PBF - Błogosławiona Krew

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 10 grudnia 2018, 22:08

Dom pielgrzyma pod Lucatore, 1 lipca 2595

Słowa dostojnego Franka wydawały się docierać do każdego zakątka placu, a nawet poza deski ogrodzenia, gdzie tłoczyła się reszta ordynarnie ciekawskiej tłuszczy. Dziedzic przemawiał starannie akcentowaną purgaryjską mową, kładąc na szali wszystkie tak szczerze znienawidzone lekcje tego języka, które opłacił dla niego ojciec.

Kiedy skończył przemawiać, przez tłum gapiów przebiegł jakiś cichy szmer, łagodny i przyjazny, choć z racji zduszonego mamrotania tubylców zupełnie dla Abdela niezrozumiały. Lecz ambasador nie musiał rozumieć tych szeptów i pomruków, by zrozumieć, dlaczego oczy niektórych pielgrzymów zwilgotniały znienacka.

Gdy zaś pozdrowił tłum wyszukanym gestem, poczuł się jeszcze bardziej ukontentowany, albowiem niemal wszyscy zgromadzeni przy wychodku prostacy jęli odwzajemniać ów gest naśladując go w pożałowania rzecz jasna godny sposób.

Otoczony przez entuzjastycznie machających rękami plebejuszy, Abdel Sanguine ruszył ku domowi pielgrzyma niczym prawdziwy król Franki pozdrawiany owacyjnie przez zalanych łzami szczęścia poddanych.

- Wasza miłość wywarł na tutejszych niesamowite wrażenie - mruknął idący przodem Nathan Barthez - Nieprawdopodobne.


Mechanika testu:
Spoiler!
Postanowiłem rzucać na poziomie trudnym (4), ponieważ słuchacze Abdela to podejrzliwi cudzoziemcy, a on nie należy do kultu Złamanego Krzyża. Charyzma dziedzica wynosi 4, do tego Conduct 2 i Expression 3.

Test na odpowiedni dobór kondolencji, rzucam 6k6 z wynikami 4, 4, 3, 5, 6 i 4 (pięć sukcesów plus jeden trigger, bardzo dobrze). Teraz test pozy i manier, rzucam 7k6 z wynikami 1, 6, 6, 4, 6, 3, 1 (dziwne ilości oczek, nietypowe, ale efekt wyśmienity, cztery sukcesy z trzema triggerami).
Wystąpienie dziedzica zostało przychylne przyjęte, co teraz? Czym prędzej z powrotem do środka budowli czy też rozochocony swym empatycznym występem Sanguine zacznie ściskać dłonie miejscowych topiąc ostatnie lody, ale jednocześnie ryzykując, że złapie wszawicę albo świerzb?!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 10 grudnia 2018, 22:19

Dom pielgrzyma pod Lucatore, 1 lipca 2595

Stojący przy oknie Leon Thibaut podskoczył, kiedy ktoś wpadł bez ostrzeżenia do pokoju. Wynalazca okazał się dość trzeźwo myślący, by nie wymachiwać na pokaz ukrytą dyskretnie za plecami bronią, toteż poczciwy Guido Dumas nie doznał na jej widok stanu przedzawałowego.

- Gdzie jego miłość pan Abdel? - zapytał skarbnik delegacji wbijając oczy w rozmemłane posłanie dziedzica - Na dole w holu stoi posłaniec od namiestnika Benesato, przyniósł jakieś pismo. Chce rozmawiać z ambasadorem króla Franki, o ile faktycznie nie jest on sam owym królem. Tak rzekł mi przed chwilą, chociaż zaklinam się na świętą krew, że nie rozumiem, o co mu chodzi.

- Mój kuzyn zaraz będzie w środku, musiał wyjść w towarzystwie pana Bartheza na zewnątrz, by zaspokoić próżną ciekawość pospólstwa - Leon Thibaut wygładził pośpiesznie rękawy stroju, dociągnął pasek spodni i obrzucił wzrokiem swe nie do końca czyste podróżne buty. W sytuacjach takich jak ta brak służby wyjątkowo dokuczał, stawiając szlachcica przed koniecznością samodzielnego wyczyszczenia swojego obuwia.

Słodka Loretto, cieszę się, że nie widzisz jak nisko upadłem!

- Chodźmy zatem czym prędzej powitać posłańca - rzucił do Dumasa poklepując skarbnika po ramieniu - Ciekawi mnie niezmiernie, cóż to za pismo.

Czysta krwi, byle tylko nie nakaz opuszczenia Lucatore! Nieszczęsny Abdel mógłby tego nie zdzierżyć!
Pozwoliłem sobie na nieco swobodne zadysponowanie Leonem i Guido, ale myślę, że obaj faktycznie ciekawi są treści przywiezionego przez posłańca listu!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 11 grudnia 2018, 20:59

Dom pielgrzyma pod Lucatore, 1 lipca 2595

Wchodząc do holu Abdel natrafił tam na gromadę pielgrzymów stłoczonych wokół swej siostry, kuzyna oraz Guido Dumasa. Członkowie delegacji stali twarzami w twarz z odświętnie ubranym mężczyzną o gładko uczesanych czarnych włosach. Purgaryjczykowi towarzyszyli czterej strażnicy miejscy w skórzniach i z ceremonialnymi pikami, ale dziedzic od razu pojął, że pełnili oni jedynie nie liczącą się w niczym eskortę posłańca.

- Oto i mój brat we własnej osobie - Angeline Léa uśmiechnęła się promiennie wskazując dłonią na Abdela - Pierworodny i dziedzic rodu Sanguine, z czystej krwi Sanglierów. Ambasador Montpellier przynoszący kondolencje całemu Lucatore.

Abdel odczekał do końca prezentacji, potem skłonił bardzo nieznacznie głową na powitanie. Wyraźnie zdenerwowany posłaniec ukłonił mu się w sposób, który być może podpatrzył u przejezdnych kupców, a który był tak niezamierzenie pocieszny, że Sanglier z najwyższą trudnością zapanował nad wybuchem złośliwego śmiechu.

- Szanowny ambasadorze, przynoszę list od namiestnika Ennio Benesato - powiedział posłaniec, wtrącając w rodzimą mowę pojedyncze frankańskie słowa.

Jeśli nawet Purgaryjczyk chciał tym samym dać popis swoich znikomych talentów lingwistycznych, w oczach Abdela jedynie zyskał na swej komiczności.

- To pisemne zaproszenie do domu rodu Benesato na spotkanie z namiestnikiem - wyjaśnił naprędce posłaniec uwalniając dziedzica od mordęgi walki z koślawymi literami jakiegoś kiepsko wykształconego skryby; dziedzic powątpiewał bowiem szczerze, by w miejscu tak podupadłym jak Lucatore znalazł się ktoś znający szlachetną sztukę artystycznej kaligrafii.

- Pan Benesato będzie oczekiwał znamienitego gościa dzisiaj w południe, panie ambasadorze - ciągnął dalej czarnowłosy mężczyzna.

- Proszę przekazać namiestnikowi, że wdzięczny mu jestem za zaszczyt audiencji i zjawię się w południe pod jego gościnnym dachem - odpowiedział Abdel biorąc do dłoni podany mu rulon papieru, zawiązany szkarłatną wstążką i zalakowany niewielką pieczęcią - Wszyscy obywatele Montpellier łączą się w nieutulonym bólu z bratem tragicznie zmarłego Neognostyka.

Na dźwięk ostatnich słów Franka pielgrzymi zaszemrali z aprobatą, zmierzyli ambasadora wzrokiem, w którym można się było dopatrzeć cienia ostrożnego respektu.

- Panie, przekażę naczelnikowi twe podniosłe słowa - posłaniec ukłonił się raz jeszcze, po czym wyszedł z holu w towarzystwie strażników.

- Czeka nas naprawdę interesujący dzień - oznajmił półgłosem Abdel stając pomiędzy siostrą i kuzynem - Ale rozpocznijmy go od najważniejszej kwestii. Gdzie jest ten wałkoń Jambon?
Pora na śniadanie!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 12 grudnia 2018, 17:36

Dom pielgrzyma pod Lucatore, 1 lipca 2595

Rozczesawszy włosy pozłacaną szczotką, Abdel zerknął z niezadowoleniem na efekty swej pracy przed lustrem. Po raz pierwszy - aczkolwiek zapewne nie ostatni w tej podróży - dziedzic poczuł złość na swego szefa ochrony, to on bowiem trzy dni wcześniej w Bergamo wymusił na Abdelu skreślenie z listy delegatów absolutnie dotąd niezbędnego fryzjera.

Jeśli te loczki nie przestaną sterczeć na boki, wyczeszę alpejskiego bęcwała rozżarzonym pogrzebaczem!

Frank walnął szczotką z hukiem w pulpit biurka i wstał z krzesła zmierzając szybkim krokiem do sąsiedniego pomieszczenia. Kręcący się opodal drzwi Guido Dumas pierwszy wpadł Abdelowi w oko, od razu skupiając na sobie uwagę ogromnie zirytowanego szlachcica.

- Jeszcze się pan tutaj kręci?! - sarknął dziedzic - Kupił pan już wieniec pogrzebowy? Nie?! Czy ja się nie wysławiam w zrozumiałej mowie? A może zamierza mnie pan wystawić na publiczne zawstydzenie, kiedy złożę na grobie znamienitego przywódcy anabaptystów wiecheć zerwanych po drodze chwastów? Panie Barthez, gdzieś pan jest?

Ubrany do wyjścia Helweta stanął w progu przedpokoju, strzelił na pokaz obcasami starając się swoją niecodziennie służbistą pozą nieco złagodzić cierpki humor dziedzica.

- Honorowa eskorta czeka? Wszyscy na połysk i w ceremonialnym ekwipunku? I gdzie jest moja siostra?!
Dawajcie Wasze propozycje planu dnia, bo Altair stygnie! Zgodnie z życzeniem Suriela na cmentarz uda się Abdel eskortowany przez czterech (niestety macie w sumie tylko czterech) Sangów, kapitana i trzech sierżantów. Cała czwórka będzie się nader zacnie prezentowała, w paradnych uniformach i pod bronią. Dziedzic zażądał, by Nathan mu towarzyszył jako szef ochrony. Zakładam, że siostra i kuzyn muszą wziąć udział w wizycie, inaczej ich nieobecność może być źle odebrana, ale jeśli ktoś chce się wymigać, poproszę zawczasu o deklarację. Czekam na ruch Denvera w sprawie wieńca i już możemy skakać z akcją na cmentarz, a potem zgodnie z Waszymi deklaracjami rozpiszę fabularnie wizytę u namiestnika oraz równolegle inne akcje BG.

Denver
Reactions:
Posty: 1660
Rejestracja: 14 stycznia 2010, 11:26

Post autor: Denver » 12 grudnia 2018, 21:08

Lucatore i okolice, 1 lipca 2595

Guido Dumas stał przed nie lada zadaniem.
Wieniec. Pogrzebowy. Godny dziedzica Franki.
W miejscu, gdzie szczytem przepychu była balia. Z wodą.

Pożałowania godna sytuacja, w jakiej nagle i nieco wbrew własnej woli znalazł się skarbnik, obróciła jego obecne życie o 180 stopni.
Na pewno swego celu nie osiągnie w Domu Pielgrzyma. Co oznaczało, że musiał go opuścić. Wywalczony w pocie czoła, chyba jedyny ośrodek jako-takiej czystości, miał zostać zapomniany by rozpocząć pełną zmagań podróż to tego...tego...tego...brak słów jak beznadziejnie ubogie w doznania było Lucatore.
Miasta? Dumas był już w wielu miastach. To tutaj, to była namiastka. Może ta ciżba ograniczonych ludzi i wulgarni w swej brutalnej prostocie żołnierze uważało TO za miasto. Pewnie nigdy nie byli we Franki. Pewnie już by nie wrócili.

Dumas westchnął ciężko. Nie uszło to uwadze, jego eskorty. Kiedy Guido, to zauważył, nieco zbity z tropu skarbnik rzucił nieco wbrew sobie - Proszę zorganizować sobie drużynę. Zapewne w porozumieniu z naszym naczelnym wojakiem. Nie chcę jeździć tu samodwój, z papierami dłużnymi, nawet z tak mężnym obrońcą jak pan, sierżancie.
Jeszcze by nas obu pochowali, pod jakimś zgrabnym kurhanikiem. - rozejrzał się czujnie, bo nieustannie ktoś z miejscowych kręcił się w pobliżu, aby "usługiwać" gościom. Ale według Guido, podsłuchiwali i zbierali informacje o ambasadorach.
Bogactwo zawsze kusi - mruknął pod nosem bankier. No już, sprawnie! - Dumas, ponaglił sierżanta - ja tu popytam lokalną ciżbę, o jakieś pomysły. Kwiaciarni pewnie tu nie mają...

Gdy eskorta Zniknęła z pola widzenia, Guido ruszył do swojego pokoju, po odpowiedniejsze odzienie. Teraz musiał reprezentować nie tylko siebie, ale również interesy dziedzica. Może mu się to przyda w kontaktach z miejscowymi. Co oni tu lubią? Czerwień... Szybko przejrzał ,swój kufer znajdując piękną wybarwioną koszulę oraz wykańczane ciemną czerwienią wysokie buty. Głęboka czerń pozostałęgo ubioru, dobrze się komponowała i musiała budzić uczucia, nawet jeśli mieszane, w każdym kogo by napotkał. W każdym, kto potrafił docenić dobrze ubranego człowieka, choćby i obcego.

We wszytą specjalnie, wewnętrzną kieszeń schował kilka oficjalnych dokumentów. Do Sakiewki wrzucił kilka kamieni i monet, gdyby natrafił na samych lichwiarzy. Przyjrzał się sobie w odbiciu. Mechanicznie przygładził włosy.

-Wasza miłość - sierżant zastukał w futrynę - możemy ruszać. Skarbnik odwrócił się i energicznym krokiem wymaszerował przez drzwi.

Guido szczęsliwie natknał się na gospodarza Domu i zagadnął go przyjaźnie - dobry człowieku, nie chcemy uchybić waszym obyczajom pogrzebowym, ale w dalekiej Franki, aby uhonorować zmarłego ozdabiamy jego miejsce ostatniego spoczynku. Kwiatami. Pięknymi. - widząc pustkę w oczach tamtego, skarbnik rzekł - Czy gdzieś w mieście lub jego okolicy, jest ktoś kto potrafi skomponować wielki bukiet kwiatów, czy może nawet wieniec?

Oczywiście panie, przeca tu nie jakaś dzicz - rzekł oburzony gospodarz - dla takich zwykłych ludzi jest kwiaciarka na obrzeżach, ale was to pewnie interesuje taki ktoś kto dla dostojników strojenie robi. To bliżej klasztoru będzie, dam ja wam jednego co was zaprowadzi, jeśli to na uhonorowanie naszego przywódcy będzie.

-dzięki stokrotne, dobrodzieju! - prawie wykrzyknął zdumiony Guido - niechaj twa dobroć zostanie po dzisięćkroć wynagrodzona - szczerze powiedział, znający przebitkę bankier. Sytuacja zaczynała wyglądać zgoła inaczej.

Na podwórcu czekało kilku najmitów zabranych specjalnie na tą podróż - normalnie nie byli godni zaufania, ale tutaj byli równie obcy jak Dumas i pewnie już wiedzieli, kto im płaci. Guido dosiadł swego wierzchowca, a sierżant właściwie samym spojrzeniem zorganizował bezładną grupę w karną formację. Taaak, to wyglądało w miarę reprezentacyjnie. Sangowie to nie byli, ale bankierowi pasowała ta chwilowa zmiana stanowisk.

Przysłany obdartus w wieku może 13 lat, przybył i gnąc się w ukłonach ruszył szparko w kierunku murów. Guido cmoknął i ruszył za nim.
Ostatnio zmieniony 13 grudnia 2018, 21:45 przez Denver, łącznie zmieniany 1 raz.
"Wikingowie dzielili rany na ?miertelne i nieistotne i znaj?c ich do?wiadczenie pewnie mieli racj?. " Oggy

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 13 grudnia 2018, 15:24

Dom pielgrzyma pod Lucatore, 1 lipca 2595

Zdecydowanie już uspokojony zarówno obecnością kuzyna, jak i stabilnością psychiczną, na co wskazywało zachowanie Abdela, wyniosła, flegmatyczna pogarda, Leon Thibaut gotów był owego poranka działać choćby bez śniadania. Było to oczywiście niedopuszczalne i odbiegające od dostojnej etykiety Franków. Jedząc śniadanie wynalazca rugał się w myślach za pośpiech, nie umiał jednak powstrzymać wrodzonej chęci działania.

Mając na uwadze wcześniejsze uwagi dziedzica, ubrany był w czarny surdut i grafitowe wąskie spodnie wpuszczone w skórzane oficerki. Nie chcąc przeszkadzać kuzynowi w toalecie, pozwolił sobie tylko na krótką uwagę, kłaniając się dyskretnie.

- Miły kuzynie, warto by zerknąć na przysłany przez namiestnika dokument, nie polegając tylko na słowu posłańca. Pismo wiele może o człowieku powiedzieć, nawet jeśli kreślone ręką skryby, są to przecież dyktowane słowa nadawcy. Tymczasem jeśli pozwolisz pozwolę sobie dokonać rozeznania w sprawie, którą mi powierzyłeś. - widząc maleńką zmarszczkę, która ozdobiła miejsce między brwiami dziedzica, tłumaczył - nie oddalę się znacznie, jak widzisz jestem już gotów do wyjścia i odwiedzenia zarówno grobu, jak i domu namiestnika. Nim minie godzina dołączę do Ciebie i Angeline.

Wychodząc z Domu Pielgrzyma miał ochotę zabrać karabin, ale groźna broń mogłaby miast służyć obronie i postrachowi prowokować kłopoty. Żałował, że nie posiada bardziej dyskretniej broni palnej. Pozostał zatem przy sztylecie, przez ramię przewiesił zaś niewielką sakwę. Uważając by wzrok nie wyrażał zbytniej nonszalancji, ale był tyle godny co zimny, wynalazca udał się penetrować najbliższe okolice zajazdu. Tu i ówdzie pozwolił sobie na dyskretne pozdrowienie i błogosławieństwo na wzór kuzyna. Szybko zorientował się, że Barthez pchną za nim strażniczy cień, świadomość ta mile go podłechtała.

Krocząc przez szary tłum biedaków zastanawiał się skąd wziąć próbki tajemniczych olejów anababtystów.
Leon próbuje zrobić szybki rekonesans, by dowiedzieć się czy jest w sposób legalny nabyć owe oleje. Kto jest w ich posiadaniu, jak są powszechne? Uważnie śledzi upływ czasu, żeby nie zawieść kuzynostwa i wraz z nimi udać się na cmentarz i do domu namiestnika, chyba, że Abdel zdecyduje inaczej i nie potrzebuje kuzyna w powyższych ceremoniach. Sakwę z pieniędzmi ukrył tak, żeby nie kusiła, podobnie zdobną rękojeść sztyletu.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 13 grudnia 2018, 22:38

Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595

Starając się nie zdradzić spojrzeniem, że wie o pilnującym go dyskretnie strażniku - w głębi duszy Leon Thibaut obstawiał Lodovica - frankański szlachcic przemierzył szybkim krokiem dystans dzielący go od miejskich murów, skręcił za bramą w kierunku niemrawego przez wzgląd na czas żałoby targowiska dla biedoty. Niewielu tam było ludzi zainteresowanych wymianą towarów, jedynie kilkudziesięciu pielgrzymów, którzy z racji krótkiego pobytu w mieście nie mogli albo nie chcieli odłożyć tego rodzaju aktywności na kiedy indziej.

Liche kramy i ich oferta - w większości wyroby skórzane, proste narzędzia z metalu i płody rolne - nie wzbudziły większego zainteresowania Franka. Szlachcic postał chwilę dłużej na stoiskach handlarzy lodem, którzy wprawnymi ruchami ciosali bloki zamarzniętej wody sprowadzanej z gór. Szybkość i precyzja ich ruchów zafascynowały Leona Thibauta, była to bowiem praca wymagająca szczególnego refleksu. Lodowe bloki, już zapewne skurczone do połowy swego oryginalnego rozmiaru, topniały z każdą chwilą, toteż rzemieślnicy musieli się przy nich uwijać w szaleńczym tempie, oddając równe czworokąty lodu w ręce karczmarzy i co zamożniejszych mieszczan. Świadomy trudności, jakie klimat delty Rhone przysparzał ludziom trudniącym się przechowywaniem żywności, Leon nie omieszkał skomplementować w duchu zaradnych Purgaryjczyków - umieszczany w głębokich piwnicach, pocięty w kostki lód pozwalał na dłużej zachować zdatną do spożycia żywność, zwłaszcza mięso.

Otrząsnąwszy się z przelotnego oczarowania, wynalazca przeszedł pomiędzy warsztatami i magazynami stolarzy, kamieniarzy i kopaczy torfu. Również w tej części Lucatore ruch w interesie praktycznie stanął w miejscu na czas tygodniowej żałoby. Rzemieślnicy nie handlowali, w zamian zaś wiedli długie i posępne rozmowy z przybyłymi do miasteczka żałobnikami. Spacerujący pomiędzy nimi wynalazca bywał obrzucany podejrzliwymi spojrzeniami, ale przez wzgląd na swój stonowany ubiór nie wyróżniał się z tłumu dość wyraziście, by skupiać na sobie ustawiczną uwagę.

Usytuowany na wzniesieniu ponad Lucatore klasztor co chwila przezierał pomiędzy budynkami miasteczka, w hipnotyczny sposób przyciągając uwagę Leona Thibauta. Szlachcic podejrzewał, że jeśli plotki o wyrobie cudownych olejków w Lucatore nie mijały się z prawdą, anabaptyści wytwarzali je właśnie w tej fascynująco ponurej budowli o szarych ścianach. Elyzjańskie oleje były źródłem wielu fantastycznych opowieści znanych również w krainach Franków; przypisywano im rozmaite nadnaturalne właściwości, od zdolności leczenia wielu chorób, przez zwiększanie płodności, zapewnianie umiejętności czytania w myślach czy wprawiania wojowników w szał bitewnej niepoczytalności. Ich receptury pozostawały znane wyłącznie anabaptystom i Leon Thibaut gotów był uwierzyć, że wejście w ich posiadanie wbrew woli twórców mogło oznaczać dla szpiega pewną śmierć.

To czyniło misję szlachcica znacznie trudniejszą, ale bynajmniej nie niewykonalną.

Skarbnik delegacji wspomniał wcześniejszego wieczoru, że w miejscowym przytułku - zwanym Domem Olejów - anabaptyści namaszczali czasami ubogich, by tymi aktami miłosierdzia zaskarbiać sobie przychylność współwyznawców. Namyśliwszy się chwilę, Leon Thibaut postanowił tam właśnie skierować swe kroki, istniała bowiem pewna niewielka szansa, że w obliczu takiego napływu żałobników mieszkańcy klasztoru zechcą udzielić swym gościom podobnego namaszczenia. I być może obdarzą swą łaską również cudzoziemskiego pielgrzyma.
To moja sugestia dla gracza. Dom Olejów wydaje się na tę chwilę najlepszym pomysłem w kwestii owych specyfików, ale jeśli Leon chce, może się na razie pokręcić po innych ulicach, zajrzeć na miejsce zamordowania Altaira albo najpierw popytać ludzi na ulicach o zakup olejów (na tę chwilę przyjąłem, że nie chcąc zwracać na siebie zbytniej uwagi kuzyn z nikim nie rozmawia). Co zamierzasz, Nanatarze?

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 13 grudnia 2018, 22:54

Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595

Zamożny cudzoziemiec jadący główną ulicą Lucatore w siodle wierzchowca musiał na siebie zwrócić oczywistą uwagę, toteż pielgrzymi i mieszkańcy miasta zgromadzeni licznie na lichym targowisku oraz w sąsiadujących z nim warsztatach rzemieślniczych jęli oglądać się za jeźdźcem niczym cielęta. Maszerująca wokół Dumasa eskorta jawnie dawała do zrozumienia, że Lucatore nawiedził ktoś znaczny i majętny, to zaś zrodziło falę narastających szeptów i pomruków.

Spora część gapiów ruszyła w ślad za skarbnikiem i jego świtą, gęstniejąc z każdym kolejnym kwartałem centralnej części Lucatore. Guido przez pewien czas usiłował ignorować wyczuwalne zainteresowanie tłuszczy, w pewnym jednak momencie nie zdołał się powstrzymać i zerknął przez ramię do tyłu.

Widok zmroził mu krew w żyłach, albowiem nienawykły do aż takiej adoracji szlachcic nie spodziewał się, że ujrzy za ogonem swego wierzchowca ciżbę idących jego śladem ciekawskich gapiów. Niektórzy z tych prostaków wprost dawali pokaz swego rażącego braku manier, wskazując na Dumasa rękami i rozprawiając na jego temat z ogromnym ożywieniem.

Bankier nie był zbyt biegły w purgaryjskiej mowie, w życiu codziennym w Montpellier wiedza tego rodzaju nie była mu specjalnie potrzebna. Teraz, wytężając rozpaczliwie słuch i rozmyślając gorączkowo nad usłyszanymi strzępami konwersacji, mógłby przysiąc, że rozumie jedynie najważniejszą część wypowiedzi miejscowych.

Z każdym kolejnym uderzeniem końskiego kopyta w bruk głosy tłuszczy stawały się wyraźniejsze, bardziej zuchwałe, bardziej odważne.

- Król Franki! To król Franki!

- Przyjaciel Neognostyka!

- Wielki pielgrzym, szlachetnej krwi!

- Pokłońcie się królowi Franki!
...

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 14 grudnia 2018, 23:09

Lucatore, 1 lipca 2595

Czas zdawał się gubić, to zatrzymać w ponurym zaułku, w którym wieśniak sprzedawał kozie mleko, to porwany przez wiatr uciekał i znajdował dopiero na ulicy, gdzie wynalazca za kozim mlekiem zakupił lniany i konopny olej. Zaklinany przez zlęknione i podejrzliwe oczy, przez proste czynności miejscowych, Leon Thibaut stanął wreszcie przed domem olejów. Tu już trudno było pozostać anonimowym. Całą przestrzeń przed wielkim choć zaniedbanym domem zapełniali pielgrzymi na zaimprowizowanych posłaniach. Hamaki, zwykłe derki, a czasem wręcz uwieszone powały kokony, w których zwinięci na znak cierpienia w żałobie spoczywali wierni.

Szlachcica zdumiewała ta ofiarna wiara, oddanie idei, kiedy kroczył schodami do wrót domostwa.
Edit: zbyt wybiegłem z fabułą
Ostatnio zmieniony 15 grudnia 2018, 14:53 przez Nanatar, łącznie zmieniany 1 raz.

Denver
Reactions:
Posty: 1660
Rejestracja: 14 stycznia 2010, 11:26

Post autor: Denver » 15 grudnia 2018, 12:53

Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595

Dumas rzucił okiem za siebie tylko raz. Rozpływał się w duchu w podziękowaniach za przezorność i zabranie straży przybocznej. Spojrzał podenerwowany na sierżanta. Ten odpowiedział mu spokojnym, ale i skupionym spojrzeniem. Obaj wiedzieli, co się stanie, gdy tłum przestanie nagle być "przyjacielski".

Obdartus w końcu doprowadził ich do jakiegoś przybytku. Mnąc w rękach koszulinę i nie smiąc spojrzeć w górę, ostatecznie wskzał go ręką, coś mamrocząc pod nosem.

Z zewnątrz nic nie wskazywało na osiągnięcie oczekiwanego celu. Guido zmarszczył brwi i rzucił do przybocznego - Sierżancie, proszę sprawdzić wnętrze. Głupio by było dać się zabić. Dziedzic byłby niepocieszony.

Sierżant kiwnął głową i wydał szczekliwy rozkaz jednemu z chwilowych gwardzistów. Ten płynnie go wykonał niknąc na chwilę w ciemnym wnętrzu.

Dumas podświadomie oczekiwał jakichś krzyków, jęków, szczęku oręża. Widział już oczami wyobraźni, rozszarpujący jego piekne szaty tłum, który jednocześnie wdeptywał go w kurz drogi.

Najmita wyszedł po dłuższej chwili na światło dnia. W ręku trzymał...kwiaty.. naprawdę piekne, świeże kwiaty.

Dumas zsiadł i upewnił się że sierżant podąża wiernie tuż za nim. Ostatecznie się przełamał i wszedł do środka.

Zapach kwiatów, był wręcz odurzający. Dumas poczuł się tak, jak wtedy, gdy za młodu udało mu się wyrwać na otaczające rezydencję letnie ogrody. Taaak...wspaniałe wspomnienia. Z takim to własnie rozanielonym wyrazem twarzy rozejrzał się poszukując kogoś, kto mógłby wspomóc wykonanie jego zadania.
"Wikingowie dzielili rany na ?miertelne i nieistotne i znaj?c ich do?wiadczenie pewnie mieli racj?. " Oggy

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 15 grudnia 2018, 18:59

Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595

Kwiaciarnia. Kiedy pierwszy zachwyt Dumasowi przeszedł - a stało się to bardzo szybko - skarbnik musiał przyznać przed samym sobą, że asortyment kwietnego sanktuarium pozostawiał wiele do życzenia. Najpewniej było to elementem surowego wychowania anabaptystów, ale wyglądało na to, że miejscowi niewiele uwagi poświęcali upominkom wykonanym z roślin. W zagraconym wnętrzu sklepiku więcej było wyrabianych z drewna, trzciny czy kamienia ozdób oraz mebelków niż kwiatów, a te ostatnie też nie oszałamiały wyrafinowanym pięknem.

Właściciele kwiaciarni potrzebowali dłuższej chwili, aby zrozumieć, czego cudaczni goście od nich oczekiwali. Kiedy już pojęli, w czym rzecz, pokazali się z lepszej strony, bo mieli zręczne dłonie i kreatywne podejście do pracy. Upleciony przez nich wieniec, aczkolwiek podług standardów Montpellier ledwie spełniający podstawowe wymagania, był zapewne najpiękniejszym dziełem tego rodzaju dostępnym w Lucatore. Dumas postękiwał na jego widok, drapał się po głowie i wzdychał, ale koniec końców musiał przyznać, że niczego lepszego już nie wynajdzie.

Potem przyszło do zapłaty. Anabaptyści wytrzeszczali przez dłuższą chwilę oczy na wciskane im neolibijskie monety, zdecydowanie odmawiając ich przyjęcia. Guido nie wiedział, czy ów opór powodowany był nieznajomością takiej waluty, podejrzeniami fałszerstwa czy też może względami religijnymi. Papiery dłużne wzbudziły w tubylcach tak wielkie skonfundowanie, że Sanglier schował je czym prędzej do sakwy wyciągając z niej w zamian kilka niewielkich topazów. Te dla odmiany miejscowi przyjęli wielce skwapliwie, ku wielkiej uldze gotowego już wyrwać im z rąk wieniec bankiera.

- Sierżancie, proszę zadbać o bezpieczeństwo tego daru - oznajmił nieco pompatycznym tonem Guido wciskając wieniec w ręce Blancharda - Niechaj mu nawet listek z gałązki nie spadnie.

Rzut okiem za próg kwiaciarni nieco uspokoił nerwowego szlachcica. Ogromna większość śledzących go wcześniej gapiów zdążyła oddalić się w międzyczasie, najpewniej rozpędzona przez dostrzeganych tu i ówdzie strażników miejskich z paradnymi pikami w dłoniach. Nie chcąc zwracać na siebie zbytniej uwagi, Dumas dosiadł pilnowanego przez eskortę wierzchowca, obrócił zwierzę w uliczce zdecydowany powrócić jak najszybciej do domu pielgrzyma, nawet za cenę złośliwej tyrady dziedzica, któremu wieniec nie miał prawa się spodobać.

Sierżant Blanchard oraz trzej najemnicy Bartheza otoczyli jeźdźca, ruszyli szybkim krokiem starając się dotrzymać tempa jadącemu w siodle szlachcicowi. Dumas westchnął w duchu, poprawił przewieszoną przez ramię sakwę z walutą i klejnotami, uśmiechnął się koniec końców pod nosem dostrzegając w niesionym przez Sanga wieńcu kilka eleganckich kwietnych akcentów.

Donośny huk przeciął stężałe od nadmiaru gorąca powietrze uliczki niczym głowica młota uderzająca w kowadło kowala. Skamieniały w siodle Dumas potrzebował sekundy, by jego umysł pojął, czym mógł być ten dźwięk, kiedy jednak uderzenie serca potem ostry huk się powtórzył, Sanglier nie miał już najmniejszej wątpliwości, czym ów hałas był.

Wystrzały!
...

Denver
Reactions:
Posty: 1660
Rejestracja: 14 stycznia 2010, 11:26

Post autor: Denver » 15 grudnia 2018, 19:08

Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595

Wystrzały!

Dumas myślał intensywnie. W najbliższej okolicy większośc broni palnej posiadała delegacja z Franki. Jeżeli doszło do strzelaniny, to wielce było prawdopodobne, że zamieszany był ktoś z delegacji. Ale czy była to sytuacja warta poświęcenia zyskanego z wielkim trudem i poświęceniem wieńca pogrzebowego? Co jeśli tłum, dotychczasowo przyjazny, nagle zmieni nastawienie? Bo strzelał ktoś z Franki? Niechybnie nie do innych delegatów, tylko do kogoś z lokalnych?

Tego było dla zwykłego bankiera za dużo. Cmoknął, poganiając wierzchowca.
Bardzo to kuszące, ale fixer to nie solo :) jeżeli odgłosy wystrzałów pokrywają się z trasą powrotną, to przy okazji sprawdzimy, jeśli nie, to wieniec wraca do obozu
Ostatnio zmieniony 16 grudnia 2018, 23:26 przez Denver, łącznie zmieniany 1 raz.
"Wikingowie dzielili rany na ?miertelne i nieistotne i znaj?c ich do?wiadczenie pewnie mieli racj?. " Oggy

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 grudnia 2018, 22:17

Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595

Nieco spłoszony hukiem wierzchowiec zatańczył pośrodku ulicy, prychnął donośnie, a potem ruszył w kierunku zachodniej bramy. Uczepiony łęku Guido Dumas upewnił się kilkakrotnie, że okryty czerwonym płaszczem sierżant i najemnicy Nathana Bartheza za nim biegną, chociaż jako piesi mieli mieli rzecz jasna ogromny kłopot, by za jeźdźcem nadążyć. Samo zwierzę, starannie dobrane w stajniach Lombardich w Bergamo, starało się omijać zarówno pierzchających na boki przechodniów jak i biegnących w przeciwną stronę strażników miejskich, bezskutecznie pokrzykujących na frankańskiego szlachcica.

Koń uspokoił się w pobliżu miejskiego targowiska, zwolnił tempo ucieczki przywracając szlachcicowi wrażenie kontroli nad zwierzęciem. Skarbnik odwrócił się w siodle, obserwowany przez mocno zaniepokojonych jego szarżą mieszkańców miasteczka. W tyle pośród mrowia ludzkich sylwetek Dumas dostrzegał czerwień płaszcza zbliżającego się Sanga, nie widział za to żadnego z najętych w Tulonie rzezimieszków, którzy z wyboru Alpejczyka tworzyli przyboczną straż delegacji.

Raptowne pojawienie się cudzoziemskiego jeźdźca przykuło uwagę zgromadzonych przy bramie Purgaryjczyków. Przerywając swe rozmowy i opuszczając kramy, ludzie jęli się zbliżać ostrożnym krokiem do pochrapującego niespokojnie wierzchowca i siedzącego w siodle Sangliera.
Denver, jeśli ponaglisz zwierzę, zdążysz bez kłopotu wyjechać przez bramę na zewnątrz, prosto pod dom pielgrzyma. Możesz też wstrzymać konia, by zaczekać, aż sierżant Blanchard się do Ciebie zbliży, razem z miejscową tłuszczą. Co robisz?

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 17 grudnia 2018, 22:45

Dom Olejów w Lucatore, 1 lipca 2595

Wokół Domu Olejów tłoczyło się mnóstwo ludzi, w środku zaś prawdopodobnie wcale nie było miejsca, o czym świadczył cichy gwar licznych głosów. Leon Thibaut widział wszędzie wokół siebie odzianych skromnie mieszczan ściskających w dłoniach gliniane dzbanki, jakieś woreczki i buteleczki. Ci, którzy wychodzili z przytułku niczego w rękach nie mieli, ale w zamian naznaczeni byli czymś, co wynalazcę zdjęło lodowatym dreszczem zalęknienia.

Na ich czołach lub policzkach nakreślone były toporne znaki, wszystkie w kształcie zbliżone do stylizowanego krzyża. Wszystkie będące rozmazaną na skórze świeżą krwią.

Sanglier przełknął ślinę, lecz chociaż poczuł ochotę jak najszybszego oddalenia się od tego dziwnego miejsca, przełamał obawy i wszedł do środka rozległej budowli.

Potrzebował krótkiej chwili, by jego oczy przywykły do panującego wewnątrz półmroku, rozświetlanego płomykami świec i olejnymi kagankami. A kiedy już dostrzegł większość detali, ponownie przełknął ślinę.

W Domu Olejów przebywali grześcijanie. Wielu grześcijan. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, wszyscy bez wyjątku odziani w łachmany i naznaczeni straszliwymi ranami po okrutnym samookaleczeniu. W powietrzu unosił się charakterystyczny odór krwi, lekko metaliczny, lekko mdlący. Pomrukujący słowa modlitw pielgrzymi i mieszczanie krążyli wokół siedzących na matach szaleńców, podsuwali im naczynia z wodą, zupą, kawałkami suchego chleba. Grześcijanie przyjmowali te dary ze stoickim spokojem, wydając się wręcz ignorować przybyszów, którzy dotykali z nabożnym szacunkiem ich krwawiących ran i ubrudzonymi tą krwią czubkami palców kreślili na twarzach święte dla siebie znaki.

Krew miała ogromne znaczenie w sekretnych obrzędach i ceremoniach Sanglierów. Prawdziwi władcy Monpellier otaczali ten życiodajny płyn boskim kultem, oddawali mu cześć pamiętni tego, że to właśnie w ich żyłach płynęła krew przyszłego króla Franki. Teraz jednak obserwujący prymitywne obrzędy anabaptystów Leon Thibaut nie potrafił się oprzeć dławiącemu gardło wrażeniu, że spogląda na obscenicznie przeinaczone rytuały trącące szokującym bluźnierstwem.

Ktoś popchnął stojącego przy progu szlachcica, przecisnął się obok niego zmierzając w stronę najbliższego z siedzących w kucki grześcijan. Frank uświadomił sobie z dreszczem zgrozy, że obłąkanym pokutnikiem był niewielki chłopiec, kołyszący się na macie z przerażająco pustym wzrokiem, nie zwracający najmniejszej uwagi na dotykające go lękliwie ręce.

W powietrzu prócz odoru krwi unosiły się również opary kadzideł o słodkim zapachu, przesiąknięte wonią ludzkiego potu oraz wyczuwalnego smrodu zaropiałych ran.
Czy Leon Thibaut chciałby pomruczeć modlitwy dołączając do tego dziwacznego i trochę przerażającego rytuału? Miejscowi wydają się przykładać do niego ogromne znaczenie, z pietyzmem rozsmarowując na skórze lepką krew świętych szaleńców.

Denver
Reactions:
Posty: 1660
Rejestracja: 14 stycznia 2010, 11:26

Post autor: Denver » 17 grudnia 2018, 23:03

Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595

Dumas gnał jak szalony. Tak mu się przynajmniej wydawało. Trucht konia pozwolił jedynie pozbyć się bezpiecznej ochrony straży. Guido zauważył to poniewczasie. Na szczęście czerwony płaszczy wyróżniał się w tłumie i pozwolił szybko zlokalizować sierżanta. Po reszcie nie było śladu lub bankier nie potrafił ich wypatrzeć.

Brama była tak blisko, a za nią upragniona wolność i przestrzeń. Chyba po raz pierwszy w życiu Guido Dumas żałował, że przebywa w zamkniętych murach miasta. Czy co to tam było.

Ucieczka była bardzo kusząca - stał przecież kilka chwil od wrót.

Nie było przy nim sierżanta. Który właściwie, przez większość podróży stał przy jego boku. Nie miał ze sobą wieńca , po który odbyła się cała ta nieszczęsna wyprawa.
Dumas nie wiedział, czy wolał gniew szlachcica, rozszarpanie przez tłum, czy wyrzuty sumienia, że zostawił za sobą tego poczciwego wojaka.

Koń zadreptał nerwowo w miejscu, czując chyba rozterkę jeźdźca. A może otwartą przestrzeń po drugiej stronie murów. Guido jednak nie był w nastroju na uleganie kaprysom wierzchowca. Zawrócił konia i siląc się na spokój, ruszył na spotkanie swojej ochrony.
ucieczka bez wieńca nie ma sensu. zbyt dużo komplikacji. Jeżeli sierżant jest sam, to spróbujemy wycofać się za bramę wraz z nim. Jeśli gdzieś tam wolniej biegną najmici, to w grupie.
W przypadku zagęszczenia tłumu Dumas będzie się zasłaniał "świętym wieńcem pogrzebowym królów Franki"
"Wikingowie dzielili rany na ?miertelne i nieistotne i znaj?c ich do?wiadczenie pewnie mieli racj?. " Oggy

ODPOWIEDZ