Port w Khemi, Stygia
Celnicy w bryzgach piany podpłynęli do burty Tygrysa i między statkami przerzucono trap. Z kutra wysiadło wielu ludzi. Większość stanowili czarnoskórzy, krzepko zbudowani mężczyźni. Dowodził nimi wysoki Stygijczyk o równie ciemnych włosach i oczach, ale jaśniejszym odcieniu skóry. Należał do rządzącej kasty.
-
Proszę o licencję, kupcze.
- Widziałeś ją wcześniej - mruknął Wulfrede, podając miedziany dysk z wyrytymi hieroglifami.
- Wszyscy Vanirowie są dla mnie tacy sami. Mógłbyś być każdym innym rudobrodym. - Mężczyzna spojrzał na pasażerów tak wyniośle, jakby był udzielnym panem, nie królewskim urzędnikiem. Jego oczy zatrzymały się na Drussie. -
Z jakiej rasy pochodzisz?
- Jestem Cymmerianinem. - Skrzyżował ręce na piersiach i popatrzył z góry na urzędnika.
-
Nigdy o nich nie słyszałem. Co was tu sprowadza?
- Płyniemy na Czarne Wybrzeże, by zakupić kość słoniową, pióra i inne dostępne dobra - odpowiedział Wulfrede. - Chcielibyśmy tutaj uzupełnić towary na wymianę.
- Wiesz, że za wszystko trzeba płacić złotem i srebrem?
- Tak. Handlowałem tu już wcześniej.
-
Ale cudzoziemcy są głupcami i czasami zapominają. A pewni stygijscy kupcy wchodzą z nimi w nielegalne interesy. Unikajcie ich. Im grozi surowa kara, a wam jeszcze surowsza.
-
A teraz odwróćcie się, zawiążemy wam oczy - rozkazał urzędnik.
- Co? - wykrzyknął zaskoczony Ulfilo.
-
Takie jest tutejsze prawo - wyjaśnił Wulfrede. - Jedynie ich piloci mogą wprowadzać statki do portu. Dno rzeki jest najeżone okutymi żelazem palami i szponami z brązu. Nikt z zewnątrz nie może się dowiedzieć, którędy biegnie bezpieczny kanał. Każdego roku, tak na wszelki wypadek, zmieniają rozmieszczenie tych pułapek. Aby się zabezpieczyć, niewolników, którzy je ustawiają, zabijają po wykonaniu zadania.
Z rezygnacją się zgodzili, by zawiązano im czarne jedwabne opaski. Marynarze zostali potraktowani w podobny sposób i musieli wiosłować na ślepo. Przez prawie godzinę słychać było jedynie skrzyp wioseł w dulkach i głos pilota, który po cichu podawał instrukcje. Potem opaski zostały zdjęte.
Mrużąc oczy, porażone nagle światłem, z zaciekawieniem rozglądali się po porcie. Większa część miasta leżała na południowym brzegu rzeki, za portowymi magazynami wyrastały świątynie gigantycznych rozmiarów. Po stronie północnej mieścił się port wojenny. W kamiennym doku, większym od największego pałacu znanego w innych krajach, stała setka wojennych galer.
Przed nimi wyrastał
Żółw,
garbata wyspa o długości nie więcej niż stu kroków, pełna przystani, magazynów, tawern i faktorii. Brak świątyń czy posągów był czymś niezwykłym w tym kraju.
- Zostawiam was tutaj. - Urzędnik ruszył do trapu. - Przestrzegajcie prawa i płaćcie wszystkie należności.
Po jego odejściu wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Nigdy wcześniej nikt nie odezwał się do mnie bezkarnie w ten sposób - warknął Ulfilo.
- Jakiekolwiek wrogie działanie oznaczałoby śmierć nas wszystkich - powiedział Wulfrede. - Obawiam się, że pewnym ludziom po prostu trzeba pozwolić żyć.
-
Kiedy zejdziemy na ląd? - zapytał Springald.
- Muszę rozejrzeć się za miejscem do zakotwiczenia i zabezpieczyć statek. Potem będziemy mogli opuścić pokład.
Przez następną godzinę kapitan zajęty był zabezpieczaniem okrętu, potem rozkazał spuścić szalupę. Połowa załogi dostała zezwolenie na opuszczenie statku, reszta musiała zostać na straży. Nikt za bardzo nie sarkał z tego powodu, bowiem Khemi, w porównaniu z innymi portami, nie było zbyt ponętnym miejscem.
W trakcie oczekiwania badaliście wzrokiem przystań. Stały w nim przede wszystkim stygijskie barki przeznaczone do żeglugi rzecznej albo przybrzeżnej. Był tam też argosański żaglowiec, cuchnąca krypa do przewozu niewolników. W pobliżu kotwiczył Zingarańczyk wyglądający na pirata. Pirackie statki były mile widziane w wielu portach, o ile nie próbowały napadać na miasta. Zazwyczaj miały cenne towary, które korsarze sprzedawali po niskich cenach. Waszą uwagę przyciągnął następny statek. Przypominał stygijskie łodzie, ale brakowało mu ornamentów, które zwykle zdobiły tutejsze żaglowce.
Miał czarny kadłub, niski i smukły, dwa maszty i zwinięte żagle. Cymmerianin nigdy nie widział takiego stygijskiego statku. Wyglądał na nowy. Stał na kotwicy bez śladu załogi na pokładzie.
- Co o nim myślisz? - zapytał Spingald kapitana Wulfrede.
- Nigdy nie widziałem podobnego. Dobrze utrzymany, i dobry do korsarstwa, chociaż ma zbyt mało miejsca na ładunek.
- I nie mógłby zabrać wystarczającej liczby ludzi - dodał Druss. - Słyszałem wiele rzeczy o Stygijczykach, ale nigdy o stygijskich piratach, pomijając banitów i zrujnowaną szlachtę. Co za Stygijczyk rusza w morze na takim statku?
- Dobre pytanie, ale może lepiej nie szukać odpowiedzi.
Po zejściu na ląd kapitan zaprowadził was do magazynów, gdzie były wystawione na sprzedaż świecidełka i koraliki. Akwilończycy zapłacili za kilka skrzyń oraz za transport na statek, a potem ruszyli na poszukiwanie rozrywki.
-
W żeglarskich tawernach można nie tylko się napić i najeść - rzekł Wulfrede. - Mam zamiar pogadać ze znajomymi kapitanami i zapytać ich o wody na południu. Minęły ponad cztery lata, odkąd tam pływałem, i ciekaw jestem zmian.
-
Jak długo będziemy w porcie? - zapytał Ulfilo.
- Dzisiaj jest już za późno, by coś załatwić. Jutro zaopatrzę statek w jedzenie i słodką wodę. Trzeba też rozmieścić zakupione przez was towary oraz założyć nowe liny i żagle. W drodze na południe będzie nam potrzebna większa załoga, muszę więc znaleźć paru ludzi.
Powiedzmy, że wypłyniemy za trzy dni.
- Doskonale. Rozejrzę się za jakąś porządną gospodą dla naszej trójki.
- Za gospodą z przyzwoitą łaźnią - dodała gorączkowo Malia - i pralnią.
Wulfrede zachichotał.
-
Ciesz się tymi wygodami, pani, póki możesz. Tam, dokąd płyniemy, będziesz mogła zażyć kąpieli jedynie w strugach deszczu, a ubrania zniszczeją, zanim zdążysz je uprać.
- Tym bardziej należy sobie teraz pofolgować.
Ruszyli wąską uliczką między kramami ze świecidełkami i wyrobami z miedzi. Nagle Malia się zatrzymała i gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Co się stało? - spytał zaalarmowany Ulfilo.
Kobieta straciła mowę, zdołała jedynie wyciągnąć rękę.
Coś długiego i błyszczącego pełzło po bruku w ich stronę. Leniwie wzniosło głowę wielkości beczułki do wina i wbiło w nich nieruchome czarne ślepia. W otwartej paszczy śmigał rozdwojony język.
-
Na Mitrę! - krzyknął z grozą Ulfilo. -
Czy możliwe, żeby to był wąż?
- Wielki wąż z południowych dżungli! - zawołał z zachwytem Springald. - Cudowny!
Ulfilo zaczął wyciągać miecz, ale Wulfrede złapał go za nadgarstek.
- Czy zawsze muszę powstrzymywać cię przed czynem, który grozi śmiercią nam wszystkim? Wiele zwierząt w Stygii jest świętych, a wszystkie węże są dziećmi Seta. Te olbrzymy otoczone są największą czcią.
- Nie możemy zabić go nawet wtedy, gdyby nas zaatakował? - zapytał Ulfilo.
-
Nie musisz się kłopotać - odpowiedział mu Chen Shu. - Popatrz, widzisz tę banię? - Jakieś cztery stopy za łbem zaczynało się wybrzuszenie, które deformowało wydłużone cielsko gada. -
On już dzisiaj zjadł coś albo kogoś. Teraz pełznie do legowiska, by przetrawić posiłek. To może trwać tygodniami. Te stworzenia rzadko jadają.
- Jak dostał się na wyspę? - Malia odzyskała wreszcie głos.
- Te gady żyją i w wodzie, i na lądzie. Pełno ich w Styksie i innych wielkich rzekach.
Czujnie obserwowali prześlizgujące się obok nich stworzenie. Długie cielsko zdawało się nie mieć końca, lecz wreszcie po bruku tuż u ich stóp przesunął się cienki koniuszek ogona.
-
Jaką długość osiągają? - zapytała Malia zduszonym głosem.
- Stygijczycy twierdzą, że węże rosną przez całe życie - wyjaśnił Springald. - Ten musi żyć ze sto lat.
Wkrótce przed mężczyznami stanęły dwa wielkie kufle pienistego piwa. Wulfrede pociągnął długi łyk i oblizał wargi.
- Och, Stygijczycy to bezczelne wieprze i występni czarnoksiężnicy, ale jako jedyni na południu potrafią warzyć przyzwoite piwo.
Ci co zeszli na ląd zrobili zakupy.
Bat 5 złotych lun, z bawolej skóry z zadziorami, mistrzowska robota. Trucizna paraliżująca 1 dawka, 3 złote luny, możesz nabyć 5 dawek. po nasmarowaniu działa 24 godziny.
Popijacie sobie piwko, odpoczywając od chybotliwego pokładu. Wasi pracodawcy wynajmą sobie własną gospodę, wy albo tu zanocujecie, albo wrócicie na statek.
Hiena towarzyszy swemu panu trwożliwie patrząc na bat. Gomez popija z wami piwo.Macie 3 dni na ew. dodatkowe zakupy towarów na wymianę z dzikimi.