- Mówiłem reszcie, że się dogadamy - odpowiedział z przelotnym uśmiechem staruszek, podnosząc się z krzesła i odstawiając puste butelki po piwie na kontuar sklepu - Chodźcie, to wam od razu pokażę waszą budę. Możecie się tam wprowadzić choćby zaraz, jest dosyć miejsca dla dwóch osób.
- Spoko, chętnie obejrzę - chudzielec aż klasnął w ręce, wciąż zachwycony hojną propozycją Johnsona i nie zastanawiając się zbytnio nad przedstawioną w zręczny dyplomatyczny sposób ceną tego wyrazu przyjaźni - Meble jakieś są? Generator prądu?
- Zasilania nie ma - pokręcił przecząco głową Nash - Mogę wam odsprzedać naftowe lampy jak chcecie albo sprowadźcie sobie z Vegas własny spalinowy generator. Paliwo można dostać i na Przyczółku i od wędrownych karawaniarzy.
- McBain nie miał rodziny? - upewnił się jak zawsze przezorny John - Nikt się nie wkurzy, że tam wnieśliśmy walizy?
- Nie mieli dzieci - przez pomarszczoną twarz właściciela filii ME przemknął cień nieudawanego żalu - Szeryf sam zbudował tę chatę, własnymi rękami. Nikt się o nią nie upomni, spokojna wasza głowa.
- Znowu gdzieś wychodzicie? - Ruth wyjrzała z progu zapleczu, zaalarmowana dźwiękiem przesuwanych po podłodze krzeseł.
- Pokażę im dom McBainów i wracam, za chwilę będę - odparł staruszek ubierając czapkę z daszkiem i otwierając gościom drzwi - Byłbym zapomniał... kim są ci dwoje, którzy z wami przyleźli? Ta ładna dziewczyna i jej facet? Można im zaufać... w naszej sprawie?
[/center]