[center]Umbra, Świat Snów, 14 maj 1996[/center]
Wiedział, że nie musi się spieszyć. Czas w snach działał zupełnie inaczej, niż w królestwie materii. W ciągu kwadransa fazy REM przeminąć mogły całe wieki, mieszczące w sobie narodziny i upadki wielkich cywilizacji, wyłanianie się nowych lądów czy gwiazd - istniejących jedynie w umyśle Śniącego. Patrzył teraz na niego - niewielką postać po drugiej stronie rzeki. Patrzył, zastanawiając się, czy obrazy, które widział stanowią treść koszmaru czy spełnienie marzeń...?
Po kilku chwilach, w czasie których czarny wicher rozwiał resztki jego ostatniego posiłku, czarownik doszedł do wniosku, że jest to jednak marzenie. Brakowało tu tego charakterystycznego posmaku osaczenia i rozkosznego dreszczu czystej grozy, które zwykł kojarzyć z koszmarami. Przez cały ten czas Śniący nie poruszył się, ignorując zdarzenia po drugiej stronie rzeki. Zdawał się pochłonięty bez reszty wpatrywaniem się w czarne wody i Algol zaczynał podejrzewać, iż obraz ten stanowi metaforę poszukiwania zaginionych wspomnień. Pokiwał głową, jakby utwierdzając się w swych przypuszczeniach, po czym odwrócił się. Wzniósł ręce i wykreślił w powietrzu złożony symbol. Znak zajaśniał księżycowym blaskiem, gdy lilitu wsunął w niego dłonie i począł rozsuwać je, rozciągając wibrujące energią linie na boki.
[center]Unieś mnie teraz w chłodną toń księżyca,
Przez ślepia zmierzchu
Jak cień zjawy zwiewny.[/center]
Zadeklamował. Struny srebrnego światła poddały się zaklęciu bez oporu, drżąc w jego rękach niczym osnowa szat Luny. Jeszcze kilka gestów i utworzyły owalne przejście. Czarownik studiował przez chwilę, widoczny za nim krajobraz, nim zdecydował się przekroczyć portal i porzucić rzeczywistość snu.
[center]

[/center]
[center]
***
Bliska Umbra, 14 maj 1996[/center]
Rozejrzał się po dziedzińcu, w poszukiwaniu znaków wskazujących położenie jego powłoki materialnej. Wokół wiał wiatr, co z pewnością stanowiło nowość, czarownik nie pamiętał bowiem, by zanotował jego obecność wcześniej. Kolejne podmuchy unosiły z dziedzińca tumany pyłu, przesłaniające monumentalną bryłę Sorte Kirke. Algol zebrał jedną ręką poły szaty, idąc w kierunku swego ciała. Mimo to, wiatr droczył się z nim, rozkładając jej fałdy na podobieństwo czarnych, bezdennych skrzydeł...
Ale on nie potrzebował ich... Jeszcze nie teraz...
[center]

[/center]
[center]***
Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmroku, 14 maj 1996[/center]
Otworzył oczy i potrząsnął głową. Wrażenie powrotu do ciała zawsze pozostawiało po sobie pewien niesmak, konfrontując go ze słabością tej powłoki - której jednak przecież potrzebował. Zorientował się, że jest gdzieś ciągnięty, pozwolił sobie więc zareagować łagodnie, acz stanowczo przeciwstawiając się temu.
- Młodzieńcze - odezwał się do Clausa - Kościół jest w inną stronę, niż ta, w którą aktualnie zmierzamy. Sugerowałbym więc zmienić kierunek.
Zaskoczony Gangrel wydał z siebie stłumione sapnięcie, a następnie zatrzymał się gwałtownie, wlepiając wzrok w czarownika:
- Co się stało? Nie mogłem cię ocucić...
- Nic istotnego - Algol machnął ręką, jakby cała sprawa nie znaczyła więcej, niż natrętna ćma, krążąca po cmentarzu w poszukiwaniu płomienia. - Jakiś pechowy nieszczęśnik wyciągnął mnie z ciała, co oczywiście nie przyniosło mu zdrowia - przerwał na chwilę i rozejrzał się, wsłuchując się w rozlegające się na dziedzińcu jęki i przekleństwa rannych.
- Sporo mnie ominęło, jak widzę - skonstatował, a w jego prawym, ludzkim oku zalśniła iskierka autentycznego zainteresowania. - Ze mną wszystko w porządku - uspokoił ponownie Gangrela, widząc, że ten wciąż spogląda na niego podejrzliwie, jakby w obawie, że Starszy lada chwila znów osunie się na ziemię.
- Często mi się to zdarza. Jestem przyzwyczajony - dodał, wyczuwając, że jego zapewnienia trafiają na lichy grunt. - Jednakże są tu tacy, którzy bardziej niż ja potrzebują pomocy.
Uśmiechnął się, ruszając ku stercie kamieni, spod której dobywały się zduszone krzyki. Szczęśliwym trafem jednakże, głęboki kaptur, który nosił osłonił jego twarz na tyle, iż nikt z obecnych nie zauważył, iż uśmiech ten zawierał równie dużo współczucia, co fizjonomia rekina, wietrzącego krew.
- Czy moglibyście pomóc Cezarowi? - zapytał, mierząc stertę głazów zamyślonym spojrzeniem. - Dochodzę do wniosku, że w obecnej sytuacji może okazać się nad wyraz przydatny...
Odwrócił się poszukując wzrokiem dwóch gentlemanów z klanu Giovani, z których jeden nadal rysował na kamieniach jakieś symbole, drugi zaś wstał już ziemi i ocierał chustką krew z twarzy. Zbliżył się ku nim spokojnym krokiem, po drodze podnosząc z bruku swą laskę, ozdobioną głową kobry.
- Myślę, że wiem, jak rozwiązać trapiący nas wszystkich problem. - oznajmił ze spokojem.
Staję w takiej odległości do Giovani, bym mógł rozmawiać, a jednocześnie nie był zbyt daleko od członków mojej własnej koterii. Chcę ich mieć za plecami, bym w razie czego miał wsparcie.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar