Droga do Edenu, 30 czerwca 2595
Zgodnie ze słowami Gianniego, odludne Wrzosowiska przyniosły podróżnym jedynie nudę oraz zmęczenie monotonią widoków, które Frankom szybko się przejadły. Jeden ledwie raz gdzieś w głębi torfowisk pojawili się jacyś dźwigający wielkie pakunki ludzie, momentalnie jednak zniknęli nie przejawiając najmniejszej ochoty do spotkania z pasażerami konnych zaprzęgów.
Przenocowawszy w namiotach na wschodnim krańcu Wrzosowisk, Sanguine pojechali po skąpym śniadaniu ku północy i kilka godzin później znaleźli się w pozornie innym świecie, gwarnym i tłocznym. I pełnym widocznych na pierwszy rzut oka przejawów żałoby.
Kiepsko utrzymany trakt wiodący przez Lombardzkie Wrzosowiska łączył się w owym miejscu ze sławną Drogą do Edenu - gościńcem łączącym terminal graniczny Moreno z Lucatore, Vivaco, Santiago oraz dalej położonymi miastami anabaptystów na Nizinach Adriatyckich. To właśnie tym szlakiem przybyli niegdyś do Purgarii pierwsi misjonarze Złamanego Krzyża i tędy ciągnęli borkańscy orgiastycy zmierzający na adriatyckie pola bitewnych zmagań. Śladami ich obecności były dostrzegalne wszędzie symbole krzyży, metalowe i drewniane, wbijane w ziemię, wieszane na gałęziach drzew, malowane na bryłach skał.
A ich spuścizną gromady ubranych na ciemne kolory ludzi, ciągnących na wschód ze smutnymi pieśniami na ustach, pobrzękujących żałobnymi łańcuchami i rozdzierających pośród płaczu swe szaty. Wszyscy oni schodzili na widok nadjeżdżających powozów na boki, przepuszczając podróżującą szybko kawalkadę przodem ku Lucatore.
- Zaiste przerażająca biedota - zauważył wyglądający za okno Guido Dumas - Spójrzcie tylko, co oni na sobie noszą. Oni te stroje chyba sami sobie szyją!
- Tutejszy lud ma na głowie inne zmartwienia niż szlachetnie urodzeni w Montpellier - odparł z ledwie wyczuwalnym, ale jednak obecnym w głosie przekąsem Nathan Barthez - Miejscowi są znacznie słabiej rozwinięci cywilizacyjnie od społeczeństwa frankańskiego, ale to pokłosie stuletniego konfliktu. Wojna pochłaniała wszystkie zasoby.
- My również walczymy - wtrącił kapitan Perrault - Nasza wojna trwa od zamierzchłych czasów i jej końca nie widać, a mimo sowitej ceny krwi staliśmy się ośrodkiem nauki, sztuki i myśli oświecenia na całym południowym wybrzeżu.
- Temu nie mogę zaprzeczyć - zgodził się spolegliwie Alpejczyk, który od jakiegoś czasu ograniczał swe konwersacje z oficerem Sangów do minimum. Abdel nie znał przyczyny tego nagłego ochłodzenia relacji pomiędzy parą ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za jego bezpieczeństwo, toteż zamierzał prędzej czy później rozgryźć i tę zagadkę.
Droga do Edenu biegła pomiędzy łagodnymi wzgórzami, na których rosło wiele pięknych starych drzew o rozłożystych koronach. Wysokie trawy syciły oczy bogatą zielenią i nawet kapryśna aura w końcu znudziła się dręczeniem podróżników. Burzowe chmury zniknęły przepędzone wiatrem, a słońce ponownie skąpało w swoim blasku ziemię.
- Zupełnie inna kraina od ziem Lombardich - zauważył Leon Thibaut - Wydaje się znacznie żyźniejsza. Gleba musi tu dawać znaczące plony.
- Tak też słyszałem w Bergamo - skwitował uwagę kuzyna Abdel - I zapewne dlatego Biały Wilk spogląda we wschodnią stronę z zazdrością. Mam nadzieję, że szybko dotrzemy do tego całego Lucatore, bo szczerze mi zbrzydła pospolita natura tych krajobrazów. Czas ponownie zakosztować przywilejów przynależnych ludziom o naszym statusie. Jak długo jeszcze potrwa ta podróż, panie Barthez?
- Jeśli mapy Lombardich miały zachowane odpowiednie proporcje, a nas po drodze nie spotka żadna nieprzewidziana niespodzianka, będziemy na miejscu dzisiaj późnym popołudniem, wasza miłość - odpowiedział Alpejczyk.
Dwa dni w powozie to oczywiste wyzwanie dla szlachetnie urodzonych, dlatego zrozumiem, jeśli zechcecie teraz srodze ponarzekać w postach na warunki podróży!
