PBF - Płonąca granica
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brush Fork, przedpołudnie 4 maja 2055
Wóz cofnął ospale na wstecznym biegu, rzygając kłębami czarnych spalin i zawodząc jękliwie silnikiem. Salt i Radeford wymierzyli lufy swej broni w wylot uliczki, Wilson zaś mógł tylko dusić w gardle przekleństwa cisnące mu się na usta przy każdym wspomnieniu straconego na lotnisku automatu.
- Stań - polecił Jack, kiedy samochód znalazł się na wysokości uliczki. Napięcie zdawało się sięgać zenitu, a serca ludzi waliły jak szalone, ale wbrew ich oczekiwaniom porośnięta wysoką trawą i zagracona starymi śmieciami uliczka okazała się zupełnie pusta.
Wątek techniczny
Poszedł sobie?
Wóz cofnął ospale na wstecznym biegu, rzygając kłębami czarnych spalin i zawodząc jękliwie silnikiem. Salt i Radeford wymierzyli lufy swej broni w wylot uliczki, Wilson zaś mógł tylko dusić w gardle przekleństwa cisnące mu się na usta przy każdym wspomnieniu straconego na lotnisku automatu.
- Stań - polecił Jack, kiedy samochód znalazł się na wysokości uliczki. Napięcie zdawało się sięgać zenitu, a serca ludzi waliły jak szalone, ale wbrew ich oczekiwaniom porośnięta wysoką trawą i zagracona starymi śmieciami uliczka okazała się zupełnie pusta.
Wątek techniczny
Poszedł sobie?
Salt obserwował uważnie uliczkę i okna, drzwi oraz dachy okolicznych budynków krzywiąc się brzydko. Sapnął cicho i jęknął.
- Nie ma nikogo... Ale nie podoba mi się to miejsce, musimy uważać, jak to miejscowy to zna tu różne przejścia... Nie ma co za nim leźć.
I obejrzał się nagle za siebie, lustrując przestrzeń za plecami.
- Nie ma nikogo... Ale nie podoba mi się to miejsce, musimy uważać, jak to miejscowy to zna tu różne przejścia... Nie ma co za nim leźć.
I obejrzał się nagle za siebie, lustrując przestrzeń za plecami.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Wokół nic się nie rusza, tylko wiatr szeleści w trawie. Nieznajomy przepadł bez śladu... a może gdzieś się czai? Odjeżdżacie czy jednak powstrzymuje Was przed tym żyłka gotowych na wszystko poszukiwaczy przygód? (oczywiście nie prowokuję, bo między słowami gotowy na wszystko poszukiwacz przygód i martwy bohater jest tylko niewielka różnica)
Wokół nic się nie rusza, tylko wiatr szeleści w trawie. Nieznajomy przepadł bez śladu... a może gdzieś się czai? Odjeżdżacie czy jednak powstrzymuje Was przed tym żyłka gotowych na wszystko poszukiwaczy przygód? (oczywiście nie prowokuję, bo między słowami gotowy na wszystko poszukiwacz przygód i martwy bohater jest tylko niewielka różnica)
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- Hmmmm tak w rzeczy samej musiało być, a wątpić możemy czy miejscowi z otwartymi rękami mają zamiar nas powitać, skoro tak się kryją. Tak więc jedźmy dalej.
Wątek techniczny:
Jestem trochę zaniepokojony. Ktoś kto nie chce być widziany nie staje na środku ulicy, tym bardziej, że zaskoczony raczej nie był, słychać nas z daleka. Tak więc chciał być widziany, tylko dlaczego, skoro teraz się ukrył? Zastanawiam się nad tym podczas dalszej drogi.
Wątek techniczny:
Jestem trochę zaniepokojony. Ktoś kto nie chce być widziany nie staje na środku ulicy, tym bardziej, że zaskoczony raczej nie był, słychać nas z daleka. Tak więc chciał być widziany, tylko dlaczego, skoro teraz się ukrył? Zastanawiam się nad tym podczas dalszej drogi.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Brush Fork, przedpołudnie 4 maja 2055
Chociaż w wylocie uliczki nie wydarzyło się nic mogącego wzbudzić głębsze podejrzenia kurierów, instynkt podpowiadał Wilsonowi, że ciemne ruiny miasteczka kryły w sobie złowieszczą tajemnicę, a Paul wiedział z doświadczenia, że ludzie podążający bez namysłu śladami takich tajemnicy zazwyczaj znikali bez śladu... lub pozostawiali po sobie makabryczne ślady, którymi nikt inny podążać później już nie chciał. Mężczyzna puścił swój nóż, ale zostawił go dla pewności na kolanach, zmieniając prawą ręką bieg i ruszając ponownie do przodu.
Ebenezer zdusił w ustach hiszpańsko brzmiące zdanie mające mało wspólnego z tekstem psalmu, bo nagły podskok ruszającego z miejsca samochodu sprawił, że mężczyzna mało nie wypadł na zewnątrz bocznego okienka. Misjonarz ześlizgnął się do szoferki pikapa wykręcając zwinnie swe ciało i wystawiając przez przypadek lufę obrzyna przez tylne okienko kabiny, zaledwie kilka centymetrów od ucha Salta.
- Wyluzuj trochę, wielebny - mruknął Jack widząc wylot broni przy swojej głowie - Jeszcze ci się palec obsunie na jakiejś dziurze i mi czaszkę rozwalisz tą swoją pukaweczką.
- Wielkiej straty by nie było, zatwardziały grzeszniku - burknął pozornie zaczepnym tonem kaznodzieja, ale Salt wyczuwał wyraźnie kryjący się w tonacji jego głosu niepokój.
Pikap dojechał do skrzyżowania pośrodku miasteczka, skręcił w prawo podskakując na muldach ziemi naniesionej deszczem na spękany asfalt szosy, przyśpieszył mijając pozostałości starych magazynów i obrócony w ruinę bar szybkiej obsługi z wyblakłym od słońca plastikowym kurczakiem na ziejącym dziurami dachu.
Nikt nic więcej nie powiedział na temat tajemniczego spotkania w Brush Fork, bo zaledwie dwie mile dzieliły kurierów konstabla Clarka od ludzkiej społeczności w Bluewell i wszyscy szykowali się już w duchu na spotkanie z osadnikami zamieszkującymi to miejsce, ale Paul długo nie mógł się wyzbyć głębokiego przeczucia, że o włos rozminął się w Brush Fork ze śmiercią.
Chociaż w wylocie uliczki nie wydarzyło się nic mogącego wzbudzić głębsze podejrzenia kurierów, instynkt podpowiadał Wilsonowi, że ciemne ruiny miasteczka kryły w sobie złowieszczą tajemnicę, a Paul wiedział z doświadczenia, że ludzie podążający bez namysłu śladami takich tajemnicy zazwyczaj znikali bez śladu... lub pozostawiali po sobie makabryczne ślady, którymi nikt inny podążać później już nie chciał. Mężczyzna puścił swój nóż, ale zostawił go dla pewności na kolanach, zmieniając prawą ręką bieg i ruszając ponownie do przodu.
Ebenezer zdusił w ustach hiszpańsko brzmiące zdanie mające mało wspólnego z tekstem psalmu, bo nagły podskok ruszającego z miejsca samochodu sprawił, że mężczyzna mało nie wypadł na zewnątrz bocznego okienka. Misjonarz ześlizgnął się do szoferki pikapa wykręcając zwinnie swe ciało i wystawiając przez przypadek lufę obrzyna przez tylne okienko kabiny, zaledwie kilka centymetrów od ucha Salta.
- Wyluzuj trochę, wielebny - mruknął Jack widząc wylot broni przy swojej głowie - Jeszcze ci się palec obsunie na jakiejś dziurze i mi czaszkę rozwalisz tą swoją pukaweczką.
- Wielkiej straty by nie było, zatwardziały grzeszniku - burknął pozornie zaczepnym tonem kaznodzieja, ale Salt wyczuwał wyraźnie kryjący się w tonacji jego głosu niepokój.
Pikap dojechał do skrzyżowania pośrodku miasteczka, skręcił w prawo podskakując na muldach ziemi naniesionej deszczem na spękany asfalt szosy, przyśpieszył mijając pozostałości starych magazynów i obrócony w ruinę bar szybkiej obsługi z wyblakłym od słońca plastikowym kurczakiem na ziejącym dziurami dachu.
Nikt nic więcej nie powiedział na temat tajemniczego spotkania w Brush Fork, bo zaledwie dwie mile dzieliły kurierów konstabla Clarka od ludzkiej społeczności w Bluewell i wszyscy szykowali się już w duchu na spotkanie z osadnikami zamieszkującymi to miejsce, ale Paul długo nie mógł się wyzbyć głębokiego przeczucia, że o włos rozminął się w Brush Fork ze śmiercią.
Wiatr wesoło owiewał szczupłą twarz Salt'a, przyjemnie chłodził kark i przemykał po ściętych krótko włosach. Jack co jakiś czas pochylał się ku stercie przedmiotów poukładanych pomiędzy nogami, wzdłuż burty i obok motocykla. Następnie prostował się i skrzętnie notował uwagi w notesiku trzymanym w dłoni.
W pewnym momencie spojrzał ponad szoferką na zbliżające się zabudowania Bluewell, schylił się do okienka i starając się przekrzyczeć warkot silnika rzucił:
- Spisałem co znaleźliśmy i podzieliłem na dwie grupy... - rozpoczął wyliczać.
7 x szyba (1m x 0,5m)
2 x wiadro
2 x klasyczna klamka do drzwi
1 x chromowana gałka
4 x żarówka + kilkadziesiąt zepsutych
1 x wentylator
8 x butelka bez korka
2 x wieszak na ubrania
1 x nożyczki
7 x długopis (z zaschnietym wkładem)
1 x boczne lusterko
1 x 10m drutu w otulinie
3 x kanister
1 x stalowa linka holownicza
Szybko skończył bo i wiele tego nie było. Zerknął do wnętrza czy aby wszystko usłyszeli.
- Jedną szybę proponuję przyciąć żeby Paul miał chociaż drugie ucho jak znowu przyśnie... - rzucił uśmiechając się złośliwie - Wiadra doczyścimy na miejscu, będą jak nowe, żarówkę może uda się wymienić do reflektora za te dobre, wentylator postaram się naprawić, mam nadzieję dostać za niego dobrą cenę...
Obejrzał się za siebie i zerknął do notesu.
- Sprawdzimy jeszcze czy kanistry nie ciekną, może znajdzie się ktoś żeby załatać w razie czego. Proponuję zostawić je razem z drutem i linką, mogą się przydać. Co wy na to?
Po wjeździe do Bluewell rozumiem iż kierujemy się do burmistrza z przesyłką. Chciałbym dowiedzieć się o możliwościach dojazdu do Anawalt i dobrym handlarzu żeby opchnąć łupy. Poszukać warsztatu, speca od przycinek szyb i oprawić okienko w szoferce, wyprostować pogryzioną siatkę, ogólnie przejrzeć pojazd. Naprawić wentylator z wykorzystaniem UM i pakietu części zapasowych, może dostaniemy lepszą cenę za działający. Liczę na hojność burmistrza
Przyda się też odwiedzić jakąś knajpę i uzupełnić zapasy, żarcie, amunicję, leki...
Mam też cichą nadzieję, że udało mi się odnaleźć moje 3 łuski (zawsze można utargować na wymianę jak amunicja byłaby "domowej" roboty) i oskórować psiaki.
Podliczenie paliwa:
Peterstown -> Kellysville - 10 mil
Kellysville -> Airport - 17,3 mil
Airport -> Bluewell - 5 mil
Razem: 32,3 mil
Spaliliśmy jakieś 2,5 galona paliwa, zostało 9,5 G.

W pewnym momencie spojrzał ponad szoferką na zbliżające się zabudowania Bluewell, schylił się do okienka i starając się przekrzyczeć warkot silnika rzucił:
- Spisałem co znaleźliśmy i podzieliłem na dwie grupy... - rozpoczął wyliczać.
7 x szyba (1m x 0,5m)
2 x wiadro
2 x klasyczna klamka do drzwi
1 x chromowana gałka
4 x żarówka + kilkadziesiąt zepsutych
1 x wentylator
8 x butelka bez korka
2 x wieszak na ubrania
1 x nożyczki
7 x długopis (z zaschnietym wkładem)
1 x boczne lusterko
1 x 10m drutu w otulinie
3 x kanister
1 x stalowa linka holownicza
Szybko skończył bo i wiele tego nie było. Zerknął do wnętrza czy aby wszystko usłyszeli.
- Jedną szybę proponuję przyciąć żeby Paul miał chociaż drugie ucho jak znowu przyśnie... - rzucił uśmiechając się złośliwie - Wiadra doczyścimy na miejscu, będą jak nowe, żarówkę może uda się wymienić do reflektora za te dobre, wentylator postaram się naprawić, mam nadzieję dostać za niego dobrą cenę...
Obejrzał się za siebie i zerknął do notesu.
- Sprawdzimy jeszcze czy kanistry nie ciekną, może znajdzie się ktoś żeby załatać w razie czego. Proponuję zostawić je razem z drutem i linką, mogą się przydać. Co wy na to?
Po wjeździe do Bluewell rozumiem iż kierujemy się do burmistrza z przesyłką. Chciałbym dowiedzieć się o możliwościach dojazdu do Anawalt i dobrym handlarzu żeby opchnąć łupy. Poszukać warsztatu, speca od przycinek szyb i oprawić okienko w szoferce, wyprostować pogryzioną siatkę, ogólnie przejrzeć pojazd. Naprawić wentylator z wykorzystaniem UM i pakietu części zapasowych, może dostaniemy lepszą cenę za działający. Liczę na hojność burmistrza
Przyda się też odwiedzić jakąś knajpę i uzupełnić zapasy, żarcie, amunicję, leki...
Mam też cichą nadzieję, że udało mi się odnaleźć moje 3 łuski (zawsze można utargować na wymianę jak amunicja byłaby "domowej" roboty) i oskórować psiaki.
Podliczenie paliwa:
Peterstown -> Kellysville - 10 mil
Kellysville -> Airport - 17,3 mil
Airport -> Bluewell - 5 mil
Razem: 32,3 mil
Spaliliśmy jakieś 2,5 galona paliwa, zostało 9,5 G.
Poproszę o skorygowanieKeth napisał(a):
Zachodnia Wirginia, pogranicze Federacji Appalachów, 3 maja 2055
Przewożone w niej opieczętowane listy, zaadresowane starannym charakterem pisma przez wielkiego konstabla Vincenta Clarka z Peterstown, przeznaczone były do rąk własnych samozwańczych burmistrzów Bluefield i Anawalt.
Ostatnio zmieniony 07 listopada 2011, 00:23 przez Goldwin, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Bluewell, przedpołudnie 4 maja 2055
Składająca się z kilkunastu budynków osada otoczona była palisadą z drewnianych pni, wzmocnionych ziemnym nasypem i metalowymi płytami przymocowanymi do zewnętrznej strony fortyfikacji. Większość osłon zdążyła już pokryć warstewka rdzy, toteż dojeżdżający do bramy Bluewell kurierzy nie mogli się oprzeć wrażeniu, że osada opasana jest rdzawopomarańczowym pierścieniem, ponad którym górowały dachy domów i sączący się leniwie z kominów dym.
Straż okrzyknęła ich, kiedy tylko dojechali do bramy, chociaż widzący na palisadzie ludzkie sylwetki Paul i tak zwolnił przezornie do pięciu mil na godzinę, wlokąc się niemiłosiernie w czytelnym wyrazie pokojowych zamiarów. Wszyscy kurierzy trzymali ręce na widoku i z daleka od broni, świadomi tego, że nieopaczny gest może być przez miejscowych zinterpretowany na nader tragiczny w skutkach sposób - tym bardziej, że ludzie trzymający straż przy bramie byli uzbrojeni.
Przez rozsunięte nieznacznie wejście wyślizgnęło się na zewnątrz sześciu mężczyzn, noszących na sobie blaszane pancerze podobne do zbroi strażników z zajazdu Kellysville, ale reprezentujące sobą znacznie wyższy poziom wykonania. Wszyscy mieli samopały własnej roboty, jeden zaś przerobiony myśliwski sztucer, kiedy więc obchodzili podejrzliwie pikapa zaglądając do środka, a nawet pod wóz, siedzący na pace Salt przywołał na twarz najbardziej przyjacielski uśmiech, na jaki było go stać.
- Kurierzy konstabla Clarka z Peterstown - oznajmił mężczyzna unosząc pojednawczym gestem dłonie - Przywieźliśmy pocztę dla burmistrza Lavigne.
Przewodzący strażnikom krępy człowiek o posępnej twarzy noszący przynitowaną do napierśnika stylizowaną gwiazdę szeryfa nic nie odpowiedział w pierwszej chwili, bacznie taksując obcych wzrokiem.
- Jesteście sami? - odezwał się przerywając w końcu milczenie - Wasza trójka?
- Tak - potwierdził natychmiast Salt widząc jak czujne spojrzenie szeryfa wędruje po krawędzi pobliskiego lasu - Tylko my trzej.
- Wpuścić ich do środka! - rozkazał szeryf odwracając się w stronę bramy i machając ręką ku wyglądającym ponad nią ziomkom.
Wątek techniczny
Witamy w Bluewell. Zgodnie z deklaracją przyjmuję, że najpierw zażyczycie sobie widzenia z burmistrzem (posunięcie nader rozsądne biorąc pod uwagę podejrzliwość miejscowych).
Składająca się z kilkunastu budynków osada otoczona była palisadą z drewnianych pni, wzmocnionych ziemnym nasypem i metalowymi płytami przymocowanymi do zewnętrznej strony fortyfikacji. Większość osłon zdążyła już pokryć warstewka rdzy, toteż dojeżdżający do bramy Bluewell kurierzy nie mogli się oprzeć wrażeniu, że osada opasana jest rdzawopomarańczowym pierścieniem, ponad którym górowały dachy domów i sączący się leniwie z kominów dym.
Straż okrzyknęła ich, kiedy tylko dojechali do bramy, chociaż widzący na palisadzie ludzkie sylwetki Paul i tak zwolnił przezornie do pięciu mil na godzinę, wlokąc się niemiłosiernie w czytelnym wyrazie pokojowych zamiarów. Wszyscy kurierzy trzymali ręce na widoku i z daleka od broni, świadomi tego, że nieopaczny gest może być przez miejscowych zinterpretowany na nader tragiczny w skutkach sposób - tym bardziej, że ludzie trzymający straż przy bramie byli uzbrojeni.
Przez rozsunięte nieznacznie wejście wyślizgnęło się na zewnątrz sześciu mężczyzn, noszących na sobie blaszane pancerze podobne do zbroi strażników z zajazdu Kellysville, ale reprezentujące sobą znacznie wyższy poziom wykonania. Wszyscy mieli samopały własnej roboty, jeden zaś przerobiony myśliwski sztucer, kiedy więc obchodzili podejrzliwie pikapa zaglądając do środka, a nawet pod wóz, siedzący na pace Salt przywołał na twarz najbardziej przyjacielski uśmiech, na jaki było go stać.
- Kurierzy konstabla Clarka z Peterstown - oznajmił mężczyzna unosząc pojednawczym gestem dłonie - Przywieźliśmy pocztę dla burmistrza Lavigne.
Przewodzący strażnikom krępy człowiek o posępnej twarzy noszący przynitowaną do napierśnika stylizowaną gwiazdę szeryfa nic nie odpowiedział w pierwszej chwili, bacznie taksując obcych wzrokiem.
- Jesteście sami? - odezwał się przerywając w końcu milczenie - Wasza trójka?
- Tak - potwierdził natychmiast Salt widząc jak czujne spojrzenie szeryfa wędruje po krawędzi pobliskiego lasu - Tylko my trzej.
- Wpuścić ich do środka! - rozkazał szeryf odwracając się w stronę bramy i machając ręką ku wyglądającym ponad nią ziomkom.
Wątek techniczny
Witamy w Bluewell. Zgodnie z deklaracją przyjmuję, że najpierw zażyczycie sobie widzenia z burmistrzem (posunięcie nader rozsądne biorąc pod uwagę podejrzliwość miejscowych).
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Wątek techniczny:
Przejeżdżając przez miasto i kierując się do ratusza rozglądam się bacznie. Oceniam przybliżoną liczebność ludności, taksuje twarze, zachowania, morale. Rozglądam się za ciekawszymi miejscami jak miejsca handlu, bary. W szczególności jednak szukam oznak życia religijnego, budynków sakralnych, symboli na ludziach i domach, świadczących o wyznawaniu jakiejś wiary tudzież zabobonu.
Przejeżdżając przez miasto i kierując się do ratusza rozglądam się bacznie. Oceniam przybliżoną liczebność ludności, taksuje twarze, zachowania, morale. Rozglądam się za ciekawszymi miejscami jak miejsca handlu, bary. W szczególności jednak szukam oznak życia religijnego, budynków sakralnych, symboli na ludziach i domach, świadczących o wyznawaniu jakiejś wiary tudzież zabobonu.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Bluewell, przedpołudnie 4 maja 2055
Szeryf wsiadł do szoferki samochodu w miejsce zwolnione przez Radeforda, odprowadzając niemym wzrokiem przesiadającego się na pakę kaznodzieję. Wysoka brama zatrzasnęła się ze stłumionym hukiem za plecami kurierów, odcinając ich od świata za palisadą i witając tym dźwiękiem w Bluewell.
Jack nie miał pojęcia jak wyglądało przedwojenne miasteczko, z miejsca zyskał jednak pewność, że obecną osadę wzniesiono na fundamentach pierwotnego Bluewell, rozbierając niszczejące konstrukcje i wznosząc z pozyskanych w ten sposób surowców nowe. Starannie ubity, a następnie wyłożony blokami betonu plac pośrodku osady otaczały zbudowane z drewna i cegieł niskie domki o płaskich, pokrytych blachą falistą dachach.
Kiedy prowadzony przez szeryfa pikap zajechał przed jeden z większych budynków, na placu zgromadziło się już kilkadziesiąt osób, również kobiet i dzieci, przyglądających się gościom z wielkim ożywieniem i rozmawiających między sobą.
- To biuro burmistrza - powiedział ponury szeryf otwierając drzwi i gramoląc się na zewnątrz wozu pośród metalicznego szczęku swej nieporęcznej zbroi - Możecie zatrzymać swoją broń, ale mam na was oko. Nie próbujcie żadnych sztuczek, jasne?
Jack wyszczerzył w odpowiedzi zęby, ponownie uniósł w pojednawczym geście obie ręce. Poprowadzeni przez szeryfa i kilku innych mężczyzn kurierzy weszli do wnętrza ratusza niosąc ze sobą skórzaną aktówkę z pocztą.
Wątek techniczny
Około siedemdziesięciu mieszkańców, również dzieci. Jest ratusz, bar, warsztat naprawczy, wspólna pralnia. Uzbrojenie głównie pod postacią broni białej, ale jest parę sztuk broni palnej. Brak widocznego miejsca kultu (jakiegokolwiek). Gdzieś w bocznej uliczce mignął Wam jakiś samochód. Generalnie spokojna, przyjazna osada.
Szeryf wsiadł do szoferki samochodu w miejsce zwolnione przez Radeforda, odprowadzając niemym wzrokiem przesiadającego się na pakę kaznodzieję. Wysoka brama zatrzasnęła się ze stłumionym hukiem za plecami kurierów, odcinając ich od świata za palisadą i witając tym dźwiękiem w Bluewell.
Jack nie miał pojęcia jak wyglądało przedwojenne miasteczko, z miejsca zyskał jednak pewność, że obecną osadę wzniesiono na fundamentach pierwotnego Bluewell, rozbierając niszczejące konstrukcje i wznosząc z pozyskanych w ten sposób surowców nowe. Starannie ubity, a następnie wyłożony blokami betonu plac pośrodku osady otaczały zbudowane z drewna i cegieł niskie domki o płaskich, pokrytych blachą falistą dachach.
Kiedy prowadzony przez szeryfa pikap zajechał przed jeden z większych budynków, na placu zgromadziło się już kilkadziesiąt osób, również kobiet i dzieci, przyglądających się gościom z wielkim ożywieniem i rozmawiających między sobą.
- To biuro burmistrza - powiedział ponury szeryf otwierając drzwi i gramoląc się na zewnątrz wozu pośród metalicznego szczęku swej nieporęcznej zbroi - Możecie zatrzymać swoją broń, ale mam na was oko. Nie próbujcie żadnych sztuczek, jasne?
Jack wyszczerzył w odpowiedzi zęby, ponownie uniósł w pojednawczym geście obie ręce. Poprowadzeni przez szeryfa i kilku innych mężczyzn kurierzy weszli do wnętrza ratusza niosąc ze sobą skórzaną aktówkę z pocztą.
Wątek techniczny
Około siedemdziesięciu mieszkańców, również dzieci. Jest ratusz, bar, warsztat naprawczy, wspólna pralnia. Uzbrojenie głównie pod postacią broni białej, ale jest parę sztuk broni palnej. Brak widocznego miejsca kultu (jakiegokolwiek). Gdzieś w bocznej uliczce mignął Wam jakiś samochód. Generalnie spokojna, przyjazna osada.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Bluewell, przedpołudnie 4 maja 2055
Chociaż biorąc miarę z szeryfa Salt przygotował się już w duchu na spotkanie z burmistrzem ponurym i gruboskórnym, przewodzący lokalnej społeczności Jean Lavigne mile go swą osobą zaskoczył. Przywódca Bluewell był niskim zażywnym człowiekiem o pucołowatej twarzy i zmarszczkach mimicznych zdradzających skłonność do śmiechu. Nosił zwykłe dżinsy i flanelową koszulę, a chociaż u pasa miał w olstrze stary bębenkowy rewolwer, Jack szybko doszedł do wniosku, że broń ta służyła mu raczej na pokaz niż do faktycznego strzelania.
- Kurierzy z Peterstown, jakże miło powitać - oznajmił jowialnie i najwyraźniej szczerze, ku zdumieniu Salta, który do tak przyjacielskiego traktowania przez obcych niezbyt był przyzwyczajony. Siedzący za dużym nauczycielskim biurkiem - zapewne wyciągniętym lata temu ruin jakiejś szkoły - burmistrz poprosił swych gości ruchem ręki do zajęcia miejsc na ustawionych obok krzesłach - Szeryfa Stokesa już poznaliście jak widzę. Poproszę o przesyłkę.
Wilson otworzył aktówkę i wyciągnął z niej kilka dużych szarych kopert oznakowanych wielkimi słowami "Bluewell". Burmistrz odebrał je z rąk kuriera, ale nie otworzył, nie złamał lakowych pieczęci Federacji Appalachów. W zamian włożył sobie koperty pod pachę i spojrzał ciekawym wzrokiem na trójkę swych gości.
- Dokąd pojedziecie teraz? - zapytał przesuwając badawczym spojrzeniem po postaci kaznodziei - Wracacie do Peterstown?
- Nie, czeka nas jeszcze wypad do Anawalt - przyznał Jack nie widząc powodu, dla którego miałby kłamać przed przywódcą zaprzyjaźnionej z Federacją osady - Mamy pocztę dla tamtejszych władz.
- Dla burmistrza Whortona - uśmiechnął się kącikami ust Lavigne, ale wyraz przyjaznego rozbawienia na jego twarzy natychmiast zniknął zastąpiony grymasem lekkiego rozczarowania - Żałuję, że przyjechaliście tak późno. Trzy godziny temu jeden z moich chłopaków polazł do Anawalt, na piechotę.
- Na piechotę? - zdziwił się Paul przyciskając mimowolnie rękę do przesiąkniętego krwią opatrunku - Poszedł sam przez tę dzicz?
- Uparł się i tyle - prychnął szeryf Stokes okazując swą głęboką dezaprobatę wobec tak lekkomyślnego poczynania ziomka - A jak się na coś uprze, to go nawet siłą nie zatrzymasz.
- Ale to dobry chłopak i wie jak sobie radzić na pustkowiu - kiwnął głową burmistrz - Jeśli natraficie na niego po drodze, podrzućcie łobuza do Anawalt, dobrze?
- Nie widzę problemu - odpowiedział ostrożnie Salt - Mam rozumieć, że zna pan się z burmistrzem Whortonem?
- Oczywiście - odpowiedział Lavigne - Współpracujemy ze sobą, to konieczność w tak niebezpiecznych stronach. A skoro o współpracy mowa, mam dla was małą robotę na boku, jeśli jesteście zainteresowani.
- Zawsze jesteśmy zainteresowani robotą na boku, jeśli tylko się opłaci, panie burmistrzu - uśmiechnął się kurier - Proszę się nie krępować i walić prosto z mostu... tak się chyba gadało w przedwojennych czasach, prawda?
- Chyba tak - uśmiechnął się ponownie Lavigne, w przeciwieństwie do ustawicznie posępnego szeryfa przejawiający dość pogodne usposobienie - Ale nie jestem pewien, dorastałem w czasach, kiedy większość mostów już uległa zawaleniu albo została rozebrana na części.
- Więc co to za robota? - zapytał z błyskiem zainteresowania w oku Ebenezer.
- Interesują nas kable telefoniczne, naturalnie w dobrym stanie - wyjaśnił Lavigne - Każda ilość, jaką możecie dostarczyć, ewentualnie dobrze zapłacimy za nagranie spotkania z kupcem.
- Po co wam kable telefoniczne? - uniósł brwi Paul Wilson.
- A czy ja was pytam, na co wam ten wasz rozsypujący się pikap? - burmistrz odpowiedział tonem przyjacielskim, ale dającym wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza wyjawiać swoich motywów - Jeśli na coś konkretnego natraficie, pamiętajcie o nas, dobrze?
Wątek techniczny
Pierwsza część misji za Wami, poczta dostarczona. Formalna część rozmowy dobiegła końca, możecie pójść rozprostować kości i rozejrzeć się po okolicy, chyba że macie jakieś pytania do Lavigne tak na szybko. Szeryf posłuż Wam za przewodnika, pewnie już się z tego tytułu cieszycie, prawda?
Chociaż biorąc miarę z szeryfa Salt przygotował się już w duchu na spotkanie z burmistrzem ponurym i gruboskórnym, przewodzący lokalnej społeczności Jean Lavigne mile go swą osobą zaskoczył. Przywódca Bluewell był niskim zażywnym człowiekiem o pucołowatej twarzy i zmarszczkach mimicznych zdradzających skłonność do śmiechu. Nosił zwykłe dżinsy i flanelową koszulę, a chociaż u pasa miał w olstrze stary bębenkowy rewolwer, Jack szybko doszedł do wniosku, że broń ta służyła mu raczej na pokaz niż do faktycznego strzelania.
- Kurierzy z Peterstown, jakże miło powitać - oznajmił jowialnie i najwyraźniej szczerze, ku zdumieniu Salta, który do tak przyjacielskiego traktowania przez obcych niezbyt był przyzwyczajony. Siedzący za dużym nauczycielskim biurkiem - zapewne wyciągniętym lata temu ruin jakiejś szkoły - burmistrz poprosił swych gości ruchem ręki do zajęcia miejsc na ustawionych obok krzesłach - Szeryfa Stokesa już poznaliście jak widzę. Poproszę o przesyłkę.
Wilson otworzył aktówkę i wyciągnął z niej kilka dużych szarych kopert oznakowanych wielkimi słowami "Bluewell". Burmistrz odebrał je z rąk kuriera, ale nie otworzył, nie złamał lakowych pieczęci Federacji Appalachów. W zamian włożył sobie koperty pod pachę i spojrzał ciekawym wzrokiem na trójkę swych gości.
- Dokąd pojedziecie teraz? - zapytał przesuwając badawczym spojrzeniem po postaci kaznodziei - Wracacie do Peterstown?
- Nie, czeka nas jeszcze wypad do Anawalt - przyznał Jack nie widząc powodu, dla którego miałby kłamać przed przywódcą zaprzyjaźnionej z Federacją osady - Mamy pocztę dla tamtejszych władz.
- Dla burmistrza Whortona - uśmiechnął się kącikami ust Lavigne, ale wyraz przyjaznego rozbawienia na jego twarzy natychmiast zniknął zastąpiony grymasem lekkiego rozczarowania - Żałuję, że przyjechaliście tak późno. Trzy godziny temu jeden z moich chłopaków polazł do Anawalt, na piechotę.
- Na piechotę? - zdziwił się Paul przyciskając mimowolnie rękę do przesiąkniętego krwią opatrunku - Poszedł sam przez tę dzicz?
- Uparł się i tyle - prychnął szeryf Stokes okazując swą głęboką dezaprobatę wobec tak lekkomyślnego poczynania ziomka - A jak się na coś uprze, to go nawet siłą nie zatrzymasz.
- Ale to dobry chłopak i wie jak sobie radzić na pustkowiu - kiwnął głową burmistrz - Jeśli natraficie na niego po drodze, podrzućcie łobuza do Anawalt, dobrze?
- Nie widzę problemu - odpowiedział ostrożnie Salt - Mam rozumieć, że zna pan się z burmistrzem Whortonem?
- Oczywiście - odpowiedział Lavigne - Współpracujemy ze sobą, to konieczność w tak niebezpiecznych stronach. A skoro o współpracy mowa, mam dla was małą robotę na boku, jeśli jesteście zainteresowani.
- Zawsze jesteśmy zainteresowani robotą na boku, jeśli tylko się opłaci, panie burmistrzu - uśmiechnął się kurier - Proszę się nie krępować i walić prosto z mostu... tak się chyba gadało w przedwojennych czasach, prawda?
- Chyba tak - uśmiechnął się ponownie Lavigne, w przeciwieństwie do ustawicznie posępnego szeryfa przejawiający dość pogodne usposobienie - Ale nie jestem pewien, dorastałem w czasach, kiedy większość mostów już uległa zawaleniu albo została rozebrana na części.
- Więc co to za robota? - zapytał z błyskiem zainteresowania w oku Ebenezer.
- Interesują nas kable telefoniczne, naturalnie w dobrym stanie - wyjaśnił Lavigne - Każda ilość, jaką możecie dostarczyć, ewentualnie dobrze zapłacimy za nagranie spotkania z kupcem.
- Po co wam kable telefoniczne? - uniósł brwi Paul Wilson.
- A czy ja was pytam, na co wam ten wasz rozsypujący się pikap? - burmistrz odpowiedział tonem przyjacielskim, ale dającym wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza wyjawiać swoich motywów - Jeśli na coś konkretnego natraficie, pamiętajcie o nas, dobrze?
Wątek techniczny
Pierwsza część misji za Wami, poczta dostarczona. Formalna część rozmowy dobiegła końca, możecie pójść rozprostować kości i rozejrzeć się po okolicy, chyba że macie jakieś pytania do Lavigne tak na szybko. Szeryf posłuż Wam za przewodnika, pewnie już się z tego tytułu cieszycie, prawda?
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- Burmistrzu, jestem Ebenezer Radeford uczeń i kontynuator nauk nieodżałowanego kaznodziei Jacka Blacka. Jako sługa jedynego Boga, niosę naukę i siłę wiary dla strapionych i błądzących duszyczek świata apokalipsy. Nie ważył bym się jednak tego robić bez wiedzy i zgody władz Bluewell. Pragnę też poinformować, że moją obecność w tym przedsięwzięci kuriersko-misjonarskim(czy misyjnym?) zaaprobował konstabla Vincenta Clarka z Peterstown.
Wątek techniczny
Mam nadzieję, że nie minąłem się za bardzo z prawdą. Ale skoro zostałem przyjęty jako kurier , nie ukrywając swych zamiarów i tożsamości, to chyba mogę to tak zinterpretować.
Wątek techniczny
Mam nadzieję, że nie minąłem się za bardzo z prawdą. Ale skoro zostałem przyjęty jako kurier , nie ukrywając swych zamiarów i tożsamości, to chyba mogę to tak zinterpretować.
Ostatnio zmieniony 09 listopada 2011, 23:13 przez deliad, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Ratusz Bluewell, przedpołudnie 4 maja 2055
Lavigne spojrzał na Radeforda uważniej, a w jego oczach pojawił się wyraz stonowanej ostrożności, bardzo zbliżonej do permanentnego wyrazu spojrzenia szeryfa Stokesa.
- Jesteś sekciarzem? - zapytał podejrzanie uprzejmym tonem gospodarz - Opowiadasz o końcu świata, zmartwychwstaniu i takich tam innych rzeczach z Biblii? Mnie to nie przeszkadza, naprawdę, a na dodatek mamy tu sporo wierzących w różne sprawy ludzi. Głoś swoje nauki, dopóki nie godzą one w nasze bezpieczeństwo. Mieliśmy tu w zeszłym roku aż dwóch misjonarzy, bardzo wygadanych, takich złotoustych. Jeden twierdził, że przegapiliśmy koniec świata i grzeszymy nadmiernie długim życiem zamiast dołączyć do tych, którzy zginęli trzydzieści lat temu. Upierał się, że Bóg zesłał Molocha, by ten posłał do nieba wszystkie sprawiedliwe dusze. Namawiał moich ludzi do zbiorowego samobójstwa, więc chociaż jestem przeciwnikiem przemocy, z bólem serca musiałem tego człowieka utemperować, a nie przyjął tego lekko, oj nie przyjął.
- Wygnaliście go z osady? - zapytał równie uprzejmie Ebenezer, całym swym zachowaniem dając do zrozumienia, że nie ma z podobnymi fałszywymi prorokami absolutnie nic wspólnego.
- Gdzie tam, nie dał się przepędzić - machnął niefrasobliwie dłonią burmistrz - Trzeba go było pochować, w dodatku po chrześcijańsku, aż do Peterstown wysłałem szeryfa po księdza. Nie uwierzycie, ale jeszcze niedawno pełnił tam posługę taki katolicki ksiądz staruszek, ledwie nogami ze starości przebierający.
- A ten drugi misjonarz? Też był prorokiem Apokalipsy? - wyraził swe zainteresowanie tematem Salt, obserwujący kątem oka Radeforda.
- Nie, tego podobno przysłali kosmici z Oriona, gwiezdni bogowie przybyli do Stanów po to, by uratować nas przed Molochem - wzruszył ramionami Lavigne - Ten twierdził, że trzeba oddawać im hołd przez uprawianie seksu, cały czas się przystawiał do naszych kobiet, a tego bardzo się tutaj nie lubi. Spuściliśmy mu manto i pogoniliśmy precz. Uciekał tak, że do teraz pewnie się już odgrodził od nas Missisipi. Więc jak będzie, misjonarzu? Będziesz kusił moich ludzi do samobójstwa? Będziesz się przystawiał do kobiet?
Wątek techniczny
Burmistrz jest naprawdę równym facetem - już to zauważyliście?
Lavigne spojrzał na Radeforda uważniej, a w jego oczach pojawił się wyraz stonowanej ostrożności, bardzo zbliżonej do permanentnego wyrazu spojrzenia szeryfa Stokesa.
- Jesteś sekciarzem? - zapytał podejrzanie uprzejmym tonem gospodarz - Opowiadasz o końcu świata, zmartwychwstaniu i takich tam innych rzeczach z Biblii? Mnie to nie przeszkadza, naprawdę, a na dodatek mamy tu sporo wierzących w różne sprawy ludzi. Głoś swoje nauki, dopóki nie godzą one w nasze bezpieczeństwo. Mieliśmy tu w zeszłym roku aż dwóch misjonarzy, bardzo wygadanych, takich złotoustych. Jeden twierdził, że przegapiliśmy koniec świata i grzeszymy nadmiernie długim życiem zamiast dołączyć do tych, którzy zginęli trzydzieści lat temu. Upierał się, że Bóg zesłał Molocha, by ten posłał do nieba wszystkie sprawiedliwe dusze. Namawiał moich ludzi do zbiorowego samobójstwa, więc chociaż jestem przeciwnikiem przemocy, z bólem serca musiałem tego człowieka utemperować, a nie przyjął tego lekko, oj nie przyjął.
- Wygnaliście go z osady? - zapytał równie uprzejmie Ebenezer, całym swym zachowaniem dając do zrozumienia, że nie ma z podobnymi fałszywymi prorokami absolutnie nic wspólnego.
- Gdzie tam, nie dał się przepędzić - machnął niefrasobliwie dłonią burmistrz - Trzeba go było pochować, w dodatku po chrześcijańsku, aż do Peterstown wysłałem szeryfa po księdza. Nie uwierzycie, ale jeszcze niedawno pełnił tam posługę taki katolicki ksiądz staruszek, ledwie nogami ze starości przebierający.
- A ten drugi misjonarz? Też był prorokiem Apokalipsy? - wyraził swe zainteresowanie tematem Salt, obserwujący kątem oka Radeforda.
- Nie, tego podobno przysłali kosmici z Oriona, gwiezdni bogowie przybyli do Stanów po to, by uratować nas przed Molochem - wzruszył ramionami Lavigne - Ten twierdził, że trzeba oddawać im hołd przez uprawianie seksu, cały czas się przystawiał do naszych kobiet, a tego bardzo się tutaj nie lubi. Spuściliśmy mu manto i pogoniliśmy precz. Uciekał tak, że do teraz pewnie się już odgrodził od nas Missisipi. Więc jak będzie, misjonarzu? Będziesz kusił moich ludzi do samobójstwa? Będziesz się przystawiał do kobiet?
Wątek techniczny
Burmistrz jest naprawdę równym facetem - już to zauważyliście?