Lokacja - Sorte Kirke
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
- Eee...? - zadarł głowę Brujah - Ktoś musiał mieć do tego w kurwę dobry powód... - dodał kręcąc swoją bujną fryzurą z niedowierzaniem.
Już zdejmował plecak i wybierał najdogodniejsze miejsce do wspinaczki, lecz ubiegł go Gangrel. Taki chuj.
- Claus, miał być najzręczniejszy, a nie ten co najszybciej pokrywa się futrem! Złaź i zostaw robotę profesjonalistom! - krzyknął.
Sam nie bardzo wierzył w te zaczepki, ale musiał jakoś odbić sobie to, że Dzikus okazał się szybszy.
- Nie będę teraz leciał za nim i sprawdzał kto szybciej wespnie się na górę. Najgłupsze co mógłbym zrobić to zostawić resztę koterii bez ochrony albo co gorsza wyłączyć jednego z nas z dalszej akcji - wyrzucił z siebie, na poły jako usprawiedliwienie.
Dobra, to teraz posępna mina numer 6 i obserwuj otoczenie. Sprawnym ruchem wyciągnął ze swojego plecaka pewne zawiniątko i wręczył jego zawartość Isabel:
- Co nam waćpanna powiesz o tym fancie? Znalazłem to na wieży wśród tych wszystkich klamotów, co się tarzały na ziemi.
Gdy tylko wygłosił swój krótkawy monolog w kierunku Torreadorki, całkiem sprawnie przeszedł do lustrowania otoczenia jakby tracąc zainteresowanie całą sprawą ...pozornie.
- Eee...? - zadarł głowę Brujah - Ktoś musiał mieć do tego w kurwę dobry powód... - dodał kręcąc swoją bujną fryzurą z niedowierzaniem.
Już zdejmował plecak i wybierał najdogodniejsze miejsce do wspinaczki, lecz ubiegł go Gangrel. Taki chuj.
- Claus, miał być najzręczniejszy, a nie ten co najszybciej pokrywa się futrem! Złaź i zostaw robotę profesjonalistom! - krzyknął.
Sam nie bardzo wierzył w te zaczepki, ale musiał jakoś odbić sobie to, że Dzikus okazał się szybszy.
- Nie będę teraz leciał za nim i sprawdzał kto szybciej wespnie się na górę. Najgłupsze co mógłbym zrobić to zostawić resztę koterii bez ochrony albo co gorsza wyłączyć jednego z nas z dalszej akcji - wyrzucił z siebie, na poły jako usprawiedliwienie.
Dobra, to teraz posępna mina numer 6 i obserwuj otoczenie. Sprawnym ruchem wyciągnął ze swojego plecaka pewne zawiniątko i wręczył jego zawartość Isabel:
- Co nam waćpanna powiesz o tym fancie? Znalazłem to na wieży wśród tych wszystkich klamotów, co się tarzały na ziemi.
Gdy tylko wygłosił swój krótkawy monolog w kierunku Torreadorki, całkiem sprawnie przeszedł do lustrowania otoczenia jakby tracąc zainteresowanie całą sprawą ...pozornie.
Ostatnio zmieniony 11 lipca 2018, 22:26 przez Mystic, łącznie zmieniany 1 raz.
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Katakumby Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996
Bradley tylko jednym uchem słuchał Michelle i Karen. W głowie budziła się normalna rozterka, która w trzewiach Sorte Kirke początkowo zdawała się Nosferatu czyms bardzo dziwnym i odległym. Drążyła jednak sumienie Spokrewnionego niczym woda skałę. W końcu wyrzuty sumienia targnęły wnętrzem Szczura. Poczuł się zawstydzony, że tak szybko spisał Kapitana na straty. Głupio mu było mu także z powodu, że laska zasadniczo wyłożyła to, co powinien powiedzieć samemu.
Kurwa mać, co się z tobą dzieje Westwood? Już ci ze strachu odpierdala? Przeceiż nie jesteś takim zimnym skurwysynem. Jakby nie patrzeć świr to jeden z nas... ja pierdolę, żeby Osa musiała myśleć za ciebie. Weź się w garść chłopie...
Bradley zacisnął pięści walcząc jeszcze krótką chwilę ze sobą, ale wiedział od samego początku, że nie postawi się przeciw światopoglądowi. W koncu rzekł cicho:
- Masz racje Karen... Trzeba sprawdzić co z Kapitanem... W koncu to jeden z nas... Nikt nie powinien zostać tu samemu..
Bradley tylko jednym uchem słuchał Michelle i Karen. W głowie budziła się normalna rozterka, która w trzewiach Sorte Kirke początkowo zdawała się Nosferatu czyms bardzo dziwnym i odległym. Drążyła jednak sumienie Spokrewnionego niczym woda skałę. W końcu wyrzuty sumienia targnęły wnętrzem Szczura. Poczuł się zawstydzony, że tak szybko spisał Kapitana na straty. Głupio mu było mu także z powodu, że laska zasadniczo wyłożyła to, co powinien powiedzieć samemu.
Kurwa mać, co się z tobą dzieje Westwood? Już ci ze strachu odpierdala? Przeceiż nie jesteś takim zimnym skurwysynem. Jakby nie patrzeć świr to jeden z nas... ja pierdolę, żeby Osa musiała myśleć za ciebie. Weź się w garść chłopie...
Bradley zacisnął pięści walcząc jeszcze krótką chwilę ze sobą, ale wiedział od samego początku, że nie postawi się przeciw światopoglądowi. W koncu rzekł cicho:
- Masz racje Karen... Trzeba sprawdzić co z Kapitanem... W koncu to jeden z nas... Nikt nie powinien zostać tu samemu..
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Szybka reakcja na propozycję Algola opłaciła się - Brujah zorientował się, co jest grane, gdy medyk wspinał się już po filarze. Na jego nieszczęście wspinającego się nie ruszały kiepskie zaczepki z dołu, toteż dalej sprawnie piął się w górę. Złaź i zostaw robotę profesjonalistom, taak? Już ja mu kurwa dam profesjonalistę jak w końcu przyjdzie do pojedynku po wyjściu z Sorte Kirke... i ta myśl dodatkowo dopingowała go w drodze ku sklepieniu jeszcze zwiększając szybkość tej czynności. Precyzja poruszania się Dzikusa mogła spokojnie zyskać uznanie w oczach profesjonalisty, zaś każdy kolejny ruch miał dokładnie określony cel. Wkrótce osiągnął swój cel i gdy sięgał po pieczęć poczuł lekkie drżenie pod koszulką. Przypomniał sobie wtedy o jego powodzie i uśmiechnął się do siebie chowając znalezisko w kieszeni spodni.
Zejście było jeszcze szybsze niż wspinaczka, zaś po dotarciu na ziemię od razu podał artefakt czarownikowi jednocześnie mówiąc w stronę Madsena:
- Widzisz Morten, mógłbym cię tam puścić pod sufit, ale uwierz mi, że wszyscy mielibyśmy wtedy problem. Mnie zapewnił bezpieczeństwo amulet na szyi, który dostałem specjalnie na tę okazję. A ty najlepszym wypadku byś tylko spadł. Nawet nie chcę wiedzieć, co w najgorszym... szczególnie przy twoich gabarytach.
- Hrabio, od razu szukamy następnej pieczęci, czy może najpierw nasza piękna Isabella powinna rzucić na nią swym artystycznym okiem? - rzekł nieco z przekąsem w stronę Toreadorki.
- W każdym razie wygląda na to, że przeciwna "drużyna" na coś się jednak przydała wskazując dalszy kierunek poszukiwań. Grzechem byłoby nie skorzystać, zatem proponuję się pospieszyć, zanim zgarną nam nagrodę sprzed nosa...
Szybka reakcja na propozycję Algola opłaciła się - Brujah zorientował się, co jest grane, gdy medyk wspinał się już po filarze. Na jego nieszczęście wspinającego się nie ruszały kiepskie zaczepki z dołu, toteż dalej sprawnie piął się w górę. Złaź i zostaw robotę profesjonalistom, taak? Już ja mu kurwa dam profesjonalistę jak w końcu przyjdzie do pojedynku po wyjściu z Sorte Kirke... i ta myśl dodatkowo dopingowała go w drodze ku sklepieniu jeszcze zwiększając szybkość tej czynności. Precyzja poruszania się Dzikusa mogła spokojnie zyskać uznanie w oczach profesjonalisty, zaś każdy kolejny ruch miał dokładnie określony cel. Wkrótce osiągnął swój cel i gdy sięgał po pieczęć poczuł lekkie drżenie pod koszulką. Przypomniał sobie wtedy o jego powodzie i uśmiechnął się do siebie chowając znalezisko w kieszeni spodni.
Zejście było jeszcze szybsze niż wspinaczka, zaś po dotarciu na ziemię od razu podał artefakt czarownikowi jednocześnie mówiąc w stronę Madsena:
- Widzisz Morten, mógłbym cię tam puścić pod sufit, ale uwierz mi, że wszyscy mielibyśmy wtedy problem. Mnie zapewnił bezpieczeństwo amulet na szyi, który dostałem specjalnie na tę okazję. A ty najlepszym wypadku byś tylko spadł. Nawet nie chcę wiedzieć, co w najgorszym... szczególnie przy twoich gabarytach.
- Hrabio, od razu szukamy następnej pieczęci, czy może najpierw nasza piękna Isabella powinna rzucić na nią swym artystycznym okiem? - rzekł nieco z przekąsem w stronę Toreadorki.
- W każdym razie wygląda na to, że przeciwna "drużyna" na coś się jednak przydała wskazując dalszy kierunek poszukiwań. Grzechem byłoby nie skorzystać, zatem proponuję się pospieszyć, zanim zgarną nam nagrodę sprzed nosa...
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
[center]Katakaumby pod Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Po słowach Bradley'a, Michelle nawet nie starała się ukryć zniesmaczenia. Oburzenie wzięło górę nad innymi emocjami, gdy nagle Nosferatu z niewiadomych dla niej przyczyn zmienił zdanie.
- A więc wybraliście zgubę! A ty głupia dziewko masz czelność pytać skąd mam pewność?! - Czarodziejka nie dała Karen szans na odpowiedź, kontynuując z wściekłością:
- Zrywam nasz układ! Poradzę sobie sama i bez waszej pomocy. Idźcie pomóc Świrowi, on na pewno powie wam jak uwolnić Batmana... O ile jeszcze nie zmienił się w pył i traficie na jego oprawcę! Krew waszych klanów jest słaba i odbiera wam rozum. Żegnam i nie próbujcie mnie zatrzymać! - ostatnie słowa zawierały w sobie wyraźną groźbę. Czarodziejka najwyraźniej jednak miała w nosie, jak odbiorą to pozostali. Nie czekając na ich reakcję ruszyła przed siebie, trzymając mapę w rękach.
Po słowach Bradley'a, Michelle nawet nie starała się ukryć zniesmaczenia. Oburzenie wzięło górę nad innymi emocjami, gdy nagle Nosferatu z niewiadomych dla niej przyczyn zmienił zdanie.
- A więc wybraliście zgubę! A ty głupia dziewko masz czelność pytać skąd mam pewność?! - Czarodziejka nie dała Karen szans na odpowiedź, kontynuując z wściekłością:
- Zrywam nasz układ! Poradzę sobie sama i bez waszej pomocy. Idźcie pomóc Świrowi, on na pewno powie wam jak uwolnić Batmana... O ile jeszcze nie zmienił się w pył i traficie na jego oprawcę! Krew waszych klanów jest słaba i odbiera wam rozum. Żegnam i nie próbujcie mnie zatrzymać! - ostatnie słowa zawierały w sobie wyraźną groźbę. Czarodziejka najwyraźniej jednak miała w nosie, jak odbiorą to pozostali. Nie czekając na ich reakcję ruszyła przed siebie, trzymając mapę w rękach.
Spoiler!
Spoiler!
Michelle opuszcza koterię. Co robi Bradley i Karen?
Obecni: Michelle, Bradley, Karen
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
W momencie gdy Claus zajmował się pieczęcią, Isabela skupiła się zawiniątkiem, który wzięła od Mortena. Dotknęła, lekko musnęła palcami i skupiła na butelce całą swoją uwagę. Zamknęła oczy i wejrzała. Długo to nie trwało. Toreadorka posmutniała lekko. Zawinęła przedmiot z powrotem, po czym oddała Brujahowi.
- Przykro mi - rzekła oddając przedmiot - Musi być bardzo stara, albo ślad emocjonalny na niej był bardzo słaby. Najmocniejszy pochodzi od Ciebie, moment, w którym ją znalazłeś. Mogę spróbować jeszcze później, w lepszych i spokojniejszych warunkach ale nie sądzę, że uda mi się znaleźć więcej. W każdym bądź razie za jakiś czas mogę spróbować ponownie.
- Poproszę Panie Claus, przepraszam za to małe opóźnienie - zwróciła się podchodzącego Gangrela posyłając mu żartobliwie całusa w powietrze - już się tym zajmuję, to nie potrwa długo - powiedziała przejmując od brodacza pieczęć.
- Badając drugą pieczęć prawdopodobnie pójdzie lepiej, pod warunkiem, że ta sama osoba ją umieściła - Uniosła przedmiot oburącz, tak, aby mogła się bliżej przyjrzeć - Hmmm .... słaby ślad ... ale ... widzę starca! - powiedziała ucieszona - widzę wyraźniej ... długa broda i włosy, bardzo przenikliwe spojrzenie ... - zamilkła na chwilę rozszerzając źrenice - To ... To poprzedni regent klanu Tremere, Regent Wiktor Manrosgof... - powoli spojrzała na Gangrela oddając mu pieczęć do ręki
W momencie gdy Claus zajmował się pieczęcią, Isabela skupiła się zawiniątkiem, który wzięła od Mortena. Dotknęła, lekko musnęła palcami i skupiła na butelce całą swoją uwagę. Zamknęła oczy i wejrzała. Długo to nie trwało. Toreadorka posmutniała lekko. Zawinęła przedmiot z powrotem, po czym oddała Brujahowi.
- Przykro mi - rzekła oddając przedmiot - Musi być bardzo stara, albo ślad emocjonalny na niej był bardzo słaby. Najmocniejszy pochodzi od Ciebie, moment, w którym ją znalazłeś. Mogę spróbować jeszcze później, w lepszych i spokojniejszych warunkach ale nie sądzę, że uda mi się znaleźć więcej. W każdym bądź razie za jakiś czas mogę spróbować ponownie.
- Poproszę Panie Claus, przepraszam za to małe opóźnienie - zwróciła się podchodzącego Gangrela posyłając mu żartobliwie całusa w powietrze - już się tym zajmuję, to nie potrwa długo - powiedziała przejmując od brodacza pieczęć.
- Badając drugą pieczęć prawdopodobnie pójdzie lepiej, pod warunkiem, że ta sama osoba ją umieściła - Uniosła przedmiot oburącz, tak, aby mogła się bliżej przyjrzeć - Hmmm .... słaby ślad ... ale ... widzę starca! - powiedziała ucieszona - widzę wyraźniej ... długa broda i włosy, bardzo przenikliwe spojrzenie ... - zamilkła na chwilę rozszerzając źrenice - To ... To poprzedni regent klanu Tremere, Regent Wiktor Manrosgof... - powoli spojrzała na Gangrela oddając mu pieczęć do ręki
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
Sanity is for the weak!
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Nim oddał pieczęć Torreadorce, przestudiował ją uważnie. Wnioski, jakie wyciągnął musiały mieć konkretną wagę, bowiem hrabia zamilkł na dłużą chwilę, najwyraźniej analizując w skupieniu nowe fakty. Słowa Isabeli zdawały się potwierdzać jego przypuszczenia. Słysząc wzmiankę o Manrosgofie pokiwał głową, jakby ostatecznie utwierdzając się w swych przekonaniach. Odebrał woskowy krążek od Degeneratki, po czym położył go na dłoni:
- Ta pieczęć - odezwał się w zamyśleniu, prezentując relikwię pozostałym - nie została wykonana przez Inkwizycję. To robota Uzurpatorów. A to oznacza, że klan Tremere próbuje przejąć kontrolę nad klątwą. Prawdopodobnie usunęli pierwotny symbol zastępując go swoim. Łatwo to rozpoznać. Tutaj i tutaj - stuknął paznokciem w wosk, wskazując szczegóły, o których mówił - jak zapewne widzicie, pojawiają się sigile podobne do tych, jakie widnieją w Grimorum Verum... Nie jest możliwym, by słudzy Ashapoli sięgali po tego typu znaki. Nie mówiąc już o tym, że widoczne na pieczęci wersje znane są dopiero od XVIII stulecia...
Czarownikowi odpowiedziały trzy pary lekko skonfundowanych spojrzeń, dla pozostałych członków koterii bowiem wydrapane w wosku zawijasy nie przedstawiały sobą większego sensu. Algol najwyraźniej jednak nie zrażał się tym, lub też zupełnie nie dostrzegał zagubienia słuchaczy. Swobodnie płynął więc wraz z tokiem swych myśli:
- To oznacza, że Michele doskonale wiedziała, iż środkowa pieczęć została podmieniona. Tłumaczy to także pośpiech, z jakim jej koteria skierowała się od razu do katakumb. Szukają tam ostatniego znaku... Nie zdołali nas ubiec na wieży, więc starają się wyprzedzić nas w podziemiach. Michele prawdopodobnie nie zamierza zniszczyć pieczęci lecz podmienić ją na inną. W ten sposób Uzurpatorzy zdobędą sposób by pokierować Mocami Sorte Kirke. Nie sądzę by ktokolwiek z nas zamierzał pozwolić na to...
Zacisnął powoli palce, kryjąc pieczęć, a następnie schował ją starannie do wewnętrznej kieszeni szaty.
- Najwyraźniej jednak nie przewidzieli, iż środkowa pieczęć znajdzie się w mych rękach - mruknął. - Mam nadzieję, że to pokrzyżuje im szyki... Teraz powinniśmy ruszyć dalej.
Nim oddał pieczęć Torreadorce, przestudiował ją uważnie. Wnioski, jakie wyciągnął musiały mieć konkretną wagę, bowiem hrabia zamilkł na dłużą chwilę, najwyraźniej analizując w skupieniu nowe fakty. Słowa Isabeli zdawały się potwierdzać jego przypuszczenia. Słysząc wzmiankę o Manrosgofie pokiwał głową, jakby ostatecznie utwierdzając się w swych przekonaniach. Odebrał woskowy krążek od Degeneratki, po czym położył go na dłoni:
- Ta pieczęć - odezwał się w zamyśleniu, prezentując relikwię pozostałym - nie została wykonana przez Inkwizycję. To robota Uzurpatorów. A to oznacza, że klan Tremere próbuje przejąć kontrolę nad klątwą. Prawdopodobnie usunęli pierwotny symbol zastępując go swoim. Łatwo to rozpoznać. Tutaj i tutaj - stuknął paznokciem w wosk, wskazując szczegóły, o których mówił - jak zapewne widzicie, pojawiają się sigile podobne do tych, jakie widnieją w Grimorum Verum... Nie jest możliwym, by słudzy Ashapoli sięgali po tego typu znaki. Nie mówiąc już o tym, że widoczne na pieczęci wersje znane są dopiero od XVIII stulecia...
Czarownikowi odpowiedziały trzy pary lekko skonfundowanych spojrzeń, dla pozostałych członków koterii bowiem wydrapane w wosku zawijasy nie przedstawiały sobą większego sensu. Algol najwyraźniej jednak nie zrażał się tym, lub też zupełnie nie dostrzegał zagubienia słuchaczy. Swobodnie płynął więc wraz z tokiem swych myśli:
- To oznacza, że Michele doskonale wiedziała, iż środkowa pieczęć została podmieniona. Tłumaczy to także pośpiech, z jakim jej koteria skierowała się od razu do katakumb. Szukają tam ostatniego znaku... Nie zdołali nas ubiec na wieży, więc starają się wyprzedzić nas w podziemiach. Michele prawdopodobnie nie zamierza zniszczyć pieczęci lecz podmienić ją na inną. W ten sposób Uzurpatorzy zdobędą sposób by pokierować Mocami Sorte Kirke. Nie sądzę by ktokolwiek z nas zamierzał pozwolić na to...
Zacisnął powoli palce, kryjąc pieczęć, a następnie schował ją starannie do wewnętrznej kieszeni szaty.
- Najwyraźniej jednak nie przewidzieli, iż środkowa pieczęć znajdzie się w mych rękach - mruknął. - Mam nadzieję, że to pokrzyżuje im szyki... Teraz powinniśmy ruszyć dalej.
Spoiler!
- Zastanawiam się - dodał jakby mimochodem, idąc w stronę ziejącej w posadzce kościoła dziury - Czy zniknięcie Wiktora miało coś wspólnego z Sorte Kirke? Jeśli tak... Może wciąż tu gdzieś zalega, pokrywając się kurzem? Nieżycie bywa czasami takie przewrotne - dodał z nutą filozoficznej zadumy, choć pojawiający się w kąciku ust uśmiech pozwalał podejrzewać, że myśl o domniemanej porażce Regenta, budzi w jego martwym sercu nader dźwięczne echa.
Mistrzu Gry: Idąc niespiesznie używam nadwrażliwości i rozglądam się po wnętrzu, szukając jakiś wskazówek na temat klątwy, pieczęci oraz Fekete Sziw. Zwracam uwagę na wystrój i obecne w nim symbole. Przyglądam się także, czy jakieś znaki lub wyobrażenia znajdują się na odwalonej przez Giovani płycie. Poproszę o odpowiednie testy Percepcji i Zagadek.
Koterio: jeśli nikt nie ma nic przeciwko, proponuję zejść do katakumb.
Koterio: jeśli nikt nie ma nic przeciwko, proponuję zejść do katakumb.
Spoiler!
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
[center]Katakumby pod Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Zrobiło się niezwykle nieprzyjemnie, a może nawet tragicznie, pomyślałby ktoś, ale tym kimś na pewno nie była Karen. Gdy tylko Czarodziejka wyrzuciła z siebie ostatnie słowo i ruszyła przed siebie, Osa wystrzeliła z miejsca z dużą prędkością tak by ją wyminąć i znaleźć się tuż przed nią. Po czym spróbowała wyrwać jej mapę z rąk nim ta zorientuje się co jest grane.
Tremere jednak najwyraźniej spodziewała się reakcji, pomimo wyraźnego ostrzeżenia jakie dała chwilę wcześniej. Karen bez problemu wyminęła Michelle i stanęła naprzeciw niej, blokując możliwość dalszej drogi. W chwili, gdy próbowała chwycić za mapę, Czarodziejka zajrzała jej w oczy:
- Idź szukać Kapitana - rzekła tonem, który zdradzał zarówno opanowanie jak i pewność siebie.
Karen zawahała się na sekundę czując jak Michelle naciska na jej umysł próbując wymusić działanie. Była jednak zdeterminowana by nie poddać się jej woli i już wyciągała rękę, by wyrwać Czarodziejce mapę, gdy ta krzyknęła w pośpiechu kilka niezrozumiałych słów. W jednej chwili Brujah poczuła, jak traci grunt pod nogami. Jakaś nieznana siła uniosła ją w powietrze, zatrzymując w bezpiecznej odległości od Michelle.
Nosfer syknął do Michelle:
- Opanuj się, bo rozwalasz koterię, którą sama powołałaś. Kapitan to jeden z naszych. Już jesteśmy osłabieni. Nie zostawia się swoich ludzi w akcji. Idziemy po niego wszyscy. Wolę mieć po wszystkim opinie kogoś kto troszczył się o swoich niż egoisty idącego po trupach.
- Nie łączy nas już żaden interes! - warknęła Czarodziejka - Nie należę do waszej koterii, a ta dziwka chciała odebrać mi mapę za którą zapłaciłam krwią! Parszywi złodzieje! Zostawcie mnie i nie wtrącajcie się w sprawy klanu Tremere! Zostawcie mnie w spokoju! - krzyknęła nie kryjąc zdenerwowania. Utrzymała jednak koncentrację na zaklęciu, dzięki czemu udało się jej przesunąć lewitującą Karen w stronę Bradley'a, tak iż przestała być flankowana z dwóch stron.
- Myślisz, że jak krzykniesz "zrywam układ" to wszystko jest w porządku?! Jak tak macie, to twój klan to gorsze pojeby niż Malkavy. A to na Ventrue narzekają, że oszukują, ja walę, to jest dopiero żałosne. Pewnie, że chciałam zabrać ci tę mapę, tobie już tak odwaliło, że lepiej żebyś jej nie trzymała - Karen nie miała zamiaru wyhamować. Prowokacja aż ściekała z jej ust. - No dawaj, rzuć mną o ścianę. Bradley na pewno opowie wszystkim w Camarilli, jak traktujesz osoby, z którymi zawierasz układy.
Wyrzucając z siebie to wszystko Osa jednocześnie sięgnęła po ciężki klucz francuski, który miała zatknięty za pasek i rzuciła nim w kierunku Czarodziejki. Ten przeleciał jednak tylko obok Michelle i spadł na posadzkę. Krzykaczki chyba to jednak nie zniechęciło, bo zaczęła sięgać po kolejne przedmioty i rzucać nimi w kierunku Tremerki.
- Dobra zawijaj się Michelle - kiwnął rękoma Bradley, widząc, że nie będzie miał możliwości żadnej akcji bezpośredniej - Mansroff 100 lat temu nie był tak głupi żeby działać tu sam, a nic nie wskórał, ale skoro jesteś taka potężna to śmiało. Najwyżej zobaczymy się za sto lat.
Chwilę, po tym jak Bradley zakończył wypowiedź, Michelle z całą siłą rzuciła Karen w stronę Bradley'a. A następnie odwróciła się i biegiem ruszyła w korytarz przed sobą.
Nosferatu z łatwością złapał Osę, ale nie dał rady utrzymać równowagi i przewrócili się z hukiem.
Bradley zaczął się zbierać powoli z podłogi. W sumie jakoś mu nie przeszkadzało, że Tremerka dała nogę, ale fakt bezsensownej dyskusji, która o mało nie skończyła się rozlewem krwi trochę bolał. Nie tracił jednak humoru:
- Niezły chwyt Karen, nie? Jakbym był hetero to łapałbym za biust... - uśmiechnął się w mroku. - No ale na całusa to chyba zasłużyłem...
Karen również wstała, a gdy spojrzała na Bradleya poraziły go dwie rzeczy. Pierwsza, że uśmiechała się szeroko jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem z radości, bo ktoś dał jej świetny prezent, a nie właśnie cisnął nią o kogoś z wielką siłą. Druga to, że był pewien, że jak zaraz czegoś nie powie to Osa pobiegnie za Michelle, bo już szła w kierunku gdzie tamta zniknęła i podnosiła z podłogi przedmioty, którymi zdążyła rzucić.
- Nie no Osa, nie uciekaj! Żartowałem z tym całowaniem! - zażartował znów. Nie miał zamiaru jednak pozwolić kainitce pobiec za uciekającą Tremere. Wystarczyło, że Michelle została sama i zapewne podzieli los swojego poprzednika, albo wyeliminuje ją jaśnie hrabia, którego łapska cały czas swędziały do zabijania, tudzież wyrządzania krzywdy kainitom, którzy nie byli jego przydupasami.
- Hej Karen! Chodź, mieliśmy ratować Kapitana!
Brujah wetknęła za pasek klucz francuski i jakby przypomniała sobie nagle o kimś.
- Kapitan... A tak...
Wróciła do Bradley'a lekko zamyślona.
Kapitan byłby dumny. Nauczyłam Huntress latać.
- Mówiłeś coś wcześniej? Nie dosłyszałam - powiedziała z rozbrajająco szczerą miną. - Coś o cyckach? - Uniosła brwi. - Zresztą nieważne. Chodźmy go poszukać.
Bradley zaczął zapalać świece, Karen próbowała szukać jakiś śladów na wiekowej posadzce krypty. Westwood po chwili dołączył do Spokrewnionej w poszukiwaniu śladów. Cicho i filozoficznie skomentował:
-No i zobacz Karen, jakie życie jest przewrotne... Mogłaś mieć każdego faceta, a wylądowałaś na rękach brzydala, który nawet nie skorzystał z okazji i cię nie wymacał, bo jest gejem. Ech...
- Z tym każdym facetem bym nie przesadzała, ale nie martw się nie narzekam na braki w macaniu - zaśmiała się wyostrzając swój wzrok do granic możliwości i próbując wypatrzyć jakichkolwiek śladów Kapitana, kogokolwiek lub czegokolwiek przyświecając sobie świeczką.
Zrobiło się niezwykle nieprzyjemnie, a może nawet tragicznie, pomyślałby ktoś, ale tym kimś na pewno nie była Karen. Gdy tylko Czarodziejka wyrzuciła z siebie ostatnie słowo i ruszyła przed siebie, Osa wystrzeliła z miejsca z dużą prędkością tak by ją wyminąć i znaleźć się tuż przed nią. Po czym spróbowała wyrwać jej mapę z rąk nim ta zorientuje się co jest grane.
Tremere jednak najwyraźniej spodziewała się reakcji, pomimo wyraźnego ostrzeżenia jakie dała chwilę wcześniej. Karen bez problemu wyminęła Michelle i stanęła naprzeciw niej, blokując możliwość dalszej drogi. W chwili, gdy próbowała chwycić za mapę, Czarodziejka zajrzała jej w oczy:
- Idź szukać Kapitana - rzekła tonem, który zdradzał zarówno opanowanie jak i pewność siebie.
Karen zawahała się na sekundę czując jak Michelle naciska na jej umysł próbując wymusić działanie. Była jednak zdeterminowana by nie poddać się jej woli i już wyciągała rękę, by wyrwać Czarodziejce mapę, gdy ta krzyknęła w pośpiechu kilka niezrozumiałych słów. W jednej chwili Brujah poczuła, jak traci grunt pod nogami. Jakaś nieznana siła uniosła ją w powietrze, zatrzymując w bezpiecznej odległości od Michelle.
Nosfer syknął do Michelle:
- Opanuj się, bo rozwalasz koterię, którą sama powołałaś. Kapitan to jeden z naszych. Już jesteśmy osłabieni. Nie zostawia się swoich ludzi w akcji. Idziemy po niego wszyscy. Wolę mieć po wszystkim opinie kogoś kto troszczył się o swoich niż egoisty idącego po trupach.
- Nie łączy nas już żaden interes! - warknęła Czarodziejka - Nie należę do waszej koterii, a ta dziwka chciała odebrać mi mapę za którą zapłaciłam krwią! Parszywi złodzieje! Zostawcie mnie i nie wtrącajcie się w sprawy klanu Tremere! Zostawcie mnie w spokoju! - krzyknęła nie kryjąc zdenerwowania. Utrzymała jednak koncentrację na zaklęciu, dzięki czemu udało się jej przesunąć lewitującą Karen w stronę Bradley'a, tak iż przestała być flankowana z dwóch stron.
- Myślisz, że jak krzykniesz "zrywam układ" to wszystko jest w porządku?! Jak tak macie, to twój klan to gorsze pojeby niż Malkavy. A to na Ventrue narzekają, że oszukują, ja walę, to jest dopiero żałosne. Pewnie, że chciałam zabrać ci tę mapę, tobie już tak odwaliło, że lepiej żebyś jej nie trzymała - Karen nie miała zamiaru wyhamować. Prowokacja aż ściekała z jej ust. - No dawaj, rzuć mną o ścianę. Bradley na pewno opowie wszystkim w Camarilli, jak traktujesz osoby, z którymi zawierasz układy.
Wyrzucając z siebie to wszystko Osa jednocześnie sięgnęła po ciężki klucz francuski, który miała zatknięty za pasek i rzuciła nim w kierunku Czarodziejki. Ten przeleciał jednak tylko obok Michelle i spadł na posadzkę. Krzykaczki chyba to jednak nie zniechęciło, bo zaczęła sięgać po kolejne przedmioty i rzucać nimi w kierunku Tremerki.
- Dobra zawijaj się Michelle - kiwnął rękoma Bradley, widząc, że nie będzie miał możliwości żadnej akcji bezpośredniej - Mansroff 100 lat temu nie był tak głupi żeby działać tu sam, a nic nie wskórał, ale skoro jesteś taka potężna to śmiało. Najwyżej zobaczymy się za sto lat.
Chwilę, po tym jak Bradley zakończył wypowiedź, Michelle z całą siłą rzuciła Karen w stronę Bradley'a. A następnie odwróciła się i biegiem ruszyła w korytarz przed sobą.
Nosferatu z łatwością złapał Osę, ale nie dał rady utrzymać równowagi i przewrócili się z hukiem.
Bradley zaczął się zbierać powoli z podłogi. W sumie jakoś mu nie przeszkadzało, że Tremerka dała nogę, ale fakt bezsensownej dyskusji, która o mało nie skończyła się rozlewem krwi trochę bolał. Nie tracił jednak humoru:
- Niezły chwyt Karen, nie? Jakbym był hetero to łapałbym za biust... - uśmiechnął się w mroku. - No ale na całusa to chyba zasłużyłem...
Karen również wstała, a gdy spojrzała na Bradleya poraziły go dwie rzeczy. Pierwsza, że uśmiechała się szeroko jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem z radości, bo ktoś dał jej świetny prezent, a nie właśnie cisnął nią o kogoś z wielką siłą. Druga to, że był pewien, że jak zaraz czegoś nie powie to Osa pobiegnie za Michelle, bo już szła w kierunku gdzie tamta zniknęła i podnosiła z podłogi przedmioty, którymi zdążyła rzucić.
- Nie no Osa, nie uciekaj! Żartowałem z tym całowaniem! - zażartował znów. Nie miał zamiaru jednak pozwolić kainitce pobiec za uciekającą Tremere. Wystarczyło, że Michelle została sama i zapewne podzieli los swojego poprzednika, albo wyeliminuje ją jaśnie hrabia, którego łapska cały czas swędziały do zabijania, tudzież wyrządzania krzywdy kainitom, którzy nie byli jego przydupasami.
- Hej Karen! Chodź, mieliśmy ratować Kapitana!
Brujah wetknęła za pasek klucz francuski i jakby przypomniała sobie nagle o kimś.
- Kapitan... A tak...
Wróciła do Bradley'a lekko zamyślona.
Kapitan byłby dumny. Nauczyłam Huntress latać.
- Mówiłeś coś wcześniej? Nie dosłyszałam - powiedziała z rozbrajająco szczerą miną. - Coś o cyckach? - Uniosła brwi. - Zresztą nieważne. Chodźmy go poszukać.
Bradley zaczął zapalać świece, Karen próbowała szukać jakiś śladów na wiekowej posadzce krypty. Westwood po chwili dołączył do Spokrewnionej w poszukiwaniu śladów. Cicho i filozoficznie skomentował:
-No i zobacz Karen, jakie życie jest przewrotne... Mogłaś mieć każdego faceta, a wylądowałaś na rękach brzydala, który nawet nie skorzystał z okazji i cię nie wymacał, bo jest gejem. Ech...
- Z tym każdym facetem bym nie przesadzała, ale nie martw się nie narzekam na braki w macaniu - zaśmiała się wyostrzając swój wzrok do granic możliwości i próbując wypatrzyć jakichkolwiek śladów Kapitana, kogokolwiek lub czegokolwiek przyświecając sobie świeczką.
Spoiler!
Spoiler!
Pisane w trójkę z MG i 8artemObecni: Michelle, Bradley, Karen
[center]Katakumby pod Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Podkład muzyczny https://www.youtube.com/watch?v=m5m6WSOZTyA
Ciemność nie opuszczała Kapitana Galaktyki w ponurych korytarzach. Na początku poszedł pewnie drogą, jednak gdy myślał, że jest w właściwymi miejscu i zaczął szukać swoich kuleczek paradoksu, szybko okazało się, że ich tam nie ma i jest w złym miejscu. Postanowił się więc wrócić drogą którą przyszedł w stronę włazu, jednak i to było na marne. Spełniły się koszmary Kainity.
[center]
[/center]
- Zgubiłem się. - Powiedział cicho.
Ciemność ze mną igra widzę a może faktycznie się zgubiłem.
W ciemności było coś nienaturalnego poza ciszą, coś co nie opuszczała Kapitana, coś co nie odstępowało go na krok. Nadając labiryntowi korytarzy tylko upiornego klimatu.
Po długiej rozpaczliwej podróży zrozumiał, że ta świeca nie jest magiczna i zaczyna się dopalać. Niema zbyt wiele czasu, aż ciemność go pochłonie całkowicie. A nowych świec na horyzoncie nie ma.
Mogłem to inaczej rozegrać, zgubiła mnie moja pewność siebie. Jak czegoś nie wykombinuje to po mnie. Jednak jeszcze nie jestem martwy. Szkoda, że jednak nie wziąłem swojego plecaka.
Bohater zatrzymał się w końcu, w tej bezsensownej podróży.
Dobra spojrzałem w ciemność, ona spojrzała we mnie, czas pogadać z tym co mieszka w niej, mam nadzieje, że nie czeka jak sęp by mnie po prostu pożreć. A jeśli tak nie oddam skóry łatwo. Może to te spektry, a może jakiś bąłkający duch czekający aż umrę? Trzeba stawić temu czoła.
- O ty który mieszkasz w ciemności tajemniczego czarnego kościoła o ty który mnie obserwujesz z manifestuj się przede mną objaw mi swe obliczę, byśmy mogli w końcu pogadać twarzą w twarz. Moją wolą jest byś się objawił przede mną, nie czyniąc mi krzywdy. Może uda nam się dogadać.
Podkład muzyczny https://www.youtube.com/watch?v=m5m6WSOZTyA
Ciemność nie opuszczała Kapitana Galaktyki w ponurych korytarzach. Na początku poszedł pewnie drogą, jednak gdy myślał, że jest w właściwymi miejscu i zaczął szukać swoich kuleczek paradoksu, szybko okazało się, że ich tam nie ma i jest w złym miejscu. Postanowił się więc wrócić drogą którą przyszedł w stronę włazu, jednak i to było na marne. Spełniły się koszmary Kainity.
[center]

[/center]
- Zgubiłem się. - Powiedział cicho.
Ciemność ze mną igra widzę a może faktycznie się zgubiłem.
W ciemności było coś nienaturalnego poza ciszą, coś co nie opuszczała Kapitana, coś co nie odstępowało go na krok. Nadając labiryntowi korytarzy tylko upiornego klimatu.
Po długiej rozpaczliwej podróży zrozumiał, że ta świeca nie jest magiczna i zaczyna się dopalać. Niema zbyt wiele czasu, aż ciemność go pochłonie całkowicie. A nowych świec na horyzoncie nie ma.
Mogłem to inaczej rozegrać, zgubiła mnie moja pewność siebie. Jak czegoś nie wykombinuje to po mnie. Jednak jeszcze nie jestem martwy. Szkoda, że jednak nie wziąłem swojego plecaka.
Bohater zatrzymał się w końcu, w tej bezsensownej podróży.
Dobra spojrzałem w ciemność, ona spojrzała we mnie, czas pogadać z tym co mieszka w niej, mam nadzieje, że nie czeka jak sęp by mnie po prostu pożreć. A jeśli tak nie oddam skóry łatwo. Może to te spektry, a może jakiś bąłkający duch czekający aż umrę? Trzeba stawić temu czoła.
- O ty który mieszkasz w ciemności tajemniczego czarnego kościoła o ty który mnie obserwujesz z manifestuj się przede mną objaw mi swe obliczę, byśmy mogli w końcu pogadać twarzą w twarz. Moją wolą jest byś się objawił przede mną, nie czyniąc mi krzywdy. Może uda nam się dogadać.
Jeśli coś się manifestuję chce poznać tego czegoś naturę Oczami Chaosu. Jak nie to trudno. W każdym bądź razie jestem czujny i w razie czego użyje swojej broni gdyby ciemność stała się agresywna. Dalej używam dyscypliny Nadwrażliwości 1. Jak nic się niestanie użyje też Niewidoczności 4 i się wracam. Bo może uda mi się to zgubić i znaleźć ścieżkę.
Obecni: Kapitan Galaktyka i wszechogarniająca ciemność
Ostatnio zmieniony 23 lipca 2018, 19:20 przez Fobetor, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Morten ze zrozumieniem pokiwał głową odbierając przedmiot od Degeneratki:
- Dzięki za fatygę, Bella.
Liczył, że może znaleziona flasza jest coś warta. A tak, to pieprzyć to. Niech jeszcze nadworny czarnoksiężnik rzuci na to okiem i temat uznaję za zamknięty. Nim zdołał zagadać do hrabiego, z podniebnej podróży powrócił Claus, odgryzając się za wcześniejsze uszczypliwości.
- Puścić to się możesz na konną wycieczkę, a od tego co robię wara - odburknął krótko Dzikusowi.
Patrząc spode łba wysłuchał dalszych wywodów dotyczących pieczęci. Niewiele wynikało z tego dla niego, poza oczywistymi faktami logicznymi i historycznymi. W swej głowie próbował ułożyć sobie jakiś ogląd sytuacji, ale te kilka elementów układanki, które posiadał nie składały się w kompletny obraz.
Zamiast wdawać się w kolejną gadkę, o tym że pora już ruszać, po prostu zaczął się organizować. Z plecaka wyjął linę i latarkę. Sprawdził czy działa i schował w jednej z podręcznych kieszeni. Linę trzymał w garści.
- Tak, to co tak stoimy? Zapraszam - powiedział wykonując teatralny gest w kierunku wejścia do katakumb. - Zanim jednak ruszymy hrabio, spójrz proszę na tą flachę, może litery na etykiecie coś ci powiedzą?
Wręczając butelkę Starszemu, zbliżył się do Clausa i powiedział mu na ucho kilka słów zakrywając usta dłonią.
Morten ze zrozumieniem pokiwał głową odbierając przedmiot od Degeneratki:
- Dzięki za fatygę, Bella.
Liczył, że może znaleziona flasza jest coś warta. A tak, to pieprzyć to. Niech jeszcze nadworny czarnoksiężnik rzuci na to okiem i temat uznaję za zamknięty. Nim zdołał zagadać do hrabiego, z podniebnej podróży powrócił Claus, odgryzając się za wcześniejsze uszczypliwości.
- Puścić to się możesz na konną wycieczkę, a od tego co robię wara - odburknął krótko Dzikusowi.
Patrząc spode łba wysłuchał dalszych wywodów dotyczących pieczęci. Niewiele wynikało z tego dla niego, poza oczywistymi faktami logicznymi i historycznymi. W swej głowie próbował ułożyć sobie jakiś ogląd sytuacji, ale te kilka elementów układanki, które posiadał nie składały się w kompletny obraz.
Zamiast wdawać się w kolejną gadkę, o tym że pora już ruszać, po prostu zaczął się organizować. Z plecaka wyjął linę i latarkę. Sprawdził czy działa i schował w jednej z podręcznych kieszeni. Linę trzymał w garści.
- Tak, to co tak stoimy? Zapraszam - powiedział wykonując teatralny gest w kierunku wejścia do katakumb. - Zanim jednak ruszymy hrabio, spójrz proszę na tą flachę, może litery na etykiecie coś ci powiedzą?
Wręczając butelkę Starszemu, zbliżył się do Clausa i powiedział mu na ucho kilka słów zakrywając usta dłonią.
Spoiler!
Spoiler!
Jak tylko zakończą się drobne interakcje w drużynie, zarzucam plecak na plecy i tym razem idę pierwszy, żeby zabezpieczyć zejście do podziemi.
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
"Kors i roven" - bo czemu by nie obrazi? kogo? jednocze?nie profanuj?c krzy?? - Morten Madsen
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Algol studiował właśnie z zainteresowaniem rzeźbienia na zwieńczeniu romańskich kolumn, mrocząc coś pod nosem i przeliczając na palcach sploty wijącego się na nich, wężopodobnego stwora. Pytanie Mortena nieco wybiło go z rytmu. Sapnął nieco zniecierpliwiony i skrzywił się, najwyraźniej gubiąc się w obliczeniach. Wziął jednak butelkę, choć przyglądał się jej zaledwie przez moment.
- Ta flasza - rzekł z lodowatą uprzejmością - absolutnie nie nosi na sobie nawet najlżejszych śladów magii. Pozwoli pan więc, że powrócę do spraw nieco ważniejszych niż badanie historycznych trunków wyskokowych? Z uwagi na nasz stan, raczej niewielki będzie z nich pożytek.
Odwrócił się i począł iść powoli wzdłuż ściany analizując symbolikę kolejnych zdobień. Nie potrafił jednak znaleźć tego, czego szukał. Mimo to zdawało mu się, że część płaskorzeźb została celowo uszkodzona, by ukryć... No właśnie, co? Przejechał palcem po głębokiej bruździe, znaczącej kamienną płytę. Postać na niej nie miała twarzy, nie było także widać, co trzyma w rękach - ten fragment reliefu został skuty jakiś czas temu... Uszkodzenie z pewnością nie było nowe, nosiło jednak ślady celowego działania, tak jak i kilka innych, które zauważył wcześniej. Potrząsnął głową. To nie miało sensu. Ktoś zadał sobie jednak wiele trudu by usunąć wszystkie wskazówki z samego gmachu kościoła. Pozostawały jedynie katakumby. To w nich musiało kryć się rozwiązanie tej zagadki.
[center]
[/center]
Algol studiował właśnie z zainteresowaniem rzeźbienia na zwieńczeniu romańskich kolumn, mrocząc coś pod nosem i przeliczając na palcach sploty wijącego się na nich, wężopodobnego stwora. Pytanie Mortena nieco wybiło go z rytmu. Sapnął nieco zniecierpliwiony i skrzywił się, najwyraźniej gubiąc się w obliczeniach. Wziął jednak butelkę, choć przyglądał się jej zaledwie przez moment.
- Ta flasza - rzekł z lodowatą uprzejmością - absolutnie nie nosi na sobie nawet najlżejszych śladów magii. Pozwoli pan więc, że powrócę do spraw nieco ważniejszych niż badanie historycznych trunków wyskokowych? Z uwagi na nasz stan, raczej niewielki będzie z nich pożytek.
Odwrócił się i począł iść powoli wzdłuż ściany analizując symbolikę kolejnych zdobień. Nie potrafił jednak znaleźć tego, czego szukał. Mimo to zdawało mu się, że część płaskorzeźb została celowo uszkodzona, by ukryć... No właśnie, co? Przejechał palcem po głębokiej bruździe, znaczącej kamienną płytę. Postać na niej nie miała twarzy, nie było także widać, co trzyma w rękach - ten fragment reliefu został skuty jakiś czas temu... Uszkodzenie z pewnością nie było nowe, nosiło jednak ślady celowego działania, tak jak i kilka innych, które zauważył wcześniej. Potrząsnął głową. To nie miało sensu. Ktoś zadał sobie jednak wiele trudu by usunąć wszystkie wskazówki z samego gmachu kościoła. Pozostawały jedynie katakumby. To w nich musiało kryć się rozwiązanie tej zagadki.
[center]
[/center]
Prowadzę obserwacje w czasie, gdy reszta przegląda sprzęt, zabezpiecza zejścia do podziemi etc. Jak już wszystko będzie gotowe i ktoś mnie zawoła, to przyjdę (nie odchodzę zresztą daleko, krążę zaledwie kilka metrów od reszty koterii).
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Claus również szeptem odpowiedział Mortenowi, po czym dodał:
- Chodźmy, czas nie jest po naszej stronie.
Po czym ruszył do miejsca, w którym jak mu się wydawało widział ostatni raz członków przeciwnej koterii znikających... gdzieś. Po krótkiej chwili,w trakcie której po ścianach głównej nawy kościoła niosły się tylko odgłosy stawianych przez kainitów kroków, dotarli do ziejącej dziury w posadzce.
Ten, kto to otworzył, musiał mieć w cholerę siły... Czyżby ta cała Karen była silniejsza niż myślałem? Zadał sobie w myślach pytanie Dzikus obserwując czeluść pod nimi. Przez chwilę wytężał słuch, nie dotarły do niego jednak żadne odgłosy z dołu.
- Wygląda na to, że mają przewagę, nic nie słychać z dołu. Zdążyli się oddalić.
Miał nadzieję, iż to spostrzeżenie przyciągnie uwagę Algola choć na chwilę. Ten jednak wydawał się zwracać większą uwagę zdobieniom na ścianach.
Pięknie kurwa, zachciało się teraz staremu wycieczek kulturoznawczych... Eh, że też zachciało mi się pracować z dziwakiem - Gdy o tym pomyślał, Gangrel zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem, czy hrabia go słyszy. I miał szczerą nadzieję na słuszność swojej tezy... albo będzie miał kłopoty, prędzej czy też później. Tej nocy przewidywał raczej pierwszą opcję.
Claus również szeptem odpowiedział Mortenowi, po czym dodał:
- Chodźmy, czas nie jest po naszej stronie.
Po czym ruszył do miejsca, w którym jak mu się wydawało widział ostatni raz członków przeciwnej koterii znikających... gdzieś. Po krótkiej chwili,w trakcie której po ścianach głównej nawy kościoła niosły się tylko odgłosy stawianych przez kainitów kroków, dotarli do ziejącej dziury w posadzce.
Ten, kto to otworzył, musiał mieć w cholerę siły... Czyżby ta cała Karen była silniejsza niż myślałem? Zadał sobie w myślach pytanie Dzikus obserwując czeluść pod nimi. Przez chwilę wytężał słuch, nie dotarły do niego jednak żadne odgłosy z dołu.
- Wygląda na to, że mają przewagę, nic nie słychać z dołu. Zdążyli się oddalić.
Miał nadzieję, iż to spostrzeżenie przyciągnie uwagę Algola choć na chwilę. Ten jednak wydawał się zwracać większą uwagę zdobieniom na ścianach.
Pięknie kurwa, zachciało się teraz staremu wycieczek kulturoznawczych... Eh, że też zachciało mi się pracować z dziwakiem - Gdy o tym pomyślał, Gangrel zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem, czy hrabia go słyszy. I miał szczerą nadzieję na słuszność swojej tezy... albo będzie miał kłopoty, prędzej czy też później. Tej nocy przewidywał raczej pierwszą opcję.
Spoiler!
Spoiler!
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
[center]Katakumby pod Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Karen i Bradley ruszyli korytarzem którym podążył Kapitan Galaktyka. Szli szybkim krokiem, starając się nie tracić czasu na próżne dywagacje i zamartwianie się. Mimo to jednak niepokój wisiał nad nimi, niczym ciężka chmura, brzemienna deszczem. Po kilkunasta metrach aż trafili do pierwszego rozwidlenia, które skręcało w lewo i prawo. Kurz leżący na posadzce był starty, jakby przechodziła tędy nie tylko jedna osoba. I oboje szybko pojęli, że oprócz Kapitana przemieszczali się tu również Giovanni. Niestety nie byli w stanie rozpoznać czy całą trójka szła razem, czy oddzielnie...
[center]
[/center]
Zatrzymali się na chwilę analizując fakty i zastanawiając się, jaki kierunek wybrać. Ślady przy rozwidleniu wydawały się bowiem całkowicie niknąć, a posadzka korytarzy wyglądała tak cholernie podobnie... Nagle jednak ich spojrzenie padło niemal równocześnie na lśniącą, szklaną kuleczkę, która leżała na ziemi przy kamiennej ścianie niecały metr od skrzyżowania. W przejściu które skręcało w lewą stronę.
[center]***[/center]
Kapitan Galaktyka patrzył w ciemność trzymając w zimnych dłoniach dogasający ogarek. Gdy jego słowa trafiały w mrok, nic się nie działo. Malkavian z uporem maniaka wołał, a wręcz rozkazywał ciemności aby zamanifestowała się przed nim. Domagał się, wręcz żądał, aby pojawiło się cokolwiek. Cokolwiek bowiem byłoby lepsze niż ta wszechogarniająca,. niema czerń. Wszystkie jego zmysły błagały wręcz o to, by jak najszybciej poznać źródło strachu. Jakikolwiek bowiem by nie był, stanmowiłby coś namacalnego, coś czemu można by było stawić czoła. Chciał zmierzyć się z przeciwnikiem, spojrzeć mu w twarz, poczuć dreszcz konfrontacji... A jednak nie był w stanie pojąc jednego - nicość nie miała formy. Mrok, który go obserwuje był wszędzie i nie posiadał kształtu. To czego nie ma jednak istniało, szarpiąc swą obecnością nerwy Kainity, sprawiając że Bestia kuliła się wewnątrz ciała szukając kryjówki... Ciemność odpowiedziała mu milczeniem, odzierającą z iluzji i wszelkich wyobrażeń ciszą. Świr nie zauważył, że brak czający się w cieniach towarzyszy mu od chwili gdy wszedł do katakumb. Kapitan podniósł głowę rozglądając się dookoła, ale nic nie usłyszał. Martwa cisza wypełniała labirynt korytarzy, czekając na kolejnych gości.
Wszyscy szykowali się do zejścia na dół, dokładnie tam gdzie zeszła druga koteria. Morten z cichym przekleństwem odłożył latarkę, która najwyraźniej była całkowicie martwa. Klaus poprawił swój ekwipunek, by plecak nie przeszkadzał mu poruszać się w podziemiach. Zanim jednak ruszyli dalej Algol znów posłużył się wahadełkiem, które jednak wskazało zupełnie inny kierunek. Okazało się, że należy wrócić na schody prowadzące do katakumb, znajdujące się tuz obok Gustavo Giovanni.
- Zapraszam - powiedział tylko czarownik wskazując pozostałym kierunek. Po czym sam ruszył w stronę, którą wyznaczał ruch magicznego kamyka.
Karen i Bradley ruszyli korytarzem którym podążył Kapitan Galaktyka. Szli szybkim krokiem, starając się nie tracić czasu na próżne dywagacje i zamartwianie się. Mimo to jednak niepokój wisiał nad nimi, niczym ciężka chmura, brzemienna deszczem. Po kilkunasta metrach aż trafili do pierwszego rozwidlenia, które skręcało w lewo i prawo. Kurz leżący na posadzce był starty, jakby przechodziła tędy nie tylko jedna osoba. I oboje szybko pojęli, że oprócz Kapitana przemieszczali się tu również Giovanni. Niestety nie byli w stanie rozpoznać czy całą trójka szła razem, czy oddzielnie...
[center]
[/center]Zatrzymali się na chwilę analizując fakty i zastanawiając się, jaki kierunek wybrać. Ślady przy rozwidleniu wydawały się bowiem całkowicie niknąć, a posadzka korytarzy wyglądała tak cholernie podobnie... Nagle jednak ich spojrzenie padło niemal równocześnie na lśniącą, szklaną kuleczkę, która leżała na ziemi przy kamiennej ścianie niecały metr od skrzyżowania. W przejściu które skręcało w lewą stronę.
[center]***[/center]
Kapitan Galaktyka patrzył w ciemność trzymając w zimnych dłoniach dogasający ogarek. Gdy jego słowa trafiały w mrok, nic się nie działo. Malkavian z uporem maniaka wołał, a wręcz rozkazywał ciemności aby zamanifestowała się przed nim. Domagał się, wręcz żądał, aby pojawiło się cokolwiek. Cokolwiek bowiem byłoby lepsze niż ta wszechogarniająca,. niema czerń. Wszystkie jego zmysły błagały wręcz o to, by jak najszybciej poznać źródło strachu. Jakikolwiek bowiem by nie był, stanmowiłby coś namacalnego, coś czemu można by było stawić czoła. Chciał zmierzyć się z przeciwnikiem, spojrzeć mu w twarz, poczuć dreszcz konfrontacji... A jednak nie był w stanie pojąc jednego - nicość nie miała formy. Mrok, który go obserwuje był wszędzie i nie posiadał kształtu. To czego nie ma jednak istniało, szarpiąc swą obecnością nerwy Kainity, sprawiając że Bestia kuliła się wewnątrz ciała szukając kryjówki... Ciemność odpowiedziała mu milczeniem, odzierającą z iluzji i wszelkich wyobrażeń ciszą. Świr nie zauważył, że brak czający się w cieniach towarzyszy mu od chwili gdy wszedł do katakumb. Kapitan podniósł głowę rozglądając się dookoła, ale nic nie usłyszał. Martwa cisza wypełniała labirynt korytarzy, czekając na kolejnych gości.
Spoiler!
Spoiler!
Co robicie?
Obecni: Bradley, Karen oraz zgubiony Kapitan Galaktyka
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]Wszyscy szykowali się do zejścia na dół, dokładnie tam gdzie zeszła druga koteria. Morten z cichym przekleństwem odłożył latarkę, która najwyraźniej była całkowicie martwa. Klaus poprawił swój ekwipunek, by plecak nie przeszkadzał mu poruszać się w podziemiach. Zanim jednak ruszyli dalej Algol znów posłużył się wahadełkiem, które jednak wskazało zupełnie inny kierunek. Okazało się, że należy wrócić na schody prowadzące do katakumb, znajdujące się tuz obok Gustavo Giovanni.
- Zapraszam - powiedział tylko czarownik wskazując pozostałym kierunek. Po czym sam ruszył w stronę, którą wyznaczał ruch magicznego kamyka.
Spoiler!
Spoiler!
Co robicie?
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
[center]Nawa Główna Sorte Kirke, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Claus z Mortenem szykowali się do wzajemnego pokazu siły, gdy nagle, z pomieszczenia dał się usłyszeć głos hrabiego obwieszczający:
- Zapraszam.
Pięknie, a już miałem chłopa pokonać jego własną bronią, jęknął do siebie w myślach medyk i ruszył w kierunku czarownika upewniając się od razu, że nic mu nie grozi.Koniec końców był pewien, że prędzej czy później będą musieli walczyć. Inaczej nie byliby tu przecieżw ogóle potrzebni.
Claus z Mortenem szykowali się do wzajemnego pokazu siły, gdy nagle, z pomieszczenia dał się usłyszeć głos hrabiego obwieszczający:
- Zapraszam.
Pięknie, a już miałem chłopa pokonać jego własną bronią, jęknął do siebie w myślach medyk i ruszył w kierunku czarownika upewniając się od razu, że nic mu nie grozi.Koniec końców był pewien, że prędzej czy później będą musieli walczyć. Inaczej nie byliby tu przecieżw ogóle potrzebni.
Docieram do Algola i znów robię za ochroniarza szukając niebezpieczeństw.
Obecni: Truposz, Gustav Giovanni, Algol, Isabela, Morten, Claus
---
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
If history is to change, let it change! If the world is to be destroyed, so be it! If my fate is to be destroyed... I must simply laugh.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
[center]Katakumby pod Sorte Kirke, Samotny Korytarz, przed północą, 14 maj 1996[/center]
Zeszli schodami do podziemi, a truposz oraz Gustavo oprowadzili ich niemym wzrokiem. Ognie, które jeszcze były pod władaniem Algola, oświetliły kamiennie, zakurzone stopnie. Zeszli powoli i ostrożnie nie spiesząc się, uważając na każdy krok. Byli skoncentrowani i czujni, gotowi na wyzwania jakie czekają ich w katakumbach. Gdy dotarli na dół ich oczom ukazał się szeroki korytarz prowadzący prosto przed siebie. W gęstej jak grzech ciemności, magiczne światła zapewniały widoczność nie dalej niż kila metrów. Ściany i sufit pokrywały gęste sploty pajęczyn i kurz, który zalegał także na posadzce. Przejście przypominało stary kopalniany tunel, pokryty szarym pyłem. Brak było tu płaskorzeźb czy barwnych mozaik.
[center]
[/center]
Szli dalej, przed siebie. Wahadło Algola wskazywało dokładnie ten kierunek. Nie było żadnych rozwidleń, jedynie korytarze prowadzący prosto, coraz głębiej w mrok.. W końcu dotarli do zakrętu, który prowadził w prawą stronę pod kątem prostym. Wszyscy dostrzeli, że w tym miejscu, leżą stare, rozpadając się ludzkie kości oraz sparciałe strzępy odzienia. Na posadzce leżały szczątki przynajmniej kilku osób. Widoczne trzy czaszki świadczyły o tym, że nieszczęśników było przynajmniej trzech, choć po liczbie samych kości, leżących w nieładzie, trudno było to oszacować.
Zeszli schodami do podziemi, a truposz oraz Gustavo oprowadzili ich niemym wzrokiem. Ognie, które jeszcze były pod władaniem Algola, oświetliły kamiennie, zakurzone stopnie. Zeszli powoli i ostrożnie nie spiesząc się, uważając na każdy krok. Byli skoncentrowani i czujni, gotowi na wyzwania jakie czekają ich w katakumbach. Gdy dotarli na dół ich oczom ukazał się szeroki korytarz prowadzący prosto przed siebie. W gęstej jak grzech ciemności, magiczne światła zapewniały widoczność nie dalej niż kila metrów. Ściany i sufit pokrywały gęste sploty pajęczyn i kurz, który zalegał także na posadzce. Przejście przypominało stary kopalniany tunel, pokryty szarym pyłem. Brak było tu płaskorzeźb czy barwnych mozaik.
[center]
[/center]Szli dalej, przed siebie. Wahadło Algola wskazywało dokładnie ten kierunek. Nie było żadnych rozwidleń, jedynie korytarze prowadzący prosto, coraz głębiej w mrok.. W końcu dotarli do zakrętu, który prowadził w prawą stronę pod kątem prostym. Wszyscy dostrzeli, że w tym miejscu, leżą stare, rozpadając się ludzkie kości oraz sparciałe strzępy odzienia. Na posadzce leżały szczątki przynajmniej kilku osób. Widoczne trzy czaszki świadczyły o tym, że nieszczęśników było przynajmniej trzech, choć po liczbie samych kości, leżących w nieładzie, trudno było to oszacować.
Obecni: Algol, Isabela, Morten, Claus
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Sorte Kirke, Katakumby przed północą, 14 maj 1996
Szczur pochylił się nad szklaną kulką. Obejrzał ją rozumiejąc, że ani nie pochodziła sprzed stu laty i musiała zostać tu porzucona niedawno. Nie było na niej kurzu, ani czegokolwiek świadczącego o tym, żeby mogła tu leżeć od dłuższego czasu.
- Albo Giovanni, albo Kapitan... - szepnął do Karen. Zasadniczo pozostawałą jeszcze opcja trzecia. Szczur już zdążył zobaczyć tu takie rzeczy, nie zdziwiłby go tu sam Freddie Mercury we własnej osobie. Dodał po chwili:
- Ale zasadniczo to pewnie zgubił to świr... Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić makaroniarzy zapierdalających po Sorte z kulkami akwariowymi... Pytanie czy zostawił to przypadkiem, czy to znak? - zapytał bardziej siebie niż Karen.
Kurwa nic tu nie wymyślisz Westwood. Jeśli została tu zostawiona specjalnie, to musi coś ozanczać, ale równie dobrze, że mogła wypaść z kieszeni... No nic, ktokolwiek, czyli Giovanni lub Malkav musieli pójść w tę stronę...
- Ja bym poszedł tędy... - wskazał palcem korytarz gdzie była kulka.
Szczur pochylił się nad szklaną kulką. Obejrzał ją rozumiejąc, że ani nie pochodziła sprzed stu laty i musiała zostać tu porzucona niedawno. Nie było na niej kurzu, ani czegokolwiek świadczącego o tym, żeby mogła tu leżeć od dłuższego czasu.
- Albo Giovanni, albo Kapitan... - szepnął do Karen. Zasadniczo pozostawałą jeszcze opcja trzecia. Szczur już zdążył zobaczyć tu takie rzeczy, nie zdziwiłby go tu sam Freddie Mercury we własnej osobie. Dodał po chwili:
- Ale zasadniczo to pewnie zgubił to świr... Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić makaroniarzy zapierdalających po Sorte z kulkami akwariowymi... Pytanie czy zostawił to przypadkiem, czy to znak? - zapytał bardziej siebie niż Karen.
Kurwa nic tu nie wymyślisz Westwood. Jeśli została tu zostawiona specjalnie, to musi coś ozanczać, ale równie dobrze, że mogła wypaść z kieszeni... No nic, ktokolwiek, czyli Giovanni lub Malkav musieli pójść w tę stronę...
- Ja bym poszedł tędy... - wskazał palcem korytarz gdzie była kulka.
Obecni: Bradley, Karen oraz zgubiony Kapitan Galaktyka