Niedźwiedź zniknął za krzakami, zaś dziewczynka nieśmiało podeszła do Wosa i o niemal połowę większego Dunedaina. W zasadzie, jakby duch stanął na ramieniu Nagro, to dorównywałby wzrostem Galdorowi.
Ryk niedźwiedzia przywołał towarzyszy, którzy podbiegli przygotowując profilaktycznie broń. W krzakach znajdowały się obgryzione, bezładnie rozrzucone kości, mające na sobie liczne ślady zębów. Duch również podszedł do tej sterty i beznamiętnie patrząc wskazał małą rączką jedną z czaszek, nieco różniącą się od pozostałych kości.
- To od elfa - wyszeptała.
Strażnik ocenił ją i potwierdził, że czaszka musiała należeć do elfa. Reszta kości była typowa dla ludzi. Niższych od Dunedainów, ale wyższych od Wosów.
- Leśni osadnicy - stwierdził Galdor, zbierając kości by odprawić rytuał pogrzebu. Po chwili dołączył do niego Den'ver i Nagro.
Godzinę zajęło wam pochowanie szczątek. Nie odkryliście innych, ciekawych lub wartych odnotowania śladów. Wiecie na pewno, że obozowały tu orki, zaś kości były "świeże" i należały do leśnego ludu, który zamieszkiwał Mroczną Puszczę (co prawda zostało kilka plemion, gdyż większość ucieka do innych zagajników).
Dziewczynka podążała za wami. Zarówno krasnoludy jak i hobbit nie dostrzegały ducha, śmiejąc się z trójki myśliwych, sugerując, że macie zwidy. Duch nie odzywał się prawie w ogóle: w zasadzie pojawiał się tylko podczas postoju, bawiąc się lalką i śmiejąc się, wywołując ciarki na plecach ludzi. Po kolejnych dwóch dniach trudnej podróży dotarliście do rozwidlenia. Główna droga prowadziła dalej na wschód, zaś węższa - na północ, do punktu oznaczonego na mapie jako czarna kropka.
- Poznaje to miejsce! - krzyknął duch, wywołując zimny pot na plecach Den'vera i Nagro. - Tutaj mamusia zabrała mnie na pierwszą podróż!
Drund nie widząc eterycznej istoty sam zaczął mówić, niemal zagłuszając niewidzialną dla niego istotę.
- No! Dotarliśmy już prawie do połowy naszej drogi! Jeszcze tylko... hmmm a cóż to za dźwięk...?
Gdzieś w oddali słychać było niewyraźny stukot, który przeradzał się w regularny odgłos marszu.
- Z drogi, szybko! - krzyknął Galdor, pomagajac pchać wóz. Karawana skryła się w cieniu drzew i wielkich bloków skalnych w niewielkiej dolinie, jakieś osiemdziesiąt metrów od gościnca. Z tej pozycji byli zupełnie niewidzialni dla kogokolwiek znajdującego się na drodze.