Guido Dumas jechał powozem na samym przedzie kawalkady wozów, w towarzystwie milkliwego sierżanta Sangów, obu dwórek jej miłości Angeline Lei oraz kucharza Jambona. W każdych innych okolicznościach poczciwy skarbnik ekspedycji uznałby taką kompanię za całkiem przyjemną, może z wyjątkiem śmiertelnie poważnego wojskowego - teraz jednak nie miał w głowie ani zalotów do pięknych bladoskórych dwórek ani rozmów na tematy kulinarne z Jambonem.
Okoliczności podróży zdominowały umysł skarbnika, zatrważające swą obcością dla człowieka nawykłego do wilgotnej ciepłej delty Rhone. Okopcony Szlak już za Tulonem wywołał u Dumasa gęsią skórkę swym smrodem i brakiem przynależnych szlachcie wygód, a odmienny klimat skalistej Purgarii tylko pogłębił depresyjne nastroje skarbnika. Obcy kraj, dziwni ludzie, połowicznie zrozumiały język. Przynajmniej za Genuą z krajobrazu zniknęły wszechobecne złamane krzyże, tysiącami znaczące pustkowia pomiędzy Morvantem i Genuą. Te wbite rzędami w ziemię, upamiętniające anabaptystycznych pielgrzymów znaki jawnie dowodziły potęgi Katedralnego Miasta w zachodniej Purgarii, budząc daleko posunięte zaniepokojenie Dumasa religijnym fanatyzmem.
Gdzieś z przodu dobiegło kilka głośnych okrzyków, z racji opanowanego brzmienia nie będących raczej ostrzeżeniem. Ostrożny mimo wszystko, Guido Dumas sięgnął ręką do trzymanego cały czas na kolanach pudełka, namacał pod jego przechyloną pokrywkę obcy skarbnikowi kształt ciężkiego rewolweru, który w dniu wyjazdu sprezentowała mu żona.
- Podróżni na drodze - oznajmił sierżant Blanchard - Następni pielgrzymi.
Powóz zwolnił zauważalnie, przestał irytująco podskakiwać na nierównościach drogi. Na poły zdegustowany i pożerany ciekawością, jego miłość Dumas odsunął zasłonkę w swoim okienku i wyjrzał na zewnątrz pojazdu.
I natychmiast swego pomysłu pożałował.
Znajdujący się przy powozie człowiek odwrócił w bok głowę, skrzyżował spojrzenie z wzrokiem Franka. Był ostatnim w porządku marszu z kilku sobie podobnych pieszych, ale w jednej chwili przykuł całkowicie uwagę szlachcica. Odziany jedynie w postrzępioną przepaskę na biodrach, zmroził krew w żyłach Dumasa widokiem swego pokrytego głębokimi ranami grzbietu, zakutego w czarny pancerz zakrzepłej zepsutej krwi, pociętego miejscami tak głęboko, że Dumas dałby głowę, iż dostrzega przezierające spod strzępów tkanki kości łopatek.
Jasnoniebieskie oczy człowieka, błyszczące żarem dziwnej gorączki, zdawały się nie należeć do żadnej rozumnej istoty. Pożerając nimi struchlałego skarbnika, straszny wędrowiec wyciągnął ku okienku powozu coś, co trzymał w swej prawicy jakby zamierzał ów przedmiot Dumasowi podać.
Był to jakiegoś rodzaju bicz o kilku pasach, zakończonych brudnymi od zakrzepłej krwi metalowymi haczykami. Przyglądający się cudakowi Guido pojął w jednej chwili, że to właśnie narzędzie musiało być odpowiedzialne za straszne rany na plecach wędrowca.
Bełkocząc coś tak niewyraźnie, że Dumas nie zrozumiał z jego wypowiedzi ani słowa, wędrowiec podsunął szlachcicowi pod twarz swój bicz.
[/center]