Przyczółek Mojave
Strażnik Jackson podniósł się zza biurka poprawiając obciążony pistoletem pas, po czym ruszył w kierunku drzwi. Knight złapał za klamkę, otworzył wejście na korytarz zapraszając gości dłonią do opuszczenia ciasnego pomieszczenia. Wyłożony popękanymi kafelkami korytarz prowadził do znacznie większego pomieszczenia służącego kalifornijskim wojskowym za recepcję. Siedzący przy przenośnych terminalach żołnierze zaszczycili gości przelotnymi spojrzeniami, skupiając całą uwagę na swej pracy.
Powietrze na zewnątrz wciąż było ciepłe, aczkolwiek oddychanie nim nie przynosiło już bolesnego dyskomfortu. Patrolujący przejście żołnierze wyprostowali się nieznacznie dostrzegając obecność najwyższego rangą oficera w bazie, przybrali bardziej regulaminowe pozy. Jackson zignorował to ruszając szybkim krokiem w stronę ogrodzenia wyznaczającego granicę strefy internowania.
- Panie i panowie, proszę o uwagę! - Strażnik założył ręce za plecy przemawiając donośnym tonem i przesuwając spojrzeniem po zbliżających się w jego stronę podróżnych zmuszonych do koczowania na Przyczółku - Mam ogromną przyjemność zakomunikować, że rozpoczynamy procedurę przemieszczania wybranych osób w bezpieczne i dużo bardziej komfortowe miejsce.
Oświadczenie oficera powitane zostało narastającym z każdą sekundą gwarem podekscytowanych ludzkich głosów. Przybysze z Kalifornii zbili się przy ogrodzeniu pożerając Jacksona wzrokiem. Na widok ich spojrzeń Bart wypiął dumnie pierś, czując głębokie wzruszenie czerpane ze świadomości, że przede wszystkim dzięki jego wysiłkom ludzi tych miał spotkać lepszy los.
- Jest z nami pan Johnson z rady miejskiej Primm - ciągnął dalej Jackson - Mieszkańcy Primm zgodzili się udzielić pomocy Republice i przyjąć do siebie na jakiś czas grupę osadników posiadających fundusze wystarczające do utrzymania się na własny koszt. Panie Johnson, o jakich mówimy funduszach?
- Tego... no właściwie... - stojący obok oficera Nash zająknął się nie potrafiąc opanować nerwów na widok stłoczonych po przeciwnej stronie ogrodzenia setek ludzi - Bo ja wiem... może sto dolarów?
- Osoby posiadające przy sobie przynajmniej sto dolarów proszone są o zgłoszenia przy wyjściu z obozu - Strażnik podniósł nieznacznie głos, chcąc pozostać słyszanym pomimo narastającego gwaru internowanych - Przypominam, że to pierwsza grupa, wyjedzie jutro rano. Jeśli wszystko się uda, przystąpimy do przewozu do Primm następnych grup.
- A dlaczego nie do Nowego Vegas?! - z tłumu posypały się natychmiast niemal identyczne pytania - Czemu nie zniesiecie zakazu podróżowania?!
- Na Mojave jest nadal zbyt niebezpiecznie! - wyjaśnił czarnoskóry oficer - Kontrolujemy w tej chwili obszar pomiędzy granicą i Primm, stąd propozycja przeniesienia części z was do tego miasteczka w ramach akcji humanitarnej. Kiedy sytuacja ulegnie zmianie, zakaz podróżowania natychmiast zostanie zniesiony.
Część podróżnych jeszcze słuchała Jacksona, ale coraz większa grupa ludzi przemieszczała się w stronę pilnowanego przez pluton żołnierzy obozowego wyjścia ściskając w rękach skórzane portfele i torebki.
- Ja pierdolę, tu chyba każdy ma stówę! - jęknął zachwycony chudzielec - Patrzcie, wszyscy walą do bramy! Kurwa, szefie, znaczy się, panie Strażnik, nie macie jak skombinować jakiegoś autobusu? Albo jeszcze lepiej dwóch, po co się rozmieniać na drobne!
Johnson poprowadzi selekcję w towarzystwie Jacksona. Chcecie przy tym asystować czy wolicie się zająć swoim handelkiem?