Czarnygłaz, 11 dzień Ostatnich Siewów
Krypty zdawały się ciągnąć w jednym kierunku, ale pełne były odgałęzień i bocznych korytarzy, tworzących tchnące aurą śmierci pomniejsze grobowce. Ludzie Arnulfa pozatykali pochodnie w głównym przejściu, ale z braku czasu i opału pozostawili poboczne wnęki w spokoju i spowijająca je głęboka ciemność tworzyła ścianę smolistej czerni skrywającej tajemnice, których przemierzający katakumby śmiertelnicy woleliby pewnie nie zgłębiać.
Wiodący grupę kotołak strzygł ustawicznie uszami i poruszał wąsami, chłonąc dźwięki i zapachy, szukając najmniejszego śladu zagrożenia bądź to ze strony ożywieńczych strażników Czarnygłazu bądź to górskich rabusiów Arnulfa. Raz czy dwa khajiit gotów był uznać, że słyszy dobiegające z głębi podziemnego labiryntu ludzkie okrzyki, ale dźwięki owe były tak słabe i niezrozumiałe, że myślący trzeźwo kocur uznał je w końcu za przywidzenie.
Świadomość ilości złożonych w kurhanie zwłok zdawała się przytłaczać idących za khajiitem ludzi, on sam jednak postrzegał kwestie śmiertelności i atmosferę krypt w zupełnie inny sposób, bardziej instynktowny niż mistyczny, odczuwając w podziemiach nie tyle nabożny lęk, co zwykły półzwierzęcy niepokój.
- Zwolnij nieco kroku! - syknął w jego stronę przybysz z Wysokiej Skały, czarnowłosy Breton, którego kotołak zamierzał bacznie obserwować, a który skradał się teraz za jego grzbietem - Lepiej nam nie rozciągać szyku!
Barr'teh nie odwrócił głowy, ograniczając się do cichutkiego, ale pełnego wyniosłej dumy miauknięcia, machnął kilka razy ogonem spozierając w głąb grobowca. Wyciągnięte na pobliskiej skalnej półce zmumifikowane zwłoki odpowiedziały kocurowi niemym spojrzeniem słanym za pomocą nałożonych na oczodoły wypolerowanych kamyków. Khajiit obrzucił bacznym wzrokiem owinięte w rozsypującą się ze starości tkaninę ciało, po czym przemieścił się o kilka kroków dalej, pochylony do przodu i węszący intensywnie.
Ostry stukot uderzających o kamienną posadzkę kamyków odbił się w uszach kocura ogłuszającym dźwiękiem. Okręcając się z drapieżną gracją na piętach khajiit wysunął bezwiednie pazury, szukając okrągłymi ślepiami źródła nagłego i nieoczekiwanego hałasu.
Kamyki spadły z oczodołów owiniętych w płótno zwłok. Obciągnięty suchymi pasmami ścięgien i mięśni trup usiadł na swej wnęce pośród trzasku dartego materiału, opuszczając groteskowo szczupłe, pozbawione większości tkanki nogi na lodowatą posadzkę.
Ceremonialne kamyki znieruchomiały na podłodze, ale do uszu Barr'teha wciąż docierał ten sam dźwięk, zwielokrotniony ciasną przestrzenią katakumb, dobiegający z wielu stron jednocześnie, z głębi okrytych ciemnością krypt i korytarzyków.
Niby w podziemiach chłodno, a jakoś tak zrobiło się gorąco...