Druss po odejściu Malii zaczął rozmowę z jednym z marynarzy.
W tym czasie na pokład wyszli Springald i Chen Shu.
Zorian zajęty musztrowaniem swoich ludzi, słuchał tego co mówił Springald i Chen Shu.
Podobnie Vanko i Tranicos, słyszeli większą część ich rozmowy.
Mały uczony był blady, ale po raz pierwszy od postawienia, żagli pewnie trzymał się na nogach.
- Och, mój kitajski przyjacielu, chyba będę mógł coś przekąsić dzisiejszego wieczora... no, może jutro.
Chen Shu się uśmiechnął.
-
Cieszę się, widząc, żeś prawie wrócił do zdrowia.
- Przez całe życie studiowałem wyprawy dawnych podróżników. Żyłem mapami, kartami i transkrypcjami ksiąg nawigacyjnych. Ale nigdy dotąd nie byłem na otwartym morzu. Starożytni podróżnicy nigdy nie wspominali o takiej zemście bogów morza nad biednymi ludźmi z lądu.
- Choroba mija z czasem - zapewnił
Chen Shu - i uważaj się za szczęśliwca. Mamy idealną pogodę do żeglowania, statek prawie się nie kołysze. Gdybyś trafił na sztorm, mógłbyś chorować tygodniami.
- Nawet mi o tym nie mów! Porozmawiajmy o czymś innym.
Zaczął szperać w wielkiej skórzanej sakwie, z którą się nie rozstawał. Wystawały z niej zwoje papirusu, arkusze pergaminu i grzbiety książek. Wyjął księgę wyglądającą na antyczną. Skóra okładki, niegdyś świetna, teraz była wytarta i spękana oraz pełna licznych dziur.
-
To Kroniki podróży kapitana Belphormisa - objaśnił Springald. - Był nawigatorem żyjącym około tysiąca dwustu lat temu i żeglował do lądów położonych blisko naszego celu.
- Ta książka jest stara. - Chen Shu wziął tom z rąk uczonego. - Ale nie wygląda na tysiąc dwieście lat.
- Bo tylu nie ma. Została skopiowana z nie istniejącego już oryginału, spisanego na zwojach. Sztuka tworzenia książek liczy sobie od siedmiuset od dziewięciuset lat, chociaż wierze, że była już znana niektórym bardzo starym cywilizacjom. Wiele umiejętności zostaje zapomnianych i potem odkrytych na nowo. W każdym razie, kopię tę wykonano pięćset lat temu dla króla Heptadiosa z Aquilonii. Jak widzisz, na każdej lewej stronie jest oryginalny tekst staroshemicki, podczas gdy na prawej widnieje tłumaczenie aquilońskie z owego czasu. Zgodnie z przypisem na karcie przed tytułem, około dwustu lat temu książka uległa zniszczeniu i została wysłana wraz z wieloma innymi do Luksuru do naprawy i ponownego oprawienia. Stygijczycy są niezrównanymi mistrzami we wszystkich sztukach związanych z wyrobem ksiąg. Po renowacji tom umieszczono na półce w Królewskiej Bibliotece w Tarancii i mam powody przypuszczać, że od tej pory nikt przede mną nie brał go do ręki. Ja sam natknąłem się na niego pięć lat temu. Zniszczenia, które widzisz na okładce, powstały z powodu zaniedbania. Stąd te ślady po molach.
- Z języka i imienia kapitana wnioskuję, iż musiał on być Shemitą - stwierdził Conan.
- Tak, a jego statek,
Ashtra, nosił imię shemickiego bóstwa.
Nie wydaje ci się dziwne, że niegdyś Shem był morską potęgą?
- Bardzo! Shemici to rasa pasterzy i poganiaczy bydła. Nawet morscy kupcy w Asgalunie to cudzoziemcy. W Shemie nie brakuje żeglarzy, jak w każdym nadmorskim kraju, ale zasadniczo unikają otwartego morza.
- Nie zawsze tak było. Wiele lat temu istniał Ashur, jedno z państewek wchodzących w skład dzisiejszego Shemu. Małe i ubogie, ale posiadało jedyny przyzwoity port na całym wybrzeżu, tam, gdzie teraz leży Asgalun.
Wojownik-król Belsepa, który założył dynastię Den, wiedział, że jego kraj jest słaby, ale ma dostęp do morza. Po objęciu tronu postanowił, że stworzy z tego państewka morską potęgę. Zawarł liczne przymierza, aby zdobyć potrzebne surowce i doświadczonych ludzi. W Shemie brak drewna odpowiedniego do budowy statków, handlował więc z Argosem i Zingarą. Rozdawał ziemię, płacił złotem i gwarantował niższe podatki szkutnikom, powroźnikom i mistrzom innych rzemiosł, by przyciągnąć ich do swego kraju. Najmował szyprów, nawigatorów i doświadczonych żeglarzy, by nauczyli jego poddanych sztuki czytania map i żeglowania według gwiazd. Kiedy umarł, zostawił po sobie liczącą się flotę kupiecką i wojenną.
- A później jego praca poszła w zapomnienie - powiedział Chen Shu - nigdy bowiem nie słyszałem o czymś takim, jak shemicki statek. Nieliczni znani mi shemiccy żeglarze byli piratami. Mieszkańcy Shemu od pokoleń napadają na innych, na stałym lądzie i na morzu.
-
A jednak przez trzysta lat, jak długo rządziła dynastia Den, Shemici z Ashuru byli wielkimi nawigatorami i badaczami wielu wybrzeży, poczynając od leżącego daleko na północy Vanaheimu, kończąc na odległym południowym krańcu kontynentu. Tam znaleźli przylądek, za którym linia brzegowa skręca w kierunku północno-wschodnim. O jednej wielkiej ekspedycji mówi się, że dotarła tym szlakiem do Vendhyi, ale nie przeżył żaden wiarygodny świadek.
-
Dotarli do Vendhyi żeglując na południe? - zdumiał się Chen Shu. -
To musiała być podróż godna bohaterów!
- Przypuszcza się, że powrót zabrał im trzy lata, a z pięciu statków, które wyruszyły, powrócił tylko jeden. W owych czasach żyli wielcy żeglarze - westchnął Springald.
- W każdym razie - podjął po chwili - nadszedł czas głodu dla całego Shemu. Panował nieurodzaj, trawa uschła, a trzoda i stada wyzdychały. Zaczęli umierać ludzie. Jedynie morski naród Ashurów żył w dostatku, co wzbudzało wielką zawiść. Potem Ashur nawiedziło okropne trzęsienie ziemi. Inni Shemici uznali, iż nieszczęście to zesłali ich pasterscy bogowie, jako karę za to, że Ashurowie odwrócili się od nich i ruszyli na morze.
Kataklizm zrównał z ziemią mury i większą część miasta. Horda wygłodzonych Shemitów napadła na Ashur i spustoszyła stolicę, zabijając wszystkich mieszkańców i paląc te statki, które w wyniku trzęsienia ziemi znalazły się na lądzie. Zniszczyli również archiwa, w których przechowywano księgi nawigacyjne i morskie mapy. Ocalało jedynie kilka map i książek, ta jest jedną z nich. - Z powrotem wziął tom do ręki. -
Belphormis żył pod koniec okresu świetności Ashuru.
To jest kronika jego podróży do rzadko odwiedzanego Wybrzeża Kości.
- Jak to się stało, że ta księga ocalała z pożogi?
Springald wzruszył ramionami.
- Nie można wytłumaczyć tego inaczej niż kaprysem bogów. Z wielkiego zniszczenia niektóre rzeczy wychodzą w stanie nienaruszonym. Czasami giną wielkie i cenne dzieła, drobiazgi zaś pozostają całe. Być może oryginalny zwój był schowany w skrzyni w jakimś lochu i dzięki temu uniknął spalenia. Być może był na pokładzie statku albo też został kupiony czy innym sposobem pozyskany przez jakiegoś podróżnika i w tym czasie już znajdował się w rękach Aquilończyków. Nieważne, jak było. W każdym razie jakiś uczony doszedł do wniosku, że warto go przetłumaczyć i wydać w formie książki.
-
A co ten starożytny kapitan mówi o naszym celu?
- Zobaczmy... - Springald szybko przewertował stronice. Było jasne, że dokładnie wie, gdzie szukać. -
Aha, to tutaj: Poszarpane białe skały są tak liczne i tak blisko siebie, że lawirowaliśmy między nimi przez cały niespokojny dzień. Dopiero przed samym zachodem słońca bezpiecznie rzuciliśmy kotwicę, a następnego ranka zeszliśmy na ląd. Dalej opisuje, co robili tego dnia. Jest podana data, która nic nam nie mówi, gdyż nie znamy już kalendarza używanego w Ashur i możemy jedynie się domyślać, o jaki chodzi okres.
Wraz z pierwszymi promieniami popłynęliśmy na ląd. Część załogi udała się z beczułkami do zielonego strumienia, by uzupełnić zapasy, ale woda była zbyt zanieczyszczona przez rzeczne wodorosty. Plaża jest wąska, pełna drobnego białego piasku. Gęsta dżungla wyrasta dwadzieścia kroków od linii przypływu.
- Uczony przewrócił parę kartek. -
Tutaj mamy opis drugiego dnia wyprawy w głąb lądu: Od pierwszych kroków w dżungli dostrzegamy ślady zostawione przez ludzi: dziwne maski i fetysze zwisające z drzew, posągi wyrzeźbione z kamienia i drewna, popioły ognisk i tym podobne, ale dopiero dzisiaj około południa natknęliśmy się na grupę wojowników.
- Dlaczego podróżowali w głąb lądu?
-
Kapitanowie statków kupieckich często prowadzą handel wymienny z tubylcami.
Chen Shu był świadom, że Springald wymigał się od odpowiedzi, ale pominął to milczeniem.
- Pisze dalej:
Ci ludzie różnią się od tych, których widzieliśmy na czarnym wybrzeżu. Są wyżsi, mają jaśniejszą skórę i odmienne rysy, malują ciała farbami. Na biodrach noszą przepaski ze świetnego materiału. Ich broń stanowią włócznie o szerokich, porządnie wykutych ostrzach. Wielu wojowników zakłada ozdoby ze złota. Nasi dwaj przewodnicy okazali wielkie zdumienie i lęk na ich widok, obcy zaś patrzyli na nich z największą pogardą, choć wobec nas byli czujni, niemalże wrodzy;. - Springald popatrzył na Chen Shu. - Chyba zdajesz sobie sprawę, że niektóre fragmenty muszę tłumaczyć. Staroaquiloński sprzed pięciuset lat brzmi dziwnie w naszych uszach.
- A tekst jest tłumaczeniem z shemickiego. Myślisz, że przekład jest wierny?
Pomimo kiepskiego samopoczucia, Springald zdobył się na uśmiech.
- Trafne pytanie, przyjacielu. Nigdy nie pokazywałem tego badaczowi płynnie władającemu staroshemickim, ale moja własna cząstkowa znajomość tego języka mówi mi, że tłumaczenie jest dobre.
Springald spojrzał w kierunku czarnej chmury. Jeszcze niedawno taka mała, teraz zajmowała czwartą część horyzontu.
Na śródokręciu Wulfrede przeklinał i wyszczekiwał rozkazy. Ludzie rzucili się do refowania żagli. Springald pobladł na ten widok jeszcze bardziej.
-
Na Mitrę! Czy to oznacza pogorszenie pogody?
Chen Shu pokazał zęby w uśmiechu.
- Tak. I jeśli chcesz, by twoje księgi nie zamokły, lepiej schowaj je do kufra. Pokład na tym statku zbudowany jest z luźno połączonych desek. Dzięki temu żaglowiec utrzymuje się na wodzie, gdy inne idą na dno. Ale ma to swoją cenę. W czasie sztormu i ulewy pokład przecieka niczym wiklinowy koszyk.
- Naprawdę? Tylu rzeczy muszę się jeszcze nauczyć. - Schował książkę i starannie zamknął sakwę. - Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił w czasie burzy. Ja nie. - Z tymi słowami zszedł pod pokład.
Wygląda, że Springald posiada wiele relacji starożytnych podróżników na temat celu waszej wyprawy. Druss i Chen Shu, śmigają wśród załogi doskonaląc swe żeglarskie umiejętności. Zorian zajmuje się musztrowaniem swych ludzi, jakich opłaca pospołu z Drusem.
Coś działacie, czy czekacie aż dotrzecie do jakiegoś lądu?