"Kufel Bajarza"; 26 orakt-ran
Pozostawiony samemu sobie w kącie gwarnej sali, Milcarr jał nieśpiesznie łowiąc jednocześnie słuchem strzępy prowadzonych wokół rozmów. Ślepota doskwierała mu wyjątkowo dokuczliwie, był bowiem świadomy tego, że w domu w skrytce pod podłogą trzymał niemal pełen flakon święconej wody z przybytku graamitów - musiał jednak oszczędzać ów cudowny specyfik, bo Eco podejrzewał, że nie zdoła już więcej ukraść z zasobów miejskiej straży. Skazany zatem tego dnia wyłącznie na słuch i węch, Milcarr łowił palcami w misce kawałki jadła, żując je starannie i dumając nad swym nieszczęśliwym żywotem.
Wokół niosły się dźwięki rozmów o ekscytujących walkach niewolników i potworów na Szmaragdowej Arenie; o zgonach, narodzinach i ślubach w znaczących rodach Ostrogaru, o wojnie kupieckiej w miejskich portach; o wieściach z dalekich krain przywożonych do stolicy przez pielgrzymów i żołdaków. Przysłuchując im się bez większego zainteresowania, Milcarr zaczął się zastanawiać nad coraz dłuższą nieobecnością mistrza Sureliona. Kielich Magii skazał się dobrowolnie na odosobnienie wiodąc w sobie tylko znanym miejscu wielodniowe medytacje nad sprawami, które nie powinny były interesować zwyczajnych śmiertelników. Mieszaniec doskonale rozumiał taki stan rzeczy, wszelako nieco mu zaczynało brakować promieniującej spokojem i charyzmą osoby Boga Bogów.
- To ja, Silvaran - powiedział ściszonym głosem ktoś, kto usiadł na ławie obok Ślepaka. Wspólnik Nanatara wyciągnął nogi pod stolikiem, przysunął się bliżej niewidomego nożownika.
- Masz jakiegoś dobrego druha, który chciałby odnowić z tobą znajomość? - spytał pozornie beztroskim tonem Silvaran, ale Milcarr natychmiast poczuł zaniepokojenie znaczeniem pytania.
- Mam wyłącznie dobrych druhów - odparł wzruszając niedbale ramionami - Pewnie ktoś mnie z kimś pomylił.
- Mam taką nadzieję - powiedział Silvaran - Bo widzisz, chodzą od samiuśkiego rana tacy jedni po karczmach i tawernach, nie tylko u mnie byli. Chodzą i pytają o czterech takich, co wczoraj w nocy gdzieś się po Placu kręcili, a jeden z nich podawał się za kupca, a inny był ślepy i nosił na oczach czarną opaskę. Pewnikiem bardzo podobną do twojej. To pewnie czysty przypadek, żeście wczoraj u nas we czterech byli, ty z Eco, Ortinem i Otlafem, co? Nie poszliście aby potem na Karczemny?
- Nie stać nas na Karczemny, mój przyjacielu - odpowiedział ostrożnie Milcarr - Po prawdzie to nawet nie wiem, gdzieśmy byli, za dużo taniego piwa wypiłem. A ci, co mnie z kimś pomylili, po co mnie szukali?
- Nie powiedzieli, ale dawali za imiona tych szukanych sporo złota. Więcej niż mają w kieszeniach ci, co się akuratnie teraz u nas stołują razem wzięci. Tyle złota potrafi zakręcić w głowie... potrafi rozwiązać języki. Wiesz, o czym mówię?
- Nie mam pojęcia - pokręcił głową Milcarr - A rozwiązało komuś?
- Mnie nie. Ani Nanatarowi. Ale za innych nikt głowy nie da. Nic, nie będę ci w jedzeniu przeszkadzał, trza wracać do roboty. To nawet bardzo wskazane, lepiej bowiem, by nie siedzieć za długo w twoim towarzystwie. Wiesz, tak się składa, że wiem, kim są ci, którzy szukają podobnych do was druhów.
Milcarr zastygł w bezruchu, ścisnął palcami glinianą miskę przechylając głowę w stronę gospodarza. Jakaś nutka w głosie Silvarana sprawiła, że trzewia mieszańca skręciły się raptownie w złym przeczuciu.
- To byli Odzieracze, z Rzeszota, przynajmniej jeden z nich - właściciel tawerny ściszył jeszcze bardziej głos - Poznałem po tatuażu na kostkach dłoni. To bardzo niebezpieczni ulicznicy, Ślepak, bardzo. Oni się nie pierdolą i mają bardzo mocne plecy, podobno nawet w Gildii Wężowych Cieni. Nie walczą o kwartały, tylko robią jakieś mroczne interesy z tymi, którzy mają dużo złota. Wiesz, czemu na nich wołają Odzieracze?
Ślepak nic nie odrzekł, kiwnął tylko twierdząco głową przywołując wspomnienia wyławianych z jeziora ciał pozbawionych choćby skrawka skóry, a częstokroć również rozlicznych członków.
- Dojedz swoje, a potem lepiej stąd idź - doradził Silvaran podnosząc się z ławy - I lepiej, abyście przez jakiś czas tu nie zaglądali. Nie chcę kłopotów.
Nie dodając nic więcej elf podniósł się z ławy i odszedł od zastygłego w ponurym bezruchu Milcarra.
Mam nadzieję, że nie popsułem Ślepakowi apetytu...