Ducha zdumiewało z jaką lekkością poruszał się jego przyjaciel, zastany przecież rano w nadzwyczaj niewygodnej pozycji. Stado-pomyślał. To było jego stado. Coś jak plemię, ale bardziej pierwotne. Dla kilku wspólnych chwil, mógł z powodzeniem wytrzymać trochę potu, na plecach i niżej. Wiedział że ciało powinno się za chwilę przyzwyczaić, tak było z ojcem na polowaniach. Dobrze byłoby jeszcze wypić coś słodkiego.
Dotrzymując zatem kroku toksykowi, albinos kontemplował wspólną wycieczkę. Szczerze zachodził w głowę, co też mogło spowodować pożar w tak dobrze strzeżonej dzielnicy. Nie śmiał przerywać dostojnej ciszy między sobą i przyjacielem, ludzie dookoła robili wystarczająco wiele niepotrzebnego hałasu. Zobaczyli przed sobą bramę do wewnętrznego miasta, obstawioną przez żołnierzy Kościoła Moona. Popatrzyli na siebie, Indianin pokazał, że jest uzbrojony, drobny grymas na twarzy Śmierdziela powiedział mu, żeby to olać. Ruszyli w kierunku bramy.
-Ty, co żeś taki zakonspirowany? Podejdź tu. -strażnik nie mógł przeoczyć albinosa w goglach i pelerynie z kapturem. -Czego tu szukasz? broń masz?
-Mam. -powiedział oszczędnie Duch i odsłonił wszystko co posiada. Pomyślał że gdyby to była strażniczka pokazałby jej więcej. Ale strażnik wcale nie wydawał się chętny do żartów, co sugerowała opuszczona w kierunku Indianina lufa karabinu. -nie stresuj się kolego, bo ci ręka drgnie. - zmitygował go dalej Duch.
-Nie jestem twoim kolegą, białasie. -nastała nerwowa chwila milczenia.
-Mogę dalej? -przerwał Duch.
-Nie, nie możesz, ku..a. czego tu szukasz? Wyglądasz jak szpieg.
-Chciałem pomóc, jeśli wcześniej mnie nie zastrzelisz. Jestem mechanikiem, słyszałem, że był problem z instalacją elektryczną. Że rozdają po manierce czystej wody jak pomogę? to prawda?
-Pomóc? To po co ci ten arsenał?
-Do pracy. Noże do przewodów, a czasem muszę szybko coś przestrzelić, żeby nieś pomoc.
Broń palną Duch wziął, bo nie wiedziałem, że to nie do końca dobrze widziane. Ale jak ma to nawet lepiej. Może w całym zamieszaniu z osobą albinosa, toksyk przejdzie sobie niepostrzeżenie.
[/center]
[/center]