Nipton, ratusz miasta
Sierżant zwiadowców prychnął w odpowiedzi i odwrócił się ostentacyjnie plecami do swoich nowych znajomych, wyciągając z kieszeni spodni paczkę papierosów. John wzruszył ramionami na widok tak lekceważącego zachowania podoficera, ale nie zamierzał mitrężyć czasu na niepotrzebne kłótnie. Wyciągnąwszy zza paska spodni Berettę odbezpieczył pistolet i wspiął się po brudnych od zakrzepłej krwi schodach ratusza.
- Ubezpieczaj mnie, tylko mi przypadkiem nie wywal w plecy - rzucił pod adresem ściskającego nerwowo śrutówkę chudzielca. Stanowiący oręż Simpsona Remington budził we Flanaganie dreszcz lęku, bo John zdążył już poznać impulsywną naturę Barta i jego skłonność do robienia bardzo ryzykownych rzeczy.
Znalezienie się w bezpośrednim sąsiedztwie wystrzelonych przypadkowo ze strzelby śrucin należało do tych właśnie doznań, których John szczerze wolałby sobie zaoszczędzić.
Kurierzy pozostawili Boxcara na parterze ratusza, zamykając go w środku z zapasem wody i środkami znieczulającymi ból. Celujący w ciemne zakamarki ratusza John odnalazł bez trudu truchła wypatroszonych przez siebie psów, ale Boxcara nie znalazł.
- A ten to kto? - zapytał chudzielec, kiedy blondyn przystanął nad ciałem leżącego na wznak mężczyzny, podziurawionego kilkunastoma kulami, które wykreśliły krwawy ścieg na jego szyi, ramionach i twarzy. Twarz ucierpiała w tym przypadku najbardziej zmieniając się w pozbawioną rysów miazgę.
- Jackson mówił, że zwiadowcy załatwili jakiegoś gościa, który do nich strzelał - odpowiedział John - Założysz się, że to on?
- Spoko, mogę się założyć, że to on - zarechotał Bart - Co wygrałem?
- W nagrodę możesz mu pobrać organy - prychnął Flanagan - Myślę, że to jeden z tych trzech gości, którzy szli do Nipton. Chyba Mick, ten, który się kleił do Sue.
- A to skurwysyn! - zdenerwował się nie na żarty Simpson, który już zdążył zapomnieć o oburzających propozycjach namolnego amanta - Ma szczęście, że Kalifornijczycy go kropnęli, ze mną nie miałby tak lekko.
Znaleźliście obcego trupa, ale Boxcara na razie nigdzie ani śladu...