Lokacja - Sorte Kirke

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 14 kwietnia 2018, 16:38

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Widok Giovani podnoszącego uzbrojoną dłoń w kierunku Brujah i oddającego strzał sprawił, że Claus odruchowo wydłużył swe pazury i chciał się rzucić na przeciwnika. Jednak w momencie próby wystrzelenia się w jego kierunku tępe uderzenie zatrzymało dzikusa w miejscu, zaś jedyne, co poczuł, to cienka strużka krwi płynąca w stronę ust. Już po krótkiej chwili czuł ten metaliczny posmak na języku, otarł potarł więc grzbietem dłoni o górną wargę.

Informacja o spektrach nie na wiele się jednak zdała, gdyż Gangrel nigdy nie miał styczności z istotami niematerialnymi. To, że nie widział przeciwnika to jedno, natomiast większym problemem było to, iż nie miał pojęcia, jak z nimi walczyć. Spoglądając co chwilę za siebie na leżącego na ziemi Algola zaczął wściekle ciąć powietrze dookoła licząc na to, że jakimś cudem zrani przynajmniej jednego z wrogów.
Spalam punkt krwi tworząc pazury, reszta jak w poście.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

Ferre
Reactions:
Posty: 60
Rejestracja: 14 czerwca 2015, 19:42

Post autor: Ferre » 15 kwietnia 2018, 00:15

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]


Krzyczała ile sił w gardle. Przeczucie, które wcześniej miała, że coś niedobrego się wydarzy nie przygotowało odpowiednio Isabeli. Szok, strach i ból wygrywały w tej nierównej walce. Isabela próbowała pozbyć się czerwi, jednak te pełzając pod skórą sprawiały zbyt wielki ból, ażeby skutecznie się od nich uwolnić.

Nie... to nie tak miało być... dosyć... zabierzcie mnie stąd, błagam, nie chcę już tam wchodzić...

Jedyne, co jej zostało, to nadzieja, że hrabia bądź Tremerka coś zrobią, w przeciwnym przyjdzie im wszystkim zginąć.

Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Sanity is for the weak!

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 16 kwietnia 2018, 23:00

[center]Nieznany świat, 14 maj 1996[/center]
Hrabia Algol poczuł jak jego świadomość opuszcza materialną powłokę. Nie mógł wiedzieć, co dzieje się z jego ciałem. Obraz placu przed Sorte Kirke rozmył się w niepokojącej, upiornej mgle. Ta dziwna zasłona rozproszyła się dopiero po chwili, pozwalając Nieumarłemu dostrzec otoczenie. Miejsce w którym się znalazł na pewno nie było normalną rzeczywistością. W całym krajobrazie było coś niesamowitego i nierealnego. Coś czego na próżno szukać w naturze, lecz ujrzeć można w wizjach genialnych malarzy, wykraczających po za swoją epokę.

Algol stał na piaszczystym brzegu patrząc przed siebie. Ponad nim wisiało czarne bezgwiezdnie niebo, które wyglądało niczym próżnia, czekająca aż źródło światła przestanie istnieć. Kilka metrów przed nim statyczne czarne wody martwej rzeki, powoli pożerały ostatnie skrawki roślin, którym udało się zapuścić tutaj swe korzenie.

- Któż jest takim głupcem, aby próbować przeżyć w tym miejscu? - powiedział jakiś szept

- Życie zawsze będzie walczyć o przetrwanie - odpowiedział inny głos.

- Ale wszystko ma swój początek i koniec - odpowiedział głos starej kobiety.

Gdy hrabia rozejrzał się dookoła, zorientował się, że rzeka ciągnie się po horyzont z prawej i lewej strony. Za nim natomiast znajdowało o się wysokie wzniesienie, a jeszcze dalej szpiczaste góry. Po drugiej stronie rzeki widać było płonący pałac Andreasborg. Siedziba Księcia znajdowała się mniej więcej pół kilometra od linii brzegowej. Czerwone płomienie były wszędzie, co jakiś czas buchając ognistymi podmuchami. Żar był tak ogromny, że hrabia czuł go na swych policzkach. To dzięki płomieniem można było cokolwiek ujrzeć w tym przedziwnym świecie. Hrabia nie miał za wiele czasu. Mur zaczął pękać pod wpływem wysokiej temperatury, gdy nagle ktoś będący na brzegu po drugiej stronie rzeki zaczął śmiać się szyderczo. Agol wyostrzył zmysły dostrzegając niewielką powstać, pochylającą się nad wodą. Gdy chciał mu się baczniej przyjrzeć, poczuł obecność kilka metrów za swoimi plecami.

Gdy się odwrócił okazało się, że była to martwa kobieta o ciemnoszarych oczach i siwych włosach. Ubrana w poszarpane ubranie z czasów średniowiecza. Jej twarz zdobiły głębokie bruzdy, a w wykrzywionych artretyzmem, podobnych do szponów rękach trzymała sznur czegoś, co przypominało ciemne korale.

- A teraz cie tutaj zostawię i przejmę Twoje ciało - rzekła Spektra, a jej sine palce sprawnie zaczęły przesuwać się po kolejnych kamieniach na sznurze. Stało się jasne, że wiedźma zaczęła rzucać zaklęcie, gdy padły z ust kolejne znane tylko jej słowa.
Obecni: Algol, Spektra oraz postać nad rzeką.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 17 kwietnia 2018, 18:28

[center]Nieznany świat, 14 maj 1996[/center]
Słysząc słowa wysypujące się z bezzębnych ust zjawy, czarownik roześmiał się. A śmiech jego lotem drapieżnika wzbił się ponad szum czarnej rzeki i łoskot płomieni. Wzbierała w nim dzikość. I uniesienie.

Zjawa wlepiła w niego oczy, nie kryjąc zaskoczenia. Dopiero teraz zaczynała rozumieć, że nie wszystko układało się zgodnie z jej planem. Spodziewała się ujrzeć zagubioną, strwożoną duszę - wydartą z bezpiecznej osłony ciała, nagą, niczym nasiono wyrwane z łupiny. Zamiast tego naprzeciwko niej stała wysoka, muskularna istota, odziana w szatę utkaną z głodnej czerni. Falujące na wietrze włosy otaczały głowę czarownika aureolą, podobną do kruczych skrzydeł. W oczach nieumarłego płonęło światło gwiazd.

- Zawsze żywię wiele sentymentu dla ambitnych amatorów - odezwał się po chwili, przypatrując się starej ze spokojem. Mówił niespiesznie, czując jednocześnie, jak jego dłonie, ukryte w fałdach czarnej szaty, zmieniają kształt.

- Pozwól więc, iż udzielę ci lekcji, w kwestii koszmarów - uśmiech, który wypełznął teraz na jego twarz starł z niej wszelkie resztki człowieczeństwa. - Bo widzisz, koszmary... - Czuł, jak kły przebijają jego skórę, wzrastając z zakończeń palców - Koszmary mogą cię wiele nauczyć...

Cios, który zadał był zbyt szybki by Spectra zdążyła uniknąć go. Białe jak kość kły przecięły powietrze, wbijając się w jej twarz. Ciemne korale rozprysnęły się na wszystkie strony. Czarownik usłyszał trzask pękającej tkanki i roześmiał się, zrywając szeroki płat skóry z głowy staruchy. Jej twarz przypominała teraz pokrytą zielonym śluzem czaszkę. Spomiędzy obnażonych szczęk zjawy dobiegł skowyt bólu.

[center]Obrazek[/center]

- Dziękuję ci - zachichotał w odpowiedzi Algol, szczerząc się maniakalnie - że uwolniłaś mnie od słabości ciała... - rozprostował palce, czując, jak to, co stanowiło kiedyś oblicze staruchy, traci swą spójność, zmieniając się w szmat fosforyzującego śluzu. Pierwsza kropla ektoplazmy upadła na sczerniałą ziemię.

Znienacka rzucił się do przodu wbijając kły w szyję Zjawy. Ta wrzasnęła, próbując wyrwać się. Nie była jednak odpowiednio szybka. Uderzenie powaliło ją na ziemię, sprawiając, że oboje potoczyli się po ciemnym żwirze. Czując, że jego przeciwnik słabnie, czarownik wbił kły głębiej i zaczął pić.
Spoiler!
Mechanika walki podana zgodnie z ustaleniami z MG:

Runda 1
Algol Atakuje z zaskoczenia (wydaje 1 punkt S.W. na trafienie)
ST = 6. Czarownik osiąga 5 sukcesów na trafienie.
Zaskoczona Spectra nie unika. Otrzymuje 5 + 2 + 1 (kły na dłoniach) - 1 (wyparowanie) = 7 obrażeń.

Runda 2
Test Inicjatywy:
1. Algol = 4 sukcesy
2. Spectra = 2 sukcesy

Algol atakuje ponownie, tym razem gryząc (wydaje 1 punkt S.W. na trafienie)
ST = 7. Czarownik osiąga 4 sukcesy.
Spectra wykonuje unik i uzyskuje 3 sukcesy
Spectra otrzymuje: 1 + 2 + 1 (kły) - 2 (wyparowanie) = 2 obrażenia.

Algol zaczyna ją spijać. Odzyskuje 2 punkty S.W., a Spectra przechodzi do historii.
Obecni: Algol, postać nad rzeką.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 17 kwietnia 2018, 19:35

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Cezar wydał z siebie okrzyk, który został natychmiast połknięty przez biały, wirujący opar. Malkavianin poczuł rozpacz, wzbierającą gdzieś głęboko w nim. Pomimo rozlegających się we mgle upiornych wrzasków, nabrał nagle przeraźliwego wrażenia, że jest tu zupełnie sam... I że nikt nie przyjdzie, aby dopomóc mu w wydostaniu się z tego kamiennego grobowca...

Ręce Kapitana Galaktyki drżały, gdy ten próbował oswobodzić się z uścisku ostrzy, przebijających jego ciało. Na próżno jednak. Każdy ruch potęgował jedynie przeszywający ból. Scypione parł na czworakach do przodu, nie dbając nawet o otarcie smugi krwi, spływającej z rozcięcia na łuku brwiowym. Zatrzymał się dopiero gdy dotarł do kręgu, kreślonego pospiesznie przez Oscara i z jękiem złapał się za głowę...

Przed oczyma Clausa tańczyły cienie, zwinnie unikające jego ciosów. I Gangrel miał wrażenie, że gdzieś na granicy słuchu słyszy ich uporczywy śmiech. Morten próbował wstać z ziemi, gdy wtem jakaś siła przygniotła go do niej ponownie. Ból przebitych żeber odezwał się ze zdwojoną siłą, wybuchając pod powiekami rozbryzgami bieli i czerwieni. Karen miotała się, na próżno próbując schwycić wymykającego się jej węgorza. Nagle coś uderzyło ją potężnie w pierś, rozciągając jej zwinną postać na zimnych kamieniach dziedzińca. Zamrugała, próbując odzyskać ostrość widzenia po otrzymanym ciosie i zamarła, widząc wiszący tuż nad swą twarzą pysk czarnego węgorza. Stworzenie najwyraźniej gotowało się do ataku.

Ciałem Isabele wstrząsnęły nagle gwałtowne spazmy. Torreadorka załkała ze wstrętu i bezsilności, czując wzbierające w jej gardle mdłości. Po chwili z jej ust bluznęła fontanna krwi, zmieszanej z wijącym się robactwem. Bradley skulił się na ziemi, czekając kolejnego uderzenia. Miał nieodparte wrażenie, że coś krąży wokół niego, droczy się z nim szukając okazji do zadania kolejnego ciosu. Instynkt samozachowawczy Szczura wrzeszczał o ucieczce, on jednak bał się ruszyć, świadom, iż może wpaść we mgle na coś... Nie, wolał nie myśleć na co może natrafić w tym miejscu. Z wysiłkiem odsunął obrazy tworzone przez rozbuchaną wyobraźnię. Nagle odniósł wrażenie, że jakiś potworny kształt pochyla się tuż nad nim... I wtedy...

Wszystko ustało. Krzyki i lament łańcuchów, wleczonych po dziedzińcu, umilkły nagle, a mgła powoli zaczęła się rozrzedzać. Isabela i Karen rozejrzały się dookoła z zaskoczeniem, orientując się, iż po przerażających stworzeniach, które atakowały je przed chwilą, nie ma nawet śladu. Przez chwilę zszokowani Kainici zamarli, nie bardzo wiedząc, czy uciekać, czy gotować się na kolejne okropności.

Do rzeczywistości przywrócił ich ból, udowadniający, iż nie wszystko z tego, co widzieli było snem. Kapitan Galaktyka wciąż wbijał dłonie w metalowe obramowanie zardzewiałego płotu, starając się uwolnić. Po chwili zdał sobie sprawę, że tuż obok niego stoi Michelle, która zaczęła pomagać mu wydostać się z śmiertelnej pułapki. Cezar zakaszlał, ponownie wzywając pomocy spod przygniatającego go głazu. Bradley jęknął próbując zebrać się z ziemi, a Morten zaklął paskudnie, starając się oszacować ilość otrzymanych obrażeń. Jedynie Algol leżał na ziemi całkowicie nieruchomo, a jego szczupła, skulona sylwetka zdawała się jeszcze bardziej krucha i blada, niż zwykle.
Spoiler!
Obrażenia = 2 obuchowe. Można je leczyć 1 za 1 Punkt Krwi. Po upływie 30 minut znikają całkowicie, chyba że otrzymasz do tego czasu kolejne rany. Odpisz 1 PK za użycie Dyscypliny.
Spoiler!
Obrażenia = 2 zwykłe. Kula utkwiła w kamizelce. Można je leczyć 1 za 1 Punkt Krwi.
Spoiler!
Obrażenia = 1 obuchowe. Robaki i krew były koszmarną iluzją. Nie masz żadnych poważnych ran, tylko siniaki od rzucania się po kamiennym dziedzińcu. Można je leczyć 1 za 1 Punkt Krwi. Po upływie 30 minut znikają całkowicie, chyba że otrzymasz do tego czasu kolejne rany.
Spoiler!
Obrażenia = 4 obuchowe. Jesteś mocno poobijany i przygnieciony przez ciężką ścianę. Można je leczyć 1 za 1 Punkt Krwi. Po upływie 30 minut znikają całkowicie, chyba że otrzymasz do tego czasu kolejne rany.
Spoiler!
Obrażenia = brak. Węgorz był koszmarną iluzją. Proszę odpisać 1 SW za Prezencję 2 oraz 1 PK za odpalenie Akceleracji przy węgorzu.
Spoiler!
Obrażenia = 2 obuchowe. Można je leczyć 1 za 1 Punkt Krwi. Po upływie 30 minut znikają całkowicie, chyba że otrzymasz do tego czasu kolejne rany.
Spoiler!
Obrażenia = 5 zwykłych. Można je leczyć 1 za 1 Punkt Krwi. Z pomocą Michelle wyjdziesz z ciężkiej sytuacji.
Wszyscy słyszycie jęki Kapitana Galaktyki i wołanie o pomoc Cezara.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol (nieprzytomny), Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 19 kwietnia 2018, 22:10

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Zwierzęce pazury zaciekle cięły powietrze, choć nie napotkały żadnego oporu. Frustracja Gangrela rosła z każdym wyprowadzonym ciosem. Śmiech, który słyszał gdzieś za sobą tylko potęgował to wrażenie i sprawiał, iż dzikus wyprowadzał ciosy coraz szybciej i szybciej, nadal jednak bezskutecznie. W końcu z wściekłości ryknął wyrażając swe niezadowolenie, to jednak również nie odstraszyło niewidzialnych przeciwników.

Nagle mgła rozpłynęła się w powietrzu niczym za dotknięciem jakiejś magicznej różdżki ukazując pobojowisko. W powietrzu unosił się zapach krwi obecnych na miejscu niektórych wampirów. Rozglądając się pobieżnie dookoła Claus zorientował się, że Algol leży na ziemi nieruchomo. Wystrzelił od razu niczym pocisk, by błyskawicznie znaleźć się obok cielesnej powłoki okultysty. Złapał się na tym, że instynktownie mierzył mu przez moment tętno na szyi jednocześnie szukając źródeł potencjalnych obrażeń czy krwotoków, niczego z tych rzeczy jednak nie zaobserwował. Cholera, stare nawyki chyba nigdy nie znikną, zaklął w myślach.

Tak naprawdę nie wiedział do końca, co się stało Boszorkany. Poklepał go kilkukrotnie po twarzy jednocześnie wołając po imieniu, jednak bez odzewu. Krzyknął do pozostałych:

- Morten, Isabela, chodźcie tu szybko! - A gdy podeszli, powiedział tak cicho, by tylko oni słyszeli: - Hrabia nam odleciał. Zaciągnijmy go w jakieś bezpieczniejsze miejsce, zanim go obejrzę. Morten, złap go z drugiej strony i idziemy.

Przesuwając się z dodatkowym balastem Johansen rozglądał się co chwilę po otoczeniu wyszukując następnych zagrożeń.
Staram się ukryć z ekipą w bezpieczniejszym miejscu i ustalić dalszy plan działania po ustaleniu, co z Algolem.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol (nieprzytomny), Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Spoiler!
Dobrze rozumiem, że jeśli nie spalę krwi na wyleczenie, po 30 minutach znikają samoistnie, czy dopóki nie wykorzystam krwi, obrażenia zostają?
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 20 kwietnia 2018, 16:31

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Paskudna ryba pozostawała nieuchwytna, mimo że Karen naprawdę się starała ją złapać.

To nie jest możliwe!

Wbrew niedowierzaniu podejmowała kolejne desperackie próby pochwycenia stwora, zaciskając z bólu zęby, ale jak już myślała, że wreszcie się uda nadeszło uderzenie. Czując paskudny dyskomfort, gdy jej ramię zderzyło się z ziemią, na ułamek sekundy zamknęła oczy. A kiedy jej powieki podniosły się ponownie pożałowała, że nie zostały w poprzedniej pozycji.
[center]Obrazek [/center]
Zeżre mnie ryba! Jaki żal...

Pomimo takich myśli jej ciało nie straciło jeszcze woli walki i jej dłonie wystrzeliły w ostatniej desperackiej próbie złapania węgorza. Poruszały się w tym momencie tak szybko, że normalny człowiek nie byłby w stanie nadążyć za nimi wzrokiem. Właśnie miały się zacisnąć na łuskowatym cielsku, gdy zrobiło się podejrzanie cicho i minęły się w powietrzu, w którym już niczego nie było. Gwałtowny ruch, który nie napotkał oporu wywołał szarpnięcie i dziewczyna cicho jęknęła, po czym rozejrzała się szybko szukając wzrokiem atakującego ją stworzenia, ale nigdzie go nie było. Usiadła podpierając się w pełni sprawną ręką i oceniła sytuację panującą dookoła.

Ha! Wiedziałam, że to jakiś zwid.

Nie było to jednak zbyt pocieszające. Ramię nadal nawalało jak sto pięćdziesiąt, a i inni poobrywali nie na żarty. Starając się jak najmniej poruszać ranną kończyną podniosła się.

Ale się dzieje.

Wyglądała na niezbyt przerażoną, a raczej nakręconą tą całą sytuacją. Przez chwilę rozważała ruszenie w kierunku wciąż trzymającego broń Giovaniego, ale czując, że bójka z rybą na razie jej wystarczy i mając nadzieję, że rzucone mu wcześniej ostrzeżenie powstrzyma go przed dalszym strzelaniem do niej, podeszła do Bradleya oceniając jego stan.

- Bradley, możesz wstać? Nie połamało cię?

Wyciągnęła w jego kierunku rękę by pomóc mu się podnieść.

- Chodź, musimy ściągnąć Kapitana zanim przyzwyczai się do bycia jeżem.
Karen pomaga wstać Bradleyowi, po czym idzie pomóc ściągnąć z płotu Kapitana. Co chwila spogląda w kierunku Scipione czy go znowu nie weźmie na strzelanie. Jeśli prościej będzie pochylić przęsło płotu tak żeby Kapitan był bliżej ziemi i łatwiej było go zdjąć to tak robi. Byleby mu krzywdy dodatkowej nie zrobić, więc jak to ryzykowne to wlezie na płot i będzie go ściągać z takiej pozycji.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol (nieprzytomny), Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 20 kwietnia 2018, 18:47

[center]Umbra, Świat Snów, 14 maj 1996[/center]
Wiedział, że nie musi się spieszyć. Czas w snach działał zupełnie inaczej, niż w królestwie materii. W ciągu kwadransa fazy REM przeminąć mogły całe wieki, mieszczące w sobie narodziny i upadki wielkich cywilizacji, wyłanianie się nowych lądów czy gwiazd - istniejących jedynie w umyśle Śniącego. Patrzył teraz na niego - niewielką postać po drugiej stronie rzeki. Patrzył, zastanawiając się, czy obrazy, które widział stanowią treść koszmaru czy spełnienie marzeń...?

Po kilku chwilach, w czasie których czarny wicher rozwiał resztki jego ostatniego posiłku, czarownik doszedł do wniosku, że jest to jednak marzenie. Brakowało tu tego charakterystycznego posmaku osaczenia i rozkosznego dreszczu czystej grozy, które zwykł kojarzyć z koszmarami. Przez cały ten czas Śniący nie poruszył się, ignorując zdarzenia po drugiej stronie rzeki. Zdawał się pochłonięty bez reszty wpatrywaniem się w czarne wody i Algol zaczynał podejrzewać, iż obraz ten stanowi metaforę poszukiwania zaginionych wspomnień. Pokiwał głową, jakby utwierdzając się w swych przypuszczeniach, po czym odwrócił się. Wzniósł ręce i wykreślił w powietrzu złożony symbol. Znak zajaśniał księżycowym blaskiem, gdy lilitu wsunął w niego dłonie i począł rozsuwać je, rozciągając wibrujące energią linie na boki.

[center]Unieś mnie teraz w chłodną toń księżyca,
Przez ślepia zmierzchu
Jak cień zjawy zwiewny.[/center]

Zadeklamował. Struny srebrnego światła poddały się zaklęciu bez oporu, drżąc w jego rękach niczym osnowa szat Luny. Jeszcze kilka gestów i utworzyły owalne przejście. Czarownik studiował przez chwilę, widoczny za nim krajobraz, nim zdecydował się przekroczyć portal i porzucić rzeczywistość snu.

[center]Obrazek[/center]

[center]***
Bliska Umbra, 14 maj 1996
[/center]
Rozejrzał się po dziedzińcu, w poszukiwaniu znaków wskazujących położenie jego powłoki materialnej. Wokół wiał wiatr, co z pewnością stanowiło nowość, czarownik nie pamiętał bowiem, by zanotował jego obecność wcześniej. Kolejne podmuchy unosiły z dziedzińca tumany pyłu, przesłaniające monumentalną bryłę Sorte Kirke. Algol zebrał jedną ręką poły szaty, idąc w kierunku swego ciała. Mimo to, wiatr droczył się z nim, rozkładając jej fałdy na podobieństwo czarnych, bezdennych skrzydeł...

Ale on nie potrzebował ich... Jeszcze nie teraz...

[center]Obrazek[/center]

[center]***
Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmroku, 14 maj 1996[/center]

Otworzył oczy i potrząsnął głową. Wrażenie powrotu do ciała zawsze pozostawiało po sobie pewien niesmak, konfrontując go ze słabością tej powłoki - której jednak przecież potrzebował. Zorientował się, że jest gdzieś ciągnięty, pozwolił sobie więc zareagować łagodnie, acz stanowczo przeciwstawiając się temu.

- Młodzieńcze - odezwał się do Clausa - Kościół jest w inną stronę, niż ta, w którą aktualnie zmierzamy. Sugerowałbym więc zmienić kierunek.

Zaskoczony Gangrel wydał z siebie stłumione sapnięcie, a następnie zatrzymał się gwałtownie, wlepiając wzrok w czarownika:

- Co się stało? Nie mogłem cię ocucić...

- Nic istotnego - Algol machnął ręką, jakby cała sprawa nie znaczyła więcej, niż natrętna ćma, krążąca po cmentarzu w poszukiwaniu płomienia. - Jakiś pechowy nieszczęśnik wyciągnął mnie z ciała, co oczywiście nie przyniosło mu zdrowia - przerwał na chwilę i rozejrzał się, wsłuchując się w rozlegające się na dziedzińcu jęki i przekleństwa rannych.

- Sporo mnie ominęło, jak widzę - skonstatował, a w jego prawym, ludzkim oku zalśniła iskierka autentycznego zainteresowania. - Ze mną wszystko w porządku - uspokoił ponownie Gangrela, widząc, że ten wciąż spogląda na niego podejrzliwie, jakby w obawie, że Starszy lada chwila znów osunie się na ziemię.

- Często mi się to zdarza. Jestem przyzwyczajony - dodał, wyczuwając, że jego zapewnienia trafiają na lichy grunt. - Jednakże są tu tacy, którzy bardziej niż ja potrzebują pomocy.

Uśmiechnął się, ruszając ku stercie kamieni, spod której dobywały się zduszone krzyki. Szczęśliwym trafem jednakże, głęboki kaptur, który nosił osłonił jego twarz na tyle, iż nikt z obecnych nie zauważył, iż uśmiech ten zawierał równie dużo współczucia, co fizjonomia rekina, wietrzącego krew.

- Czy moglibyście pomóc Cezarowi? - zapytał, mierząc stertę głazów zamyślonym spojrzeniem. - Dochodzę do wniosku, że w obecnej sytuacji może okazać się nad wyraz przydatny...
Spoiler!
- Przypilnujcie tylko, by nie uciekł - dodał dużo ciszej, kierując swe słowa przede wszystkim do Clausa i Mortena.
Odwrócił się poszukując wzrokiem dwóch gentlemanów z klanu Giovani, z których jeden nadal rysował na kamieniach jakieś symbole, drugi zaś wstał już ziemi i ocierał chustką krew z twarzy. Zbliżył się ku nim spokojnym krokiem, po drodze podnosząc z bruku swą laskę, ozdobioną głową kobry.

- Myślę, że wiem, jak rozwiązać trapiący nas wszystkich problem. - oznajmił ze spokojem.
Staję w takiej odległości do Giovani, bym mógł rozmawiać, a jednocześnie nie był zbyt daleko od członków mojej własnej koterii. Chcę ich mieć za plecami, bym w razie czego miał wsparcie.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Mystic
Reactions:
Posty: 155
Rejestracja: 31 stycznia 2016, 16:36

Post autor: Mystic » 21 kwietnia 2018, 14:24

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmroku, 14 maj 1996[/center]

Wołający do niego Claus był niczym wysepka realności na oceanie mary i ułudy. Morten chwycił się i wiedział już, w którym kierunku podążać by trafić z powrotem do znanego mu świata zwanego rzeczywistością. Poderwał się na równe nogi, choć szybko tego pożałował - żebra przypomniały o swojej obecności i fakcie, że nie jest z nimi dobrze. Cholera - zaklął pod nosem. Już nie tak spiesznie zbliżył się do Clausa i hrabiego Algola.

Zgodnie ze wskazówkami Dzikusa, złapał szlachcica pod rękę po czym powoli ruszyli by przenieść się w miejsce, które choćby życzeniowo, można było nazwać względnie bezpiecznym. Jeszcze w trakcie marszu Starszy ocknął się i rzekł do nich tymi słowami:

- Młodzieńcze, Kościół jest w inną stronę, niż ta, w którą aktualnie zmierzamy. Sugerowałbym więc zmienić kierunek.

Taki obrót spraw wprawił Mortena w delikatne zakłopotanie. Hrabia obudził się jak gdyby nigdy nic. Brujah spodziewał się raczej nagłego ocknięcia i choć trochę gorączkowych pytań o przebieg zdarzeń. Nic takiego jednak nie nastąpiło. No proszę, proszę - pomyślał - dzisiejszy wieczór obfituje w przedziwne wydarzenia. Pieprzona kumulacja.

Dalszy dialog między hrabią, a Dzikusem rzucił nowy mrok na stan pewnych rzeczy. Morten ze zblazowaną miną nieznacznie pokiwał głową. Chyba tylko sam do siebie.

- No dobra, wyciągnijmy ten wór spod gruzu... Zapraszam panie Claus, podobno wysiłek fizyczny pozwala szybciej przepracować traumy.

Rozruszam nieco te spizgane kości. Trzeba być w formie, nie? Nim zabrał się do roboty, zdjął z siebie plecak ze sprzętem i odłożył broń długą. Pistolet pozostał przy pasie, na wypadek gdyby włoskie maminsynki znowu zaczęły coś kombinować.
Do MG: przed rozpoczęciem prac rozbiórkowych leczę połamane żebra paląc 2 punkty krwi. W trakcie odgruzowywania zachowuję czujność i mam baczenie na Giovanninch czy znów nie zaczynają fikać.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen

Fobetor
Reactions:
Posty: 106
Rejestracja: 24 marca 2016, 11:03

Post autor: Fobetor » 21 kwietnia 2018, 21:22

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Kolejne próby wydostania się z tej rozpaczliwej sytuacji nie odstraszały Kanity. Krzyczał z bólu próbując się wydostać. Jego wrażliwy słuch słyszał wszystko, to co dzieje się dookoła, włączając w to straszne dźwięki łańcuchów, wydobywające się z nieznanego źródła.

Najgłośniej dla niego krzyczała Toreadorka. W wyobraźni myślał, że jej przypadł najgorszy los. W ten niespodziewanie, mgła zaczęła znikać, krzyki i dźwięki łańcuchów osłabły. Ujrzał znajomą twarz Zatanny która przyszła mu z pomocą. Wtedy wszystko już się uspokoiło. Poza krzykami jeszcze kogoś. Wiedział, że pochodzą od Lexa Lutora.


- Czekaj, pomogę ci. Tylko się uspokój. - Powiedziała łagodnym głosem Czarodziejka.

Te słowa zadziałały na Świra jak zastrzyk morfiny. Wiedział, że najgorsze przed nimi, jednak w tym momencie cieszył się z przyjaznej mu twarzy i faktu, że drużyny żyją.

- Poczekaj chwile trzymaj się mocno. - Czarodziejka bynajmniej nie w magiczny sposób poluźniła cmentarne ogrodzenie.

Z pomocą przyszła jej Karen przechylając płot i wspólnie powoli sprowadziły Kapitana Galaktykę na ziemię, wykorzystując przy tym bujną roślinność.

Kiedy Świr dotknął ręką i nogą ziemi zaczął z pomocą czarodziejki wyswobadzać się z więżących go krat. Ból był potężny, jednak pragnienie wolności od tkwiącego w ciele metalu było większe, niż cierpienie, które ta praca go kosztowała. Malkawianin zacisnął mocno zęby w tym czasie. Warczał z bólu niczym ranny wilk próbujący wydostać się z pułapki myśliwego. Po tym padł na kolana i powiedział.

- Dziękuje wam. Wiecie co się tutaj właściwie stało w tym mrocznym miejscu? - Mówiąc to kurczowo trzymał się swoich ran, które powoli zaczęły się goić.

- Zostaliśmy zaatakowani przez Spektry... Bezcielesnych Nieumarłych, którzy muszą być bezpośrednio związani z tym miejscem. Nie wiem dlaczego nas zaatakowały. Na początku myślałem że Giovanni ich kontrolują, lecz oni również stali się ofiarą ataku. Musimy być ostrożni. Ich atak kosztował dużo mocy, ale na pewno dalej są niebezpieczni - MIchelle zakończyła wypowiedź.

Kapitan Galaktyka słyszał krzyki nieszczęsnego Lexa Lutra przez które zaczął bić się z myślami.

No nie, ten bufon przylazł tu sam. No nie przeszkadzałoby mi to, że jest pod kupą gruzów, bo jest gość wyautowany z działań i nie narobi szkód. Sam bym mu wbił wcześniej kołek, by nie był zagrożeniem dla wszystkich. Jednak to miejsce jest zbyt niebezpieczne. A co jak go Liga Zagłady znajdzie? Jeszcze zrobią mu krzywdę albo co gorsza zacznie nimi przewodzić i narobi więcej zamieszania.

Skierował swoje pytanie do Zatanny. Pokazując głową w stronę wydobywających się dźwięków.

- Co z nim zrobimy?

- Nie wiem. A co proponujesz? - Czarodziejka odpowiedziała pytaniem na pytanie.

- No trzeba go odgruzować. Przecież go tak nie zostawimy żeby się tu wydzierał - wtrąciła Karen.
Spoiler!
Regeneruje rany do maksymalnego zdrowia. Po za tym nasłuchuje, w końcu to nie koniec imprezy.
Post Wspólnie pisany z Gohan i Lightstorm.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Ostatnio zmieniony 22 kwietnia 2018, 21:28 przez Fobetor, łącznie zmieniany 1 raz.

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 22 kwietnia 2018, 15:55

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Odpowiedź ockniętego Algola nieco zbiła dzikusa z tropu, jednak tylko na ułamek sekundy.

Tyle dobrego, że wrócił i wygląda na całego.

Problemem jednak było to, czy nie zdarzy się to hrabiemu ponownie jeszcze tej nocy. Biorąc pod uwagę początek zadania, wolałby, by jednak częstotliwość tych zasłabnięć nie przekraczała jednego na noc. Postanowił zapytać:

- Hrabio, wiesz może, co właściwie nas zaatakowało?

- Niestety, nie mogę stwierdzić z całą pewnością, ponieważ, jak zapewne zauważyłeś, w czasie ostatnich wydarzeń nie było mnie tutaj - odparł Starszy - Biorąc jednak pod uwagę to, z czym sam miałem do czynienia, oraz poruszenie, które przeniknęło Hel otwierając otchłań Gigungagap, sądzę, że przebudziły się upiory tego miejsca. Z pewnością Klan Śmierci mógłby rzucić więcej światła na tę sprawę. Czy moglibyście pomóc Cezarowi? - zapytał, mierząc stertę głazów zamyślonym spojrzeniem. - Dochodzę do wniosku, że w obecnej sytuacji może okazać się nad wyraz przydatny...

- Dobrze. Nie oddalaj się od nas zbytnio, wolałbym mieć cię cały czas na oku na wypadek kolejnego z twoich... omdleń.

- Jeśli będę chciał zrobić to sam, nie omieszkam was zawiadomić - zaśmiał się Algol.

Gangrel skinął głową, po czym ruszył z Brujahem w stronę Cezara, by wspólnie zdjąć ze Świra ciążące na nim brzemię. Zajęło im to chwilę, lecz wspólnymi siłami stoczyli z niego ćwierćtonowy głaz na bok odsłaniając paskudne, miażdżone rany, jakich jeszcze sam medyk nie widział.

- No, kolego - rzucił w stronę szkarłatnej miazgi - sporo szczęścia miałeś tym razem. Pozbieraj się do kupy i idziemy. Ktoś chce z tobą zamienić kilka słów. O cholera...! - zawołał po chwili, dostrzegając, iż pod głazem znajdowała się nie jedna, lecz dwie osoby. A druga z nich najwyraźniej była śmiertelnikiem, znajdującym się w ciężkim stanie z powodu licznych obrażeń.

Johansen uklęknął przy zalanym krwią mężczyźnie, pospiesznie sięgając po swą torbę medyczną i zaczął badać jego rany. Jednocześnie jednak starał się mieć w zasięgu wzroku pozostałych członków koterii, a zwłaszcza hrabiego.
Używam medycyny na rannym by określić jego obrażenia i pomóc mu na tyle, na ile jestem w stanie..
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

Ferre
Reactions:
Posty: 60
Rejestracja: 14 czerwca 2015, 19:42

Post autor: Ferre » 22 kwietnia 2018, 22:47

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Stała w towarzystwie hrabiego. Pomimo ciepłego miesiąca jakim był maj miała wrażenie, że jest sroga zima. Drżała ze strachu jakby była na najbardziej srogim mrozie jaki mogła sobie wyobrazić. Przerażona niedawnymi doświadczeniami coraz bardziej myślami odpływała do swojego domu zapewniającego poczucie bezpieczeństwa. Ta chwila pozwoliła jej się otrząsnąć. Świadoma, że musi się skupić na obecnym zadaniu aby przeżyć odsunęła bezpieczną przystań i skoncentrowała się na teraźniejszości.

- Jest Pan pewien, że Cezar będzie z nami współpracował? Nie wiemy przecież, co może mu przyjść do głowy - szeptała do Algola - W razie czego mogę... Ale nie mam pojęcia jak to może zadziałać na Malkavianina.

Jeszcze nie przekroczyliśmy progu, a tu już...
Samo wspomnienie wywołało dreszcze na jej skórze.

- Te... spektry... Jak się w ogóle przed tym bronić?
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
Sanity is for the weak!

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 23 kwietnia 2018, 10:24

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maja 1996 roku[/center]

Ciemność. Ciemność i wszędobylski pył, który gryzl pod powiekami i wdzieral się w usta przy każdym bolesnym zawołaniu. Klatka piersiowa bolała jak diabli, najbardziej zaś w okolicy żeber. Nie to jednak było najgorsze. Uczucie przytloczenia w tym prowizorycznymcześć grobowcu z fragmentów kamiennych odłamkow ruin. To bóg podziemnego świata Pluton, upomnial się oniego przypominając że nie zapomniał o jego ucieczce. Cezar był pewien że gdyby naprawdę się postarał dał by jakoś radę wyjść sam spod gruzowiska. Nie chciał jednak by w trakcie wygrzebywania się przypadkiem nie stracić kolejnych fragmentów, które mogly by dobić leżącego obok...

Silne dlonie sprawnie odrzuciły głazy. Ktoś pomógł mu wstać. Cezar zakaszlal próbując wyzbyć się w ten sposob gryzacego pyłu z płuc. Otrzepał zdawkowo czaszkę i odzienie chiejnie ruszając niezwłocznie w kierunku drugiego przygniecionego. Czarne spodnie i czarny golf były teraz siwe i zapewne wyglądały żałośnie. Podobnie wierzchnia skórzana kurtka. Przypadl do ciała obok Gangrela. Zauważył profesjonalne ruchy medyka jakie często widywal w wojenny czas. Postanowil chwilowo nie przeszkadzać. Nie pierwszy bowiem raz stykal się z tym żołnierzem i zapewne nie było w tym przypadku.

-Chciałem.... - zakaszlal raz i drugi- Was wszystkich ostrzec... ale nie zdążyłem... -powiedział głośno. -Czułem jak się zbliża... dlatego mnie uderzyło... nie dałem rady... przepraszam... On nie może zginąć. Nikt nie może nie tutaj. Jeśli tak się stanie, będzie źle. Może dam mu się napić, święta krew go wzmocni.- wyciągnąl szybko nadgarstek.
Obecni: Algol, Claus, Morten, Isabela, Michelle, Bradley, Karen; Kapitan Galaktyka, Cezar, dwóch Giovani i jeden żywy nieszczęśnik.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 25 kwietnia 2018, 18:43

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maja 1996 roku[/center]
- Zamieniam się w słuch, panie Algol. - odrzekł Scipione, chowając do kieszeni zakrwawioną chusteczkę. Obaj Giovani stali teraz w wyrysowanym na dziedzińcu kręgu i nie wyglądało na to, by zamierzali go opuszczać w najbliższym czasie.

- Zgaduję, że, tak jak w przypadku wszystkich tu zgromadzonych, celem panów jest eksploracja budynku - rozpoczął czarownik. - W takim wypadku, myślę, że możemy wesprzeć się nawzajem przynajmniej we wstępnej fazie naszych działań. Żywię również nadzieję, że nie będziemy sobie przeszkadzać w następnych - roześmiał się cicho.

- Wracając jednak do tematu: wszyscy widzieliśmy manifestację, która wyłoniła się zza drzwi Sorte Kirke. A obserwacja ta pozwoliła nam wyciągnąć wnioski, iż cokolwiek czai się w środku, z pewnością jest głodne. Proponowałbym więc nie czekać, aż samo upatrzy sobie kolejną osobę. Wkraczamy wszyscy na teren o wybitnym znaczeniu duchowym, w takiej sytuacji warto więc złożyć ofiarę, będącą znakiem naszej dobrej woli i szacunku do Posłańców Węża.

- Niech pan kontynuuje, robi się coraz ciekawiej - odrzekł Włoch przyglądając się postaci czarownika.

- W obecnej sytuacji zrozumiem, jeśli nikt z obecnych nie zechce przeznaczyć na ten cel żadnego z członków własnej koterii - zauważył Algol uprzejmie. - Mówiąc zresztą prawdę, sam także wolałbym tego uniknąć. I choć z trudem przechodzi mi to przez gardło,mniemam, że klan Tremere zajmie podobne do mego stanowisko.

Przerwał na chwilę, spoglądając za siebie, na klęczącego wśród gruzów Cezara. Po czym uśmiechnął się znajdując najwyraźniej rozwiązanie impasu.

- Któż jednak nada się do tej roli lepiej niż samotny Malkavianin, którego najwyraźniej sprowadził tu sam los? Proponuję, abyśmy wykorzystali tą możliwość, która pozwoli nam uspokoić duchy i zwiększyć bezpieczeństwo naszych koterii. Sam chętnie poprowadzę obrzęd ofiarny - uśmiech czarownika stał się szerszy, a w jego lewym oku zapaliła się krwawa iskra. - Mam tylko nadzieję, iż moje działania spotkają się ze zrozumieniem i wsparciem Klanu Śmierci.

Słuchając przemowy hrabiego Scipione nie wyszedł na chwilę z kręgu ochronnego. Rozcięcie na jego czole zniknęło już całkowicie, a sam Giovanni poprawił włosy, sprawnym ruchem dłoni doprowadzając swój wygląd do ładu.

- Doceniam pana pragmatyzm i bardzo cieszą mnie pańskie słowa hrabio. Czy członkowie Camarilli, którzy są na pańskich usługach, mogą przynieść tą drugą malkvaiańską gnidę przed moje oblicze? Chciałbym się mu lepiej przyjrzeć zanim stanie się pyłem na wietrze - odpowiedział grobowym głosem Włoch.

- Oczywiście, zmierzałem właśnie do tego momentu - odrzekł Algol, po czym zawołał w kierunku Mortena i Clausa:

- Panowie, czy moglibyście dostarczyć tu Cezara? Myślę, że znaleźliśmy dla niego godne zadanie...
Chciałbym tylko zaznaczyć, że nie wykrzyczałem swej propozycji na pół miasta, tylko zgłosiłem ją w normalnej rozmowie. Zakładam więc, że słyszały mnie tylko osoby przy niej będące - i proszę o to, by nie nadużywać informacji.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 26 kwietnia 2018, 15:54

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maja 1996 roku[/center]

Pobieżnie zbadane obrażenia wyglądały poważnie. Facet miał może godzinę życia przed sobą.

Ten to ma jednak pecha, najpierw wtopa u księcia, teraz straci ghula. To zdecydowanie zła noc dla Rzymu.

Nie, żeby jakoś specjalnie chciał zużywać swoje zasoby dla kogoś obcego, jednak raczej nie miał wyboru. Może jeszcze nie zapomniałem, jak to się robi, myślał do siebie zaciskając kolejny opatrunek na ciele menela. W pewnym momencie w trakcie pracy usłyszał za plecami damski głos:

- Masz pożyczyć bandaż?

Nie przerywając swojej pracy błyskawicznie sięgnął ręką do torby i podał Karen bandaż elastyczny, po czym zajął się na powrót głównym pacjentem. Gdy skończył i obejrzał go całościowo jeszcze raz, podsumował w myślach: Piękna wielonarządówka...

Odwrócił się do Malkava:

- Cezar, to tylko prowizorka, zaraz stracisz podopiecznego!

-Chciałem.... - zakaszlal raz i drugi próbując odpowiedzieć - Was wszystkich ostrzec... ale nie zdążyłem... -powiedział głośno. -Czułem jak się zbliża... dlatego mnie uderzyło... nie dałem rady... przepraszam... On nie może zginąć. Nikt nie może nie tutaj. Jeśli tak się stanie, będzie źle. Może dam mu się napić, święta krew go wzmocni.- wyciągnął szybko nadgarstek.

Johansen czekał cierpliwie w milczeniu obserwując działania świra.

- Leż tu spokojnie. Wciąż potrzebujesz leczenia szpitalnego. Jeśli Twój pan przetrwa, to i Tobie się to powinno udać.
Po czym zwrócił się do Cezara:

- No to skoro już sobie pomogliście, to chodź, nie każmy dłużej wszystkim na siebie czekać - po czym medyk złapał wariata pod ramieniem i podniósł do góry - wystarczy nam, jeśli ten facet przeżyje do czasu wyjścia z kościoła.

Po czym wespół z Mortenem ruszyli z rzymskim władcą w stronę kręgu Giovanni, by dowiedzieć się, co dalej. Oczywiście po drodze upewnili się, że nowy "kolega" nie ma możliwości ucieczki.
Opatruję śmiertelnika na tyle, na ile to możliwe - tamuję krwotoki i oceniam stan urazowy. Jednocześnie badając go przeszukuję pod kątek jakichkolwiek broni i jeśli coś takiego posiada - konfiskuję od razu. idąc potem z Cezarem mam Karen na oku - w końcu nie wiem, czy czegoś nie wykombinuje nam za plecami.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

ODPOWIEDZ