Dwaj ochroniarze Tuckera trafnie odgadli stonowaną groźbę dźwięczącą w głosie Gury i zmienili nieco swe pozycje w krzesłach, ale coś w mowie ich ciał sugerowało, że woleliby uniknąć konfrontacji z ogromnym kulturystą.
Ich pryncypał nie okazał niezadowolenia z niechęci Gury do pokazania noża. Uścisnąwszy nieco niepewnie monstrualne łapsko cargo wskazał drugą dłonią na jednego ze swoich przybocznych.
- Mike przyjdzie po ciebie jutro rano, zaraz po wschodzie słońca - oznajmił przedstawiając bezimiennego dotąd ochroniarza - Nie musisz zabierać żarcia, dostaniesz na miejscu, wodę też. Pan Barnes dba o swoich pracowników. Wszystko ci wytłumaczymy na miejscu. Jestem pewien, że będziesz zadowolony, ta praca wydaje się wręcz wymarzona dla takiej jak ty osoby.
Wuj Slammer nie otrzymał ręki Tuckera na pożegnanie, musiał się zadowolić jedynie krótkim skinięciem głowy gościa. Wodząc po wnętrzu knajpy oczami, trzej mężczyźni wyszli z lokalu bez dalszej zwłoki, zniknęli za zakurzonymi oknami budynku.
Kulawy właściciel sięgnął po stojącą na stoliku butelkę kaktusówki, upił z niej duży łyk palącego w gardle trunku i podał wódkę Gurze.
- Dla uczczenia tej wielkiej chwili - oznajmił z przekąsem, krzywiąc się jednocześnie pod wpływem przełkniętego alkoholu - Jeśli chcesz, mogę pójść jutro z tobą, żebym sprawdzić, co to za robota, najwyżej otworzę knajpę później.
