PBF - Błogosławiona Krew

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 14 września 2018, 15:41

Morvant, trzeci dzień podróży

Najpierw pojawił się zator na wschodniej nitce Szlaku. Wozy ekspedycji coraz częściej stawały w miejscu, w upiornie długiej kolejce ciągnącej się ku zboczom gór. Podróżni nadchodzący od strony Apeninów przelewali się tuż obok nieprzerwanym wartkim strumieniem, spoglądając na uwięzionych w ciżbie nieszczęśników ni to z współczuciem, ni to z radością, że im samym zostało to oszczędzone. Wyglądający przez okienko powozu dziedzic wodził zniesmaczonym spojrzeniem po grupach śpiewających podniosłe pieśni anabaptystów, postukiwał w drewnianą ramę okna palcami. Opóźnienie ewidentnie go frustrowało, w przeciwieństwie do zachowującego stoicki spokój Bartheza.

Potem zmieniła się droga. Długie kilometry Okopconego Szlaku po tulońskiej stronie pokryte były ubitą ziemią, żwirem, czasami blokami kamiennych płyt. Tuż przed górami żwir i ziemia znienacka zniknęły, przeszły w równą utwardzoną powierzchnię pokrytą warstwą ciemnego sztucznego tworzywa, na którym nie podskakiwały już koła powozu. Wyglądający ze swego okienka Leon Thibaut nie zdołał powstrzymać przypływu dziecięcej ekscytacji i nie bacząc na swą szlachecką godność wyskoczył z pojazdu studiując na klęczkach wygląd i strukturę nawierzchni. Utwardzona droga biegła przez kolejne kilometry, tym razem wijąc się już pomiędzy początkowo łagodnymi, ale z każdą godziną rosnącymi w górę zboczami Apeninów.

Abdel Sanguine zachował wyniosły wyraz oblicza, ale nawet on poczuł przyjemny dreszcz emocji. W skrytości ducha dziedzic nie potrafił się pozbyć zaciekawienia helwecką granicą. Widoczna daleko w przodzie wyrwa w skalnej ścianie wydawała się go przywoływać w magnetyczny sposób, kusić zupełnie nowymi estetycznymi doznaniami. Abdel nie miał dotąd sposobność przebywać na ziemiach Alpejczyków, ale odebrał staranne wykształcenie i wiele wiedział o sąsiadach Montpellier. Plebs zwykł fantazjować na temat Helwetów, postrzegać ich wręcz za nadludzi albo przybyszów z innej planety. Młody Sanguine wiedział, że mity te rodziły się w efekcie konfrontacji maluczkich Franków z ogromną przewagą cywilizacyjną Helwetów, a Alpejczycy byli w rzeczywistości ludźmi z krwi i kości, na dodatek teoretycznie gorszego sortu od śmietanki Sanglierów.

Lecz mimo tej wiedzy oraz poczucia oczywistej wyższości nad szwargoczącymi nieprzyjemnie w swoim szorstkim języku Helwetami, Abdel Sanguine nie zdołał powstrzymać cichego westchnięcia na widok granicznego przejścia w Morvancie.

Okopcony Szlak dochodził do ogromnej szczeliny w górskim masywie, tak nienaturalnie symetrycznej w swych proporcjach, że uczynić ją mogły wyłącznie narzędzia w rękach obeznanych z fachem ludzi. Abdel nie potrafił sobie wyobrazić ani takich narzędzi ani ilości czasu niezbędnego do wyrąbania w litej skale dostatecznie szerokiego wąwozu, aby mogły nim jechać burta w burtę cztery albo i pięć konnych zaprzęgów. Ani umiejętności ludzi, którzy w wylot tego przejścia wkomponowali żelbetonowy posterunek graniczny.

Utwardzona nawierzchnia Szlaku rozwidlała się na wysokości fortu na osiem pasów przegrodzonych bramkami z betonu i stali, na dodatek zadaszonych jeszcze od góry. Dwoma z tych pasów z głębi apenińskich trzewi wylewali się podróżni z Purgare i Borki, przez nikogo nie niepokojeni i przechodzący przez granicę w swoim tempie.

Sześć pozostałych pasów zajętych było przez tych wędrowców, którzy chcieli wejść na ziemie Alpejczyków. Nie widząc zbyt wiele zza okienka powozu, Leon Thibaut ponownie nie wytrzymał napięcia i pomimo karcących posykiwań kuzyna wspiął się na kozioł pojazdu stając pomiędzy woźnicą i sierżantem Blanchardem. Pośród kolorowej rzeki ludzi i wozów dostrzec już można było białe sylwetki Helwetów, noszących dobrze dopasowane kompozytowe pancerze i chroniące całe głowy hełmy. Strażnicy Alp, Gromowładni, Płomieniste Kije - pospólstwo miało na Alpejczyków wiele przydomków. Rozstawieni na całej szerokości terminalu, panowie gór skrupulatnie kontrolowali każdego człowieka zamierzającego przejść przez Morvant na jego wschodnią stronę.

Kapitan Perrault wysiadł ze stojącego ponownie powozu, poszedł szybkim krokiem do drugiego z dwóch zakrytych pojazdów szukając skarbnika Dumasa. Nie musząc sobie zawracać głowy finansowymi aspektami odprawy, Leon Thibaut całą swą uwagę poświęcał coraz bliższemu posterunkowi i pełnemu spektrum technologicznych cudów Morvantu.

Ponieważ w międzyczasie słońce zsunęło się już za skalne granie i na Szlak zaczął wpełzać półmrok wieczoru, w jednej chwili bez ostrzeżenia i ku oczarowaniu młodego wynalazcy załoga terminalu włączyła elektryczne oświetlenie. Zapłonęły pionowe lampy wprawione w słupki bramek, zapaliły się jarzeniowe światła zadaszenia i żarówki w oknach żelbetonowych budynków. Ukryci pod identycznymi pancerzami Alpejczycy sprawiali szokujące wrażenie obcością swego wyglądu, swą identycznością w oczach ludzi, którzy nie potrafili odnajdywać w ich postaciach detali takich jak oznaczenia rang lub przydziałów.

Leon Thibaut rozumiał, że w hełmy pograniczników wbudowane były jakieś elektroniczne wzmacniacze dźwięku. Sama świadomość ich istnienia wywołała u wynalazcy gęsią skórkę, lecz chociaż nahełmowe głośniki Helwetów prawdziwie go zafascynowały, z wszelkich sił starał się nie zrobić niczego, co coraz bliżsi Alpejczycy mogliby odebrać jako przejaw zagrożenia.

Ich jeszcze bardziej fascynujące szturmowe karabiny - lśniące idealną czystością i przykuwające wzrok niecodzienną konstrukcją trzech zachodzących na siebie luf - skutecznie zniechęcały do robienia czegokolwiek, co mogłoby skutkować znalezieniem się naprzeciwko wylotów owych luf.
Witamy w Morvancie. To graniczny terminal Alpejczyków, umieszczony w miejsu, gdzie wśród przełęczy Apeninów krzyżują się ze sobą trzy szlaki: frankański do Tulonu, berneński do serca Alp i dalej do Borki oraz purgaryjski wiodący na wschód.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 15 września 2018, 10:44

Morvant, trzeci dzień podróży

Abdel przez chwilę obserwował swego kuzyna jak na czworakach analizuje jeden z ciekawszych kamieni jakie spotkał podczas tejże wyprawy. Tym razem był to czarny poklejony i smolisty fragment z idealnie sprasowanej drogi. Leon wydobył ukruszony odłamek ze skrajni drogi tuż przy betonowym okrawężnikowaniu.

Zaiste, Helweci posiadają mnóstwo sekretów i rad bym posiąść część z nich. Na przykład choćby to jak wygląda ta droga. Jak się obrabia taki kamień. Mógłbym wówczas wybudować sobie całą rezydencję z tego dziwnego czarnego materiału ku zaskoczeniu wszystkich. - Dziedzic przez chwilę zastanawiał się jak też taki obiekt mógłby wyglądać w sercu Mntpellier - Swoją drogą ciekawe dlaczego, Helweci nie zrobili z niego posterunku...Hmmm muszą mieć powód.

Wzrok dziedzica padł na ciągnący się bez końca rząd ludzi, przekraczających granicę w obie strony. Tłuszcza ciągnęła się bez końca. Abdel zmarszczył czoło.

- Ale dlaczego my tu w ogóle stoimy? - Abdel odwrócił swój pozornie zaskoczony wzrok w kierunku Bartheza. - Czyż nie po to Pan tu jest Panie Barthez by tego typu niedogodności z Helwetami przyspieszać? Proszę się zatem nie krępować i nadać sprawom właściwie tempo używając swoich koneksji. No chyba, że uważa Pan że miejsce na końcu tej kolejki, jest jak najbardziej właściwym dla dziedzica i ambasadora rodu Snaguine.

Alpejczyk popatrzył przez chwilę na dziedzica zachodząc, czy kwestia jaką wypowiedział była ironicznym przytykiem czy poważnym pytaniem. Przez krótką chwilę miał ochotę kompletnie ziignorować pytanie, ale uznał, że pogrążonemu w oderwaniu od rzeczywistości dziedzicowi należało przypomnieć zakres obowiązków Bartheza:

- Wasza miłość wybaczy, ale szlachetny Sanguine, waszmości ojciec a mój dobrodziej, wyraźnie wskazał, że jestem szefem ochrony, a nie specjalistą od wizerunku. Morvant jest najbezpieczniejszym miejscem na trasie podróży, więc zostawię rzeczy ich naturalnemu tempu, gdyż tak też dyktują względy bezpieczeństwa. A teraz waszmość wybaczy, ale obowiązki wzywają...

Barthez ulotnił się niczym kamfora, aby sprawdzić swoich ludzi, jak też czynił przez ostatnie kilka dni podroży.

Abdel westchnął.

No tak. Przepychanie się przez tłum teraz jako pierwsi na pewno zwróciłoby niepotrzebne spojrzenia szpiegów tych, którzy po drugiej stronie tylko czekają na kogoś pokroju ambasadora wielkiego rodu. Czyli konkretnie kogoś takiego jak JA. Z drugiej strony przydzielenie mi Helwety bez jakichkolwiek znajomości było.... A właściwie to byłego Helwety. - poprawił się w myślach Abdel - Barthez nie ma zatem żadnych koneksji.... Nic dziwnego zatem, że jego ziomkowie się go pozbyli jak zużytego kalosza. Świat schodzi na psy. A propos.

- Kuzynie jeśli już skończyłeś swe badania, to na litość boską wjedźmy na tą cholerną kontrolę tak, jak przystało na kogoś naszego pokroju, a nie na czworakach. - Powiedział wchodząc do powozu.
Edit 8art: dodałem asertywną wypoweidź Helwety;)
Edit Suriel: dodałem coś dalej
Ostatnio zmieniony 15 września 2018, 23:09 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 września 2018, 20:25

Morvant, trzeci dzień podróży

Zachmurzony Abdel Sanguine musiał czekać jeszcze ponad godzinę na chwilę, w której jego powóz zatrzymał się na wysokości rozświetlonej elektrycznymi lampami bramki kontrolnej. Zaprzęg zakołysał się na osiach, konie prychały niespokojnie poirytowane obcymi im zapachami smarów, metalu i ozonu.

Nathan Barthez wysiadł z powozu, zanim dwaj Alpejczycy podeszli do drzwiczek pojazdu, sam je uchylił przemawiając jednocześnie do swoich rodaków w pełnym twardym nieprzyjemnych dźwięków języku. Abdel słuchał tej niezrozumiałej przemowy z rosnącym poirytowaniem, lecz dla świętego spokoju przyoblekł twarz w przyjacielski uśmiech urodzonego dyplomaty.

Barthez był wysokim mężczyzną, ale dwaj noszący niezwykłe pancerze Helweci przewyższali go o pół głowy dzięki grubym podeszwom butów oraz hełmom o jarzących się czerwonawą poświatą wizjerach. Angeline Lea i Leon Thibaut dosłownie pożerali wzrokiem obu pograniczników, w myślach zapewne rozbierając na części ich zbroje, karabiny i całą resztę mało dla dziedzica interesującego ekwipunku.

Co nie zmieniało faktu, że bogactwo reprezentowane sprzętem, uzbrojeniem i infrastrukturą Alpejczyków mogło zapierać dech w piersiach. Nawet człowiek tak zamożny jak dziedzic rodu Sanguine nie mógł się porównywać względem możliwości nabywczych z uchodzącymi za niewyobrażalnie bogatych Helwetami. Rozciągające się na całe Alpy zmilitaryzowane państwo wysysało pieniądze i towary ze wszystkich swoich sąsiadów, żądając bezczelnych czasami opłat za korzystanie ze swoich kanałów tranzytowych, zwłaszcza tych wiodących na przeciwną stronę monstrualnej przepaści rozdzielającej wschodnią i zachodnią Europę.

Jeden z białych żołnierzy zajrzał do wnętrza powozu, przesunął ukrytymi za szkłem wizjerów oczami po siedzących w środku Montpellierczykach. Odsunąwszy w tył przewieszony przez ramię ciężki karabin Alpejczyk uniósł na wysokość twarzy płaskie prostokątne urządzenie trzymane w obu dłoniach niczym lusterko.

Abdel Sanguine zmarszczył pytająco czoło, ale jedyny mogący mu objaśnić znaczenie tego gestu człowiek - Nathan Barthez - wciąż szwargotał z drugim pogranicznikiem. Mężczyzna przyjrzał się pasażerom poprzez przeźroczyste szkło dziwacznego lusterka, a potem cofnął się od drzwi powozu i włączył się w rozmowę w szefem ochrony wyprawy.

- Ten karabin - szepnęła rozpromieniona Angeline łapiąc pod ramię oniemiałego kuzyna - Niesamowity! Wspaniały! To ich Sagur! Chciałabym go chociaż na chwilę dotknąć...

- Podobno każde dziecko dostaje swój własny, kiedy kończy piętnaście lat - odpowiedział równie oczarowanym głosem Leon - Wyobrażasz sobie, kuzynko. Każde, i chłopiec i dziewczynka. Skąd oni ich tyle biorą?

- Wątpię, by ta jałowa dysputa przyniosła rozwiązanie owej fascynującej zagadki - wtrącił cierpkim tonem dziedzic - Przez wzgląd na reputacje i honor rodu proszę wam o zachowanie powściągliwości. Jeszcze moment i oboje zaczniecie się ślinić na oczach tych prostackich górali. Więcej godności, jesteście z czystej krwi Sanguine.

Rozmowa na zewnątrz powozu dobiegła nieoczekiwanie końca, Nathan Barthez wsiadł z powrotem na swoje miejsce odprowadzany spojrzeniami obu pograniczników.

Śledząc tę scenę kątem oka Abdel odniósł wrażenie, że w mowie ciała Alpejczyków trudno się było doszukać przyjaznej nuty wobec swego rodaka.

- Jego miłość Dumas już wniósł odpowiednią opłatę - poinformował swych pryncypałów szef ochrony - Zapłacił całość kosztów podróży przez terytorium Helwetów. Ruszajmy w drogę!

Ostatnie słowa Bartheza adresowane były do siedzącego w koźle woźnicy. Pojazd ruszył z miejsca niemal natychmiast, minął metalowe ożebrowanie terminala i jaskrawe reflektory przepędzające precz półmrok zmierzchu.

Spoiler!
[center]Obrazek[/center]
Chciałbym zaznaczyć, że odprawa celna była dla Was ogromnym przeżyciem (z wyjątkiem Bartheza). Poziom technologiczny Helwetów jest nieporównywalnie wyższy od tego, co widujecie na co dzień we France. Nawet Neolibijczycy nie ważą się na otwarty zatarg z Alpejczykami, a czemu, to Wam chyba najlepiej uzmysłowi ukryty powyżej obrazek alpejskiej żołnierki.

Tym samym Abdel, Angeline i Leon otrzymują łącznie 2 PD za scenę w Morvancie, natomiast Nathan tylko 1 PD (bo dla niego to nie był kulturowy szok, tylko coś zwyczajnego dla człowieka pochodzącego z Alp.

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 18 września 2018, 19:26

Morvant, trzeci dzień podróży

- Drogi braciszku - rzuciła Angeline opierając się wygodnie na siedzeniu i nie przestając uważnie obserwować mijanego właśnie posterunku ze szczególnym uwzględnieniem wyposażenia strażników granicznego posterunku - Każdego podnieca co innego. Mnie i drogiego Leona wytwory techniki, a Ciebie wiejskie dziewki i córki zarządców. Darujmy sobie osobiste przytyki bo nie wiem czy naszemu ojcu mniej spodobałaby się moja fascynacja bronią czy Twoja wiejskimi dupami.

Lea zmrużyła oczy i puściła bratu kwaśny uśmiech po czym klepnęła w ramię wciaż rozanielonego Leona.

- Pomyśl drogi kuzynie - kontynuowała już nieco spokojniejszym głosem - gdyby udało nam się zdobyć jeden z takich karabinów i dokładnie zbadać. Może udałoby się odtworzyć sposoby produkcji i zacząć w taką broń wyposażać Sangów ? A te ich pancerze ? Ciekawe jaką mają odporność na penetrację. Pewnie powstrzymałyby nawet mojego braciszka. Ehhhh byłoby pięknie...

Angeline rzuciła ostatnie tęskne spojrzenie na pograniczników bo wreszcie oprzeć się wygodnie i zamknąwszy oczy oddać się marzeniom i pięknych karabinach.
Takie tam rodzinne pogaduszki :) Ehhh Keth mnie uprzedził - możesz zamienić kolejność postów i mój wrzucić jeden wcześniej ?
Ostatnio zmieniony 18 września 2018, 23:30 przez Kargan, łącznie zmieniany 1 raz.
]|[ Innocence Proves Nothing ]|[

Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 18 września 2018, 19:29

Otchłań, ósmy dzień podróży

Zgodnie z kalendarzem kuzyna Leona był czwartek 21 czerwca, ale chłostany wiatrem cuchnącym niczym siarczany oddech diabła, Abdel Sanguine gotów był przysiąc na świętą krew Sanglierów, że znajdował się w podróży od co najmniej miesiąca - w podróży tak strasznej, że chwilami dziedzic musiał się szczypać po udach w nadziei na bolesne przebudzenie z sennego koszmaru.

Terminal graniczny Helwetów okazał się miejscem niebywale schludnym i przyjaznym dla podróżnych, co wymagający arystokrata docenił dopiero po czasie. Ekspedycja Sanguine nie zatrzymała się tam na nocny postój, korzystając z doskonałego utwardzonego traktu, po którym zaprzęgi mogły przemieszczać się bez zbytecznego obciążenia dla koni. Ledwie pół godziny później konwój zjechał z głównego szlaku biegnącego przez wysokie góry na północ do Berna i skierował się na wschód, przez alpejskie pogórze drogą wijącą się opodal skalistego wybrzeża Morza Śródziemnego. Ruch na szlaku zelżał nieco, chociaż nadal panował na nim tłok wstrzymujący czasami postępy wyprawy. Od czasu do czasu na drodze pojawiali się też noszący białe pancerze pogranicznicy, swą obecnością zaświadczający, że podróżni wciąż znajdują się na terytorium Alpejczyków.

Odwiedzony dwa dni później nadmorski Ducal okazał się pożałowania godną rybacką dziurą, pełną brudnych podniszczonych domów oraz brudnych wyniszczonych ludzi. Abdel ze wstrętem odrzucił propozycję Bartheza, by w Ducalu przenocować, szczerze lękał się bowiem nabawienia wszawicy i kilku innych przypadłości. Wiatr dmuchający od morza niósł ze sobą dziwnie niepokojące zapachy, pełne metalicznych nut nieznanych mieszkańcom mokradeł. Czarne zarysy skalistych wysp na horyzoncie nieustannie przypominały o polujących w tej części wybrzeża piratach, a na poły podejrzliwe i chciwe spojrzenia mieszkańców Ducalu sprawiały, że troskający się o swe bezpieczeństwo dziedzic w każdym z nich dopatrywał się skrycie szpiega albo skrytobójcę.

Żyjącemu w tak permanentnym i nieznośnym stresie dziedzicowi humoru nie poprawiała czysta złośliwość przyrodniej siostry, bezustannie czuwającej nad zbędną czcią swych dwóch dwórek. Powoli nawet pełne pasji zabiegi osobistego fryzjera przestawały zapewniać Abdelowi namiastkę spokoju ducha.

- Co oni tam robią? - spytał pierworodny Sanguine ósmego dnia podróży, gdzieś na nieprzyjaznym trakcie po purgaryjskiej stronie gór i trzy dni drogi na wschód od Ducalu. Młody szlachcic znalazł się tak daleko od domu, że świadomość tej odległości odbierała mu dech i wpędzała w otchłań obłędu. Wino i koniak z prywatnych zapasów dziedzica straciły już smak, podobnie jak racje żywnościowe. Nieszczęsny Jambon trząsł się na samą myśl o przygotowaniu panu następnego śniadania, niemiłosiernie rugany za swój brak wyobraźni, smaku i generalnie rozumu. Lecz monotonne jedzenie było niczym w porównaniu z udręką podróżowania bez możliwości zażycia kąpieli i skorzystania z normalnej toalety.

- Ciągną wozy do krawędzi Otchłani, wasza miłość - odpowiedział przesłaniający oczy dłonią Barthez - To orgiastycy, zaprzysięgli tropiciele demonicznego wroga swej wiary.

Stojący na krawędzi traktu mężczyźni obserwowali widoczną w oddali kawalkadę ludzi i zaprzężonych w osły wozów, ciągnącą przez bezdroża skalistego płaskowyżu gdzieś ku północy. Nasilający się od dwóch dni odór siarki i innych wyziewów stał się dla dziedzica niemal nieznośny, ale tamci ludzie wydawali się nie zwracać na ów fetor uwagi.

- Idą do Cięcia Rzeźnika? - spytał podekscytowany Leon Thibaut - Po co? To niewątpliwie skrajnie niebezpieczne! Zatrucie gazami albo osunięcia gruntu ich nie przerażają?

- To zaprawieni w boju anabaptyści - wzruszył ramionami Alpejczyk - Większość z nich nie boi się nikogo prócz Boga. To, co wasze miłości widzą to stary ceremoniał. Wiozą na tych wozach Wynaturzonych, których upolowali na południu Purgare. Obyczaj nakazuje im wrzucać truchła tych istot do Otchłani, wierzą bowiem, że kiedy zapełnią ją całą po brzegi kośćmi pomiotu Demiurga, wojna o odzyskanie Edenu dobiegnie końca.
Wyprawy ciąg dalszy. Jakieś fabularne wstawki związane z dotychczasową podróżą bądź przedstawioną właśnie scenką mile widziane, jeśli ktoś ma odrobinę czasu.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 18 września 2018, 22:01

Morvant, trzeci dzień podróży, wieczór

Abdel wytrzymał raptem do wieczora dnia w którym przekroczyli Helwecką strażnicę. Po zmierzchu niesiony słusznym gniewem wdarł się do namiotu siostry.

- Wyjść! - Warknął do służek, a kiedy opuściły pokój wbił wzrok w Leę. Siostra znała ten wzrok który nie wróżył nic dobrego.

- Kiedy proszę o więcej godności ze względu na krew Sanguine, to mam na myśli więcej a nie mniej. To co zrobiłaś dzisiaj, publicznie sugerując moje zachowania mocno bije nie we mnie ale w jednolity i niezmącony obraz rodu jaki my Sanglier zachowujemy względem pospólstwa. Ojciec byłby zdruzgotany widząc jak burzysz wizerunek obojętnie którego członka naszego rodu, wizerunek który z takim trudem buduje. I to burzysz publicznie, przy pospólstwie. To zachowanie jest także impertynenckim i czczym pomówieniem które sobie wypraszam. Zastanawiam się skąd się w tobie siostro wzięły tego typu praktyki, wątpię bowiem byś tego typu krytykowanie przełożonych wzięła z wojska. Bacz na to co mówisz i przy kim, jedna głupota tego typu, palnięta przy nie właściwych uszach i w niewłaściwym czasie może łatwo położyć kres wszelkim dyplomatycznym staraniom rodu z jakimi wysyła nas czcigodny ojciec. Jako odpowiedzialny za tą misję, kolejnych zachowań tego typu, nie mogę tolerować.

Odwrócił się energicznie na pięcie nie czekając na odpowiedź. Zatrzymał się już tuż na zewnątrz w wyjściu z namiotu, lecz nie odwrócił się nawet.

- Jak zrobisz tak raz jeszcze, gorzko pożałujesz siostrzyczko.

Lea znała ten ton głosu. Abdel bywał bardzo mściwym człowiekiem. Tą cechę plus gładki sposób mówienia odziedziczył po swoim ojcu. Dawno jednak nie zwracał się do niej w tym tonie. Może dlatego, że koleje losów rozdzieliły rodzeństwo przez szereg kolejnych lat. A może dla tego, że starali się sobie nie wchodzić w drogę. Ostatnim razem kiedy słyszała tak poirytowanego brata było lata temu, w dzień w którym spalił jej ulubioną lalkę. Właściwie to nie wiadomo czy to on ją spalił, bo nikt tego nie widział , jednakże Lea znalazła nadpalony fragment je głowy kominku. Długo płakała a ojciec musiał ukarać za to pokojówkę.
Abdel taki właśnie był, pamiętliwy i mściwy. Wiele drobnych rzeczy odpuszczał ale czasami kiedy żal już zupełnie przepełnił puchar jego duszy, odwdzięczał się z nawiązką. I nigdy nie pozostawał dłużny jeśli ktoś chciał kontynuować z nim ten ciąg wzajemnie vendetty. Nie znęcał się jednak fizycznie jak inni chłopcy, przeważnie jego pomsty zostawiały dużo bardziej bolesne ślady w sercach. Abdel w jakiś sposób doskonale wiedział co dla kogoś jest szczególnie cenne i to potrafił, zranić uszkodzić, pobrudzić... Raniły emocjonalnie, żłobiąc w duszy ludzkiej głębokie blizny które na zawsze już zostawały jako wspomnienia najgorsze z możliwych.
Kiedyś siostra zapytał go o to dlaczego właśnie taki bywa. W przypływie zaskakującej szczerości odpowiedział jej, że "przecież zemsta to wykwintne danie które winno się serwować zawsze na zimno".

Otchłań, ósmy dzień podróży

Nasilający się od dwóch dni odór siarki oraz bukiet innych podejrzanych zapachów drażnił wrażliwe nozdrza panicza. Przypominał mu zapach tlących się sztucznych tworzyw jakie spalił w zakładzie lalkarza, by ten nie mógł nigdy więcej zrobić drugiej takiej samej lalki dla Lei. Razem z zakładem spaliły się dwie jego córki, a gryzący zapach zwęglonych ciał zapadł mu w pamięć aż do dzisiaj. Nie był to bynajmniej zapach przyjemny. Mimo, że ojciec jak zwykle zatuszował jego występek. Ciągnący do Cięcia Rzeźnika anabaptyści, wlokący na swych wozach powykręcane ciała wynaturzonych by wrzucić je do Otchłani, w nieco mu przypominali o tamtej sprawie sprzed lat.

Trudno było mówić, że Abdel funkcjonował lepiej. Kończyły mu się środki przeciw napadom lęków jakich doznawał co wieczór przed zaśnięciem na łonie dzikiej przyrody. Rano zawsze dokładnie się oglądał tropiąc ślady ugryzień przez owady. Bardzo gwałtownie przeżywał kiedy jakiś odnalazł. Na szczęście nic się jednak złego nie działo, przynajmniej jak na razie.

Któregoś dnia w przypływie nagłej błyskotliwości poprosił Bartheza o szczególnie widoczną ochronę dla swojego kuzyna. Zwłaszcza nocą. Miał bowiem nadzieję, że potencjalni asasyni lub porywacze wezmą właśnie Leona za głównego dowódcę tej wyprawy. Dzięki temu sprytnemu posunięciu, odwlekającemu nieco widmo ewentualnej zagłady, poprawił sobie humor. Na całe pół dnia.
W trakcie podróży Abdel dopytuje się Leona raz czy dwa, o swój pierścień.
Ostatnio zmieniony 19 września 2018, 21:39 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 19 września 2018, 17:58

Między Morvant, a Otchłanią

Gwałtowna egzaltacja, która pochwyciła Leona na widok wyposażenia alpejskich strażników, mało nie doprowadziła to katastrofy. Zafascynowany wyciągał nieświadomie ręce, by dotknąć materiału, obejrzeć broń, obmacać, postukać, ściągnąć, w porę kuzyn zestrofował, wynalazca zamarł w pół ruchu, ledwo ominął kolano kuzynki, by uchwycić się otwartego okna. Nachylony wyjrzał na zewnątrz, rozglądną się i pokiwał głową.
-Schludnie, dobra robota. - dodał po frankijsku nie patrząc już na alpejczyka.

Teraz kiedy nad tym myślał, emocje opadły i zachwyt zniknął.
- Afrykanie mają pieniądze, Alpejczycy uzbrojenie, a my, My mamy krew. - tłumaczył kuzynowi - szanse muszą być jakoś wyrównane na starcie. Ale dobrze byłoby wyposażyć Sangów w ów znakomite uzbrojenie, wtedy byłoby jeszcze bardziej sprawiedliwie. - uśmiechnął się - o ile nie są tylko błyszczącymi zabawkami, a naprawdę unikatową technologią.

By wypełnić czas podróży postanowił szkicować mapę z notatkami, o rodzaju skalnego podłoża, wyraźnych uskokach, pogodzie, zaznaczał zabudowania. Szlak był w istocie ludzkim szlamowiskiem. Próby wciągnięcia w rozmowę Bartheza, kończyły się na chłodnych uprzejmościach, ale i tak była to skarbnica wiedzy dla młodego szlachcica. W końcu Leon Thibaut wypatrzył sobie odludnego Franka, mieniącego się Bastien Langlois. Wynalazca ciągał go odchodząc nieco od szlaku i życzył sobie tłumaczenia tropów. Do jakiego gatunku należy znaleziona kupa i po czym to wiadomo. Jak większość słyszał ostre słowa Abdela skierowane do kuzynki, ale postanowił poczekać z reakcją, aż emocje opadną. Uprzejmie tłumaczył dziedzicowi jakie ma pomysły na wykonanie żądanego pierścienia, twierdząc, że zajmie się tym kiedy będzie mógł spokojnie rozłożyć warsztat.

Uznawszy, że kuzyn należycie okrzepł, a widząc jego zmęczenie podróżą postanowił przyjść z pomocą. Wieczorem ósmego dnia zbliżył się do chwilowo opuszczonego przez sługi dziedzica.
- Okrutnie zaniedbane miejsce. Można by je lepiej zagospodarować. Porządne schludne zajazdy. A te dziwki, dla wyjątkowo odważnych. Proszę, zapal ze mną - podał dziedzicowi odpalonego przez siebie papierosa, o wyjątkowo słodkim ciężkim zapachu dymu. - Ci ludzie ciągnący truchła wynaturzonych do szczeliny, po co to robią? Nie lepiej ich spalić na miejscu. W mym mniemaniu zachowują się równie szalenie jak sami wynaturzeni, wszyscy ciągną w to samo miejsce, jakby mieli zbiorową jaźń. Religia jest tak samo niebezpieczne jak spory, jeśli są gdzieś jacyś bogowie, to dali nam umysł jako klucz do przetrwania i poznania, nie ufam ślepej wiarze. - przerwał i popatrzył kuzynowi proso w oczy.
- Wybacz Abdelu, kilka dni temu było słychać Twój gniew, niepotrzebnie. Gniew może wzbudzać respekt, ale prawdziwy podziw wzbudza się spokojem. - uśmiechnął się - ale może się mylę. Angeline może faktycznie powiedziała zbyt wiele, ale każdy popełnia błędy. Ja również to robię, myślę że i tobie zdarzyło się zbłądzić. Wybacz jej proszę, wspaniałomyślnie wybacz nie bacząc na dąsy jej, czy własne. Porozmawiam z nią jutro. - wystawił rękę by odzyskać skręta - Czyste dziś niebo, czy myślałeś kiedyś o tych licznych światach widzianych przez nas jako świetlne punkciki?
Papieros jest oczywiście z dużą domieszką najlepszej jakości konopi, Leon pozwala sobie czasami i ma ze sobą jeszcze troszkę zapasiku, w tym wypadku liczy, że poprawi kuzynowi nastrój. I później łagodnie ukołysze go do snu.
EDIT: Leon chętnie potowarzyszy kuzynowi i może długo pogadać, zapalić, wypić kieliszek, ale nie będzie się narzucał, dlatego poczeka na reakcję Abdela.
Ostatnio zmieniony 22 września 2018, 21:03 przez Nanatar, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 19 września 2018, 23:11

Otchłań, Ósmy pasażer Nostr... znaczy się ósmy dzień podróży

Najemnik pamiętał jak jeszcze ledwie mniej niż dziesięć lat wstecz, ruch na Okopconym Szlaku wyglądał zgoła innaczej. Karawany wiozące truchła wynaturzonych do Cięcia Rzeźnika były bardzo rzadkie, ale Anababtyści ciągnęli na wschód długimi kawalkadami. Rzędy młodych orgiastyków szły na front bezpardonowej wojny Jehamedanami. Wraz z nimi szlak wypełniało tyleż, jeśli nie więcej Ascetów, którzy zaludniać mieli niszczony konfliktem żyzny basen Adriatyku.

A teraz wszystko się odmieniło. Nieoczekiwany rozejm pomiędzy poróżnionymi frakcjami Anababtystów I Jehamedan spowodował exodus w na zachód. Orgiastycy nie byli już tak potrzebni jak niegdyś. Część zaczęła walkę z plagą wynaturzonych, a reszta zaprawionego w bojach ludu opuszczała Purgarię i ciągnęła, hen daleko do Protektoratu, zaczynającego się uginać pod wstającymi z kolan dzikimi plemionami, czy do Bretanii, gdzie charyzmatyczny Anabatysta budował religijne państwo.

Natężony ruch na szlaku był prawdziwym zbawieniem dla rzesz innych oportunistów. Wszyscy ci którzy podróżowali, byli dla innych okazją do zarobienia niezgorszych fortun. W przydrożnych bidach skleconych ze wszystkiego co tylko się do tego nadało handlowano wszystkim: od czegoś tak trywialnego jak kawałki starych szmat, którymi można było podetrzeć zadek, po same zadki mniej lub bardziej wdzięcznie prezentujących swe walory dziwek.

Barthez nie był zbytnio zainteresowany tym co działo się przy szlaku. Poza oczywiście względami bezpieczeństwa. Kaprawe oczka niektórych chciwym wzrokiem oceniały karawanę z Toulonu i takich Helweta i jego ludzie taksowywali spojrzeniem i dyskretną prezentacją broni odbierającą jakąkolwiek chęć na zrobienie czegokolwiek głupiego.

Jedynym co zaskoczyło niedawno Alpejczyka były przytyki Angeliny do Abdela. Barthez choć nigdy nie przebywał zbyt długo pośród Sanguinów zdołał się zorientować, że ród nigdy, ale to przenigdy nie wywlekał brudów w obecności innych, toteż nie tyle same insynuacje, co zachowanie dziedziczki nieco go zdziwiło. Być może była zmęczona podróżą bardziej niż próbujący desperacko trzymać fason Abdel. Oczywiście Nathan zbył całą sprawę milczeniem, notując jednak w myśli potwierdzenie tego czego się już domyślał o osobie dziedzica.

Tak jak pogarszały się nastroje Sanguine’ów, tak polepszało się samopoczucie Bartheza. Oczywiście jedno nie wynikało z drugiego, choć powodowane było tym samym czynnikiem: podróżą. Nawykłe do luksusów rodzeństwo cierpiało coraz bardziej z każdym dniem, gdy trzęsło ich na trakcie. Co innego Alpejczyk, przyzwyczajony do przemieszczania się. Dla niego wyprawa była jak woda na młyn. Czuł, że brakowało mu tego od dawna. I choć nie zmniejszał czujności ani o trochę, to z każdą przebytą milą można było zauważyć jak Helweta rośnie w sobie.
Taki ogólny post, bo ciężko Barthezowi wejść w jakieś interakcje.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 23 września 2018, 17:57

Genua, jedenasty dzień podróży

Genua. Kamienne wały, bieżąca woda, elektryczność. W miarę czyste ulice, a na nich całkiem zadbani ludzie. Gdyby nie wszechobecność purgaryjskiej mowy, którą Abdel rozumiał, ale za którą nie przepadał, dziedzic najpewniej poczułby się jak w niebie. Dwa tygodnie podróży po Osmalonym Szlaku odcisnęły zauważalne piętno na młodym Sanguine. Jego włosy sprawiały opłakane wrażenie, skóra nieco poszarzała, mężczyzna schudł nadto z powodu braku apetytu. Popadając czasami w stany niemalże depresyjne, stał się jeszcze bardziej uciążliwy dla współtowarzyszy podróży, zatem i oni poczuli oczywistą ulgę na widok pierwszego purgaryjskiego miasta z prawdziwego znaczenia na swej drodze.

Na ulicach Genui mieszały się narodowości i kultury. Oprócz wszechobecnych mieszkańców Purgarii wszędzie dostrzec można było czarnoskórych Neolibijczyków, w przeważającej mierze zarządzających handlowymi placówkami Banku Komercyjnego na purgaryjskiej ziemi. Uwagę zwracali anabaptyści z tatuażami swej wiary na czołach, aroganccy w swojej dumie, obnoszący się otwarcie z symbolem Złamanego Krzyża, który w południowej France sporo stracił ze swej reputacji i wpływów. Równie, co w Montpellier liczni Szpitalnicy krążyli po mieści w swoich sprawach, stukając w kamienne płyty chodników laskami zaopatrzonymi w kapsuły wykrywające obecność leperosów.

Wyczuwając okazję do zarobku, na karawanę z Montpellier natychmiast runęli miejscowi kombinatorzy, wykrzykujący w ojczystej mowie gości zachęty do skorzystania z ich usług. Jedzenie, dach nad głową, łaźnia, chętne kobiety, pachnidła dla pięknej damy, lusterka z prawdziwego szkła, amulety wyrabiane z kości Wynaturzonych, relikwie i kunsztownie wyrabiana biżuteria. Sangowie Perraulta i ochroniarze Bartheza ustawicznie musieli się posługiwać krzykiem i demonstracją oręża, by trzymać miejscowych oportunistów na dystans od powozów szlachetnie urodzonych gości.

Poczciwy Dumas nie śmiał oponować, gdy Abdel zażądał wynajęcia piętra w najlepszym hotelu w Genui, chociaż koszty zakwaterowania tam musiały wykraczać dalece poza możliwości przeciętnego człowieka. Zrzuciwszy z siebie pokryte podróżnym kurzem szaty, dziedzic przez pierwsze kilka godzin pobytu w apartamencie moczył swe obolałe ciało w wielkiej metalowej wannie wypełnionej po brzegi pachnącą mydlinami gorącą wodą. Pławiąc się w tym niegdyś dla siebie zwyczajnym, a teraz niebywałym komforcie, czuł z wolna powracającą energię i chęć życia.

Od Bergamo dzieliły Abdela jedynie trzy dni podróży, tym razem na północ ku monumentalnym szczytom głównego masywu Alp. Rozkoszujący się kąpielą dziedzic rozważał w myślach dalsze opóźnienie chcąc pozostać w Genui przez co najmniej tydzień, został jednak zmuszony do odłożenia takich planów na bok, kiedy do drzwi jego apartamentu zapukał Nathan Barthez.

Alpejczyk miał przynajmniej tyle rozumu, aby za nękanie znużonego pryncypała w chwili tak intymnego relaksu wpierw przeprosić. Dziedzic był gotowy zrugać pierwszego intruza w drzwiach bez względu na powód jego wejścia, ale zapomniał o tym postanowieniu słysząc wieści Bartheza.

Kurierzy Casimira Lavelle dobrze się spisali. Wysłani z Montpellier dwa tygodnie przed ekspedycją Abdela, poinformowali o wizycie z odpowiednim wyprzedzeniem Białego Wilka z Bergamo, ten zaś wysłał do Genui swego przedstawiciela, jednego z licznych kuzynów, by ów towarzyszył szlachetnie urodzonemu Sanguine na ostatnim etapie podróży.

Gianni Lombardi dowiedział się o przyjeździe Sanglierów do miasta z podziwu godną szybkością, toteż przybywając do hotelu zdążył zaskoczyć dziedzica w kąpieli.
Przedostatni etap podróży za Wami. W Genui przewiduję dzień odpoczynku, kolację z wysłannikiem głowy rodu Lombardich, a następnego dnia wyjazd do Bergamo, na spotkanie z Vespaccio Lombardim. Plan jest OK, czy oczekujecie czegoś więcej po wizycie w Genui?

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 26 września 2018, 11:01

Genua, Grand Hotel Sevoia, jedenasty dzień podróży

Przedostatnie piętro Grand Hotelu okazało się wystraczające estetycznie dla wysublimowanego gustu młodego panicza rodu Sanglier. Jednak nawet gdyby było to hotel o parę gwiazdek niższej rangi to i tak byłby satysfakcjonujący, biorąc pod uwagę ostatnie paręnaście dni nieznośnej podróży po bezdrożach. Nie dało się ukryć, iż wędrówka mocno dała się we znaki dziedzicowi więc nie zamierzał szybko się przemieszczać. Obojętnie patrząc na szybko topniejące środki finansowe jakim dysponowała karawana. Los jednak chciał inaczej.

Abdel relaksował się w gustownie urządzonym pomieszczeniu pośrodku którego ustawiono utensylia do kąpieli godnej króla. W centrum stała metalowa balia wypełniona wodą, w której dziedzic był łaskaw nurzać się już od dobrej pół godziny. Gorące opary wody unosiły się leniwie w powietrzu, napełniając pomieszczenie przyjemną wilgocią o zapachu bzu i lawendy. Środek wanny wyłożony był białym płótnem, a to po to by zapobiec ewentualnym oparzeniom delikatnej skóry od metalowej powierzchni bali. Obok śnieżnobiałego suchego ręcznika złożonego na podręcznym stołku stały zaś mydła, maści, aromaty i wszelakie olejki do nacierania skóry. Leniwą krotochwilę sam na sam z wanną gwałtownie przerwał wkraczający szef ochrony Natan Barthez.

- Witaj - powiedział nieco rozczarowanym głosem dziedzic i cofnął swą rękę od śnieżnobiałego frotowego ręcznika. Natan nieco go zdziwił swym pojawieniem. Spodziewał się ujrzeć raczej swą siostrę, która jak Abdel przeczuwał, ciężko przeżyła ostatnie upokorzenie jakie jej zafundował. Uśmiechnął się z satysfakcją na wspomnienie tamtej sytuacji. Jej głupawy plan polegający na dyskredytacji działań prawowitego dziedzica rodu, był co najmniej przewidywalny i z tego względu nie mógł się powieść. Już sam pomysł takowej intrygi uknutej przez jego siostrę wywoływał w Abdelu fale irytacji. Mimo wszystko, była jednak nadal jego siostrą zatem należało ją jakoś uspokoić i wyciszyć, tak by nie nawet próbowała strzelić jeszcze większej głupoty. Dlatego Abdel miał dla niej prezent. A właściwie osiem metalowych prezentów, w magazynku załadowanym w odbezpieczonym już kulomiocie, który spoczywał... pod frotowym ręcznikiem. Białym i pachnącym.

- Ehh... Szczerze mówiąc spodziewałem się kogoś innego... masażysty... Mam nadzieję, że ma pan jakieś istotne kwestie by przerywać mi celebrowanie tej jakże błogiej chwili.

Barthez wprzódy przepraszając, wyjaśnił powód przybycia w sposób szybki i lapidarny, typowy dla ludzi jego profesji.

- Zatem stało się. Uprzedzili nas. - Westchnął ciężko Abdel, nie ruszając się przy tym z miejsca. Częściowo dla tego by nie przygnębiać szefa ochrony wyglądem swych idealnych w proporcjach, boskich członków ciała. - Miałem nadzieję podczas ostatnich dni drogi do Bergamo zbierać informacje o układzie sił, sprzymierzeńcach i przyzwyczajeniach Białego Wilka. Teraz będzie po temu nieco mniej swobody pod czujnym okiem jego kuzyna. Teraz to oni będą teraz zbierali informację o nas, podczas towarzyszenia nam w wyprawie. Niech pan powiadomi o przybyciu Lombardiego moją siostrę oraz kuzyna, mają stawić się możliwie szybko w dużej sali. Tam też go przyjmiemy. Proszę zaprosić Lombardiego na górę, niech nie oczekuje w hotelowym foyet jak jakiś obwoźny sprzedawca pacek na muchy. Ale... niech oczekuje pod naszym czujnym okiem. Póki się tam nie stawimy kucharz ma podać nasze wino. Nasze! A nie jakiś zwykły hotelowy sikacz. I do tego przekąski. Niech to będzie doza wykwintnego przedsmaku budzącego zmysły. Rodzaj zachęty do tego co mogą Purargarańczycy mieć, jeśli się domówimy co do kontraktu. I niech... Na boga Barhez, czy ja mam myśleć za was wszystkich, niechże mi pan po prostu kupi trochę czasu, muszę się przecież do cholery przygotować.

To mówiąc zanurzył się cały w wodzie, dając tym samym znać iż audiencja właśnie dobiegła końca. Kosmyki blond włosów unosiły się spokojnie w balii pełnej mydlin w miejscu gdzie zniknęła głowa. Abdel lubił ten stan kiedy nawet jego całe ciało znajdowała się pod wodą. Głuchy podwodny świat pełny bezpieczeństwa. Jedyne miejsce gdzie nie mogły go dosiąść przeklęte robale niosące pomór przez chorobę wynaturzenia.

Cóż, jeśli nie wysłał posłańca z zapowiedzią swego przybycia, jak zwykło się robić w cywilizowanych krajach, to sam sobie jest winien. Lombardi czekał już chwilę, więc minuta dłużej czy dwie go nie zbawią. Nie ma co pędzić na załamanie karku.

A może... może Lombardi przybył by upewnić się, że nie dobiję targu wcześniej z Genueńczykami, tak jak zamierzałem, hmm...


Małe bąbelki wody pojawiły się w miejscu gdzie za chwilę miał wynurzyć się dziedzic Sanguine.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 30 września 2018, 21:34

Genua, Grand Hotel Sevoia, jedenasty dzień podróży

Kiedy Okopcony Szlak pozostał za plecami karawany, a oczy wypełnił obraz miasta, wynalazca poczuł typowe na nowe miejsce podniecenie. W mig ustąpiło znużenie podróżą, zastąpione entuzjazmem poszukiwacza. Najchętniej odłączyłby się od razu, zagłębiając w uliczki pełne ludzi i tajemnic, które skrywają. Podglądałby rzemieślników przy pracy, skradał się przez magazyny, wprost do ich salonów i kuchni. Pił herbatę z ich filiżanek, spał w pościeli pachnącej potem niedawnej miłości, całował gładkie ramiona zastanych tam kobiet...

Na szczęście dla wybujałej wyobraźnie Leona Thibauta, dziedzic rozwiał jego miraże. Hotel i oczywiście kolacja, zarządził Abdel. Kolacja, trudny i ważny sprawdzian dla nabywającego ogłady młodego szlachcica. Odpowiednie miejsce i chwila czasu stwarzały jeszcze możliwość wykonania pierścienia, o który dopominał się kuzyn. Humor poprawiło mu nad to pomieszczenie, które pozwolono mu zająć. Był to salonik, będący ogrodem zimowym, z przynależnym niewielkim pokoikiem. Cała jedna ściana i część dachu stanowiły małe okienka, wymarzona to wprost pracownia. Patrząc na zgromadzone na podłodze bagaże, ginące w gąszczu donic z egzotycznymi roślinami, poczuł potrzebę obmycia ciała z trudów podróży. Poprosił o balię z gorącą wodą i dwóch młodych silnych służących.

Kiedy dwóch osiłków wniosło balię i napełniło gorącą wodą, Leon zrzucił już całe odzienie i stał nagi pod wielkim fikusem. Obrócił się bez wstydu do stojących w osłupieniu służących.

- Bieżcie się do roboty. Na co czekacie. - jako, że oczy pachołków utkwione w szlachcicu zdawały się rosnąć, Leon uważnie obejrzał swoje ciało, ale nic nie wzbudziło jego niepokoju, uznał, że może trochę schudł. Ale niczego innego nie mógł sobie zarzucić. Spojrzał groźnie na służących i zakomenderował. - Proszę poprzesuwać te rośliny, będzie nam potrzeba więcej miejsca.

Chwile później leżał w wannie i próbował wyszorować plecy, czyniąc wiele plusku i rozchlapując wodę. Towarzyszył temu odgłos szuranych po podłodze ciężkich donic.

- Tą proszę już pod drugą ścianę i jakby któryś był łaskaw wezwać łaziebną z porządną szczotką do pleców.

Czekając w ciepłej wodzie, zdał sobie sprawę, że już nigdzie nie chce dziś wychodzić. Było mu dobrze, a czekała go jeszcze kolacja z rodziną. Wrócił pamięciom na Okopcony Szlak, do nerwowych rozmów rodzeństwa. Próbował delikatnie porozmawiać z Abdelem i Angeline o tym co się wydarzyło.
Niepotrzebnie i zbyt głośno wypowiedziane słowa, zbyt pośpieszne. Abdel nie raczył skomentować uwagi kuzyna, ale nie wzgardził poczęstunkiem, co więcej zaraz wyciągnął dłoń i wypalił papierosa, i tamtej nocy spał spokojnie. Kuzynka zaś nie widziała w swym zachowaniu niczego złego. Prawda, że świadkami jej słów był tylko Leon i Barthez, któremu zdaje się dziewczyna ufała. Reakcja zaś Abdela była niewspółmierna, ale tego akurat można się było spodziewać. Leon Thibaut poczuł ciężar towarzystwa kuzynostwa, ale rozumiał, że jest to też ciężar pozycji, który musiał nauczyć się dźwigać.

Weszła młoda dziewczyna, pełniąca role łaziebnej, szlachcic chciał przez chwilę zerwać ten zakwitły dopiero kwiat. Rozebrał ją wzrokiem, powodując świeże rumieńce. Postanowił chwilę jeszcze pobawić się myślą uczynienia z niej kochanki, mając nadzieję, że będzie potrafił utrzymać swe libido w ryzach.

- Podejdź moja droga. Umyj mi włosy i wyszoruj porządnie plecy. A wy jak skończyliście przynieście tu stół, duży i ciężki, będzie służył za stanowisko monterskie, więc blat nie może być cenny. Później rozpakujecie walizki.

Pozwolił sobie na chwilę relaksu, powracając myślami do jędrnego ciała żony, dziewczyna nie ośmieliła się zwrócić uwagi na jego erekcję. Nie był pewny, czy ku jej uldze, czy rozczarowaniu powrócili pachołkowie ze stołem, Leon pozwolił rozczesać sobie włosy i zażyczył ręcznika. Wyszedł z kąpieli nagi i czysty, oddał brudne ubrania do prania i odesłał służbę.

Ubrał się do kolacji w brunatną, długą koszulę z konopi, sięgającą połowy uda, zapinaną na tuzin mosiężnych klamerek, a wykończoną czerwonymi lamówkami rękawów i takąż stójką. Nałożył luźne wełniane spodnie, wiązane w pasie trokiem i swobodne mokasyny. Na całość wdział podobnej długości co koszula, surdut z cienkiej wełny w kolorze wyschłej pomarańczy.

Z zadowoleniem ocenił miejsce jutrzejszej pracy i udał się na kolację wiedząc, że jak tylko wróci napisze do Loretty, która z pewnością wygląda nowej widomości. Papier, obciążony granitowymi kostkami już na niego czekał.
Tak odświeżony Leon Thibaut udaje się na kolację. Zamierza jeszcze napisać list, zaś skoro świt zabrać się do pracy. Śniadanie wolałby zjeść sam, a w połowie pracy około południa wyjść z przewodnikiem do miasta, zakupić prezent dla żony.
Ostatnio zmieniony 30 września 2018, 21:44 przez Nanatar, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 01 października 2018, 13:26

Genua, Grand Hotel Sevoia, jedenasty dzień podróży

Alpejczyk wyszedł z pokoju dziedzica i przekazał dokładne instrukcje majordomusowi Abdela. Uznał, spojrzawszy w lustro na brudną od podróży twarz i zakurzony ubiór, że nie będzie najlepszą osobą do traktowania posłańca w imieniu Sanguinów. Gdy skończył, człowiek niemal pobiegł aby wypełnić wolę Abdela, odprowadzony spokojnym wzrokiem Bartheza. Raban jaki zaczynał wszczynać służący upewniał go tylko, że Lombardi już za kilka minut zostanie przywiedziony na górę, poczęstowany winem, wykwintymi przekąskami, a także zabawiony kurtuazyjną rozmową.

Nathan kazał przekazać informacje Lei i Leonowi wieści, ale uznał, że jednak powie osobiście wszystko dziedziczce. Arystokratka, pewnie brała kąpiel, o czym zresztą świadczyli wyraźnie służący, targający z mozołem kilkanaście minut wcześniej trzy wielkie balie po korytarzach hotelu. O ile ogladanie Abdela lub jego kuzyna nie należało do żadnych przyjemności, to dziewczyna balii była już inną historią. Po chwili wpadł mu do głowy jeszcze inny koncept, mogący przynieść w dłuższej pespektywie więcej korzyści.

Ród raczej nie miał smiertelnych wrogów w mieście, ale najemnik wolał dmuchać na zimne. Skierował się do Perraulta, palącego papierosa na hotelowym balkonie. Podszedł do kapitana i zagaił spokojnie:

- Jacques, mamy na dole jednego z miejscowych Lombardich z wizytą. Dziedzic nakazał o sprowadzić na górę, żeby czekał na nich.

- Widziałem jak wchodził przez główne wejscie. Zlatują się szybciej niż muchy do gówna...

Najemnik uśmiechnął się szeroko, ale szybko na twarz wróciła poważna mina:

- Napewno nie stanowi żadnego bezposredniego zagrożenia, ale będzie drań spowiadał ze wszystkiego u siebie. A wolałbym, żeby nie poszła plotka o słabej ochronie wyprawy. Twoi ludzie w mundurach nadadzą się lepiej do tego, żeby go sprawdzić i przypilnować. Wiesz, nie chodzi mi o jakieś trzepanie jak na helweckim posterunku, tylko żeby miał świadomość, że mamy rękę na pulsie.

Sang pstryknął papierosem w dół ulicy i odrzekł spokojnie:

- Rozumiem, zajmię się tym.

- Jacques, jeszcze jedno. Dziedzic przekazał, że musi się rozmówić z rodzeństwem. Mają się stawić możliwie szybko w dużej sali. Przekażesz to Pani Angeline? Ja skoczę do Leona.

- Oczywiście... - Nie sposób było nie dostrzec szczęścia jakie przez chwilę odmalowało się na twarzy starego Sanga. Barthez zdawał sobie sprawę, że Frank też musiał widzieć taszczoną do kwatery dziedziczki balię. Wiedział też, że choć ominie go kilka apetycznych widoków, to jeszcze nie raz nadaży sie ku temu okazja, a nie wiedział ile może byc jeszcze okazji do zjednania sobie kapitana Sangów.

Skierował swe kroki ku kwaterze wynalazcy, zamierzając zmącić spokój Leona podobnie jak to zrobił z jej przyrodnim bratem.

[center]Obrazek[/center]
Maiłem dać tę focie Bartheza w poscie o wycieczce w Tulonie, ale lepiej późno niż wcale. Miał Barthez iść pooglądać sobie Angeline w negliżu, ale niech się nacieszy kapitan Perrault ;) Nathan wpadnie później wziąść kapiel z dwórkami ;) Póki co będzie musiał powstrzymać śmiech jak zobaczy gołego Leoncio :D
Ostatnio zmieniony 01 października 2018, 15:10 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 03 października 2018, 15:35

Genua, Grand Hotel Sevoia, jedenasty dzień podróży

Bogowie jak cudownie przemknęło przez głowę zanurzonej po szyję w gorącej kąpieli Angeline. Dziewczęta spisały się na medal. Woda nie była zbyt gorąca, dokładnie taka jak lubiła Lea a dodane do niej wcześniej aromatyczne olejki wytworzyły na powierzchni gęstą i wysoką pianę. Pozwoliwszy jednej z dziewcząt na umycje jej pleców Angeline odprawiła ją pod ścianę a sama wyciągnęła się wygodnie i oparłszy głowę o przewieszony przez krawędź balii gruby ręcznik przymknęła oczy relaksując się w przyjemnie ciepłej wodzie. Dziewczyna bliska była uśnięcia gdy jej relaks przerwało nagle delikatne pukanie do drzwi apartamentu.

- Kogo tam niesie do licha - mruknęła pod nosem i uchyliwszy powieki złowiła pytające spojrzenie służącej - Otwórz i wpuść.

Dziewczyna wykonała polecenie i odsunęła się na bok przepuszczając wchodzącego do pomieszczenia kapitana Perraulta. Oficer zatrzymał się dwa metry za progiem i zasalutował lekko zarumieniony wpatrując się w tkwiącą w pieszczocie pian Angeline.

- Wybaczy pani to najście mam jednak pilną wiadomość. Zaszczycił nas swoją dosyć nieoczekiwaną wizytą przedstawiciel rodu Lombardich. Brat prosi panią i kuzyna Leona o stawienie się w dużej sali. Chce się z wami rozmówić przed spotkaniem z Lombardim - pomimo profesjonalnej postawy głos kapitana brzmiał lekko chrapliwie na co wpływ mógł mieć widok wysuniętej z piany zgrabnej łydki oraz obu kształtnych ramion.

- Ahhh... rozumiem. Spotkanie na szczycie - Angeline doskonale zdawała sobie sprawę z myśli przebiegających przez głowę kapitana i ponieważ była w doskonałym nastroju nie mogła sobie odmówić odrobiny kokieterii. Uniósłszy głowę zaczęła prostować się w balii a jej biust począł wyłaniać się powoli z piany... po czym przerwała ruch obserwując z rozbawieniem kapitana przełykającego gorączkowo ślinę. Piana powoli obsuwała się z piersi i gdy już prawie dotykała sutków dziewczyna parsknęła śmiechem - Proszę przekazać, że pojawię się niezwłocznie !

Lea zanurzyła się całkowicie pod wodę i tylko wystająca niczym tajemniczy peryskop dłoń wskazywała kapitanowi drzwi. Otarłszy ukradkiem spocone czoło kapitan stuknął obcasami po czym wykonał przepisowy w tył zwrot i wymaszerował z pomieszczenia...
Angeline się wysuszy, ubierze i podąży na spotkanie z rodziną
Ostatnio zmieniony 04 października 2018, 10:48 przez Kargan, łącznie zmieniany 1 raz.
]|[ Innocence Proves Nothing ]|[

Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 04 października 2018, 13:20

Droga do Bergamo, dwunasty dzień podróży

Chociaż dziedzic Sanguine zaproponował Gianniemu Lombardi miejsce kapitana Perraulta w powozie, Purgaryjczyk grzecznie odmówił wybierając w zamian niewygodne siodło pięknego czarnego ogiera. Abdel starannie ukrył swe zdumienie taką decyzją, sam bowiem za nic nie dałby się wsadzić na konia mając do wyboru wyłożone poduszkami siedzenie w czterokołówce. Co kraj, to obyczaj, pomyślał przelotnie nie potrafiąc się oprzeć uczuciu pobłażliwości wobec braków w obyciu przewodnika.

Gianni Lombardi jechał tuż obok otwartego okienka powozu, spoglądając to na pasażerów, to wodząc bystrym spojrzeniem po mało żyznych, naznaczonych wielkimi bryłami skał pustkowiach na północ od Genui. Porośnięte skąpymi trawami łąki, liche zagajniki i wrzosowiska wydawały się ciągnąć aż po wieńczący horyzont zarys monumentalnych gór.

Wysłannik, a zarazem krewniak Białego Wilka okazał się przystojnym szlachcicem o nieco barbarzyńskiej aparycji, kiepsko uczesanym i ubranym w opinii Abdela bez śladu wysmakowania, ale promieniującym życiową energią i męskim urokiem. Kolacja z jego udziałem wieczór przed opuszczeniem Genui stała się sceną kilku towarzyskich gaf, które w Montpellier tygodniami nie schodziłyby z ust salonowych bywalców, ale które w zaistniałych okolicznościach Sanguine musiał gościowi wybaczyć. Po pierwsze, Gianni Lombardi mówił bardzo kiepsko w języku Franków. Abdel cierpiał prawdziwe katusze przez pierwszy kwadrans kolacji, miał bowiem wrażliwe ucho wyczulone na dialektyczne zgrzyty i cudzoziemskie naleciałości u swoich rozmówców. Kiedy zatem krewniak władcy Bergamo pomylił w konwersacji wino z wanną, pierworodny Sanguine z uroczym uśmiechem zaproponował przejście na mowę purgaryjską, doskonale znaną nie tylko jemu samego i jego siostrze, ale i dobrze wykształconymu Leonowi Thibautowi. Mające zaraz potem karygodne potknięcia związane z nieprawidłową formą wznoszenia toastów, doboru sztućców czy braku zwyczaju płukania palców w miseczce wody pomiędzy daniami również musiały pójść w zapomnienie - szlachta z Montpellier nie bez powodu uchodziła za śmietankę nie tylko Franki, ale bez mała całej Europy, dlatego pomimo niechęci do prostaków Abdel musiał przyjąć do wiadomości, że nie wszyscy otaczający go ludzie byli takimi samymi perłami ludzkości, co Sanglierowie.

Kiedy kolacja dobiegła końca i jej uczestnicy jęli konwersować na szersze tematy przy kieliszkach wina, Abdel Sanguine zaczął wypytywać młodego Lombardiego o pozycję i wpływy rodu Białego Wilka, o sytuację polityczną w północnym Purgare oraz nastroje społeczne. Przez cały ten czas umiejętnie komplementował wysłannika z Bergamo, nie szczędząc starannie dobranych pochwał i wyolbrzymiając punkt widzenia Sanglierów na kwestie wpływów Lombardich. Trudno powiedzieć, czy Gianni Lombardi brał te wyrazy uznania za szczerość czy też przejrzał swego rozmówcę, widać było jednak wyraźnie, że słowa Abdela sprawiają mu wielką przyjemność.

Jeszcze większą przyjemność musiała mu sprawiać konwersacja z Angeline Leą, siłą rzeczy urywana ze względu na dzieloną między dziewczynę i jej brata uwagę. Młoda dziedziczka kokietowała Purgaryjczyka tak umiejętnie, a zarazem taktownie, że Abdel nie zdołał się powstrzymać przed posłaniem jej ukradkowego skinięcia aprobaty. Bladoskóra, wykwintna i pełna dystyngowanego uroku, córka Ventricule musiała się diametralnie różnić od smagłoskórych opalonych mieszkanek Purgarii, do których przywykł Gianni Lombardi. Szlachcic miał wręcz chwilami kłopot, by poświęcać dziedzicowi należną mu z racji statusu uwagę, tak często jego spojrzenie uciekało ku umalowanym oczom i wyeksponowanemu dekoltowi Angeline.

Nie bez powodu zatem Sanguine oczekiwał, że Gianni dołączy do niego, siostry i kuzyna w powozie. Co więcej, liczył na dodatkową rozrywkę mając na względzie nie dość dobrze skrywaną zazdrość w zachowaniu kapitana Perraulta, który w trakcie kolacji mówił bardzo mało, taksował w zamian adorującego Angelinę Gianniego wzrokiem, który Frankowie zwykli rezerwować dla pomiotu Wynaturzonych.

Lecz młody Lombardi dał kolejny raz dowód braku dobrego frankańskiego wychowania i miast bawić Abdela rozmową z siedzenia po przeciwnej stronie pojazdu, wybrał niewygodną opcję podróżowania w siodle obok okienka powozu.

Niczym czarne cienie, czterej noszący ciemne długie płaszcze jeźdźcy nie odstępowali go dalej niż na dwie długości konia, tworząc eskortę obserwowaną bacznie i przez Sangów i przez najemników Bartheza.

- Czy miał pan już okazję do wspięcia się na wyższe partie Alp? - zapytała cudownie melodyjnym głosem Angeline Lea - Nawet z tej odległości góry sprawiają takie monumentalne wrażenie.

- Polowałem na pogórzu - odpowiedział Gianni - Mój ród posiada fortecę u podnóża Alp, dzień drogi od Bergamo. To naprawdę piękna okolica i wizyta w niej pozostawia niezapomniane wrażenia. Nie śmiem nawet pytać, ale jeśli protokół wizyty na to pozwoli, z dziką radością zabrałbym waszą miłość na dzień w góry.

- Czy to nie zbyt niebezpieczne? - odezwał się natychmiast Jaques Perrault, siedzący w powozie tak sztywno jakby połknął tyczkę - W przypadku dziedziczki tak znamienitego rodu stanowczo odradzałbym tego rodzaju odstępstwa od protokołu.

- Pragnę zapewnić, że piękna róża rodu Sanguine nie znajdzie bezpieczniejszej opieki od mojej - Gianni posłał Angeline szeroki uśmiech - W tamtej części Alp rządzą Lombardi.

- Myślę, że na tego rodzaju propozycje przyjdzie czas, gdy już spotka nas zaszczyt rozmowy z czcigodnym Vespaccio - wtrącił uprzejmym tonem Abdel - Sam poczułem zainteresowanie taką górską eskapadą. Na co polują pańscy krewniacy w Alpach, jeśli woln o spytać? Żywię szczerą nadzieję, że nie na Helwetów.
Pierwszy po dłuższej przerwie wpis fabularny. Aby niepotrzebnie nie przeciągać wstępu do scenariusza, znowu popchnąłem akcję do przodu. Oto dzień po kolacji w Genui, a Wasza ekspedycja zmierza już ku ostatniemu przystankowi, wprost do Bergamo. Miły i przystojny krewniak Białego Wilka towarzyszy Wam w charakterze przewodnika i bawidamka.

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 07 października 2018, 15:16

Wysłane z Genui

Ukochana, najlepsza części mojej duszy

Gdy opuściliśmy Tulon, czar wycieczki prysł. Doskwierała mi na równi wciąż rosnąca między nami odległość, oraz obraz zdewastowanego świata, zastępujący rodzime, żywe krajobrazy Delty Rhone. Okopcony Szlak nie byłby już dobrym miejscem dla Ciebie, smrodu palonej ropy nie da się uniknąć, przesiąka ubrania i zdaje się odkładać w nozdrzach. Nic nie dało minięcie helweckiego punktu celnego, smród nie ustępuje. Górale potrafią walczyć z wrogami ludzi, ale nie potrafią z brudem. Z każdym dniem utwierdzam się w przekonaniu, że rodzima nasza Franka jest ostoją kultury w dzisiejszym świecie.
Pobyt w Genui pozwolił nam się odświeżyć i wypocząć, była to kolejna okazja, by okazać rodową solidarność i wyższość naszych zwyczajów, towarzyszy nam bowiem wysłannik Białego Wilka, szlachcic z Bergamo niejaki Gianni Lombardi, człowiek miłej powierzchowności, lecz strasznych manier. Tyle ma obycia co chowany w lesie Polanin. A propos Palan, jeden taki jest w bliskiej ochronie naszego panicza Abdela. Nie jest zarośnięty jak niedźwiedź, o czym mówiliśmy na przystani, (nie mogę zapomnieć smaku Twych ust z tamtej chwili) ale równie jak ów zwierz wielki i silny. Abdel twierdzi, że człowiek ten w ogóle nie spożywa wody, bojąc się w niej nieczystości, zamiast tego pija wysoce procentowy alkohol w ilościach, które normalnego człowieka zapędziłyby do grobu, jemu zaś dodaje on siły i wigoru.

Bergamo coraz bliżej, a jako że wszystko zdaje się przybierać korzystny obrót, bliżej też nam do Montpellier. Na chwilę tą wszyscy z rodziny cieszymy się.
Co powiedziałabyś, gdybym poprosił kuzynostwo, aby trzymali nasze dziecię w dniu nadania imienia. Wierz mi, że kiedy poznasz ich bliżej, wiele z tego złego co szepcze po kątach służba będzie wzbudzało tylko śmiech.

Wciąż z Tobą myślami, Leon

Drogi Mistrzu, czy Leon zdążył wykonać/przerobić pierścień dla kuzyna? Rozumiem, że jest w stanie domyślać się do czego Abdel potrzebuje podobnej ozdoby, oczywiście wynalazca odrzuca pomysł, jakoby była tam trucizna dla właściciela na wypadek ostatecznej katastrofy, wie że dziedzic nad to kocha życie i siebie, aby myśleć o samobójstwie.

ODPOWIEDZ