Lokacja - Sorte Kirke

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 23 maja 2018, 00:11

Wnętrze Czarnego Kościoła, po zmierzchu, 14 maj 1996


Przekroczył swoisty Rubikon ciemności. Pies przywarł do nogi zaraz po wejściu, dysząc cicho i z niepokojem. Jeden krok i znaleźli się w innej rzeczywistości. W świecie w którym mroczne byty jakby wyrwane z koszmarów tłoczyły się pod jednym chrystusowym dachem. Miejsce było starsze, niż wiara przyniesiona tutaj ponad tysiąc laty temu wprost znad rzeki Jordan. Cezar to wiedział i może właśnie dlatego dziwne świętokradcze odczucie wypełniało niepokojem jego serce. Tylko co tu było tak naprawdę bluźniercze, skoro pierwsze było w tym miejscu pogaństwo...

Śpieszył się. Wiedział, że za chwilę wtargną pozostali. Cezar pobieżnie rozejrzał się po półkach. Stało tam całe mnóstwo artefaktów na widok których niejednemu nieumarłemu znów poruszyło by się serce, w rytmie pożądania. Następnie próbował sięgnąć wzrokiem dalej, w mrok, starając się w słabych strumieniach światła księżyca ujrzeć to co jest w głębi, przebić ciemność. Jednak bez skutku, nie licząc narastającego lęku że coś tam jest, że czeka tylko by popełnić fałszywy krok...

Podziwiając osobliwe i na swój sposób wspaniałe wnętrze kościoła, szybko przemówił.

- Przyjmijcie me czcigodne pozdrowienie przedwieczne istoty zamieszkujące to święte miejsce. Chylę moją głowę przed waszą mocą i potężną wiedzą. Zanim złożę uszanowanie w należyty sposób istotom waszej rangi, chciałby zadać pytanie o szacowne propozycje. Czy ten ołtarz lub puchar nie są aby bez dna? Który z nich wymaga mniej krwi by go napełnić? I skąd po Waszych słowach mogę mieć pewność, że nie usłyszę kłamstwa jako odpowiedź, na pytanie za które prawdziwie zapłacę. Obaj nie mówicie prawdy czy tylko jeden z Was?

- Nie mam powodu, aby cie oszukiwać - odpowiedział truposz. - Puchar ma dno i oczekuje ofiary. Bez niej, drzwi do wiedzy pozostaną przed tobą zamknięte.

- Za dużo myślisz synu Kaina, albowiem przed kielichem zawsze idzie miecz. Za moimi plecami czeka sztylet i ołtarz - wtrącił się Gustavo Giovanni. - Kielich który oferuje truposz, to puchar trucizny. Nie zapewni ci bezpieczeństwa, jakie oferuję w zamian za krew. Ostrze czeka na twą ofiarę...

Cezar przytaknął, że zrozumiał i ruszył w kierunku jednego z dwóch ołtarzy.

Nolens volens...

- Oferta Twojego towarzysza, czyli możliwość zadania pytania jest bardzo hojna...
Obecni: Cezar, pies, Gustavo Giovanni oraz Truposz z Pentagramem.
Ostatnio zmieniony 23 maja 2018, 00:24 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Mystic
Reactions:
Posty: 155
Rejestracja: 31 stycznia 2016, 16:36

Post autor: Mystic » 23 maja 2018, 12:30

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Patrzył ze Cezarem jak ten znikał w czarnych wrotach Kościoła czując dziwny ucisk w swym umarłym sercu. Może trochę mnie poniosło? - ważył w myślach Morten. Czuł się nieco odpowiedzialny za los właściwie grupowo skazanego Wariata. Co za głupi sentymentalizm, pieprzyć to! Na powrót zaczął przejawiać swój bezrefleksyjny destrukcyjny nastrój.

Minuty mijały, wszyscy zdali się zastygnąć w swoich pozach w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Morten zachowywał czujność, jednak ten bezruch począł nudzić Brujaha. Odwrócił się do hrabiego:

- Panie Algol - rzekł konspiracyjnie przyciszonym głosem - jak na razie nie wypluło ze środka kości tego straceńca. Przydałoby się sprawdzić jak tam sytuacja, jakiś zwiad zrobić. Nie będziemy chyba tak gnuśnieć całą noc, czyż nie?
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar
Ostatnio zmieniony 23 maja 2018, 21:10 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 23 maja 2018, 18:02

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
- W istocie, chciałem rzec właśnie, iż możemy ruszać - odparł Algol, odwracając się od owianego złą sławą budynku. Brujah miał przez chwilę wrażenie, że spojrzenie Starszego przechodzi przez niego na wylot, jakby tamten w ogóle go nie dostrzegał, patrząc... No właśnie, na co? Po chwili jednak dziwne uczucie znikło i czarownik znów wyglądał normalnie. No, przynajmniej na tyle, na ile było to w jego przypadku możliwe...

- Zdaje się, że chwilowo kościół wyczerpał swój zasób macek - dodał. - Nic nam nie grozi. Na razie.

Uśmiechnął się do pozostałych członków swej koterii czyniąc gest, aby ruszyli za nim. Mimo wszystko zdawało się jednak, iż Starszy jest nieco rozczarowany brakiem wspomnianych okropności.
Spoiler!
Wszakże, gdy tylko oddalili się od pozostałych Kainitów na odległość, uniemożliwiającą swobodne podsłuchiwanie, hrabia odezwał się cicho:

- Wewnątrz będziemy szukać dwóch rzeczy. Po pierwsze musimy odnaleźć trzy woskowe pieczęcie, ukryte w tym miejscu przez członków Świętego Oficjum, niech ich kości gniją w hańbie! Pieczęcie te są nam absolutnie potrzebne do zdjęcia klątwy, ciążącej na tym miejscu. Jedna z nich znajdowała się będzie w katakumbach, druga w samym kościele, trzecia zaś na wieży. Ponadto pragnę przypomnieć, iż sprawą niezwykłej wagi jest także odnalezienie bliskiej mi relikwii rodzinnej. Będzie oma miała postać serca ludzkiego, zasuszonego, jak mniemam - przerwał na chwilę, obserwując reakcje zebranych.

- Proszę, niechże was to nie przeraża - dodał, nakładając z wdziękiem maskę człowieczeństwa. Pozwolił sobie na ten mały wybieg, traktując go jednak jedynie jako zabawę. Musiał bowiem przyznać, że czasami w obecności członków Camarilli nabierał pewnej ochoty na krotochwile. Choć jak podejrzewał, przyczyną tego stanu rzeczy była przede wszystkim nuda, która zawsze dopadała go w tym towarzystwie.

- Serce to należało ongiś do jednej z niewiast noszącej nazwisko Boszorkany, która darzyła swych bliskich miłością silniejszą od śmierci - kontynuował po chwili, nie przerywając powolnego marszu w kierunku wrót kościoła. - Rozumiecie więc zapewne, dlaczego tak zależy mi na tym, aby odzyskać je i przenieść w godne miejsce. Fekete Sziw musi koniecznie spocząć w naszym, rodowym mauzoleum.
Wkrótce cała czwórka stanęła w mrocznym cieniu Sorte Kirke. Grube mury kościoła zdawały się ciążyć nad nimi, pożerając chłodny blask księżyca. Hrabia podniósł laskę i odchylił jedno ze skrzydeł okutych wrót. Ustąpiło z lekkim oporem i jękiem, przypominającym raczej zawodzenie potępionych, niż dźwięk zawiasów. Z wnętrza kruchty wypłynęła drżąca łuna światła, osiadając na twarzach i dłoniach Nieumarłych. W powietrzu przeleciała ćma, umykająca przed innym, nieco większym cieniem. Szara sowa znów opadła na ramię swego pana, który ujął ją delikatnie i przez chwilę, wpatrywał się jej w oczy.
Spoiler!
- Cezar znalazł sobie towarzystwo - stwierdził w końcu - Rozmawia teraz z dwoma... Hmmm... Strażnikami tego miejsca, że tak powiem. Jeden z nich przejął ciało Nekromanty, drugi jakiegoś trupa. Ciekawe, jak spodoba się to Synom Śmierci... - roześmiał się cicho. - Wy jednak nie bądźcie głupcami, wierząc w tą maskaradę. Ty tylko pacynki, których sznurki pociąga ktoś inny. Jak mniemam ci, co spoczywają w torporze... Będą chcieli dostać się do naszej krwi. Uważajcie więc.
Podniósł rękę wypuszczając sowę ponownie, na łowy.

- Wygląda więc na to, że przedstawienie toczy się bez nas - zauważył - I należałoby to zmienić. Stoimy u wrót tajemnicy. Nieładnie pozwolić jej czekać...

To powiedziawszy, wszedł do środka kościoła.
Jeśli ktoś z drugiej koterii stoi na tyle blisko, by dał radę podsłuchiwać z Nadwrażliwością, zanim zacznę mówić daję znak Mortenowi by zagwizdał: na początku i w czasie mojej wypowiedzi./EVILS/
Jeśli zauważę, że ktoś zniknął, swą wypowiedź rozpocznę dopiero w kruchcie, przy czym przymknę najpierw drzwi do niej. Generalnie uważam, by nie dało się podsłuchać tego, co mówię w spoilerach.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Fobetor
Reactions:
Posty: 106
Rejestracja: 24 marca 2016, 11:03

Post autor: Fobetor » 25 maja 2018, 18:51

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

Kapitan Galaktyka uważnie przyglądał się scenie wchodzącego Leksa Luthora w paszczę przerażającego kościoła, niemal czuł, że sam duchem jest z nim w tym przełomowym momencie. Obserwował każdy jego krok i ruch, tuż po otwarciu się drzwi, Świr skupił się na ciemności, która stałą przednim. Ku zdziwieniu jego nad wyraz czułych oczu, w ciemności dojrzał również światełka.

[center]Obrazek
[/center]
Tuż po tym jak Mężczyzna przekroczył próg kościoła, Lex zaczął znikać w jego ciemnościach. To była chwila, w której Oczy Chaosu zaczęły działać. Pierwszy raz w życiu po życiu, dostrzegł tak zaskakujące efekty. Bowiem brama kościoła, sama zmieniła się dla Świra. Jego oczom ukazały się wrota, które przez jego Dyscypline stanęły otworem, niczym tunel między gwiazdami. Niczym połączenie wizji i snu. Malkawian nie przejął się tym i sam wszedł w swój film przekraczania bramy.

[center]Obrazek[/center]

W końcu kiedy patrzysz w otchłań ona patrzy na ciebie.-Pomyślał.

Swoją świadomością przekroczył próg, trafiając do swojego dawno zapomnianego snu. A raczej koszmaru, który był do teraz, tylko małym nic nieznaczącym wspomnieniem. Jednak w tych jego młodzieńczych dniach życia sprawił, że obudził się zlany potem mając nadzieje, że ten koszmar nigdy się nie powtórzy. Znów na powrót stał się małym chłopcem, który nie rozumiał jeszcze wiele. Było przyjęcie u jego dziadków, zebrała się cała rodzina, jednak mały chłopiec panicznie się bał. Schował się pod stół nakryty jedzeniem i skulony miał nadzieje, że to co widzi, nie dzieje się naprawdę. Widział przez wizje w śnie dwie istoty, w ciemności oświetlone nieznanym źródłem światła,a do dookoła ich była tylko czerń. Obaj dżentelmeni, byli ubrani w stare szlacheckie ubrania. Jeden z nich miał wężową skórę, język i oczy. Ubrany w frak i kapelusz z wielkim piórem. Drugi zaś był ciałem niemal szkieletem bez oczodołów. Ubrany również schudnie nosząc na głowie cylinder. Obaj byli iście nieludzcy, walcząc towarzyską walkę na szpady. Młodzieńca najbardziej przerażało to, że grają o jego duszę. Ten kto wygra zabierze go nieżalenie gdzie się skryję.

[center]Obrazek[/center]

Podczas ich walki, do Kapitana dotarły pytania, które dawno nie zajmowały jego umysłu. Oraz uwagi i nowe myśli które zaczęły go trapić w tej koszmarnej wizji.

Kto wygrał? Kim oni są? Czy mieszkają w Sorke Kirke? Zaraz się dowiem, nie jestem już dzieckiem.

W ten nim zdązył dowiedzieć się więcej, został wytrącony z równowagi przez potężny gwizd.

Oszołomiony padł na ziemie.

-Ała... khh... byłem tak blisko. -Zamamrotał pod nosem.
Z racji, że jestem niedaleko rozumiem, że gwizd będzie.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar
Ostatnio zmieniony 25 maja 2018, 20:51 przez Fobetor, łącznie zmieniany 1 raz.

zmarly
Reactions:
Posty: 239
Rejestracja: 10 maja 2015, 20:56

Post autor: zmarly » 25 maja 2018, 22:35

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=bbgvgk50e94[/center]

Medyk cierpliwie czekał z ręką w okolicy broni obserwując, jak jeden ze Świrów wchodzi do wnętrza budowli, wkrótce w niej znikając. Spodziewał się znowu jakiegoś okropieństwa w rodzaju macek, które widział poprzednio. Nic takiego jednak się nie stało. Nie uśpiło to jednak jego czujności, nabytej przez lata służby. Zmysły pracowały na najwyższych obrotach, starając się ogarnąć otoczenie w możliwie największych detalach. Od jego skupienia zależało poniekąd bezpieczeństwo misji - a przynajmniej Algola, który był warunkiem koniecznym wykonania zadania. Cały czas podążał obok hrabiego, gotów w każdej chwili osłonić go własnym ciałem lub też zaatakować wroga - zależnie od sytuacji.

Brujahem zajmę się po wszystkim, pomyślał. W istocie, był pewien, iż pokona Mortena bez większych przeszkód. Mógł mieć siłę, ale Johansen miał jednak wątpliwości co do jego sprytu. Kto wie, może przetrwają obaj tak długo, by tę tezę zweryfikować. W pewien sposób był tego ciekaw i rozważając to, przez moment powróciło wspomnienie krwi, krążącej szybciej w żyłach podczas akcji. Równie szybko jak się zamyślił, wrócił z powrotem do tu i teraz. Zadanie było zbyt ważne. Tym bardziej nie zamierzał pozwolić nikomu podejść spoza koterii. Gra bez jakichkolwiek zasad właśnie się zaczynała.

Krocząc w stronę wejścia starał się możliwie skupić na zadaniu, również z innego powodu - by trzymać na wodzy narastający w nim strach. Lęk ten mógł wpływać na Bestię w środku, a tego żołnierz chciał uniknąć za wszelką cenę; toteż skupił się na obserwacji otoczenia i nadciągających zagrożeń.

[center]Czarny Kościół, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]

[center] Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=5J8mvTWceO8[/center]

To, co zobaczył, przerosło jego najśmielsze wyobrażenia po stokroć. Mrok tego miejsca był niemal niewyobrażalny, zaś nikłe światła świec tylko potęgowały okultystyczny nastrój. Claus był wręcz przekonany, że czuje w nozdrzach mdły zapach stęchlizny i rozkładu, unoszący się w pomieszczeniu. Wzmogło to jego niepokój.

Widząc Gustavo i drugiego trupa, Dzikus instynktownie wystąpił o krok do przodu zasłaniając Boszorkany przed ewentualnym atakiem i upewnił się wzrokiem, że Morten pilnuje Isabeli, po czym zapytał:

- Hrabio, kim właściwie są te postacie? Przecież Giovanni powinien już nie istnieć...
Claus osłania Algola za wszelką cenę kosztem własnych obrażeń. Jeśli padnie rozkaz ataku, również to wykona. Narazie jednak obserwuje sytuację gotowy do ataku.
Obecni:Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar
Ostatnio zmieniony 26 maja 2018, 21:18 przez zmarly, łącznie zmieniany 1 raz.
---

If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 27 maja 2018, 18:50

Wnętrze Czarnego Kościoła, po zmierzchu, 14 maj 1996
Spoiler!

- Oferta twojego towarzysza czyli możliwość zadania pytania jest bardzo hojna... - powiedział zmierzając szybko w kierunku jednego z ołtarzy. - Mógłbym.... - Podrapał się z namysłem w przeszkadzający mu bok twarzy. Palce natrafiły na świeżą ranę. Cofnął je momentalnie. - ...mógłbym na przykład zapytać o to, jak brzmiały wszystkie odwiedzi jakie otrzymali wszyscy poprzedni wędrowcy, albo w jaki sposób zabezpieczyć się przed Tobą poznając najsłabszy punkt... ale nie jestem tu po to... Chciałbym, oddać wam cześć obu? Czy jest to możliwe? Co musiałbym ofiarować? - Cezar zastanawiał się na głos.

Wziął sztylet. Rękojeść dobrze leżała w dłoni ale wydawał się ciężki. Ostrze zawahało się chwilę nad nadgarstkiem. Nie miał do tego przekonania... Ale z drugiej strony nie miał też przecież innego wyjścia.

Czas, czas... Na Merkurego, mus mi się spieszyć.

Rytualne ostrze powędrowało w kierunku twarzy, wprost do rany na szyi uczynionej przez Brujaha. Delikatnym ruchem nadgarstka sztylet lekko powiększył otwór. Krew kapała na ołtarz. Cezar odłożył klingę i zaczął palcami naciskać na obrzeża nacięcia by żwawiej leciało. Krew spryskała ołtarz. Patrzył zafascynowany jak kamień pije jego vitae. Jak się napełnia kolorem, przesiąkając szkarłatem jego własnej krwi.

Obrazek

- Jesteś słaby i nie rozumiesz prawdziwego znaczenia prawdy. Odpowiadam tylko na pytania związane z tym miejscem. Scientia Sacra jest na zawsze zamknięta dla ciebie. Wybrałeś przetrwanie na drodze miecza. Bądź przeklęty...

- Nie słuchaj go. Na cóż wiedza, gdy wisi nad tobą ostrze śmierci? - wtrącił się Gustavo. - Cienie w tym miejscu będą cię chronić tej nocy. Ofiara została spełniona.

Cezar przytaknął i nie czekając szybko ruszył w kierunku wnętrza Sorte. O to mu właśnie chodziło. W innej sytuacji być może wybrał by inaczej, lecz nie teraz... Teraz musiał się spieszyć nim nadejdzie reszta jego rodziny. Wiedział, że jeśli nie zdąży ci bezdusznicy, bez grama człowieczeństwa w sercach, wycisną z niego choćby ostatnią kroplę krwi by zadawać swe pytania. A potem porzucą go na kamiennej posadzce Czarnego Kościoła, niczym wyżętą z vitae szmatę. Na pastwę losu kolejnej koterii. Ruszył w kierunku pólek z przedmiotami. Omiótł wzrokiem przedmioty, ale już wiedział.

No i jest moja... Prawdziwy Corvus albus* - pomyślał chwytając jedną z opasłych ksiąg pod pachę. Drugą ręką uchwycił jeszcze leżący sztylet i wepchnął go z tyłu za pasek.

Obrazek

- Czy teraz dasz mi podejść do każdego ze zgromadzonych Kainitów, tak bym każdego widział z bliska i oddać każdemu należny mu szacunek? - Zapytał zatrzymując się tuż przed linią wyznaczoną kończącym się kręgiem światła. Za nim był już tylko abyss. Miał nieustające odczucie, że coś lub ktoś już go obserwuje. A może to sama otchłań wpatrywała się w niego.

Która stroną pójść? Medio tutissimus ibis** - pomyślał wpatrując się w otchłań.

- Nie wiem o czym mówisz, ale najwidoczniej jesteś szalony... - odpowiedział mu coś co jeszcze niedawno było Giovannim.

Wariat odrzucił w tył głowę i zachichotał. A potem zrobił krok w ciemność. Mrok ogarnął go całego. Cezar kroczył przy ścianie trzymając w jednej ręce świecę, a pod jej pachą księgę. Drugą ręką wiódł zaś po ścianie. Opuszki palców dotykały wiekowych wypukłości znajdujących się na ścianie przeklętej budowli. Przez chwilę miał wrażenie, że wokół wiją się grube niczym pień drzewa macki ciemności ,które szczelnie wypełniają całą nieoświetloną część Sorte Kirke. Kiedy szedł wydawało mu się, że odsuwają się od niego robiąc jedynie wokół niego niewielką enklawę, w której centrum znajdował się Cezar.


* biały kruk
** najbezpieczniej jest chodzić środkiem
Z góry sorry za tak duży post.
Obecni: Cezar i pies.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Gohan
Reactions:
Posty: 81
Rejestracja: 29 listopada 2016, 15:24

Post autor: Gohan » 27 maja 2018, 21:15

[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Gdy Michelle i Bradley podeszli do Karen, ta po cichu wytłumaczyła im w czym tkwi jej aktualny problem.
Spoiler!
- Nie wiem czym ten makaroniarz do mnie strzelił, ale ni cholery nie mogę tego na szybko wyleczyć. - Wskazała na dziurę w ramieniu. - Niemal jakby mnie słoneczko przygrzało. Ale nie ma spiny, najwyższy bieg mi odpadł, ale na pewno nie będę was spowalniać.
Starała się brzmieć przekonująco, aczkolwiek wiedziała, że każdy ruch w tym stanie będzie bardzo nieprzyjemny, więc gdy Czarodziejka powiedziała, że może pomóc przystała na to bez chwili wahania.
Po chwili poczuła dotyk Michelle na ramieniu, a potem fala bólu, gdy ramię zaczęło się zrastać, zastąpiła wszelkie inne doznania. Zacisnęła pięści starając się skupić na regeneracji.
Początkowo nie było tak źle, pieczenie było wprawdzie okropne i przypominało jej bardziej jakby ktoś próbował nie wyleczyć, a zespawać jej ciało, ale im więcej sekund mijało tym bardziej inne wrażenie zastępowało to skojarzenie. Czuła jak zasoby krwi opuszczają jej ciało w niekontrolowanym przez nią tempie i impulsy przepływające przez jej głowę coraz częściej układają się w słowo "głód", a nie "ból". Nie trwało długo, by jej oczy zaczęły błądzić po okolicy automatycznie szukając czegoś co mogłoby uśmierzyć to paskudne uczucie stawania się pustym, jak wyciśnięty do ostatniej kropli karton soku. Jej wzrok zatrzymał się na niebezpiecznie długą chwilę na człowieku, którego odkopano wraz z Cezarem, ale szczęśliwie w tym momencie rozcięty nadgarstek Tremerki zasłonił ten widok.
Nie pamiętała by ktoś kazał jej pić, nie pamiętała nawet kiedy jej usta znalazły się przy wyciągniętej ręce. Jedyne co pozostało w pamięci to słodki, ciepły smak i wspaniałe uczucie ponownego napełniania się energią.
Gdy Michelle cofnęła się uznając, że wystarczy dzielenia się cennym płynem, dłonie Karen automatycznie ruszyły się by złapać ją ponownie, bo jej umysł jeszcze błądził gdzieś za ścianą pierwotnych instynktów. Na całe szczęście obserwujący całą operacje Bradley zareagował i wepchnął w nie torebkę z krwią, do której Brujah przyssała się momentalnie.
Zimniejsza krew nie robiła już takiego wrażenia i dopijając kolejne bloodpacki udało jej się ochłonąć i odzyskać samoświadomość.
Na koniec "operacji" rozejrzała się jakby oceniając co ją ominęło, potarła ramię w okolicach rany czując swędzenie, które pojawiało się często przy gojących się miejscach, po czym wykonała kilka kontrolnych ruchów sprawdzając jak kończyna się sprawuje. Nie było idealnie, ale nawet się nie skrzywiła.

- No. Dużo lepiej.

Nie podziękowała nikomu z obecnych tylko ubrała ponownie kurtkę dopinając ją pod szyję i wstała.

- Dobra, chyba pora wejść do tego kościoła, co nie?

Spojrzała w kierunku wejścia, za którym zniknęła druga koteria i poczuła lekką irytację.

Jak tak dalej pójdzie to coś nas ominie.

- Chodźmy, bo impreza zacznie się bez nas.

[center]***[/center]

Podeszli do stojącego naprzeciwko wejścia Kapitana.

- Drzwi otworzą się kiedy się ich dotknie. W środku są jakieś źródła światła. Musimy się spieszyć tamci już weszli, mają przewagę - poinformował ich Świr.

Osa kiwnęła głową i podeszła jako pierwsza, nie zapominając by mijając Giovaniego obdarzyć go groźnym spojrzeniem.
Dotknęła wrót i jak tylko się otworzyły zrobiła krok do środka i zaczęła się uważnie rozglądać.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley i w sumie nie wiem kogo mam tu uwzględniać, bo przed wejściem chyba mamy Giovanich, a po wejściu dwóch jegomości i koterię Algola?

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 28 maja 2018, 21:56

Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996

Westwood patrzył na chciwie spijającą bloodpacki Karen. Nie był tym zdziwony, ileż to razy sam przysysał się do vitae z niemal zwierzęcym instynktem. Nie mógł się jednak powstrzymać od sarkastycznego komentarza w swoim stylu:

- Ja pierdolę, ale maniery przy stole... Dobrze że mości hrabia tego nie widzi, bo zszedłby tu na palpitacje serca niebożę i potem byłoby na nas.

On takie bloodpacki opierdala nożem i widelcem pewnie...

Brujah wykonała kilka kontrolnych ruchów i Bradley cofnął się profilaktycznie o krok, na wypadek gdyby Karen zamierzała przećwiczyć coś na Nosferatu.

Lepiej zachować dystans. Ray to już pewnie wpierdolby zdążył wszystkim spuscić za komentarz i teraz płakałby w rękaw. Chuj wie, Z Brujahami nigdy nic nie wiadomo...

Na szczęście obeszło się łomotu i koteria ruszyła do wejścia. Nosferatu mijając Scipone ukłonił się lekko i rzekł grzecznie:

- Signore Scipione, pan pozwoli, że wrócimy do naszej przerwanej rozmowy nieco później. - przesadnym włoskim gestem pokazał na wchodzących do koscioła wampirów z koterii: - Jak sam pan widzi moim koleżankom i koledze bardzo się śpieszy na tamten świat.
Włażę za innymi, no chyba, że Giovanni będzie bardzo nalegał na rozmowę. Jak coś to w środku oczy dookoła głowy.
Obecni: cznkowie koterii Michelle, Giovanni.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 31 maja 2018, 13:47

[center]Wewnątrz Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Zagadany przez Bradley'a Scipione Giovanii, zatrzymał się na chwilę obdarzając Nosferatu spojrzeniem radosnym, niczym kondukt żałobników wlokący się w deszczu:

- Dlatego najsprytniejsi trzymają się razem panie Westwood. Ta miała być dla ciebie - odrzekł, po czym rzucił w stronę Nosferatu niewielkim przedmiotem, który ten odruchowo złapał. Gdy Szczur rozprostował dłoń, okazało się, że leży w niej sporych rozmiarów pocisk.

- To na szczęście - rzucił na pożegnanie Włoch i ruszył w kierunku głównego wejścia.

Gdy znaleźli się w środku ich oczom ukazała się mnogość zapalonych świec rzucających rozedrganą łunę na ściany i strop kościoła. Obecność ognia natychmiast przypomniała nieumarłym o ich pierwotnych instynktach. Na współczesnych wampirach otoczenie zrobiło ogromne wrażenie, budząc w każdym martwym sercu uczucie podziwu. Wszechobecne wrażenie, że czas w tym miejscu zatrzymał się wieki temu, nie dawało spokoju najmłodszym z krwi. Tylko dwójka osobników wykazywała się obyciem w tego rodzaju otoczeniu. Byli to Hrabia Algol oraz Scipione Giovanii, którzy jeszcze raz mogli doświadczyć przeszłości. Michelle trzymała się swojej koterii bacznie obserwując otoczenie.

Wszyscy razem, szybko i pewnie wkroczyli do głównej nawy kościoła. Blade twarze dwóch dziwnych strażników: oślepionego Giovanii i tajemniczego Truposza, obserwowały ich w milczeniu. Gdy Gangrel zadał pytanie, Truposz odezwał się:

- Ja reprezentuję wiedzę, jaka jest tu ukryta. Każdy kto napełni kielich za moimi plecami, będzie mógł zadać mi jedno pytanie związane z tym miejscem, a następnie uzyska odpowiedź.

Tutaj wtrącił się Giovanii, który kładł właśnie nowy nóż na ołtarz we wnęce:

- Wiedza nie uchroni was przed dezintegracją... czy też jak to wy mawiacie - obróceniem się w proch - Za mną ołtarz i sztylet - wskazał ruchem ręki za siebie.

- Każdy kto przeleje na nim swą krew otrzyma ochronę w tym miejscu. Wybierzcie rozważnie- sardoniczny uśmiech Gustavo w duecie z czarnymi oczodołami, tworzył naprawdę nieprzyjemne połączenie.

[center]MAPA[/center]
[center]Obrazek[/center]
Nikt z was nie widzi Cezara. Na mapce jest zaznaczony obszar gdzie palą się świece. Tam gdzie jest ciemność, kompletnie nic nie widzicie.
Ostatnio zmieniony 03 czerwca 2018, 23:55 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 04 czerwca 2018, 18:46

[center]Wewnątrz Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]

- No proszę, a ponoć nie jest się prorokiem we własnym kraju... - mruknął czarownik, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego. Głośno zaś rzekł:

- Szlachetni waszmościowie, po sztuce waszej wnoszę, iżeście nie potomkami Kaina, lecz godnymi synami Czarnej Matki. Przeto z pewnością pojmiecie, że w tej ciężkiej potrzebie pozostawię was samym sobie. Bynajmniej nie dlatego, by wasz głód był mi obojętny, lecz dlatego właśnie, byście poprzez to cierpienie dosięgnąć mogli należnych sobie cnót duchowych... - dotknął serca, skłaniając się lekko obu strażnikom, którzy w słuchali go w ponurym milczeniu. - Zaiste, trwająca wiek wstrzemięźliwość musi być straszna. - dodał, nie mogąc się najwyraźniej powstrzymać, by nie kopnąć leżącego.

- A poza tym - uśmiechnął się szeroko. - nie zwykłem wybierać między mieczem a kielichem. Po cóż tracić uroki jednego, na rzecz drugiego, gdy można mieć oba?

Z niesionej na ramieniu torby wydobył niewielką czarę i sztylet. Po czym otworzył zębami nadgarstek, pozwalając ciemnej krwi spłynąć do naczynia. Zdawało się, iż wpatrując się w jej hipnotyczną powierzchnię coś szepcze, choć ten cichy i tajemniczy dźwięk mógł także być jedynie szelestem wiatru, który przekradał się przez okna ciemne i puste, niczym oczodoły czaszki. Zalizał w końcu nadgarstek i lewą ręką wzniósł naczynie pełne kuszącej czerwieni:

- Gdybym rzekł: hekas hekas este bebeloi,* musielibyśmy pożegnać większość zacnego towarzystwa - roześmiał się, po czym dodał zupełnie już poważnie, głosem pełnym dziwnej, wibrującej mocy. - Zamiast tego, mówię więc: Zazasta Unozono! Przybądź mocy Węża i otocz mnie swymi splotami, w których nie ma rozróżnienia! Przywołuję Ciemność, z której jestem i która nie zna podzielenia! W moich rękach kielich staje się niczym krąg Szkarłatnego Księżyca a miecz, niczym Przeszywające Słońce. I łączę to co podzielone w ekstazie unicestwienia - zanurzył trzymany prawą ręką sztylet w kielichu krwi.

- Lililzumnaka Quaalabatu!*** - zawołał, po czym jednym haustem wychylił kielich. Oderwał naczyniem od ust i strząsnął kilka ostatnich kropel na pokrytą kurzem posadzkę kościoła.

[center]Obrazek[/center]
- Oto, co wam rzeknę - zwrócił się do dwóch postaci, stojących niemo w grobowych nawach. - Połączyłem kielich i miecz poprzez mą Sztukę i poprzez nią złożyłem ofiarę. Nie potrzebuję przewodnika w mroku, z którego pochodzę, ni ochrony przed Wężem, który jest mym Ojcem. Módlcie się więc o to, by kto inny zechciał nasycić wasz głód. Nie dostaniecie krwi mojej.
Poproszę MG o test na Zagadki: chodzi mi o takie znaczenia symboliczne związane z obecnością tych dwóch gentlemanów, które mogły mi umknąć, a także inne symboliczne konotacje, które mogę wywnioskować z fragmentu wnętrza, które widzę.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar, Cezar (gdzieś tam pewnie jest).
* Odejdźcie, profani!
** Węże i demony otoczcie mnie i umocnijcie me zaklęcie!
*** Wszetecznica Lilith-Az połączy się ze mną w snach i poprzez ścieżkę koszmarów pożywi się i napoi.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Ferre
Reactions:
Posty: 60
Rejestracja: 14 czerwca 2015, 19:42

Post autor: Ferre » 05 czerwca 2018, 01:10

Wewnątrz Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996

Isabela cały zastanawiała się nad tym, czy faktycznie chciała tu być, jednak obietnica, którą złożyła sprawiała, że zimne ciarki nie opuszczały jej ciała. Widząc co robi hrabia i kompletnie nie pojmując, co się dzieje, postanowiła przeczekać aż hrabia wyda jakieś instrukcje i dalsze wyjaśnienia.

Myślami wróciła do Cezara. Odetchnęła wiedząc, że udało jej się odwieść ostateczną zgubę kainity, lecz wciąż się o niego martwiła. Czemu nikt inny poza nami nie stanął w jego obronie? Dlaczego przeciwna koteria nie kiwnęła nawet palcem? Czyżby w tym mieście na usługach księcia było aż tak mało kainitów, którym zależy na człowieczeństwie? A może jest jeszcze jakiś inny czynnik, o którym nie wiem. Jakież szaleństwo kieruje tym wszystkim? Trzeba uważać, jeszcze ta obecność Giovanni. Tu się dzieje więcej, niż ktokolwiek z nas wie. Jesteśmy pionkami rozsypanymi na szachownicy i nie znamy tożsamości i pozycji innych pionków.

Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar, Cezar
Spoiler!
Używam nadwrażliwości w celu wyczucia niebezpieczeństwa i efektów nadnaturalnych
Ostatnio zmieniony 09 czerwca 2018, 12:09 przez Ferre, łącznie zmieniany 1 raz.
Sanity is for the weak!

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 07 czerwca 2018, 23:34

[center]Wewnątrz Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Gdy Hrabia wygłaszał swoje przemówienie, dwójka lokatorów Sorte Kirke słuchała uważnie, obserwując w skupieniu każdy gest wykonywany przez Algola. Pozostali, również bacznie przyglądali się całemu zajściu, starając się mieć jednocześnie na oku mroczne wnętrze kościoła. Do świadomości nieumarłych docierać poczynał fakt, iż oto mają szansę zrealizować swe plany i marzenia. Determinacja przysłoniła obawy i strach, pozwalając na bardziej swobodne działania. Do tego postawa Hrabiego Algola dodatkowo pomogła niektórym przełamać ciążącą im niepewność, bowiem Starszy prezentował się nadzwyczaj godnie, a jego pewność siebie tylko potęgowała ten efekt.

Truposz jak i Gustavo wydawali się jednak być kompletnie nieporuszeni słowami czarownika. Gdy ten skończył mówić, pierwszy niespodziewanie wtrącił się Scypione:

- Co zrobiłeś z moim bratem krwi? - zapytał groźnym tonem, coś co zamieszkiwało ciało Giovanniego.

- Nie ma go teraz z nami. Jest pod moja opieką, albowiem z swojej własnej woli wylał krew na ołtarza mną - odpowiedział Włoch z pustymi oczodołami.

Scypion błyskawicznie podniósł dłoń z casullem i wycelował w rozmówcę:

- A kto ciebie ochroni w tej chwili? - zapytał drwiącym głosem Scypione.

- Gdy zniszczysz to ciało, będziesz musiał zając jego miejsce - odpowiedział spokojnym głosem Gustavo.

Na ramieniu Scypiona pojawiła się dłoń Oscara, który szepnął po włosku:

- Odpuść. Coś jest nie tak... Zajmiemy się tym później* - zaproponował z nadzieją, iż Scypione opanuje się.

I tak się tez stało. Giovanni oddalili się razem w kierunku wyjścia, przechodząc całkiem na język włoski.

Truposz i Gustavo dalej stali na swoich miejscach jakby czekali na reakcję pozostałych. Gdy jednak milczenie wzięło górę, Truposz odezwał się pierwszy:

- Ofiara jest dobrowolna, a pana ekscentryczne wejście może i zrobiło wrażenie na pozostałych, ale nie na mnie. Jeżeli ktoś chce znać odpowiedzi... puchar jest za mną.

- Brak szacunku dla tego miejsca i jego niebezpieczeństw zgubiło odważniejszych od ciebie czarowniku. Sztylet czeka na ołtarzu za mną - opowiedział pewnie Gustavo Giovanni.
Spoiler!
Test Zagadek ST: 6 = 6 sukcesów!
Test Okultyzmu ST:7 = 3 sukcesy.
Test Wiedzy o Rodzinie ST:8 = 2 sukcesy.

Wynik rzutów poniżej:

Zdajesz dobie sprawę, że wybór między Truposzem a Giovann jest ostateczny i nawzajem się wyklucza. Przy próbie wylania krwi następnemu, wydarzy się coś nieprzyjemnego dla takiego delikwenta. Przez sto lat lub więcej Sotre Kirke wpłynęło na tych, którzy Śnili leżąc w letargu gdzieś wewnątrz. To co widzisz to ich emanacje, manifestacje i sposób w jaki się przejawiają. Wiesz, że Ci którzy wyleją tam krew, będą w jakiś sposób pod władaniem tej dwójki aktywnych mentalnie Kainitów. Wiesz, również, że ta dwójka to na pewno okultyści z ponadprzeciętną wiedzą z zakresu opętywania hostów. Zdajesz sobie sprawę, że wchodzenie im w drogę, może okazać się bardzo niebezpieczne. Nawet mówienie za dużo może ich zirytować. Mieli całe sto lat na przygotowanie się do tej roli, którą muszą teraz odegrać - albowiem coś co było od samego początku w Sorte Kirke, ukształtowało ich sny. Gdzieś wewnątrz wiesz, zaczynasz odczuwać, że jest tutaj coś więcej i mógłbyś to nazwać Duchem Sorte Kirke.

Przemyślenia zajmą ci mniej więcej 5-10 minut zanim wszystko poskładasz do kupy.
Spoiler!
Niejeden nabój miałeś w rekach. Od razu zauważysz, że ten jest pusty, a gdy go otworzysz, znajdziesz w środku maleńką kartkę z napisem "Masz ochotę na mały biznes?"
* Oscar mówi po włosku.
Truposz i Gustavo wydają się nieporuszeni wystąpieniem Algola.

WAŻNE:

Wszystkie obrażenia obuchowe znikają. Możecie je spokojnie odpisać z swoich kart postaci. Oczywiście Ci, którzy je mają.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar, Cezar
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 09 czerwca 2018, 19:18

Wewnątrz Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996

Bradley odruchowo ściskał w kieszeni jeansów kulkę od Scipione i wpatrywał się w Algola w emfazie wygadującego coś w nieznanym języku. Podniósł tylko jedną brew i ironicznym uśmiechem patrzył na hrabiego jak na pensjonariusza zakładu psychiatrycznego, któremu się właśnie pogorszyło.

Niezły cyrk, żeby się tylko nie zakrzusił od tych językowych wygibasów... Szkoda, że tego nie nagrywam na VHS. Byłaby niezła polewa. To picie własnej krwi to jakiś pokręcony sposób masturbacji? Albo go porąbało na stare lata, albo naprawdę wie co robi...

Nosferowi przez chwilę przeszło nawet przez myśl, żeby odstawić podobną szopkę przed dwoma rezydentami Sorte Kirke, ale widząc niewzruszoną minę obu, wolał nie ryzykować niepotrzebnie. Bądź co bądź, to nie był pokojowy piknik po zmierzchu i zbyt wielu zaginęło przez wieki w czeluściach kościoła.

Spojrzał na to co było jeszcze nieadawno Giovannim i drugiego rezydenta.

Kurwa, osiołkowi w żłobie dano... Najlepiej to wybrałbym bramkę numer trzy i walił narciarza z tego smutnego jak pizda miejsca. Co cię podkusiło Westwood na taką wycieczkę? Mogłeś popić krwi prosto z fiuta jakiegoś młodego geja, a stoisz w jakiejś ruinie, gdzie wszsytko może cię zabić...

Zdecydował, że chwilę zaczeka i zobaczy co robią inni. Krwi wolał tu nikomu nie dawać, ryzyko że wybudzą z letargu jakiegoś naprawdę starego wampira, któy ich wszystkich potem wsyśnie jako aperitif było dość realne. Po za tym nie wierzył do końca we wspaniałomyślność obu bytów. Z dwojga złego wolał już tę enigmatyczną ochronę, niż odpowiedź, która mogła tak naprawdę tylko rodzić nowe pytania. Wszystko sobie to trochę innaczej wyobrażał. Myślał, że wnętrze będzie nieco inne i pewnie wszyscy rozlecą się pomiędzy ławkami w poszukiwaniu fantów. A tu jakieś typki sugerowały delikatnie paktowanie z diabłami.

Fobetor
Reactions:
Posty: 106
Rejestracja: 24 marca 2016, 11:03

Post autor: Fobetor » 10 czerwca 2018, 23:22

[center]Wewnątrz Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]

Przekroczenie progu Kościoła było jak przekroczenie progu snu. Wszystko było niczym jak z koszmarnej bajki. Światła świec padały na szklane odbicia maski kapitana starając bezskutecznie rozjaśnić to miejsce. Ciągle postrzegając wszystko jak przez sen ujrzał dwie tajemnicze postacie. I czary Czarownika.

[center]Obrazek [/center]
Łączy kielich i sztylet. Dobrze mu idzie, na to wygląda. Skup się na panach, którzy wyglądają jak z sennego koszmaru.

Jego oczy skupiły się na Truposzu próbując ujrzeć nature istoty, jednak wydał mu się zbyt tajemniczy i odległy.
Mózg zaczął filtrować drugą postać bardzo dokładnie analizując jego esensję.

O nie Biedny Samuel Jest pokryty Venomem?! Coś tu nie gra.

[center]Obrazek[/center]

Mózg Świra drążył wzorce łamigłówki dalej.

W końcu zbliżył się do Deadpoola, Huntress i Zatanny. Mówiąc cichym spokojnym głosem. Tak by tylko oni słyszeli.
Spoiler!
- Samuel jest przejęty przez Venoma, ten Sam na pewno nie urodził się w poniedziałek, podejrzewam że sam Venom jest gdzie indziej. Jest aktywnym meta człowiekiem. Jest nastawiony na przetrwanie więc myślę, że będzie chciał nas zjeść.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, Scipione, Oscar

Mystic
Reactions:
Posty: 155
Rejestracja: 31 stycznia 2016, 16:36

Post autor: Mystic » 11 czerwca 2018, 07:30

[center]Wewnątrz Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]

Klimatyczna miejscówka - przyznał z uznaniem w myślach Morten. Wnętrze Sorte Kirke wywierało na nim silne wrażenie. Odczucie czegoś starego, mrocznego i... drapieżnie głodnego. Czuł się maluczki wobec niemal uroczystej atmosfery unoszącej się w tym miejscu. Atmosfery, która wręcz napierała na niego, próbując wniknąć do jego wnętrza. I to dziwne wrażenie matowej, suchej czerni...

Brujah ze zdziwieniem przyglądał się rzeczom wyczynianym przez Czarownika. Jasna sprawa, że nie dał po sobie nic poznać. Teraz już bez cienia wątpliwości wiedział, że znajdują się w świecie, który jest domeną Starszego. Widać było to po swoistym ożywieniu, jeśli w ogóle można tak powiedzieć o wiekowym wampirze i lekkości z jaką czynił swoją sztukę. Profesjonalista pełną gębą, nie ma co! Choć magia czy rytuały nie były specjalnością Krzykacza, to zdawał sobie sprawę, że hrabia poczynia sobie z siłami, przed którymi stali. No, no, byle by nie przekozaczył.

Wokół też sporo się działo. Czuć było atmosferę napięcia i niepewności. Giovanni znowu odstawiali jakieś swoje cyrki. Muszę mieć na oku tych fircyków. Prościej by było gdyby coś ich zaje*bało - dodał z przekąsem. Sprawdził czy broń dobrze leży przy pasie i czy w razie potrzeby można szybko jej dobyć. Był czujny. Był gotowy.

Przez chwilę chodziło mu po głowie coś, ha, nierozważnego. Nie był jednak Algolem i szybko doszedł do wniosku, że igrałby z siłami o których właściwie nie miał pojęcia. Nie czas i miejsce na takie zabawy, za dużo można stracić - żachnął się sam do siebie.

Uważnym wzrokiem rozglądał się wokół wypatrując potencjalnego zagrożenia w oczekiwaniu na jakiś sygnał co do dalszego działania. Kątem oka skontrolował czy wszystko w porządku z Isabel i czekał na dalszy rozwój wydarzeń.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela
Ostatnio zmieniony 11 czerwca 2018, 10:20 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen

ODPOWIEDZ