodobnie nie ma miłych i pięknych wspomnień z tych chwil i bała się trochę o jakąś niekontrolowaną reakcje, jeśli zaczną go naciskać... Jednak Terry miał pełne prawo wiedzieć dlaczego musiał doświadczyć śmierci swojego mentora..., Viktoria również była ciekawa co tak naprawdę tam się stało. Z jakiegoś powodu osoby zaplątane w tą dziwną sprawę były blisko koterii ... może więc tu Assamita się myli i miało to związek ze sprawą. Z lekką obawą postanowiła wesprzeć Ojczulka w tej dyskusji.
- Sprawa Paula jest dla nas jasna i jeśli tylko możemy Ci jakoś pomóc daj nam znać. Rozwiązanie tej kwestii dla nas wszystkich będzie zbawienne. Jednak co do laboratorium Lasombrytów zgadzam się z Terrym... z jakiegoś powodu osoby uwikłane w ten czy inny sposób z tą sprawa pojawiają się dookoła koterii lub w niej samej i kwestia ciągle powraca... Może więc powinniśmy wiedzieć dlaczego? Mnie również nurtuje to, że był to ... kolejny wybryk... mojego klanu. Z jakiegoś powodu mam niejasne przeczucia..., że jest jakieś silne połączenie między nami wszystkimi przez sprawy o których nie mamy pojęcia... i jedną z nich jest ów eksperyment Lasombra... Poza tym Terry ma pełne prawo wiedzieć za co zginął jego mentor... czyż nie?
Wiedziała, że trochę igra z ogniem i obawiała się odpowiedzi... a raczej reakcji.. musieli jednak jakoś dobrnąć do sedna. Sprowokować delikatnie. Inaczej będzie ciężko... bała się jednak jakieś traumatycznej reakcji dlatego dodała szybko...
- Nie uważam, że zrozumiemy to co tam przetrwałeś i rozumiem, że zapewne są to dla ciebie bolesne wspomnienia.... Siła Twojego charakteru mówi sama za siebie.... może jednak jesteś w stanie podzielić się z nami tą informacja?
Miała nadzieje, że uderzyła w właściwy ton...
Viktoria bardziej odruchowo niż z prawdziwej potrzeby gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby. Wejście Assamity w takim momencie oczywiście wróżyło nadejście rozmowy, której każdy się chyba obawiał. Wiedziała, że prawdopodobnie nie ma miłych i pięknych wspomnień z tych chwil i bała się trochę o jakąś niekontrolowaną reakcje, jeśli zaczną go naciskać... Jednak Terry miał pełne prawo wiedzieć dlaczego musiał doświadczyć śmierci swojego mentora..., Viktoria również była ciekawa co tak naprawdę tam się stało. Z jakiegoś powodu osoby zaplątane w tą dziwną sprawę były blisko koterii ... może więc tu Assamita się myli i miało to związek ze sprawą. Z lekką obawą postanowiła wesprzeć Ojczulka w tej dyskusji.
- Sprawa Paula jest dla nas jasna i jeśli tylko możemy Ci jakoś pomóc daj nam znać. Rozwiązanie tej kwestii dla nas wszystkich będzie zbawienne. Jednak co do laboratorium Lasombrytów zgadzam się z Terrym... z jakiegoś powodu osoby uwikłane w ten czy inny sposób z tą sprawa pojawiają się dookoła koterii lub w niej samej i kwestia ciągle powraca... Może więc powinniśmy wiedzieć dlaczego? Mnie również nurtuje to, że był to ... kolejny wybryk... mojego klanu. Z jakiegoś powodu mam niejasne przeczucia..., że jest jakieś silne połączenie między nami wszystkimi przez sprawy o których nie mamy pojęcia... i jedną z nich jest ów eksperyment Lasombra... Poza tym Terry ma pełne prawo wiedzieć za co zginął jego mentor... czyż nie?
Wiedziała, że trochę igra z ogniem i obawiała się odpowiedzi... a raczej reakcji.. musieli jednak jakoś dobrnąć do sedna. Sprowokować delikatnie. Inaczej będzie ciężko... bała się jednak jakieś traumatycznej reakcji dlatego dodała szybko...
- Nie uważam, że zrozumiemy to co tam przetrwałeś i rozumiem, że zapewne są to dla ciebie bolesne wspomnienia.... Siła Twojego charakteru mówi sama za siebie.... może jednak jesteś w stanie podzielić się z nami tą informacja?
Miała nadzieje, że uderzyła w właściwy ton...
Ostatnio zmieniony 25 marca 2017, 23:40 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993.
Przez kilkanaście sekund po prostu gapił się na nich w milczeniu, rozważając to, co właśnie usłyszał. Terry miał rację. I Viktoria także miała rację, nawet pomimo tego, że była kobietą. Nie mógł ignorować faktu, iż temat przeszłości powracał ostatnio natrętnie. Cała ta sprawa była z tym powiązana i chociaż chciał wierzyć, że jest to tylko przypadek, to przecież, gdzieś wewnątrz wiedział, że to ma znaczenie. Poza tym przecież nie wierzył w przypadki...
Wiedział, że powinien im powiedzieć. Był to winny Terremu. Poza tym pamiętał smak ich krwi... Nie sądził jednak, by zdołali zrozumieć. Nie sądził, by próbowali. Byli Kuffr. Podejrzewał, że wykorzystają tą wiedzę przeciwko niemu, aby manipulować i kontrolować... Nie, by miało im się udać, ale... To wszystko tylko zwiększy ból... I sprawi, że będzie mu coraz trudniej panować nad głodem i ciemnością... Z drugiej strony jednak... Nie, nie było drugiej strony. Nie chciał, by sądzili, że jest słaby. To byłoby hańbą nie tylko dla niego, ale i dla Klanu. Powoli odstawił torbę z bronią na podłogę i odruchowo sięgnął do kieszeni, szukając rzeźnickiego haka. Jego palce ześlizgnęły się jednak ze stalowej krzywizny, trafiając na małe, złote serduszko, oplątane zerwanym łańcuszkiem. W jednej chwili wróciły wspomnienia. Krzyk, zapach krwi, kobiecego ciała, pasty do mebli i rozlanej, owocowej herbaty... Melodia, sącząca się z głośnika. Co to było? Strawberry Fields, Beatelsów... Ponownie usłyszał słowa:
[center]It's getting hard to be someone.
But it all works out,
It doesn't matter much to me.[/center]
Złapał się na tym, że świszcze tą melodie cicho, przez zęby i umilkł. Nie chciał, by myśleli, że ich ignoruje. Nie w tej chwili. Właściwie - pomyślał - Czym ja się kurwa przejmuję? Oni nawet nie są realni... Wiedział jednak, że ta świadomość nie zmniejszy bólu. Lecz to nie miało znaczenia. Ból był czymś co rozumiał. Ból był przynajmniej prawdziwy.
- Mashy - odezwał się niespodziewanie. - Powiem wam.
Usiadł na sarkofagu, opierając się o ścianę, ręce złożył na kolanach. Czuł się niepewnie, nie mając w nich broni, ale wiedział, że zabawa nożem nie była aktualnie najlepszym pomysłem. Spojrzał przelotnie na twarze zebranych w pokoju... To było tak cholernie dziwne i nierealne... Sama idea rozmowy z nimi wszystkimi na ten temat. Jednak właściwie nie miał wyboru. I wolał mieć to już za sobą.
- Nie sądzę, by cokolwiek z tego co pamiętam, mogło pomóc. Nie kojarzę niczego, co wiązałoby się ze sprawą. Nie wiedziałem nawet o Paulu, zanim Belshatzzar nie wspomniał o tym psie, wallah - zaczął spokojnie. Pomyślał, że jeśli uda mu się utrzymać ten obojętny, zimny ton, to najprawdopodobniej jakoś przez to przebrnie. A oni nie zdołają dostrzec piekła, skrytego za zasłoną.
- Nie wiem jak to jest być człowiekiem. Nie pamiętam, jak to jest żyć. I nigdy nie widziałem słońca... Ocknąłem się na stole operacyjnym. Pamiętam ogień w żyłach i głód. Przemiana. Każdy z was to zna - wzruszył ramionami. - Później było światło. I ból. Sytuacje, których nie rozumiałem. Skalpele, lampy, więcej bólu...
[center]
[/center]
Przerwał na chwilę. Wbił wzrok gdzieś w ścianę, ponad ich głowami. To trochę pomagało. Mógł poczuć się tak, jakby był tutaj sam. Kiedy odezwał się ponownie jego głos był chłodny i beznamiętny. Tak, jakby mówił o czymś, co właściwie nie miało znaczenia. Co przydarzyło się komuś innemu. Gdzieś, kiedyś, w innym czasie i innej przestrzeni.
- Darklake interesowało usuwanie wspomnień, co miało być kluczem do modyfikacji osobowości. Pierwszym obiektem na którym testował swoje pomysły byłem ja. Duża część tego, co mi zrobiono opiera się na fizycznych uszkodzeniach. Nie da się tego zrekonstruować za pomocą Dominacji. Ani innych sztuczek. Interesował go mózg i układ nerwowy. Nie bawił się w stosowanie znieczulenia. Kołek wystarczył. To prawda, że mózg nie czuje bólu. Ale nerwy... - uśmiechnął się zimno. - Wiecie, z nerwami nie jest już tak różowo.
[center]
[/center]
- Kiedy kończył zostawałem sam, w ciemności. W celi. Nie bardzo rozumiałem wtedy o co chodzi, ani dlaczego jest jak jest. Do dziś tego nie wiem. Jedyne co wiem, to to, że współczucie jest tylko słowem, którym lubią posługiwać się ci, którzy nie mają pojęcia o tym, jak wygląda fashkh* rzeczywistość... W każdym razie światło zwykle oznaczało więcej bólu i dalszy ciąg "badań". Darklakea interesowało wiele rzeczy. Na przykład sposób, w jaki się regenerowaliśmy. Miał na tym punkcie obsesję... Ogień, laser, ostrza, kwas... Przeszedłem chyba wszystko co się da wymyślić. W sumie w tamtym czasie najczęściej słyszałem wrzask. Swój własny. Nawet w cień nauczyłem się zmieniać tylko po to by uciec. Przed bólem...
- W jakiś sposób byłem odporny na jego Dominację. Co oczywiście interesowało go, ale też tworzyło problemy - Morderca uśmiechnął się krzywo - No wiecie... Nie słuchałem poleceń. Więc czasami zostawiał mi światło w celi. Przez wiele godzin. W efekcie kilka razy wydrapałem sobie oczy... Paznokciami.
Spojrzał na swoje dłonie po czym poruszył lekko głową, starając się odprężyć mięśnie ramion. Nie chciał by widzieli, jak bardzo jest spięty. Ale wspomnienia powracały teraz, rozdzierając całun czasu. Wszystkie te lata, gdy próbował o tym zapomnieć, zdawały się tylko snem. Cienką warstwą ziemi na zbyt płytkim grobie, z którego wypełzały koszmary przeszłości, szczerząc spróchniałe zęby w obłąkańczym uśmiechu.
- Nienawidziłem go. A jednocześnie podziwiałem. Robił mi rzeczy, które chciałem zrobić jemu. Metnakah.** Rozumiecie? Mógł je robić, podczas gdy ja mogłem tylko wyć z bólu. Neik... Często myślałem o zmianie ról - potrząsnął głową. - Nie wiem, ile to trwało. Mówili mi, że około roku. Wtedy, to było jak wieczność. Wiecie, nie miałem pojęcia o tym, że istnieje jakieś "gdzieś indziej". Że można egzystować inaczej, poza piekłem i że ciało nie jest jedynie pułapką, z której nie umiem uciec. Myślałem, że to normalne... Nikt nie wyjaśnił mi znaczenia słowa litość, więc niespecjalnie litowałem się nad sobą. W sumie nie zastanawiałem się też, dlaczego. Jedyne co pozostawało to cierpienie, nienawiść, chęć zemsty i to przeklęte wrażenie... Że nie możesz nic zrobić. No i Ciemność. Ciemność pozwoliła mi przetrwać. Stać się czymś... Innym. A kiedy to zrobiłem, dużo się zmieniło...Poczułem ją. Wewnątrz. I przestałem się bać - wyszczerzył zęby. - Zacząłem... Często myśleć o tym, co mógłbym mu zrobić... I pozostałym... Do dziś żałuję, że nie zdołałem zrealizować tych wszystkich planów...
- Bo widzicie, mój Klan, Klan Łowców dowiedział się w końcu. Jeden z mych braci zabił Darklakea. Dał nam możliwość wyrwania się... Z której skorzystaliśmy. Pożerając wszystkich tych, którzy byli tam wtedy... I tym razem to ja byłem tym, który rozlewał krew. I słuchał wrzasków i błagania o litość - uśmiech Assamity przestał przypominać cokolwiek ludzkiego, przywodząc na myśl rzeczy, o których zapominamy, budząc się z koszmarnego snu. I które na zawsze powinny pozostać w ciemności...
- Klan dał mi wybór. I dał mi Ścieżkę. Bez niego byłbym nikim. Bestią w ciemności. Wy tego nie zrozumiecie. Nie liczę na to. Nie wiecie, jak to jest, żyć w piekle nie znając nawet swojego imienia, nie mając żadnego wyobrażenia o tym, że istnieje coś innego. Więc kiedy mówicie do mnie o tych wszystkich głupich, próżnych i pustych sprawach, którymi zajmuje się Camarilla. Kiedy plujecie na honor, jedyną rzecz, która oddziela mnie od Bestii... Kiedy mówicie o własnym bólu a nie widzicie bólu innych istot... Usprawiedliwiacie śmierć, która jest w waszym interesie, lecz potępiacie mnie, bo zabijam dla przyjemności... W czym wasze cele są lepsze? Morderstwo zawsze pozostaje morderstwem... Shem et Duat!*** Bo kiedy mówicie o tym... Wiem, po prostu wiem, że nie macie pojęcia o czym tak naprawdę gadacie... Darujcie mi więc na przyszłość, te cholerne kazania. Aire fe mabda'ak**** Ja widziałem prawdę. A prawda jest taka, że nie ma winy, ani przebaczenia. Jest tylko ból, głód i zemsta. Ten, kto może ranić innych ma po prostu więcej szczęścia, niż reszta tego cholernego świata. I nie stoi za tym żadna pieprzona filozofia, ani żadne wartości. Ten świat jest piekłem. Tylko, że tym razem to ja jestem demonem, który pożera dusze tych, co nie mieli farta...
Potrząsnął głową i zamilkł gwałtownie orientując się, że powiedział za dużo. Powoli uświadomił sobie, że jest coś, co przywróciło go do rzeczywistości. Ostry, pulsujący ból w lewej ręce... Spojrzał na swoje dłonie. W prawej ściskał nóź bojowy. Nie pamiętał kiedy go wyjął. Lewa zaciśnięta była na ostrzu, które musiało przeciąć ciało, zatrzymując się na kościach śródręcza. Powoli rozluźnił palce, zdejmując je z klingi. Ciemne krople spłynęły na płytę sarkofagu, naznaczając ją nierównym ściegiem. Assamita spojrzał na nie, a później podniósł dłoń i zlizał kapiącą z niej krew.
[center]
[/center]
* arab. Pierdolona
** arab. Skurwiel
*** arab. Idźcie do diabła!
**** arab. Chuj z waszymi zasadami.
Przez kilkanaście sekund po prostu gapił się na nich w milczeniu, rozważając to, co właśnie usłyszał. Terry miał rację. I Viktoria także miała rację, nawet pomimo tego, że była kobietą. Nie mógł ignorować faktu, iż temat przeszłości powracał ostatnio natrętnie. Cała ta sprawa była z tym powiązana i chociaż chciał wierzyć, że jest to tylko przypadek, to przecież, gdzieś wewnątrz wiedział, że to ma znaczenie. Poza tym przecież nie wierzył w przypadki...
Wiedział, że powinien im powiedzieć. Był to winny Terremu. Poza tym pamiętał smak ich krwi... Nie sądził jednak, by zdołali zrozumieć. Nie sądził, by próbowali. Byli Kuffr. Podejrzewał, że wykorzystają tą wiedzę przeciwko niemu, aby manipulować i kontrolować... Nie, by miało im się udać, ale... To wszystko tylko zwiększy ból... I sprawi, że będzie mu coraz trudniej panować nad głodem i ciemnością... Z drugiej strony jednak... Nie, nie było drugiej strony. Nie chciał, by sądzili, że jest słaby. To byłoby hańbą nie tylko dla niego, ale i dla Klanu. Powoli odstawił torbę z bronią na podłogę i odruchowo sięgnął do kieszeni, szukając rzeźnickiego haka. Jego palce ześlizgnęły się jednak ze stalowej krzywizny, trafiając na małe, złote serduszko, oplątane zerwanym łańcuszkiem. W jednej chwili wróciły wspomnienia. Krzyk, zapach krwi, kobiecego ciała, pasty do mebli i rozlanej, owocowej herbaty... Melodia, sącząca się z głośnika. Co to było? Strawberry Fields, Beatelsów... Ponownie usłyszał słowa:
[center]It's getting hard to be someone.
But it all works out,
It doesn't matter much to me.[/center]
Złapał się na tym, że świszcze tą melodie cicho, przez zęby i umilkł. Nie chciał, by myśleli, że ich ignoruje. Nie w tej chwili. Właściwie - pomyślał - Czym ja się kurwa przejmuję? Oni nawet nie są realni... Wiedział jednak, że ta świadomość nie zmniejszy bólu. Lecz to nie miało znaczenia. Ból był czymś co rozumiał. Ból był przynajmniej prawdziwy.
- Mashy - odezwał się niespodziewanie. - Powiem wam.
Usiadł na sarkofagu, opierając się o ścianę, ręce złożył na kolanach. Czuł się niepewnie, nie mając w nich broni, ale wiedział, że zabawa nożem nie była aktualnie najlepszym pomysłem. Spojrzał przelotnie na twarze zebranych w pokoju... To było tak cholernie dziwne i nierealne... Sama idea rozmowy z nimi wszystkimi na ten temat. Jednak właściwie nie miał wyboru. I wolał mieć to już za sobą.
- Nie sądzę, by cokolwiek z tego co pamiętam, mogło pomóc. Nie kojarzę niczego, co wiązałoby się ze sprawą. Nie wiedziałem nawet o Paulu, zanim Belshatzzar nie wspomniał o tym psie, wallah - zaczął spokojnie. Pomyślał, że jeśli uda mu się utrzymać ten obojętny, zimny ton, to najprawdopodobniej jakoś przez to przebrnie. A oni nie zdołają dostrzec piekła, skrytego za zasłoną.
- Nie wiem jak to jest być człowiekiem. Nie pamiętam, jak to jest żyć. I nigdy nie widziałem słońca... Ocknąłem się na stole operacyjnym. Pamiętam ogień w żyłach i głód. Przemiana. Każdy z was to zna - wzruszył ramionami. - Później było światło. I ból. Sytuacje, których nie rozumiałem. Skalpele, lampy, więcej bólu...
[center]
[/center]Przerwał na chwilę. Wbił wzrok gdzieś w ścianę, ponad ich głowami. To trochę pomagało. Mógł poczuć się tak, jakby był tutaj sam. Kiedy odezwał się ponownie jego głos był chłodny i beznamiętny. Tak, jakby mówił o czymś, co właściwie nie miało znaczenia. Co przydarzyło się komuś innemu. Gdzieś, kiedyś, w innym czasie i innej przestrzeni.
- Darklake interesowało usuwanie wspomnień, co miało być kluczem do modyfikacji osobowości. Pierwszym obiektem na którym testował swoje pomysły byłem ja. Duża część tego, co mi zrobiono opiera się na fizycznych uszkodzeniach. Nie da się tego zrekonstruować za pomocą Dominacji. Ani innych sztuczek. Interesował go mózg i układ nerwowy. Nie bawił się w stosowanie znieczulenia. Kołek wystarczył. To prawda, że mózg nie czuje bólu. Ale nerwy... - uśmiechnął się zimno. - Wiecie, z nerwami nie jest już tak różowo.
[center]
[/center]- Kiedy kończył zostawałem sam, w ciemności. W celi. Nie bardzo rozumiałem wtedy o co chodzi, ani dlaczego jest jak jest. Do dziś tego nie wiem. Jedyne co wiem, to to, że współczucie jest tylko słowem, którym lubią posługiwać się ci, którzy nie mają pojęcia o tym, jak wygląda fashkh* rzeczywistość... W każdym razie światło zwykle oznaczało więcej bólu i dalszy ciąg "badań". Darklakea interesowało wiele rzeczy. Na przykład sposób, w jaki się regenerowaliśmy. Miał na tym punkcie obsesję... Ogień, laser, ostrza, kwas... Przeszedłem chyba wszystko co się da wymyślić. W sumie w tamtym czasie najczęściej słyszałem wrzask. Swój własny. Nawet w cień nauczyłem się zmieniać tylko po to by uciec. Przed bólem...
- W jakiś sposób byłem odporny na jego Dominację. Co oczywiście interesowało go, ale też tworzyło problemy - Morderca uśmiechnął się krzywo - No wiecie... Nie słuchałem poleceń. Więc czasami zostawiał mi światło w celi. Przez wiele godzin. W efekcie kilka razy wydrapałem sobie oczy... Paznokciami.
Spojrzał na swoje dłonie po czym poruszył lekko głową, starając się odprężyć mięśnie ramion. Nie chciał by widzieli, jak bardzo jest spięty. Ale wspomnienia powracały teraz, rozdzierając całun czasu. Wszystkie te lata, gdy próbował o tym zapomnieć, zdawały się tylko snem. Cienką warstwą ziemi na zbyt płytkim grobie, z którego wypełzały koszmary przeszłości, szczerząc spróchniałe zęby w obłąkańczym uśmiechu.
- Nienawidziłem go. A jednocześnie podziwiałem. Robił mi rzeczy, które chciałem zrobić jemu. Metnakah.** Rozumiecie? Mógł je robić, podczas gdy ja mogłem tylko wyć z bólu. Neik... Często myślałem o zmianie ról - potrząsnął głową. - Nie wiem, ile to trwało. Mówili mi, że około roku. Wtedy, to było jak wieczność. Wiecie, nie miałem pojęcia o tym, że istnieje jakieś "gdzieś indziej". Że można egzystować inaczej, poza piekłem i że ciało nie jest jedynie pułapką, z której nie umiem uciec. Myślałem, że to normalne... Nikt nie wyjaśnił mi znaczenia słowa litość, więc niespecjalnie litowałem się nad sobą. W sumie nie zastanawiałem się też, dlaczego. Jedyne co pozostawało to cierpienie, nienawiść, chęć zemsty i to przeklęte wrażenie... Że nie możesz nic zrobić. No i Ciemność. Ciemność pozwoliła mi przetrwać. Stać się czymś... Innym. A kiedy to zrobiłem, dużo się zmieniło...Poczułem ją. Wewnątrz. I przestałem się bać - wyszczerzył zęby. - Zacząłem... Często myśleć o tym, co mógłbym mu zrobić... I pozostałym... Do dziś żałuję, że nie zdołałem zrealizować tych wszystkich planów...
- Bo widzicie, mój Klan, Klan Łowców dowiedział się w końcu. Jeden z mych braci zabił Darklakea. Dał nam możliwość wyrwania się... Z której skorzystaliśmy. Pożerając wszystkich tych, którzy byli tam wtedy... I tym razem to ja byłem tym, który rozlewał krew. I słuchał wrzasków i błagania o litość - uśmiech Assamity przestał przypominać cokolwiek ludzkiego, przywodząc na myśl rzeczy, o których zapominamy, budząc się z koszmarnego snu. I które na zawsze powinny pozostać w ciemności...
- Klan dał mi wybór. I dał mi Ścieżkę. Bez niego byłbym nikim. Bestią w ciemności. Wy tego nie zrozumiecie. Nie liczę na to. Nie wiecie, jak to jest, żyć w piekle nie znając nawet swojego imienia, nie mając żadnego wyobrażenia o tym, że istnieje coś innego. Więc kiedy mówicie do mnie o tych wszystkich głupich, próżnych i pustych sprawach, którymi zajmuje się Camarilla. Kiedy plujecie na honor, jedyną rzecz, która oddziela mnie od Bestii... Kiedy mówicie o własnym bólu a nie widzicie bólu innych istot... Usprawiedliwiacie śmierć, która jest w waszym interesie, lecz potępiacie mnie, bo zabijam dla przyjemności... W czym wasze cele są lepsze? Morderstwo zawsze pozostaje morderstwem... Shem et Duat!*** Bo kiedy mówicie o tym... Wiem, po prostu wiem, że nie macie pojęcia o czym tak naprawdę gadacie... Darujcie mi więc na przyszłość, te cholerne kazania. Aire fe mabda'ak**** Ja widziałem prawdę. A prawda jest taka, że nie ma winy, ani przebaczenia. Jest tylko ból, głód i zemsta. Ten, kto może ranić innych ma po prostu więcej szczęścia, niż reszta tego cholernego świata. I nie stoi za tym żadna pieprzona filozofia, ani żadne wartości. Ten świat jest piekłem. Tylko, że tym razem to ja jestem demonem, który pożera dusze tych, co nie mieli farta...
Potrząsnął głową i zamilkł gwałtownie orientując się, że powiedział za dużo. Powoli uświadomił sobie, że jest coś, co przywróciło go do rzeczywistości. Ostry, pulsujący ból w lewej ręce... Spojrzał na swoje dłonie. W prawej ściskał nóź bojowy. Nie pamiętał kiedy go wyjął. Lewa zaciśnięta była na ostrzu, które musiało przeciąć ciało, zatrzymując się na kościach śródręcza. Powoli rozluźnił palce, zdejmując je z klingi. Ciemne krople spłynęły na płytę sarkofagu, naznaczając ją nierównym ściegiem. Assamita spojrzał na nie, a później podniósł dłoń i zlizał kapiącą z niej krew.
[center]
[/center]
Regeneruję to 1 obrażenie, które sam sobie pewnie zadałem (-1) PK.
Assamita stara się ukrywać emocje i mówić spokojnie, ale nie najlepiej mu to wychodzi. W środku przeżywa to wszystko dość mocno, co chwilami sprawia, że traci kontrolę nad swoją maską społeczną.
* arab. Pierdolona
** arab. Skurwiel
*** arab. Idźcie do diabła!
**** arab. Chuj z waszymi zasadami.
Ostatnio zmieniony 27 marca 2017, 17:14 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, Sanktuarium po powrocie Assamity
Polowanie na Paula napełniało Bernarda lekkim niepokojem. Brujahowi dziwnym wydawał się fakt, że Assamita nagle zaczął sam manipulować koterią celem osiągniecia klanowego celu. Był niemal pewien, że został poinstruowany przez swych mocodawców, aby postawić ultimatum wciągające kainitów Artahasisa w assamicką vendettę. Bernard dobrze się orientował, że bez ochrony Namtara, staną się bardzo łatwym celem dla wrogów koterii. A to oznaczało, że przeciwnik próbował kolejnej manipulacji, tym razem używając innego kanału, aby uzyskać trochę czasu. Istniało też ogromne prawdopodobieństwo, że rzekomy Paul już został poinformowany przez życzliwych mu informatorów, że Koteria Czerwonego Mędrca ruszyła jego tropem. A wszystko celem utrudnienia lub zadania jak największych strat koterii. BJ musiał przyznać, że perfekcyjny gambit wroga przynosił efekty. Nie mogli zyskać inicjatywy, musząc wykonywać pośrednio rozkazy innych. Sposób w jaki ich przeciwnik blokował posunięcia koterii, zamiast tego samemu przesuwąc wampiry Artahasisa po szachownicy był zaiste godny mistrzów. Uważał, że musi się wypowiedzieć się w tej kwestii i ostrzec wszystkich:
- Koteria nie ma wyjścia i nie masz go ty Namtarze. To sprawa honorowa i oczywiście należy ją uszanować. Moje umiejętności w tej kwestii są do twej dyspozycji Synu Tiamat oraz twego klanu. - Skłonił się z szacunkiem Assamicie. Zgadzał się z pobudkami jakimi kierował się morderca i nie mógł odmówić poparcia:
- Jednakże śpieszę zwrócić uwagę, że polowanie na Paula jest kolejną zręczną manipulacją, podobną do tej jakiej efektem był konflikt na linii Namtar - Fratter Terry, mającym na celu odsunięcie koterii od genezy jej powstania. Z przekraczającym pięćdziesiąt procent prawdopodobieństwem szacuję, że nasz cel, został poinformowany już o tym, że zaczniemy na niego polowanie, przez tę samą istotę, która przesunęła pion Paula i wystawiła go na zbicie.
Potem wysłuchał opowieści Assamity z rosnącym z każdym wypowiedzianym zdaniem oburzeniem.
To... to absolutnie nieakceptowalne! - przyłapał się na tym, że niemal krzyknął, gdy Namtar opowiadał o eksperymentach jakie na nim przeprowadzał Darklake. Dla Wellingtona stąpającego po bardzo ugruntowanej lekarskiej etyce, zachowanie jakiego dopuścił się oprawca było niewyobrażalnym wręcz zbeszczeszczeniem wszystkiego w co wierzył. Nie chodziło o metody jakich się chwytał, bo pewnych technicznych kwestii nie dało się obejść, ale o kwestie etyczne.
Ja rozumiem, że zabiegi moich pacjentów też są bolesne, ale przecież na Boga, oni sami do mnie się zgłaszają. Robią to z własnej nieprzymuszonej woli, ale to co zrobił Synowi Tiamat... To jest skandaliczny brak poszanowania dla jednostki! To jest... Skurwysyństwo!... Przepraszam... - Brujah niemal wybuchł, ale szybko przeprosił sam siebie za niestosowny język jakiego dopuścił się myśląc o Darklake i jego działaniach. Jego twarz i postura przez chwilę przyjęły wyraz lekkiego wstydu. Wyprostował się jednak szybko, skupiając znów na opowieści: Przestań się zachowywać niegodnie. Nie przynoś wstydu wszystkim
Myśli BJ'a szybko skupiły się na innych bardzo ważnych aspektach tego co mówił Namtar. Darklake musiał znać podstawy bardzo rzadkiej dziedziny Taumaturgii. Sądząc bo barbarzyńskich metodach musiał być laikiem, bo dla Bernarda jasne było, że wiele z tego co opowiedział Namtar było żałosnymi z naukowego punktu widzenia próbami nauki na błędach. Gdzie i od kogo nauczył się takiej dyscypliny? Miał zbyt mało informacji aby potwierdzić możliwe hipotezy, ale na tę chwilę najbardziej prawdopodobna wydawała mu się opcja, że uzyskał jej podstawy w akcie diabolizmu.
Assamita skończył swą opowieść zwięzłym opisem swojej życiowej filozofii, bardzo innej od powszechnego ludzkiego spojrzenia. Bernard nie zamierzał tego komentować. On sam także dawno temu przestał postrzegać rzeczywistość jak śmiertelni i wielu kainitów. I choć podążał inną ścieżką, to żywił szacunek do odmienności Mordercy.
Powinienem coś powiedzieć teraz. Pytanie o szczegóły eksperymentów, jakie pozwoliłyby mi dokładniej określić znajomość Taumaturgii będzie nie na miejscu... To chyba musi być straszne mieć amnezję. - zastanowił się przez chwilę, po czym podszedł do Assamity i oznajmił smutną, w jego ocenie dla Namtara prawdę. Uznał jako lekarz, że gorzka diagnoza zapewne lepsza od pozostawiania złudnej nadzieji:
- Niestety Synu Tiamat. Nie będę potrafił przywrócić twych wspomnień sprzed przemiany, nawet tutaj w domu Artahasisa nie mam takich mocy.
Polowanie na Paula napełniało Bernarda lekkim niepokojem. Brujahowi dziwnym wydawał się fakt, że Assamita nagle zaczął sam manipulować koterią celem osiągniecia klanowego celu. Był niemal pewien, że został poinstruowany przez swych mocodawców, aby postawić ultimatum wciągające kainitów Artahasisa w assamicką vendettę. Bernard dobrze się orientował, że bez ochrony Namtara, staną się bardzo łatwym celem dla wrogów koterii. A to oznaczało, że przeciwnik próbował kolejnej manipulacji, tym razem używając innego kanału, aby uzyskać trochę czasu. Istniało też ogromne prawdopodobieństwo, że rzekomy Paul już został poinformowany przez życzliwych mu informatorów, że Koteria Czerwonego Mędrca ruszyła jego tropem. A wszystko celem utrudnienia lub zadania jak największych strat koterii. BJ musiał przyznać, że perfekcyjny gambit wroga przynosił efekty. Nie mogli zyskać inicjatywy, musząc wykonywać pośrednio rozkazy innych. Sposób w jaki ich przeciwnik blokował posunięcia koterii, zamiast tego samemu przesuwąc wampiry Artahasisa po szachownicy był zaiste godny mistrzów. Uważał, że musi się wypowiedzieć się w tej kwestii i ostrzec wszystkich:
- Koteria nie ma wyjścia i nie masz go ty Namtarze. To sprawa honorowa i oczywiście należy ją uszanować. Moje umiejętności w tej kwestii są do twej dyspozycji Synu Tiamat oraz twego klanu. - Skłonił się z szacunkiem Assamicie. Zgadzał się z pobudkami jakimi kierował się morderca i nie mógł odmówić poparcia:
- Jednakże śpieszę zwrócić uwagę, że polowanie na Paula jest kolejną zręczną manipulacją, podobną do tej jakiej efektem był konflikt na linii Namtar - Fratter Terry, mającym na celu odsunięcie koterii od genezy jej powstania. Z przekraczającym pięćdziesiąt procent prawdopodobieństwem szacuję, że nasz cel, został poinformowany już o tym, że zaczniemy na niego polowanie, przez tę samą istotę, która przesunęła pion Paula i wystawiła go na zbicie.
Potem wysłuchał opowieści Assamity z rosnącym z każdym wypowiedzianym zdaniem oburzeniem.
To... to absolutnie nieakceptowalne! - przyłapał się na tym, że niemal krzyknął, gdy Namtar opowiadał o eksperymentach jakie na nim przeprowadzał Darklake. Dla Wellingtona stąpającego po bardzo ugruntowanej lekarskiej etyce, zachowanie jakiego dopuścił się oprawca było niewyobrażalnym wręcz zbeszczeszczeniem wszystkiego w co wierzył. Nie chodziło o metody jakich się chwytał, bo pewnych technicznych kwestii nie dało się obejść, ale o kwestie etyczne.
Ja rozumiem, że zabiegi moich pacjentów też są bolesne, ale przecież na Boga, oni sami do mnie się zgłaszają. Robią to z własnej nieprzymuszonej woli, ale to co zrobił Synowi Tiamat... To jest skandaliczny brak poszanowania dla jednostki! To jest... Skurwysyństwo!... Przepraszam... - Brujah niemal wybuchł, ale szybko przeprosił sam siebie za niestosowny język jakiego dopuścił się myśląc o Darklake i jego działaniach. Jego twarz i postura przez chwilę przyjęły wyraz lekkiego wstydu. Wyprostował się jednak szybko, skupiając znów na opowieści: Przestań się zachowywać niegodnie. Nie przynoś wstydu wszystkim
Myśli BJ'a szybko skupiły się na innych bardzo ważnych aspektach tego co mówił Namtar. Darklake musiał znać podstawy bardzo rzadkiej dziedziny Taumaturgii. Sądząc bo barbarzyńskich metodach musiał być laikiem, bo dla Bernarda jasne było, że wiele z tego co opowiedział Namtar było żałosnymi z naukowego punktu widzenia próbami nauki na błędach. Gdzie i od kogo nauczył się takiej dyscypliny? Miał zbyt mało informacji aby potwierdzić możliwe hipotezy, ale na tę chwilę najbardziej prawdopodobna wydawała mu się opcja, że uzyskał jej podstawy w akcie diabolizmu.
Assamita skończył swą opowieść zwięzłym opisem swojej życiowej filozofii, bardzo innej od powszechnego ludzkiego spojrzenia. Bernard nie zamierzał tego komentować. On sam także dawno temu przestał postrzegać rzeczywistość jak śmiertelni i wielu kainitów. I choć podążał inną ścieżką, to żywił szacunek do odmienności Mordercy.
Powinienem coś powiedzieć teraz. Pytanie o szczegóły eksperymentów, jakie pozwoliłyby mi dokładniej określić znajomość Taumaturgii będzie nie na miejscu... To chyba musi być straszne mieć amnezję. - zastanowił się przez chwilę, po czym podszedł do Assamity i oznajmił smutną, w jego ocenie dla Namtara prawdę. Uznał jako lekarz, że gorzka diagnoza zapewne lepsza od pozostawiania złudnej nadzieji:
- Niestety Synu Tiamat. Nie będę potrafił przywrócić twych wspomnień sprzed przemiany, nawet tutaj w domu Artahasisa nie mam takich mocy.
Ostatnio zmieniony 29 marca 2017, 21:57 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993.
Horacy słuchał Asamity z rosnącym niedowierzaniem. W końcu ocknął się kiedy tamten w końcu skończył. Przyłapał się że ma rozdziawioną ze zdziwienia gębę i stoi jakby zamarł w pół ruchu. Ogarnął się w moment.
No chłopie... brak mi słów. A ja myślałem że ci tylko słonko za życia w głowę za mocno przygrzało na tej waszej wielkiej piaskownicy.
Horacemu było przykro. Mimo, iż Namtar miał najwyraźniej gdzieś, całą życzliwość tego świata.
Jak sam powiedział "prawda jest taka, że nie ma winy, ani przebaczenia. Jest tylko ból, głód i zemsta". Prosty jest ten jego świat, a jednak... jednak nie sposób odmówić mu prawdy w tym skrajnie behawiorystycznym spojrzeniu.
- Cóż... - chrząknął - teraz przynajmniej rozumiemy co się stało. Na pewno wiele cię kosztowały tamte noce. I... choć wiem, że coś takiego jak współczucie nie gości w słowniku twoich uczuć, to... wiedz że jest mi szczerze przykro. Przykro z powodu tego co ci zabrano. A zabrano bardzo dużo. Mówię o twoich wspomnieniach. Jakie by one nie były, były twoje. Kto wie jaką ścieżką szedłeś przed tym wszystkim. I dlaczego. Nie, wspomnień nie powinno się naruszać. Zresztą nie tylko ich. Choć cieszę się, w twoim świecie nie ma już tylko bólu, głodu i zemsty. Ciesze się, wskazano ci ścieżkę honoru, którą kroczysz.
Horacy słuchał Asamity z rosnącym niedowierzaniem. W końcu ocknął się kiedy tamten w końcu skończył. Przyłapał się że ma rozdziawioną ze zdziwienia gębę i stoi jakby zamarł w pół ruchu. Ogarnął się w moment.
No chłopie... brak mi słów. A ja myślałem że ci tylko słonko za życia w głowę za mocno przygrzało na tej waszej wielkiej piaskownicy.
Horacemu było przykro. Mimo, iż Namtar miał najwyraźniej gdzieś, całą życzliwość tego świata.
Jak sam powiedział "prawda jest taka, że nie ma winy, ani przebaczenia. Jest tylko ból, głód i zemsta". Prosty jest ten jego świat, a jednak... jednak nie sposób odmówić mu prawdy w tym skrajnie behawiorystycznym spojrzeniu.
- Cóż... - chrząknął - teraz przynajmniej rozumiemy co się stało. Na pewno wiele cię kosztowały tamte noce. I... choć wiem, że coś takiego jak współczucie nie gości w słowniku twoich uczuć, to... wiedz że jest mi szczerze przykro. Przykro z powodu tego co ci zabrano. A zabrano bardzo dużo. Mówię o twoich wspomnieniach. Jakie by one nie były, były twoje. Kto wie jaką ścieżką szedłeś przed tym wszystkim. I dlaczego. Nie, wspomnień nie powinno się naruszać. Zresztą nie tylko ich. Choć cieszę się, w twoim świecie nie ma już tylko bólu, głodu i zemsty. Ciesze się, wskazano ci ścieżkę honoru, którą kroczysz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993,
Cisza jaka nastała na te kilka długich sekund, po tym jak Darth Namtar skończył opowiadać swoją historię, była bardziej wymowna niż wszelkie słowa, których można by było w tej chwili użyć. Zresztą Terry i tak nie miał pojęcia jakich słów miałby użyć, bo te które wypowiedział Łowca niwelowały potrzebę kolejnych.
I zmieniały wszystko.
"Nie wiem jak to jest być człowiekiem. Nie pamiętam, jak to jest żyć. I nigdy nie widziałem słońca... (...) W sumie w tamtym czasie najczęściej słyszałem wrzask. Swój własny. Nawet w cień nauczyłem się zmieniać tylko po to by uciec. Przed bólem... (...) Wiecie, nie miałem pojęcia o tym, że istnieje jakieś "gdzieś indziej". Że można egzystować inaczej, poza piekłem i że ciało nie jest jedynie pułapką, z której nie umiem uciec. Myślałem, że to normalne..."
Wszelkie "ludzkie" cechy, które wcześniej starali się dostrzec w swoim ochroniarzu, gdzieś uleciały, pozostawiając niesmak po myśli, która teraz wywoływała jedynie wstyd. Darth Namtar był już od dawna poza zasięgiem oraz potrzebą ich ratunku.
Malkavian wspomniał swoją przemianę, która również nie należała do rodzaju wieczorów które chce się powtarzać. Wspomniał tę noc przez chwilę, i właściwie tylko przez słowa Łowcy. Dlatego, że on miał Światło Pańskie za przewodnika w ciemnościach swego koszmaru, Boskie wsparcie, które poznał jeszcze za śmiertelnego życia. Natomiast Mrocznemu Jedi odebrano wszystko o co mógł się oprzeć i wrzucono w ciemność. Jakże trafnym wydawało mu się teraz określenie "Duchu z Otchłani", którym niekiedy tytułował Mordercę. Z uwagi na swoją naturę już nigdy też nie będzie mu dane zobaczyć słońca i w efekcie na wieczność pozostanie Mrocznym Jedi, ponad wszelką wątpliwość przekonanym, że Światło jest kłamstwem a prawdziwa jest tylko ciemność, która go zrodziła, a później...
"Ciemność pozwoliła mi przetrwać. Stać się czymś... Innym.
A kiedy to zrobiłem, dużo się zmieniło...
Poczułem ją. Wewnątrz.
I przestałem się bać"
Zimny dreszcz przeszył Terryego wraz z tymi słowami. Poczuł się jak tamtej koszmarnej nocy, jesienią 1892 roku, kiedy Bärbel Burghardt przesypywała mu się jeszcze przez dłonie. Jakby stało się coś nieodwracalnego i wszystko zostało stracone.
Oto bowiem nie patrzył już na osobę której rany trzeba zasklepić, a umysł wyleczyć.
Stał nie przed "człowiekiem", a przed Chłodem Ciemności narodzonym z Pustki.
I najwyższy był już czas by to w końcu zaakceptować.
Cisza jaka nastała na te kilka długich sekund, po tym jak Darth Namtar skończył opowiadać swoją historię, była bardziej wymowna niż wszelkie słowa, których można by było w tej chwili użyć. Zresztą Terry i tak nie miał pojęcia jakich słów miałby użyć, bo te które wypowiedział Łowca niwelowały potrzebę kolejnych.
I zmieniały wszystko.
"Nie wiem jak to jest być człowiekiem. Nie pamiętam, jak to jest żyć. I nigdy nie widziałem słońca... (...) W sumie w tamtym czasie najczęściej słyszałem wrzask. Swój własny. Nawet w cień nauczyłem się zmieniać tylko po to by uciec. Przed bólem... (...) Wiecie, nie miałem pojęcia o tym, że istnieje jakieś "gdzieś indziej". Że można egzystować inaczej, poza piekłem i że ciało nie jest jedynie pułapką, z której nie umiem uciec. Myślałem, że to normalne..."
Wszelkie "ludzkie" cechy, które wcześniej starali się dostrzec w swoim ochroniarzu, gdzieś uleciały, pozostawiając niesmak po myśli, która teraz wywoływała jedynie wstyd. Darth Namtar był już od dawna poza zasięgiem oraz potrzebą ich ratunku.
Malkavian wspomniał swoją przemianę, która również nie należała do rodzaju wieczorów które chce się powtarzać. Wspomniał tę noc przez chwilę, i właściwie tylko przez słowa Łowcy. Dlatego, że on miał Światło Pańskie za przewodnika w ciemnościach swego koszmaru, Boskie wsparcie, które poznał jeszcze za śmiertelnego życia. Natomiast Mrocznemu Jedi odebrano wszystko o co mógł się oprzeć i wrzucono w ciemność. Jakże trafnym wydawało mu się teraz określenie "Duchu z Otchłani", którym niekiedy tytułował Mordercę. Z uwagi na swoją naturę już nigdy też nie będzie mu dane zobaczyć słońca i w efekcie na wieczność pozostanie Mrocznym Jedi, ponad wszelką wątpliwość przekonanym, że Światło jest kłamstwem a prawdziwa jest tylko ciemność, która go zrodziła, a później...
"Ciemność pozwoliła mi przetrwać. Stać się czymś... Innym.
A kiedy to zrobiłem, dużo się zmieniło...
Poczułem ją. Wewnątrz.
I przestałem się bać"
Zimny dreszcz przeszył Terryego wraz z tymi słowami. Poczuł się jak tamtej koszmarnej nocy, jesienią 1892 roku, kiedy Bärbel Burghardt przesypywała mu się jeszcze przez dłonie. Jakby stało się coś nieodwracalnego i wszystko zostało stracone.
Oto bowiem nie patrzył już na osobę której rany trzeba zasklepić, a umysł wyleczyć.
Stał nie przed "człowiekiem", a przed Chłodem Ciemności narodzonym z Pustki.
I najwyższy był już czas by to w końcu zaakceptować.
Terry nie skomentuje historii werbalnie, jednak świeże łzy mówią same za siebie.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 01 kwietnia 2017, 10:19 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993.
Wpatrywał się w ścieg ciemnych kropel, na szarej płaszczyźnie wieka od sarkofagu. Słowa Niewiernych przepływały mimo niego i poza nim. I wiedział, że żadne z nich nie jest w stanie przeniknąć głębiej, tam, gdzie w mroku krążyły wielkie i głodne cienie. Ich zęby błyszczały, gdy wspomnienia stawały się czernią. Wpatrywał się w we wzór: drobnych, ciemnych kropel...
W końcu, gdy słowa zamilkły i zapadła cisza, tak oczekiwana, podniósł głowę i odezwał cię spokojnie:
- Wiedziałem, że nie zrozumiecie. Nie możecie zrozumieć. Chcielibyście, bym był taki jak wy. Ale ja nie chcę tak. Nie potrzebuję wspomnień. Nie chcę posiadać żadnej przeszłości, która mówiłaby mi, że byłem... Że jestem kimś... Wszystko, co żyło we mnie kiedykolwiek, umarło tam, pod ostrzem skalpela. Nie jestem już tym... Jestem czysty... Nie potrzebuję przeszłości innej, niż ta, którą mam. I nie potrzebuję litości.
Przerwał na chwilę, a kiedy znów odezwał się, jego głos zdawał się brzmieć z bardzo daleka.
- Ponieważ widzicie, to wszystko co się stało sprawiło, że trafiłem na Ścieżkę. I jeśli to miała być cena... A często myślę o tym w ten sposób... To zapłaciłbym ją jeszcze raz... Jeszcze i jeszcze... Tysiąc razy. Bowiem ta jedna rzecz jest warta każdego cierpienia i każdej agonii... Całe to piekło sprawiło, że stałem się tym, czym jestem teraz. Cieniem Otchłani. Ciemności, przy której każda noc jest niczym oślepiające światło, a każda rozpacz stanowi jedynie flirt z pierwotną Pustką. Mektub. Dlatego nie chcę tamtych wspomnień. I nawet gdybym mógł je odzyskać, nie zrobiłbym tego... I to jest miejsce, w którym nasze drogi rozeszły się, prawda? - uśmiechnął się zimno, spoglądając na nich spoza ciemnych szkieł. - Wiem o tym. Choć wy pewnie o tym nie myślicie zbyt często. W każdym razie teraz mogliście pojąc kilka rzeczy... Jeśli o mnie chodzi, to wystarczy, że zrozumiecie, co powiedziałem i nie będziecie próbować nurkować w wodach, których nie znacie. Niczego więcej nie potrzebuję. Wallah. To tyle, co mam do powiedzenia.
Oblizał krew, która poczęła już zasychać na klindze noża bojowego i schował ostrze do pochwy przy pasie. I choć wiedział, że Niewierni prawdopodobnie nie zrozumieli większości jego słów, czuł się dziwnie spokojny. Tak jakby wydarzyło się to, co miało się stać. I jakiś rozdział został zamknięty. Cokolwiek nie miało to znaczyć.
Wpatrywał się w ścieg ciemnych kropel, na szarej płaszczyźnie wieka od sarkofagu. Słowa Niewiernych przepływały mimo niego i poza nim. I wiedział, że żadne z nich nie jest w stanie przeniknąć głębiej, tam, gdzie w mroku krążyły wielkie i głodne cienie. Ich zęby błyszczały, gdy wspomnienia stawały się czernią. Wpatrywał się w we wzór: drobnych, ciemnych kropel...
W końcu, gdy słowa zamilkły i zapadła cisza, tak oczekiwana, podniósł głowę i odezwał cię spokojnie:
- Wiedziałem, że nie zrozumiecie. Nie możecie zrozumieć. Chcielibyście, bym był taki jak wy. Ale ja nie chcę tak. Nie potrzebuję wspomnień. Nie chcę posiadać żadnej przeszłości, która mówiłaby mi, że byłem... Że jestem kimś... Wszystko, co żyło we mnie kiedykolwiek, umarło tam, pod ostrzem skalpela. Nie jestem już tym... Jestem czysty... Nie potrzebuję przeszłości innej, niż ta, którą mam. I nie potrzebuję litości.
Przerwał na chwilę, a kiedy znów odezwał się, jego głos zdawał się brzmieć z bardzo daleka.
- Ponieważ widzicie, to wszystko co się stało sprawiło, że trafiłem na Ścieżkę. I jeśli to miała być cena... A często myślę o tym w ten sposób... To zapłaciłbym ją jeszcze raz... Jeszcze i jeszcze... Tysiąc razy. Bowiem ta jedna rzecz jest warta każdego cierpienia i każdej agonii... Całe to piekło sprawiło, że stałem się tym, czym jestem teraz. Cieniem Otchłani. Ciemności, przy której każda noc jest niczym oślepiające światło, a każda rozpacz stanowi jedynie flirt z pierwotną Pustką. Mektub. Dlatego nie chcę tamtych wspomnień. I nawet gdybym mógł je odzyskać, nie zrobiłbym tego... I to jest miejsce, w którym nasze drogi rozeszły się, prawda? - uśmiechnął się zimno, spoglądając na nich spoza ciemnych szkieł. - Wiem o tym. Choć wy pewnie o tym nie myślicie zbyt często. W każdym razie teraz mogliście pojąc kilka rzeczy... Jeśli o mnie chodzi, to wystarczy, że zrozumiecie, co powiedziałem i nie będziecie próbować nurkować w wodach, których nie znacie. Niczego więcej nie potrzebuję. Wallah. To tyle, co mam do powiedzenia.
Oblizał krew, która poczęła już zasychać na klindze noża bojowego i schował ostrze do pochwy przy pasie. I choć wiedział, że Niewierni prawdopodobnie nie zrozumieli większości jego słów, czuł się dziwnie spokojny. Tak jakby wydarzyło się to, co miało się stać. I jakiś rozdział został zamknięty. Cokolwiek nie miało to znaczyć.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993.
Lasombra milczała, zasłuchana w opowieść o cieniach kłębiących się w ciemnościach. Cieniach zbrojnych w kły i pazury. O otchłani, która zabiera dusze, pożera szczątki ludzkich wspomnień... Znała to uczucie. Jest pewna granica, której ona nigdy nie przekroczyła, próg przez wrota do Otchłani, w której Namtar zdawał się zanurzać całkowicie. Znała ten cierpki smak strachu, gdy zbyt często używała swojej klanowej dyscypliny, gdy ciemność wołała ją, przeciągała jej duszę na drugą stronę... zresztą, znała historię tych, co zrobili to o jeden raz za dużo...
Fascynowało ją to i przerażało za razem...
Czasami poznanie tajemnicy tak bardzo kusiło..,
Czasami gdy była bardzo blisko zdawało jej się, że tam jest to, czego naprawdę poszukuje... wolności: by chcieć nic, oczekiwać nic, liczyć na nic. Po prostu zanurzyć się w ciemności i dać się jej ponieść, jak falom Czarnego Oceanu.
Chwilę zajęło jej zorientowanie się jak bardzo część jej tego pragnie. Szybko jednak otrząsnęła się z tego złudnego snu. Jak mogła tak pomyśleć! Zna przecież konsekwencje poddania się tej ciemności!
Jej umysł mieszał się wśród swoich myśli okraszonych opowieścią Namtara. To, przez co przeszedł, wiele wyjaśniło. Utrata wspomnień również. I to, że nie mając nic, co określało by jego tożsamość musi trzymać się kurczowo tego, co ma by pamiętać kim jest. Swojej ścieżki, swoich przełożonych z klanu nawet... jeśli ci też nieźle nim manipulują...
Assamita zakończył swoją ostatnią wypowiedź i znowu zapadła cisza.
- Zapewne, nie zrozumiemy, nie mamy twoich doświadczeń i co innego nas ukształtowało. Mamy swoją przeszłość. Ona narzuca nam formę, której nie możemy odrzucić. Może nie chcemy. Ale zapewniam cię, że twoja historia uświadomiła nam wiele rzeczy, szczególnie sposób Twojego działania, który czasem wydawał się... ekscentryczny. Myślę, że teraz nam będzie łatwej zaakceptować twoją inność i ją uszanować.... Jestem naprawdę wdzięczna, że podzieliłeś się tym z nami... nawet jeśli w środku zapłaciłeś wysoką cenę... za wspomnienia.
- BJ - odwróciła się w stronę Bernarda - Uważam, że masz rację w sprawie Paula... ale po tym co tu usłyszeliśmy... nie sądzę, żeby cokolwiek mogło zatrzymać Namtara przed zemstą na Tremere... Nie zależnie co zrobimy... Myślę, że więc lepiej współdziałać i być świadomym pułapki. Nie sądzę, żeby cokolwiek mogło odsunąć naszego ochroniarza od tej sprawy.. a bez niego jesteśmy zupełnie odsłonięci na wszelkie ataki!
Lasombra milczała, zasłuchana w opowieść o cieniach kłębiących się w ciemnościach. Cieniach zbrojnych w kły i pazury. O otchłani, która zabiera dusze, pożera szczątki ludzkich wspomnień... Znała to uczucie. Jest pewna granica, której ona nigdy nie przekroczyła, próg przez wrota do Otchłani, w której Namtar zdawał się zanurzać całkowicie. Znała ten cierpki smak strachu, gdy zbyt często używała swojej klanowej dyscypliny, gdy ciemność wołała ją, przeciągała jej duszę na drugą stronę... zresztą, znała historię tych, co zrobili to o jeden raz za dużo...
Fascynowało ją to i przerażało za razem...
Czasami poznanie tajemnicy tak bardzo kusiło..,
Czasami gdy była bardzo blisko zdawało jej się, że tam jest to, czego naprawdę poszukuje... wolności: by chcieć nic, oczekiwać nic, liczyć na nic. Po prostu zanurzyć się w ciemności i dać się jej ponieść, jak falom Czarnego Oceanu.
Chwilę zajęło jej zorientowanie się jak bardzo część jej tego pragnie. Szybko jednak otrząsnęła się z tego złudnego snu. Jak mogła tak pomyśleć! Zna przecież konsekwencje poddania się tej ciemności!
Jej umysł mieszał się wśród swoich myśli okraszonych opowieścią Namtara. To, przez co przeszedł, wiele wyjaśniło. Utrata wspomnień również. I to, że nie mając nic, co określało by jego tożsamość musi trzymać się kurczowo tego, co ma by pamiętać kim jest. Swojej ścieżki, swoich przełożonych z klanu nawet... jeśli ci też nieźle nim manipulują...
Assamita zakończył swoją ostatnią wypowiedź i znowu zapadła cisza.
- Zapewne, nie zrozumiemy, nie mamy twoich doświadczeń i co innego nas ukształtowało. Mamy swoją przeszłość. Ona narzuca nam formę, której nie możemy odrzucić. Może nie chcemy. Ale zapewniam cię, że twoja historia uświadomiła nam wiele rzeczy, szczególnie sposób Twojego działania, który czasem wydawał się... ekscentryczny. Myślę, że teraz nam będzie łatwej zaakceptować twoją inność i ją uszanować.... Jestem naprawdę wdzięczna, że podzieliłeś się tym z nami... nawet jeśli w środku zapłaciłeś wysoką cenę... za wspomnienia.
- BJ - odwróciła się w stronę Bernarda - Uważam, że masz rację w sprawie Paula... ale po tym co tu usłyszeliśmy... nie sądzę, żeby cokolwiek mogło zatrzymać Namtara przed zemstą na Tremere... Nie zależnie co zrobimy... Myślę, że więc lepiej współdziałać i być świadomym pułapki. Nie sądzę, żeby cokolwiek mogło odsunąć naszego ochroniarza od tej sprawy.. a bez niego jesteśmy zupełnie odsłonięci na wszelkie ataki!
Ostatnio zmieniony 06 kwietnia 2017, 01:31 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993.
- Odsłonięci na wszelkie ataki... to na pewno - przytaknął jakby do siebie samego Nosferatu - Namtar jest jak wieża na szachownicy, zbij pionka czyli nas a ona zbije ciebie. Jednak ktoś sprytnie przesunął inne figury i teraz wieża musi się przemieścić... Myślę, że ten wyścig w którym bierzemy jest jednak dużo ważniejszy i ktoś zdecydował poświęcić mniej ważną dla niego rzecz. Czyli życie Paula.
Horacy zaczął dreptać w te i we w te.
- Nie dziwię się, że nie chcesz poznać swojej przeszłości. To co pamiętasz wystarcza by napełnić cię rządzą zemsty, pcha do porzucenia działań jakie miałeś wykonywać, zmienia tor twego działania. Skoro tak działania wspomnienia nic dziwnego że nie chcesz ich mieć. Jednak, skoro nie wiesz dlaczego się znalazłeś w laboratorium, dlaczego spotkało cię tam to co cię spotkało. Czy to była kara, przypadek a może nagroda czy tez zapłata za nieśmiertelność? Bo czemu by nie. nawet ja byłbym gotowy wycierpieć wiele dla niektórych, spraw. Może sam zdecydowałeś się na udział w eksperymencie zdając sobie sprawę z jego bolesności oraz z tego że będzie się ciągnął latami. Jakkolwiek to absurdalnie brzmi, patrzę na to co bezwiednie zrobiłeś sobie przed chwilą ze swoją ręką i wydaje mi się, że jesteś jedyną osobą którą mógłbym sobie wyobrazić, która świadomie mogła by pójść na taki układ. Bowiem ból jest ci bratem. Nie boisz się go. Gdybym był na twoim miejscu wpierw odkryłbym swą przeszłość by być pewny, że nie łamię swojego słowa, którego nie pamiętam. Chciałbym odzyskać tez pamięć po to by być jak pozostali bracia idący ścieżką, bo co prawda nie znam waszych zwyczajów ale zakładam, że ci którzy są nad tobą posiadają wspomnienia. Prawda? Czy pytałeś swoich mistrzów kiedyś czy są jakieś wartościowe elementy bądź cechy które zachowali ze swego ludzkiego życia? Może nie wszystko jest złe, może jest tam i siła z której czerpią, wartości, jak honor i temu podobne...
Horacy zorientował się, że czuje na sobie zdziwione spojrzenia członków koterii. Bycie w centrum uwagi nieco go zmieszało, zawsze wolał by były tam jego rzeźby niźli postać.
Czemu do cholery oni się tak na mnie patrzą. Dobra dosyć tych pierdalansów, pora kończyć...
Klasnął w dłonie i zatarł je jakby chciał przeciąć ten dziwny korowód emocji jaki powstał w pokoju. Odezwał się raz jeszcze nim ktokolwiek mu przerwał.
- A czy zechcesz mi jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie Namtarze? Jak skończysz z Paulem to czy nie zaczniesz aby od razu szukać następnego odpowiedzialnego, Czy może raczej dokończysz kontrakt? Chciałbym to wiedzieć zanim zapytam o to jak byśmy mogli ci pomóc. I czy w ogóle interesuje cię nasza pomoc. Bo może, zwyczajnie gardzisz wsparciem kufrów.
- Odsłonięci na wszelkie ataki... to na pewno - przytaknął jakby do siebie samego Nosferatu - Namtar jest jak wieża na szachownicy, zbij pionka czyli nas a ona zbije ciebie. Jednak ktoś sprytnie przesunął inne figury i teraz wieża musi się przemieścić... Myślę, że ten wyścig w którym bierzemy jest jednak dużo ważniejszy i ktoś zdecydował poświęcić mniej ważną dla niego rzecz. Czyli życie Paula.
Horacy zaczął dreptać w te i we w te.
- Nie dziwię się, że nie chcesz poznać swojej przeszłości. To co pamiętasz wystarcza by napełnić cię rządzą zemsty, pcha do porzucenia działań jakie miałeś wykonywać, zmienia tor twego działania. Skoro tak działania wspomnienia nic dziwnego że nie chcesz ich mieć. Jednak, skoro nie wiesz dlaczego się znalazłeś w laboratorium, dlaczego spotkało cię tam to co cię spotkało. Czy to była kara, przypadek a może nagroda czy tez zapłata za nieśmiertelność? Bo czemu by nie. nawet ja byłbym gotowy wycierpieć wiele dla niektórych, spraw. Może sam zdecydowałeś się na udział w eksperymencie zdając sobie sprawę z jego bolesności oraz z tego że będzie się ciągnął latami. Jakkolwiek to absurdalnie brzmi, patrzę na to co bezwiednie zrobiłeś sobie przed chwilą ze swoją ręką i wydaje mi się, że jesteś jedyną osobą którą mógłbym sobie wyobrazić, która świadomie mogła by pójść na taki układ. Bowiem ból jest ci bratem. Nie boisz się go. Gdybym był na twoim miejscu wpierw odkryłbym swą przeszłość by być pewny, że nie łamię swojego słowa, którego nie pamiętam. Chciałbym odzyskać tez pamięć po to by być jak pozostali bracia idący ścieżką, bo co prawda nie znam waszych zwyczajów ale zakładam, że ci którzy są nad tobą posiadają wspomnienia. Prawda? Czy pytałeś swoich mistrzów kiedyś czy są jakieś wartościowe elementy bądź cechy które zachowali ze swego ludzkiego życia? Może nie wszystko jest złe, może jest tam i siła z której czerpią, wartości, jak honor i temu podobne...
Horacy zorientował się, że czuje na sobie zdziwione spojrzenia członków koterii. Bycie w centrum uwagi nieco go zmieszało, zawsze wolał by były tam jego rzeźby niźli postać.
Czemu do cholery oni się tak na mnie patrzą. Dobra dosyć tych pierdalansów, pora kończyć...
Klasnął w dłonie i zatarł je jakby chciał przeciąć ten dziwny korowód emocji jaki powstał w pokoju. Odezwał się raz jeszcze nim ktokolwiek mu przerwał.
- A czy zechcesz mi jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie Namtarze? Jak skończysz z Paulem to czy nie zaczniesz aby od razu szukać następnego odpowiedzialnego, Czy może raczej dokończysz kontrakt? Chciałbym to wiedzieć zanim zapytam o to jak byśmy mogli ci pomóc. I czy w ogóle interesuje cię nasza pomoc. Bo może, zwyczajnie gardzisz wsparciem kufrów.
Ostatnio zmieniony 06 kwietnia 2017, 22:09 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein